Psychologia · 3 min czytania
Popołudnie z pianką
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przedświąteczne popołudnie spędzam na drobnych przyjemnościach, które po zakupach i porządkach przynoszą ukojenie dla mojej duszy i ciała. Postanawiam wstąpić do kawiarni na ciacho i gorący napój. A co, należy mi się (na zimę można nazbierać trochę tkanki tłuszczowej, cieplej będzie)!
Chodzę po zatłoczonych ulicach i wstępuję do ulubionej knajpki, gdzie panuje, niestety, tłok większy niż na chodnikach a stoliki i lady barowe zastawione są po brzegi zamówionymi potrawami, kubkami parujących płynów i zatarasowane są łokciami konwersujących głośno konsumentów. Nie ma dla mnie miejsca. Wychodzę z lekka poirytowana. Idę, kopiąc w myślach biały kamyk straconych nadziei. Już mam wsiąść do tramwaju, którego nie nazwałabym "pożądaniem" (zbyt zapchany, zimny i brudny), kiedy spomiędzy mroźno-spalinowych powiewów mój nos wyłapuje aromat blisko spokrewniony z cukiernią. Za nosem idzie wzrok i... jest! Mózg wysyła impuls do kończyn dolnych, które bezbłędnie skręcają wprost w rozświetlone, pomarańczowo-drewniane wnętrze kawiarni ze snów.
Co tu się będę rozpisywać…