Inne · 4 min czytania
Poranek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Eh... to co tak naprawdę czuje pewnie nie uda mi się odzwierciedlić. Jeśli w ogóle da się to przedstawić ale co tam spróbuje. Z rana jak co dzień ze słodkiego snu, stanu nieświadomości brutalnie wyrywa mnie dźwięk budzika. Niby nic a jednak budzik ten niestrudzenie mnie budzi bezwzględnie co dzień, co rano. A ja jestem mu tak samo wdzięczny jak i go nienawidzę za to na co mnie skazuje. Bowiem zmusza on mnie do porzucenia ukochanej krainy niebytu gdzie jest się spełnionym i czysto szczęśliwym. Tak więc gdy zabrzmi budzika przykry ton uciszam go pospiesznie. Jak najprędzej, jak najszybciej się da... Następnie kładę się znowu i udaje że to jeszcze ze nie pora. Nie czas na dnia codziennego udrękę. Leże tak i okłamując samego siebie pragnę abym nie istniał tak po prostu by mnie nie było. (Ach co to dopiero by było... mimo że nie czułbym nic bo nie miałbym jak, to i tak szczęśliwy był bym, nawet nie będąc.) Staram leżeć jak najdłużej się da. Zwyczajnie boje się prozy życia jaka mnie czeka zaraz po opuszczenia twierdzy mej pościeli. Ale czas jest nieubłagany i okrutny. Budzik odzywa się po raz wtóry... Stach ustępuje miejscu złości czy raczej rozdrażnieniu. Nie ma już czasu na nic rzeczywistość brutalnie wkracza w moją świadomość mimo że nikt jej nie zapraszał. A ta złości eh... i na co się złościć, że wierny towarzysz szarości dnia wywiązuje się obowiązków które sam na niego narzuciłem to byłoby nie uczciwe. Po tej myśli jedyne na co mogę się złościć to ja sam. Bo jak można tak się nad sobą użalać, tak tchórzyć przed wyzwaniem dnia jakie by one nie było. Jestem tchórzem i niedojdą uciekającą przed codziennością w niebyt. Zdaje sobie z tego sprawę i dopiero teraz czuje prawdziwą złości. Wręcz zaczynam sobą samym gardzić mówiąc sobie jak można być tak żałosnym, słabym i niegodnym istnienia. Zamiast cieszyć się każdą nadarzającą się okazje do spełnienia marzeń, nauczenia się cierpliwości, odporności czy nabycia nowych…