Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 44 min czytania

Ponad nadzieją

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ponad nadzieją

Szary mercedes minął Julię nie zwalniając. Opuściła rękę i odwróciła się w stronę pola. Machnęła nogą w kierunku plecaka, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie i jej stopa przecięła kępkę trawy. Straciła równowagę, ale nie upada. Znów spojrzała na jezdnię. Nic. Tylko pustka. Zbliżał się wieczór, więc ruch na drodze stopniowo malał. Samochody przejeżdżały w kilku a nawet kilkunastominutowych odstępach. Sunęły ospale jak kolarze, zdający sobie sprawę, że nie dogonią już peletonu. Julia musiała dostać się jak najszybciej do Warszawy, bo nie miała gdzie nocować. Wybrała autostop, gdyż nie chciała wydawać pieniędzy na pociąg, a pięciuset kilometrowy spacer, znajdował się poza granicami jej wyobraźni. I możliwości. Nie miała ani karimaty, ani śpiwora, w którym mogłaby spać w lesie. Nie wzięła tych rzeczy ze strachu, że w desperacji zdecydowałaby się na nocowanie pod gołym niebem. Robiło się chłodno, więc Julia zaczęła spacerować poboczem. Siedem kroków w przód i czternaście w tył. Tak na szczęście, żeby nie stracić z oczu z plecaka. Wszystko będzie dobrze, tylko musi oszczędnie gospodarować pieniędzmi. Osiemset złoty to nie dużo, ale na pewien czas wystarczy. Na wypadek kradzieży, poupychała całą gotówkę do różnych kieszeni dżinsów i plecaka, z naszywką: „Mieszkam w Polsce”. Pieniądze zarobiła w wakacje, pracując w sklepie spożywczym rodziców. Zamierzała stać za ladą końca lata, żeby uzbierać na opłacenie akademika i na przeżycie w Warszawie przynajmniej do końca października. Miała nadzieję, że miesiąc wystarczy na znalezienie pracy w stolicy. Ale wszystko legło w gruzach. Jej plany, marzenia, nadzieje… Może uda jej się coś z tego pozbierać, a może nie. Tak czy inaczej nic już nie będzie jak dawniej. Czuła, że w jej oczach zbierają się łzy, więc szybko otarła je dłońmi. Źrenice były jeszcze czerwone i spuchnięte od poprzedniego wybuchu płaczu. Nic dziwnego, że osiem samochodów minęło ją, nawet nie zwalniając. Od kłótni z rodzicami minęły ponad dwie godziny, ale Julia ciągle nie mogła się uspokoić. Jak zwykle pokrzyżowali jej wszystkie plany. Może powinna opanować złość do rana, wtedy nie musiałaby jeździć autostopem po nocy, ale nie potrafiła. Nie mogła dłużej wytrzymać krzyków ojca: - Myślisz tylko o sobie. Rodzina cię w ogólnie nie interesuje. Masz gdzieś nas tak jak ten sklep! I pretensji matki: - Jak możesz? Tak bardzo liczyliśmy na twoją pomoc. Dlaczego nie możesz studiować w Szczecinie? Bo na Uniwersytecie Szczecińskim nie ma takiego wydziału, mamo, pomyślała, ale nic nie powiedziała. I tak nigdy jej nie słuchali. To także nie była rozmowa, tylko wygłaszanie monologów. Ich słowa jak zwykle wprawiły ją w złość, ale nie straciła opanowania, dopóki ojciec nie krzyknął: - Tak długo jak mieszkasz pod moim dachem, będziesz robić to, co ci karzę! Poderwała się z tapczanu i odwrzasnęła: - Wobec tego sam sobie tu mieszkaj. - Jak ty się do mnie odzywasz? – w oczach ojca była taka sama wściekłość jak w jej. - Najlepiej będzie jak w ogóle się do ciebie nie będę odzywać! Pobiegła do swojego pokoju, trzasnęła drzwiami i zaczęła się pakować. Łzy lały się strumieniami, pomagając jej podjąć decyzję. A teraz stała na poboczu drogi z plecakiem i całą masą smutków. Ciągle mogła zawrócić. Rodzice pewnie udawaliby, że nic się nie stało. Położyłaby się do łóżka, wypłakała w poduszkę, a rano poczuła lepiej. Nie powinno podejmować się ważnych decyzji w złości, a ona postanowiła dokonać przewrotu, znajdując się na skraju załamania nerwowego. Gdyby poczekała dzień, a może godzinę, mogłoby zabraknąć jej odwagi. Pewność siebie świetnie zastępuje gniew, więc powinna wykorzystać moment, kiedy miała go w sobie tyle, że wystarczyłoby dla wszystkich pasażerów zatłoczonego autobusu. Tym bardziej, że zwykle łatwo się uspokajała. Wystarczyła piosenka, film, promyk słońca, nie mówiąc już o rozmowie z kimś miłym, aby zupełnie jej przeszło. Teraz zamierzała unikać tego wszystkiego, dopóki nie znajdzie się za Szczecinem. Na horyzoncie pojawił się czarny fiat uno, więc Julia podniosła rękę do góry. Jakaś cząstka niej bardzo chciała, żeby auto minęło ją jak pozostałe. Ale samochód zwolnił i zatrzymał się kilka metrów dalej. Jakiś bojaźliwy głos w jej głowie krzyczał: „Uciekaj, jeszcze możesz uciec, wrócić do domu”, ale odegnała go od siebie. Zarzuciła plecak na ramię i ruszyła w stronę samochodu. W połowie drogi zatrzymała się i spojrzała w stronę pola. Gdzieś za nim był jej dom. Mocniej ścisnęła ramię plecaka. Przednie drzwi od strony pasażera otworzyły się i z fiata wychylił się młody chłopak. Uśmiechnął się do niej jakby zobaczył dawną przyjaciółkę. Julia wciągnęła głęboko powietrze i podeszła do niego. - Cześć – powiedziała. Jej wzrok od razu przeskoczył na drugi fotel. Za kierownicą uno siedziała młoda dziewczyna o długich jasnych włosach. Opierała głowę na szybie i patrzyła na Julię z taką obojętnością, z jaką mija się ludzi handlujących jagodami przy drodze. - Cześć. Dokąd się wybierasz? – spytał chłopak. Miał krótkie kasztanowe włosy i piwne oczy, które mocno kontrastowały z niebiesko-żółtą koszulką, którą miał na sobie. Widniał na niej napis „Witajcie na południu”. Dziewczyna wzięła do ręki telefon komórkowy, leżący na desce rozdzielczej i zaczęła naciskać jakieś przyciski. Na jej granatowej bluzce nie było żadnego sloganu. - Do Warszawy – odpowiedziała Julia. Nie była przekonana, czy powinna im zaufać. Wyglądali zwyczajnie, czyli tak jak wszyscy psychopaci. Teraz ludzie boją się autostopowiczów, a autostopowicze kierowców. Podejrzliwość, za podejrzliwość. Piękne czasy. - To masz szczęście, bo my jedziemy do Torunia. Stamtąd będziesz miała już tylko dwieście kilometrów. Wskakuj. Julia miała wątpliwości. Wolałaby, żeby w samochodzie siedziała jakaś rodzina z dzieckiem albo starsze małżeństwo. Jednak szanse, że ktoś taki zechce ją podwieźć były niewielkie. I tak miała szczęście, że w samochodzie siedzi chłopak z dziewczyną, a nie kilku mężczyzn. Wtedy na pewno by nie wsiadła. Albo gdyby wyczuła alkohol, a tak... - No więc? – spytał chłopak, widząc jej wahanie. Co mi zależy, pomyślała Julia i otworzyła tylne drzwi: - Dzięki. Dziewczyna rzuciła komórkę z powrotem na półkę i przekręciła kluczyk w stacyjce. Po chwili samochód ruszył, a Julia poczuła się, jak w zamkniętym kartonie. Zrobiło jej się bardzo, bardzo gorąco. - Mam na imię Andrzej, a to jest Daria – oznajmił chłopak, wyciągając rękę w stronę Julii. Dziewczyna uścisnęła ją, zmuszając się do uśmiechu. - Julia – odpowiedziała. - Ładnie. Mieszkasz w Szczecinie? - Tak. A raczej mieszkałam do tej pory. Andrzej pokiwał głową jakby wszystko rozumiał, choć o niczym nie miał pojęcia. Częsta reakcja ludzi, którzy nie lubią słuchać o problemach innych. - Przenosisz się do Warszawy? Nie wiem czy to dobry pomysł. Tłumy ludzi, wyścig szczurów i wiele niebezpiecznych dzielnic. A pociągi... - Zapnij pas Andrzej – odezwała się Daria. - Zapnij pas Andrzej, zapnij pas, ciągle to samo. Trochę luzu, dziecino. - To go wreszcie zapnij! Chłopak zmarszczył brwi, ale chwycił klamrę i zapiął pas. - Nie przejmuj się, ona zwykle jest w porządku, ale dziś chyba wstała lewą nogą. Julia nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć, więc tylko skinęła głową. Jej serce przeszły dreszcze, kiedy w lusterku napotkała lodowaty wzrok Darii. Widocznie dziewczyna była zazdrosna o to, że Andrzej jest miły dla nieznajomej. Julia będzie musiała uważać, by na postoju nie wydrapała jej oczu. Ale jeśli to jedyne zagrożenie, jakie mogło spotkać ją ze strony tych ludzi, to nie miała się czym przejmować. Napięcie powoli zaczęło z niej opadać, oparła się wygodnie na fotelu i spojrzała za szybę. Mijali właśnie las, do którego Julia często chodziła latem ze znajomymi na grzyby. W tym roku także tam byli, ale niewiele zebrali. Bardziej pochłaniało ich opowiadanie o przyszłości niż borowiki czy kurki. Zdali maturę, wkraczali w dorosłe życie i mieli sto pomysłów, którymi chcieli się ze sobą podzielić. - Szczecin to ładne miasto, byłem tu wiele razy. Panuje spokój, nie kręcą się tłumy turystów. Ale mój dom jest w Toruniu. Przynajmniej na razie – samochód przyhamował i Andrzej poleciał do przodu – Byłaś kiedyś w Toruniu? - Na wycieczce z klasą, jeszcze w podstawówce. Dawne dzieje. - Dawne? A ile ty masz lat? Julia zamyśliła się, zastanawiając, czy powinna odpowiedzieć. Nie była już w wieku, kiedy za wszelką cenę stara się wyglądać starzej i nie musiała jeszcze odejmować sobie lat, jak panie po trzydziestce. - Dziewiętnaście – odpowiedziała. Chłopak uśmiechnął się. - Rok mniej niż Daria. I trzy niż ja. Słodkie naście, wkrótce też się z nim pożegnasz. - Nawet mi nie przypominaj. - Ech, stare dobre czasy....

Po godzinie gadania o niczym Julia całkiem się rozluźniła. Andrzej miał dużo do powiedzenia na każdy temat, z tym samym zaangażowaniem i humorem opowiadał o dyskotekach w Toruniu, co o nieustannych podwyżkach paliwa. Julia miała wrażenie, że chłopak całe życie traktuje pół żartem, pół serio. Ona tak nie potrafiła. Dręczyła ją przeszłość i niepokoiła przyszłość. Ciągle nie była pewna, czy dobrze zrobiła uciekając z domu. Została sama. Od rodziny i przyjaciół dzieliło ją coraz więcej kilometrów, a jej decyzja stawała się nieodwracalna. Co zrobi, kiedy dojedzie do Torunia? Na akademik w sierpniu nie ma co liczyć, więc będzie musiała wynająć mieszkanie. W Warszawie wszystko jest drogie, ale na temat czynszów powstały już legendy. Jeśli znajdzie pracę, ten problem sam się rozwiąże. Pracując na dwa etaty, mogłaby nawet zaoszczędzić więcej niż w Szczecinie. W najgorszym wypadku wyląduje na dworcu żebrząc o pieniądze na bilet powrotny do Szczecina. Tylko czy będzie miała jeszcze do kogo wracać? Rodzice wściekną się, kiedy zrozumieją, że nie żartowała z tą wyprowadzką. Jak bardzo? Czy będą jej szukać? - Paliwo się kończy, musimy zajechać na stację – stwierdziła Daria. - Świetnie, przynajmniej rozprostujemy kości – odpowiedział Andrzej i odwracając się w stronę Julii dodał – Jedziemy ze Słowacji, niewiele w tym czasie odpoczywaliśmy. - Ja nigdy nie byłam za granicą, prawie nigdzie nie byłam. - Niewielka strata. Słowacja, Paryż czy Gdańsk, dla mnie to wszystko jedno. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. - W Toruniu? - Właśnie. Daria posłała Andrzejowi drwiące spojrzenie i skręciła w prawo, na stację benzynową. Zaparkowała przy stanowisku numer jeden i podała kluczyki Andrzejowi. - Chciałeś rozprostować kości. Chłopak uśmiechnął się kwaśno, ale wziął do ręki kluczyki i wyszedł z samochodu. Julia miała wrażenie, że niechętnie zostawia dziewczyny same. Daria także wyszła z samochodu i Julia została w środku sama. Wewnątrz panował surowy porządek, nigdzie nie fruwały maskotki, żaden piesek nie trząsł głową w czasie jazdy, a na lusterku nie wisiał odświeżacz. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, ale ludzie, którzy przemierzali samochodami długie odległości, lubili je upiększać. Julia postanowiła o tym nie myśleć, bo znów zaczynała się denerwować. Brak maskotek w wozie o niczym nie świadczył, poza tym uno mogło być nowe. Nie należy wyciągać pochopnych wniosków o ludziach, których się nie zna. Otworzyła drzwi i wytoczyła się z samochodu. Nie miała ochoty na samotność. Na jeden dzień wystarczy już pesymistycznych myśli. Przy fiacie stała tylko Daria. Andrzej widocznie poszedł zapłacić za benzynę. Julia, która nie miała jeszcze prawa jazdy, sądziła, że najtrudniej jest nauczyć się zmieniać biegi i wlewać paliwo. Kierowanie ćwiczyła wiele lat temu w mieszkaniu, lawirując błękitnym kabrioletem między meblami. Od czasów dzieciństwa marzyła, żeby mieć taki samochód w większej wersji. - Ładny dzień, prawda? – odezwała się Julia, żeby jakoś zacząć rozmowę. Daria spojrzała w niebo, a potem na Julię: - Jest prawie ciemno, jaki dzień? Niebo szarzało z każdą minutą. Julia o tym wiedziała, ale w jej świadomości, ciągle był dzień. Ciągle świeciło to samo słońce, które obserwowało jak wybiegła z domu i stała na drodze, próbując zatrzymać samochód. Potrzebowała towarzysza, choćby tak odległego i milczącego jak słońce. Spojrzała na zegarek i ze zdziwieniem spostrzegła, że już po dziewiętnastej. Do Torunia dotrą za dwie godziny, może trochę szybciej. Będzie musiała łapać stopa o dwudziestej pierwszej, przy małym ruchu, ale w dużej ciemności. Na samą myśl o tym napinały jej się mięśnie. - Myślałam o tym, który minął... - Aha. Dziwna rozmowa. Prawie tak bezsensowna, jak sytuacja, w której znalazła się Julia albo w jakiej znajdzie się za dwie godziny. Ale takiego dokonała wyboru. Miała tylko nadzieję, iż znajdzie w sobie odwagę, żeby wyciągnąć kciuk, w stronę jezdni, nawet jeśli nie będzie widziała nic, oprócz zbliżających się świateł. Wpakowała się w poważne kłopoty i to na własne życzenie. - Słabe to lato, może w Słowacji była ładniejsza pogoda? – spytała Julia, żeby oderwać się od przykrych myśli. - Może. Byliśmy tam tylko jeden dzień. - Aaa. Ze sklepu wyszedł Andrzej. W ręku trzymał sześciopak piwa i butelkę coli. - Coś na poprawę nastroju – stwierdził, wymachując piwem. Daria zmarszczyła brwi i wbiła wzrok w chłopaka. - Oddaj to z powrotem albo schowaj do bagażnika. W czasie jazdy... - Przecież ty prowadzisz. Wziąłem ci colę. Piwo jest dla mnie i dla Julii. - Świetnie – stwierdziła Daria i wsiadła do samochodu, trzaskając drzwiami. Andrzej nic sobie z tego nie zrobił. Oderwał jedno piwo i podał je Julii, na chwilę przytrzymując jej rękę. - Nie przejmuj się. Zaraz jej przejdzie. - To chyba nie ja powinnam się przejmować – odpowiedziała Julia, wyszarpując rękę i wsiadając do samochodu. - Chyba nie – usłyszała szept Andrzeja. Po chwili przednie drzwi się otworzyły i chłopak wsiadł do fiata. Uno wyrwało jak torpeda spod stacji benzynowej.

Julia początkowo nie miała ochoty na piwo. Chciała wypić jedną butelkę przez grzeczność i na tym poprzestać, ale zmieniła zdanie. Alkohol uspokajał jej zszargane nerwy. Kiedy dojadą do Torunia będzie musiała wykrzesać z siebie siłę, żeby stanąć na poboczu z kciukiem uniesionym do góry. Tyle mogło się wydarzyć… Psychopaci, mordercy, gwałciciele i oszuści nocą wychodzą na łowy. Wbiła wzrok w szybę, próbując odegnać przykre myśli, ale na zewnątrz było tak ciemno… Postanowiła jeszcze raz przeanalizować wszystkie opcje. Była już za daleko od domu, żeby wrócić, zresztą wcale tego nie chciała. Rodzice jej nie rozumieli, nie chcieli, by spełniła swoje marzenie o studiach dziennikarskich. Woleli, żeby pracowała do końca życia w ich sklepie – a na to ona nie mogła się zgodzić. Nie dlatego, że tego nie lubiła. Po prostu zakochała się w dziennikarstwie i tylko w tym zawodzie widziała swoją przyszłość. W liceum pisała do gazetki szkolnej „Saper”. Jej artykuły chwalili nie tylko znajomi, ale nawet opiekun gazetki, Janusz Ziębik, nauczyciel od polskiego. To on podsunął jej pomysł studiowania dziennikarstwa w Warszawie. Twierdził, że ma przed sobą przyszłość w tym zawodzie. Julia najpierw była zdziwiona, ale pierwszy szok szybko wyparła radość. Nie zastanawiała się długo nad złożeniem dokumentów na Uniwersytecie Warszawskim. Jej serce zdecydowało za nią. Ale rodzice mieli to gdzieś. Liczył się tylko sklep, który nie przynosił zbyt dużych dochodów i wkrótce mógł być wchłonięty przez hipermarket. Co rodzice wtedy zrobią? Będą krzyczeć na właścicieli molocha tak jak na nią? Julia dobrze zrobiła wyjeżdżając, lecz problem pozostawał. Nie było jej stać na nocleg w Toruniu. Miała wprawdzie osiemset złotych, ale wolała nie ruszać tej sumy, aż dojedzie do Warszawy. Bała się, że nawet uszczerbek kilkunastu złotych, mógłby stanąć jej na drodze do spełnienia marzeń. Mogła poprosić Andrzeja, żeby ją przenocował, ale nie ufała mu. Był sympatyczny, pogodny, ale ciągle pozostawał obcym. Poza tym prawdopodobnie mieszkał z Darią, która nigdy by się na to nie zgodziła. Po wypiciu drugiego piwa, Julia poczuła, że jednak będzie w stanie zatrzymać samochód na pustej drodze i wsiąść do niego, jeśli pasażerowie okażą się w porządku. W końcu co to za różnica, czy będzie łapała stopa w dzień czy w nocy. O każdej porze można się natknąć na złego człowieka. Kiedy Andrzej zamierzał otworzyć im po kolejnym piwie, silnik samochodu warknął, po czym zgasł - Cholera! – krzyknęła Daria, uderzając rękami w kierownicę – Jasna cholera. - Spokojnie, zaraz do niego zajrzę – oznajmił Andrzej, wysiadając z samochodu. Julia także wysiadła, bo poczuła, że ma pełny pęcherz. - Zaraz wrócę – stwierdziła, kierując się w stronę ciemnego lasu. Drzewa były tak gęste, że nie musiała odchodzić daleko. Gdy wróciła, Andrzej pochylał się nad otwartą maską, a Daria szukała czegoś w bagażniku. Julia wiedziała, że faceci nie lubią, jak patrzy się im na ręce, kiedy majstrują przy samochodach, więc podeszła do Darii. Dziewczyna szukała czegoś w czarnej torbie, wypełnionej workami z białym proszkiem. Julia natychmiast uświadomiła sobie, że zobaczyła coś, czego nie powinna i wpakowała się w kłopoty. Daria zauważyła Julię i ich wzrok na chwilę się spotkał. Szybko zamknęła torbę, choć obie zdawały sobie sprawę, że to już niczego nie zmieni. Julia czuła, ze powinna uciekać. Zrobiła krok w tył, ale zanim zdążyła się odwrócić, poczuła silne uderzenie w głowę. Zapadła w ciemność.

Obudziła się z potwornym bólem głowy. Spróbowała otworzyć oczy, ale wcale nie były zamknięte. Ciemność nie pochodziła z jej wnętrza, tylko z pomieszczenia, w którym się znajdowała. Leżała na brzuchu, na czymś, co mogło być twardym łóżkiem albo siennikiem, z rękami związanymi za plecami, tak ciasno, że sznur wbijał się w jej skórę. Aż dziwne, że nie odciął dopływu krwi do dłoni i ciągle mogła nimi poruszać. Głowę miała zwróconą w prawo, więc powinna widzieć nogi. Czuła, że są związane, ale nie była w stanie wyłowić ich z ciemności. Zupełnie jakby znajdowały się sto mil od głowy. Rusz się, zrób coś, szepnął jej głos wewnętrzny, więc zaczęła szarpać. Pamiętała dlaczego tu się znalazła. Szczegóły minionego dnia zbombardowały jej wyobraźnię i starły w popiół resztki spokoju. Zaczęła poruszać się coraz gwałtowniej, ale zdołała jedynie przekręcić się na bok. Żaden ze sznurów nie rozluźnił się. Jej wzrok przyzwyczaił się już do ciemności i z mroku wyłoniły się prostokątne kształty różnej wielkości. Julia nie miała pojęcia, na co patrzy, z pewnością nie były to zwykłe meble. Kiedy jej wzrok natrafił na zarys drzwi, straciła panowanie nad strunami głosowymi i zaczęła krzyczeć: - Ratunku! Pomocy! Wypuście mnie stąd! Pomocy! Po kilku minutach jej wrzask zaczął przypominać pisk, a gardło piec tak, jakby napiła się kwasu. Gdy przerwała, żeby zaczerpnąć powietrza, drzwi do pokoju otworzyły się i rozbłysło światło. Było tak mocne, że Julia musiała zamknąć oczy. Przez chwilę widziała tylko czerwoną plamę. - Przestań się drzeć, spać przez ciebie nie mogę! – usłyszała męski, obcy głos. To nie był Andrzej, chyba że pamięć płatała jej figle... Otworzyła oczy, żeby przyjrzeć się mężczyźnie. Miał dwadzieścia kilka lat, włosy obcięte na jeża i wzrok mordercy. Palce zaciśnięte w pięści i czerwona twarz, sprawiały, że bardziej niż człowieka przypominał wulkan, gotowy lada moment wybuchnąć. Gdyby to on zamiast Andrzeja siedział w czarnym uno, na pewno nie wsiadłaby do środka. - Kim jesteś? – spytała, mrużąc oczy. Tak bardzo bolała ją głowa, że miała ochotę krzyczeć. - Nie twój interes. Sieć cicho albo cię zaknebluję. Serce podeszło jej do gardła, które dopiero zaczęło wracać do siebie. Jeśli uczyniłby to ze swoją, wrodzoną czy też nabytą brutalnością, mogłaby się udusić. - Gdzie... - Nigdzie. Zamknij się. Gdyby to ode mnie zależało, wyprułbym ci flaki. I zrobię to, jeśli mnie sprowokujesz. Mężczyzna wprost kipiał złością. Dlaczego? Przecież nic mu nie zrobiła i nie była w stanie zrobić. - Mogę dostać coś do picia? - Nie możesz. Wspaniale. To chyba oznacza impas. Mężczyzna stał pod ścianą, przyglądając się Julii zimnym wzrokiem. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, przeszły ją ciarki. Pierwsza odwróciła wzrok, co wyraźnie go ośmieliło, bo zrobił kilka kroków w jej stronę. - Boisz się mnie? – spytał i roześmiał się. Wyglądało to upiornie, bo ani na chwilę z jego oczu nie zniknęła złość. Przypominał potwora z lunaparku. - Dlaczego miałabym bać się takiego tchórza? Jestem związana, a ty boisz się podać mi wodę. Nie wiedziała, co może osiągnąć wyprowadzając go z równowagi, ale nie potrafiła opanować wściekłości. Chciała mu dopiec, a jedyną bronią, jaką w tej chwili dysponowała były słowa. Tyle, że ból głowy zakłócał jej myślenie. - Dam ci wodę. Ale to i tak nic nie zmieni – stwierdził mężczyzna, znikając za drzwiami. Nie zgasił światła, więc mogła obejrzeć pomieszczenie. Był to niewielki, biały pokój, pozbawiony mebli i dekoracji. Dookoła znajdowało się pełno materacy. Leżały pod ścianami i na środku pomieszczenia, w stertach lub pojedynczo, tworząc namiastki łóżek oraz stołów. Walały się na nich butelki, kartony po papierosach, ciastkach i chipsach, papierowe talerzyki a nawet karty. Musiała odbywać się tu impreza, po której nikt nie zdążył posprzątać. Na ścianie wisiała tarcza do gry w rzutki, a w rogu stał magnetofon. Niewielki, jedno kasetowy gruchot, mający pewnie niewiele mniej lat niż ona. Pod przeciwległą ścianą stała metrowa sterta plecaków, a obok jeszcze większa książek. Porozrzucane na bordowym dywanie kawałki papieru i gazet, dopełniały obraz śmietnika. Ten pokój mógł służyć tylko do przyjęć, a i to było wątpliwe. W powietrzu nie czuć było smrodu alkoholu, tylko lekki odór dymu papierosów i ciastek. Jeśli te butelki były po winie, to w powietrzu powinien unosić się słodkawy zapach. W końcu nie było tu okien. I po co komu tyle materacy? Czym są wypchane? Mężczyzna wrócił ze szklanką wody. Stanął nad Julią, zastanawiając jak podać jej naczynie. - Co, boisz się, że jeśli rozwiążesz mi ręce ucieknę? Tak łatwo z tobą wygrać? Drażniła go. Był coraz bardziej zły i niezdecydowany. Jego oczy krążyły dookoła, jak owady szukające mniejszej ofiary. Julia wiedziała, że ma większą szansę

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%