Fantasy · 36 min czytania
Poranek koguta
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Poranek koguta
Sen Byrkopsa wkraczał właśnie w najbardziej ekscytującą fazę, kiedy w realnym świecie brunatny ziemniak spadł mu prosto na głowę. Przyjąwszy uderzenie zerwał się ogromnie przestraszony i straciwszy równowagę runął dwa pięterka w dół wprost na siennik. Boże jak on nienawidził tego cholernego budzika - pomyślał w oczekiwaniu na powrót jasności umysłu - Nie rozumiał jak Gordek mógł coś podobnego wymyślić. Byrkops zdawał sobie sprawę, iż być może nie był pierwszej młodości i czasami trochę spóźniał się z budzeniem, ale żeby doświadczać go czymś takim? Wstał więc rozmyślając trochę o swym pięknym śnie przerwanym tak brutalnie przez spadający ziemniak. Pamiętał, że flirtował z Miłorząbką, której piękne oczy pochłaniały go bez pamięci. Zbliżał się właśnie do niej strosząc zalotnie grzebień, gdy nagle bach i koniec. Ach to brutalne życie - rzucił już nieco przebudzony i wyszedł na chłodny dwór. Wskoczył nie bez wysiłku na daszek psiej budy i niwelując poranną chrypkę zaintonował swoje codzienne kukurykuuuuuu, hmm he he . Rozkaszlał się i zachłysnął. Był chory. Na pewno. To musiało być przeziębienie. A do tego te przekrwione oczy. Musi odpocząć. Może by tak poprosić Miłorząbkę o pomoc? To pomyślawszy ruszył z powrotem do kurnika, by wskoczyć na najwyższą grzędę i rozpocząć planowanie intrygi. Na rogatą krowę, ta kura doprowadzała go do szaleństwa, a on tak dawno nie szamotał się z żadną pięknotką. Dokładnie od dnia, kiedy Ezechiela poszła na rosół. Było to dla niego tym boleśniejsze doświadczenie, iż zdawał sobie sprawę, że i jemu niewiele brakuje by zanurzyć się w gorącej zupie. Przy akompaniamencie budzącego się do życia poranka Byrkops zamknął oczy i zapadł w sen, w którym Miłorząbka..., ach szkoda gadać.
Gordek Baryła otworzył jedno oko, potem drugie, po czym wyjrzał przez zakurzone okno na dwór. Słońce stało już wysoko, co mogło oznaczać tylko jedno, że po raz kolejny zaspał. Ten diabelski kogut znów się spóźnił. Czas mu pomyśleć o toporze - wysapał wyskakując spod pierzyny - Jeszcze jedna taka wpadka, a wizja kąpieli w gorącym rosole stanie się dla niego całkiem realna. Baryła był wściekły, jednak zdawał sobie sprawę, że ma słabość do Byrkopsa. Pamiętał pisklaka, którego otoczył szczególną opieką po odtrąceniu przez matkę. Ten kogut był u niego na podwórzu już kilka dobrych lat i jakoś się tak stało, że Gordek bardzo się do niego przyzwyczaił. Nie zmieniało to jednak faktu, iż brak charakteru u koguta doprowadzał go do szału. Matylda już dawno chciała go ubić, Baryła się temu za każdym razem stanowczo sprzeciwiał, a każdy kto widział na swoje oczy Matyldę wie, że sprzeciw wobec postanowień tej kobiety jest przedsięwzięciem co najmniej ryzykownym. Zwłaszcza po tej historii z niedźwiedziem myszkującym zeszłej wiosny w ich stodole. Biedne, wygłodzone zwierzę w swoim pechu napatoczyło się właśnie na Matyldę, która jednym ciosem powaliła je na ziemie pozbawiając znacznej części przedniego uzębienia. Niedźwiedź zdążył jeszcze się podnieść i jakimś cudem uciec przed szponami wideł, którymi Matylda miała zamiar pokłuć jego zad. Szczerbul, bo tak podobno nazwały go dzieciaki pałęta się teraz na obrzeżach lasu w poszukiwaniu jakiś lekko strawnych śmieci wyrzucanych przez mieszkańców wioski. Jeśli chodzi o Byrkopsa to Gordek doszedł w tej sprawie z Matyldą do tymczasowego porozumienia. Postanowił obmyślić sposób na punktualność koguta. Jeśli Byrkops będzie dalej zawodził to trudno, ubiją go przy pierwszej nadarzającej się okazji. Było to dwa tygodnie temu. Wtedy to Gordek Baryła uruchomił specjalny mechanizm mający pomóc Byrkopsowi w przestrzeganiu punktualności porannej pobudki. Najważniejszym ogniwem mechanizmu był drewniany kubek ustawiony na deseczce pełniącej rolę równoważni. Wraz z nadejściem świtu napełniał się on rosą, czym zwiększał swój ciężar i sprawiał, że deseczka przechylała się w dół i poruszała patyk, który z kolei popychał ziemniak będący końcowym ogniwem budzika. Ziemniak uderzający w głowę Byrkopsa powodował jego natychmiastowe przebudzenie. Proste. Pierwsze dni pokazały, że mechanizm jest urządzeniem skutecznym. Byrkops piał o świcie jak należy i wszystko wracało do normy. Niestety po kilku dniach Gordek zauważył pewne zmiany w zachowaniu koguta. Stał się on lekko osowiały i ślamazarny, słowem trochę ogłuszony. No cóż lepsze to niż śmierć. Gordek starał się wstać na tyle bezszelestnie by nie budzić Matyldy. Miał nadzieję, że uda mu się wmówić jej, że nie słyszała Byrkopsa i po prostu przespała budzenie. Baryła miał tego dnia dużo roboty. Musiał doglądnąć zwierząt, naprawić drzwi od stodoły, zebrać truskawki z ostatnich rzędów i to wszystko przed południem. Później bowiem nie będzie już na to czasu. Wszystko odejdzie w zapomnienie, ponieważ po południu zaczyna się mecz , a żaden mieszkaniec osady Górnopole nie mógł sobie pozwolić na opuszczenie tego widowiska.
Słońce znalazło się już w zenicie, gdy pierwsi mieszkańcy wioski zaczęli zbierać się przy polu gry i zajmować miejsca na długich dębowych ławach. Pierwszy rząd zarezerwowany został dla starszyzny, gospodarza wsi, oraz kapitana legionistów, którego wojska stacjonowały w osadzie. Napięcie przed grą było ogromne, dziś bowiem ważyły się losy Turów Górnopole w mistrzowskiej lidze. Ostatnio nie wiodło im się najlepiej. Przegrali kolejne mecze z osadami Wężogłowy, Kaczerzyce i Wielkie Krążki i zajmowali przedostatnie miejsce w lidze. Słabsze były tylko Gnojne Pola, których zawodnicy przed trzema tygodniami strasznie struli się leśnymi jagodami i musieli oddać trzy ostanie mecze walkowerem. Dzisiejszy mecz był o tyle ważny, że do Górnopola przyjeżdżała drużyna Pszczelarzy z Maćków, która zajmowała miejsce trzecie od końca. Zwycięzca tego meczu zostanie więc w lidze, bowiem spadają z niej ostatnie dwa zespoły. Trener Turów, Renur Warmixer sprowadzony w zeszłym sezonie z Zalesia był pełen optymizmu po ostatnim zgrupowaniu na Zajęczej Polanie. "Chłopcy są w dobrej formie, poprawili szybkość i zwrotność, a najważniejsze jest to, że po długo leczonej kontuzji na boisko wróci Brono Zabójca najlepszy obrońca w historii Górnopola". Oświadczenie trenera wisiało na wszystkich drzewach wokół placu gry i większość kibiców znała je niemal na pamięć. Szczególnie optymistycznie brzmiał fragment mówiący o powrocie Brona. Zabójca, było oczywiście przydomkiem obowiązującym na czas meczu mającym na celu wystraszenie zawodników przeciwnika. Tak naprawdę kowal miał na imię Borydel, a osławiona kontuzja była wynikiem gwałtownej sprzeczki z żoną Leodią, której ognistego temperamentu żaden mężczyzna nie byłby chyba w stanie poskromić. Kowal zresztą znacznie przysłużył się do wyprowadzenia Leodii z równowagi swoim umiłowaniem do hazardu. Ostatnia biesiada w Cechu Kowali skończyła się przegraną Borydela w strzałki , co zaowocowało uszczupleniem jego portfela o sto krążników. Tego żona mu nie mogła wybaczyć. Te niesnaski jednak odchodziły w zapomnienie, bowiem zbliżał się mecz o utrzymanie w lidze, a gra zapowiadała się pasjonująco. O to by chłopcy nie tracili zapału do współzawodnictwa postarał się sponsor drużyny piekarz Bendziosoł, który obiecał wysokie premie za wygrane. Dodatkowo ufundował koszulki dla zawodników z wizerunkiem złocistego bochna. Stara Karmelina dwa miesiące dziargała je na drutach. Tak, wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Teraz pozostało jedynie oczekiwać drużyny przeciwnika.
Część 22 / 2
Wóz toczył się leniwie po leśnym trakcie. Dwie stare szkapy ciągnęły bez przekonania drewniany pojazd, który co rusz podskakiwał na wystających z drogi kamieniach. Na szczęście podróż nie miała być zbyt długa, w przeciwnym razie pasażerowie mogliby dać upust swojemu niezadowoleniu z braku komfortu jazdy robiąc coś bardzo złego z wozem, lub nie daj Boże z końmi. Niestety droga szybkiego ruchu dla pojazdów dwuszkapowych obiecana podczas ostatniej elekcji przez Księcia Bożydara Ruchliwego jak nie powstała tak jej nie było, a od owego przyrzeczenia minęły już trzy lata. Ponoć priorytetem dla skarbca władcy tych terenów był teraz gruntowny remont zamczyska i liczne podróże zagraniczne, drogi lokalne pozostawały na końcu listy wydatków. Z tego względu podróżni przemierzający połacie pomiędzy stolicą, a ziemiami zachodnimi byli narażeni na ciągłe podskoki, a co za tym idzie liczne remonty wozów. Podobny problem dotyczył załogi pojazdu toczącego się leśnym traktem. Jeszcze parę minut a wjadą na brukowany szlak wiodący do osady Górnopole, gdzie droga stanie się bardziej przyjazna. Na szczęście pogoda była ładna, tak więc w połączeniu z kojącym szumem lasu można było jakoś tę podróż przetrzymać. Wysoko na gałęziach prastarych drzew ptaki rozpoczynały symfonię towarzyszącą tradycyjnie nadejściu wiosny. Las zamierał urzeczony piękną melodią wsłuchując się wraz ze swoimi mieszkańcami w tegoroczne przesłanie natury. - Co to za ryki do Ksenotypa?! - dobiegł głos zza siwej plandeki tworzącej dach wozu - Horacy zrób coś z tym, spać nie można. - To ptaki witają wiosnę - odparł Horacy, który w skutek jak podejrzewał dobrze przemyślanego oszustwa podczas gry w karty zeszłego wieczoru został wmanewrowany w powożenie pojazdem. - Niech więc to robią ciszej. Musimy się skoncentrować przed meczem. Skoncentrować - akurat, pomyślał Horacy - po wczorajszej nocy suto zakrapianej miodem pitnym i piwem z cynamonem drużyna przez większość drogi dogorywała. Tak przeważnie kończyły się ich zgrupowania przed meczowe i rozpracowywanie przeciwnika. Teraz jednak sytuacja była poważna, groziła im bowiem degradacja z ligi i Horacy dziwił się nieco, że trener doprowadził do sytuacji totalnego rozprężenia. Z drugiej strony mieli wydawało by się niezawodny plan, który niemal gwarantuje zwycięstwo. To dało drużynie Pszczelarzy z Maćków sporą dozę psychicznego luzu. Jechali dalej w ciszy, gdy przed Horacym rozpostarł się widok niewielkiej osady. - Jesteśmy już prawie na miejscu - krzyknął do kompanów na wozie - Oczekują nas, brama jest szeroko otwarta. Wtoczyli się powoli do wioski witani mętnymi spojrzeniami mieszkańców. Horacy pokierował wozem na główną ulicę, by stamtąd ruszyć na niewielki rynek. Gdy dotarli na miejsce ich oczom ukazało się przygotowane do gry pole. Były również trybuny zapełnione do ostatniego miejsca. Ci, którym nie przypadło w udziale śledzić meczu z najlepszych miejsc stali stłoczeni w dalszym sektorze specjalnie odgrodzonym linami. Nad głowami kibiców wisiał transparent z napisem: " Turom nic już nie brakuje, bo zwycięstwo się szykuje" - Naiwni wieśniacy - pomyślał Horacy przypominając sobie wczorajszą odprawę przed meczową i genialny plan, który miał im zagwarantować zwycięstwo. Wóz Pszczelarzy zaparkował na palcu tuż przy boisku. Gdy wysiedli przywitał ich Grenvipor, wiekowy sołtys wioski Górnopole - Witam drużynę Pszczelarzy Maćków - rzekł do Horacego, Apolinarego, Furiusza , Archiwalda oraz trenera Antoniusza - Radujcie się naszą gościną, chcemy bowiem byście bez względu na wynik rywalizacji wyjechali stąd zadowoleni. - Akurat - szepnął Archiwald - Zrobią wszystko, aby pomieszać nam szyki, musimy się mieć na baczności. - Jasne - zgodził się Furiusz. Rękę Grenvipora uścisnął kapitan Pszczelarzy Apolinary. - Dziękujemy za przyjazne powitanie - rzekł - Mam nadzieję, że rywalizacja naszych drużyn przebiegać będzie w atmosferze jak najlepiej rozumianej sportowej rywalizacji. Grenvipor ukłonił się jak nakazywał zwyczaj i obie drużyny rozpoczęły przygotowania do meczu.
Byrkops szczerze dziwił się ludziom uwielbienia do gier zespołowych. Przybył w okolice placu gry wyłącznie dlatego, że dojrzał Miłorząbkę podążającą w tym kierunku, a to już było niepokojące, bowiem Szczytnik podejrzanie często kręcił się w owej okolicy. Zainteresowanie Szczytnika Miłorząbką bardzo Byrkopsa niepokoiło. Oba koguty nie znosiły się wzajemnie, a fakt, że wpadła im w oko ta sama kura jeszcze tę niechęć zaogniało. Szczytnik był młodszy i nieco większy, ale Byrkops wierzył, że w bezpośredniej walce dałby sobie radę. W końcu doświadczenie nauczyło go radzić sobie z takimi zawadiakami. Szczytnik pochodził z kurnika młynarza Karadzieja, którego podwórko sąsiadowało z podwórzem Baryły. Skurczybyk piał do Miłorząbki, aż mu grzebień rezonował i zapewne miał ogromną ochotę na coś więcej niż tylko zalotne przyśpiewki. - Marnie skończysz Szczytnik - pomyślał Byrkops - Pamiętaj łotrze wypadki chodzą po kogutach. Poddenerwowany rozglądał się po okolicy. Wokół nie było widać ani śladu Miłorząbki. Może zaszyli się gdzieś w krzakach i kpią sobie teraz z niego - pomyślał - Jeśli tak miałoby być, to skończy się to źle dla obojga. Przemierzając trasę pomiędzy polem, a starą stodołą sołtysa Byrkops dotarł na miejsce, gdzie zgraja opasłych facetów z obwisłymi brzuchami szumnie nazywana Pszczelarzami z Maćków próbowała przyodziać sportowe stroje, które wydawały się o kilka numerów za małe. - KTO JEST ODPOWIEDZIALNY ZA PRANIE ODZIEŻY ?! - zagrzmiał Apolinary - CO ZA ŁAJZA UGOTOWAŁA MOJE SPRINT SZORTY? Nikt się nie odezwał. Większość zawodników utknęła zaciągając spodenki do połowy ud. - To chyba ty Furiuszu, co? - rzekł Archiwald - Jeśli pamiętam, to zabierałeś worek z brudami po ostatnim meczu. - Więcej soku z żurawin i dziurawca sklerotyku - ripostował Furiusz wyraźnie poruszony oskarżeniem - Horacy brał wór, wszyscy to widzieli. Oczy zawodników Pszczelarzy zwróciły się ku Horacemu. - Tak, eee... więc, no może rzeczywiście Borychna troszkę za bardzo podgotowała stroje, ale były tak upaskudzone łajnem, że za żadne skarby nie chciały się doprać - tłumaczył się Horacy przeczuwając kłopoty - Poza tym krowa nam się cieliła, sami rozumiecie. Apolinary zionął wściekłością. - Idziesz na pierwszy atak - wycedził przez zaciśnięte zęby - Wybadasz, czy ten ich Brono to rzeczywiście taki zabójca. - Ale ja jestem obrońcą - odarł przerażony Horacy - Nie szkodzi, w przypadku tego meczu to i tak nie ma znaczenia - skończył dyskusję Apolinary - Gdzie do diaska podziewa się Antoniusz, czas już przecież rozpocząć rozgrzewkę! Idioci, pomyślał Byrkops i ruszył dalej w kierunku stodoły sołtysa. Jeśli Szczytnik z Miłorząbką się tam migdalą to koniec. Pokaże im, kto tu naprawdę rządzi. Dochodził właśnie do wątłej konstrukcji budynku, gdy usłyszał dochodzące z wnętrza szurnięcie. - No Szczytniczek maleństwo, chodź do Byrkopsika, porozmawiamy trochę jak samiec z samcem, a raczej marną namiastką samca, którą bez wątpienia jesteś - miliony myśli kotłowały mu się w głowie z czego najważniejsza dotyczyła rodzaju śmierci jaką zada Szczytnikowi, W chwili obecnej wahał się pomiędzy dwoma niezwykle brutalnymi sposobami. Wierzył, że Miłorząbka widząc jego zwycięstwo zrozumie swój błąd i obdarzy go względami. Na pewno, kury jej pokroju nie zadawały się z przegranymi. Stanął nasłuchując, bowiem był przekonany, że usłyszał jakieś głosy. Tak, na pewno dochodziły z drugiego końca stodoły. Udał się tam najciszej jak umiał. Nastroszył grzebień, nogi przygotowane miał do ataku. Jednak zamiast Szczytnika i Miłorząbki zobaczył dwa cienie. Ludzkie postaci szeptały coś między sobą. - Teraz sto krążników i drugie tyle po robocie - powiedział jeden z nich. Drugi cień wyciągnął rękę, na którą z brzękiem posypały się monety. Wyraźnie zadowolony schował je do sakiewki. - Pamiętaj, wszystko ma być tak jak ustaliliśmy. Jak nawalisz to inaczej pogadamy. - Dobra, dobra, wszystko będzie w porządku macie to w kieszeni - odparła druga postać - Jeśli jednak nie zastosujecie się do moich wskazówek to nie biorę odpowiedzialności za efekt. - Zrobimy tak jak było umówione. Cienie rozeszły się. Byrkopsowi wydawało się, że poznaje drugiego z rozmówców. Tak, ta czapka z frędzlami była mu znajoma. Pierwszego nie zdążył zobaczyć, szybko bowiem udał się w stronę głównego placu wsi. Drugi natomiast skierował się ku ścieżce prowadzącej do lasu. - Bardzo dziwne - pomyślał kogut - Chociaż z drugiej strony czemu tu się dziwić, ludzie zawsze knuli przeciwko sobie. To nie moja sprawa. Coś nie dawało mu jednak spokoju. Jego sprawa czy nie, te cienie były za bardzo podejrzane by je tak pozostawić. Postanawiając przesunąć poszukiwania ukochanej i jej lowelasa nieco na zachód ruszył czym prędzej w kierunku leśnej ścieżki.
Zawodnicy stawili się na polu gry. Jako pierwsza ukazała się drużyna gospodarzy Turów Górnopole w zielonych koszulkach ze sponsorskim bochnem na piersi i antypoślizgowych rajtuzach testowanych i wielokrotnie modernizowanych od początku sezonu. Karmelina, która zajmowała się szyciem strojów stwierdziła, że rajtuzy osiągnęły już szczytową jakość i lepsze po prostu być nie mogą. Prawdziwe zdziwienie towarzyszyło jednak wyjściu na plac gry Pszczelarzy. Ich ściśle przylegające do ciała koszulki i spodenki, które wydawały się być obciętymi rajtuzami wprawiły widzów w osłupienie. - Co na to przepisy? - zapytał sołtys Grenvipor siedzącego obok obserwatora i przedstawiciela ligi - Nie byliśmy uprzedzeni o takich modyfikacjach w strojach, mogliśmy się lepiej przygotować. Niemniej zdziwiony obserwator musiał przyznać, że w regulaminie brak zapisu o konieczności ujednolicenia ubiorów podczas meczu. Oznaczało to, że każdy może grać w takim stroju jaki mu się podoba. Jednak Pszczelarze sprawiali wrażenie jakby poruszanie się było dla nich dużą trudnością. Horacy co chwila poprawiał rajtuzy w kroku, te jednak wpinały się coraz bardziej, czyniąc spustoszenie w miejscu szczególnie dla niego istotnym. Apolinary szedł jak kukła z szeroko rozstawionymi nogami, a czerwone pąsy na twarzy i wybałuszone oczy mogły świadczyć o tym, że albo bardzo cierpi, albo zwariował. Po kilku chwilach wszyscy zawodnicy obu drużyn wraz z trenerami stawili się na polu gry. Nim pierwszy kamień uderzy o posrebrzany rondel, co zwiastuje rozpoczęcie gry pozostał im do wykonania tylko jeden istotny z punktu widzenia tradycji rytuał. Kowal Borydel alias Brono Zabójca, kapitan Turów trzymał w rękach tacę z dwunastoma ozdobnymi kubasami, z których po jednym przypadł każdemu z graczy, oraz trenerom. - Wypijmy na cześć Bogofiela i jego…