Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Religia · 15 min czytania

Poranne niebo

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Popołudniowe niebo zasnute gęstą masą białych chmur promieniowało bezwstydnym światłem. Izabela mrużyła oczy mimo braku słońca. Zmierzała na spotkanie z przyjaciółką, donośnie stukając o chodnik butami na wysokim obcasie. Mierzyła wzrokiem mijanych ludzi komentując w myślach ich ubiór. Była dumna ze swojego bystrego wzroku wyćwiczonego w wychwytywaniu wszelkich niedoskonałości. Widzę znacznie więcej niż inni, przenikam na wskroś te nudne masy smutnych zgredów, myślała, ciesząc się ze swej wyższości. Różowe pasemka w jej jasnych blond włosach tańczyły na wietrze błyskając jaskrawymi kolorami, jak wstążki, tak niepasujące do jesiennej kolorystyki miejskiego krajobrazu. Śmiertelnie ponurego pejzażu chorego umysłowo malarza. Iza zatrzymała się przed supermarketem. -Nawet natura jest nudna-mruknęła do siebie, obserwując niebo.-Fascynujące jak kosz prześcieradeł… albo zgniłych szmat. -Hej, Iza! Hej! – Gabrysia zauważyła ją pierwsza. Przytruchtała do niej błyskając w uśmiechu małymi ząbkami.- Witaj kochana- Udawane buziaki i intensywny zapach perfum. -Cześć skarbie- Zamilkła na chwilę, wpatrując się uważnie w koleżankę. Przez moment wydawało jej się, że ta dziewczyna stojąca przed nią, szczerząca w uśmiechu śliczne białe perełki, wygląda dziś bardzo ładnie, za ładnie jak na kogoś, z kim może pójść na koncert. -Coś się stało? Jakaś krosta? Mój boże, o Jezu, nie mów… -Gabrysia z nagłym atakiem gestykulacji zanurkowała do torebki w poszukiwaniu lusterka. Grzebała, wnikała w nią coraz głębiej, coraz gwałtowniej przerzucała zgromadzone tam przedmioty. Śmieci, teraz to są śmieci złośliwe maskujące ukochane zwierciadło. Pociła się, klęła pod nosem, szeptała zaklęcia i modlitwy przywołujące szczęście, odczyniające złe uroki. Rozmazała tusz i poczerwieniała na twarzy jak…jak burak, roześmiała się w duszy Izabella. -Wszystko w porządku, śliczna. Przewidziało mi się. –Przewidziało, powtórzyła w duchu, czując się z każda chwilą coraz lepsza, coraz większa. – Zobacz co dziś dostałam. -Ale mnie przestraszyłaś! – Gabrysia odgarniała włosy ze spoconego czoła. -Och, przepraszam, ale zobacz co mam!- Iza wyjęła z plecaka czarną kopertę. -Pokaż. -Chodźmy do środka, robi się zimno- wręczyła Gabrysi kopertę ruszając jednocześnie w kierunku wejścia do supermarketu. -Skąd masz? – koleżanka odklejała papier, gdy zderzyła się z kimś w przejściu, ominęła go nie podnosząc wzroku. -Przepraszam- szepnął tamten, znikając za rogiem. -Zobacz jakie to obrzydliwe- Iza wskazała palcem na czarny arkusz papieru trzymany przez przyjaciółkę. Na szczycie kartki namalowana świeżo rozcięta rana z wyciekającą z niej krwią. Czerwone zacieki formowały się na treść zaproszenia. -Fuj, ohyda… chcesz tam iść? -No jasne! Muszę zobaczyć co to za świry!- Roześmiała się głośno, zarażając śmiechem przyjaciółkę. Weszły rozbawione do sklepu trzymając się pod ręce, nie mając pojęcia o tym, że śmieją się dziś po raz ostatni w życiu.

Pośrodku oświetlonego pomarańczowo-czerwonym blaskiem pokoju dwie postacie nachylały się do siebie ponad niedokończoną partią szachów. Ściany wokół zasłonięte były przez sięgające sufitu regały zasypane tysiącami książek, w identycznych, ciemnozielonych okładkach. Nie było drzwi ani okien. Nie było lamp ani świec. Była za to szaroniebieska mgła szczypiąca w oczy i wyciskająca łzy szczęścia. To z mgły emanował ten blask oświetlający pomieszczenie, wydobywając ukryte kształty i odsłaniając kontury rzeczywistości, którą wypełniał z sennym dostojeństwem, uwięziony w oparach stworzenia. Wysoki starzec, całkowicie pozbawiony owłosienia na pomarszczonym ciele oderwał wzrok od szachownicy, zaciągnął się papierosem i spojrzał na siedzącego naprzeciw niego małego, pulchnego karła o zielonej skórze. -Wejrzyj w siebie pierw, z lepszym pożytkiem takie patrzenie niż oczy na mnie kierować.-Zapiszczał potworek. Nie miał na sobie ubrania. Zmieniał bez przerwy pozycję siedzenia wprawiając w niespokojne falowania galarowate fałdy tłuszczu na swoim karłowatym ciele. -Nie odzywaj się niepytany –Staruch wypowiedział te słowa ochrypłym głosem wydmuchując jednoczenie przez nos gęsty papierosowy dym. -Zadawaj pytania w odpowiedzi, ja doradzam i pomysły podrzucam.- Wyskrzeczał. Stanął na krześle na krzywych nogach, zachwiał się i usiadł z powrotem z głośnym plaśnięciem. -Boisz się śmierci?- Stary człowiek wyjął z sinych ust papierosa i przyjrzał mu się trzymając go w żółtych, zakończonych czarnymi szponami, kościstych palcach. – Ja się boję bólu. Zamilkł. Pomarszczona skóra na jego czole napięła się i pękła z cichym trzaskiem odsłaniając nagą kość. Zignorował płat skóry, który nagle zasłonił mu lewe oko, by po chwili oderwać się od czaszki, upaść na szachownicę i rozsypać się we mgle. -Palę i czytam książki…- Obracał dymiący niedopałek w palcach, odsłoniętą czaszkę w tym czasie na nowo pokryła pomarszczona, więdnąca skóra. - Ostatnio więcej palę jednak… Pochylił głowę do przodu, otworzył usta i połknął wciąż jeszcze jarzącego się na czerwono papierosa. -Wielość do jedności w bólach wraca. – Gnom uśmiechnął się złośliwie, ukazując rząd ostrych jak igły niewielkich kłów. Starzec uniósł głowę i wysunął rękę przed siebie. Zacisnął pięść we mgle. -Każdy wraca na swój własny sposób.- Otworzył dłoń, w której tkwił już nowy papieros. – Każdy musi wrócić… Co za oszustwo. -Zrozumieć próżnemu człowiekowi to trudno. -To nie ma znaczenia przecież… To nikogo nie obchodzi… -Przekonywać człowieka nikt nie będzie, człowiek ma początek i jeden koniec. -Tak… Koniec jest tylko jeden… - Bezwłosy, blady staruszek zaciągnął się nowym papierosem zagęszczając mgłę zamkniętą w pomieszczeniu. – Ciągle czekam na twój ruch. -Na koniec się czeka. – Jęknął zielony krasnal melodyjnym, cienkim głosem, jednocześnie wdrapał się na stół i zmrużył świetliste oczy, intensywnie wpatrując się w szachownicę.

Jasne promienie wschodzącego, jesiennego słońca wydłużyły cienie w dolinie miejskich ogródków działkowych. W ostrym powietrzu smagającym przenikliwie zimnymi podmuchami wiatru, rozrzucającym po ścieżkach i popękanych chodnikach gnijące liście, szumiącym pomiędzy nagimi konarami grusz i jabłoni, wyczuwało się nadchodzącą zimę. Soczyste, zielonozłote lato odeszło w niepamięć, zabierając ze sobą upojne zapachy kwiatów, pełne życia owadzie bzyczenie, skróciło dni i wydłużyło noce… przede wszystkim jednak, lato umarło wraz ze słonecznym ciepłem. Darek, od dwudziestu minut czekając na przyjaciela, z jedną ręką ukrytą w przepastnej kieszeni dżinsów, a drugą nerwowo przytrzymując w ustach trzeciego papierosa, w tym momencie, tę właśnie stratę gorących letnich dni odczuł najdotkliwiej. -Kuurrwaa… ale piździ, ja pierdole… Gdzie ten chuj? Papierosowy dym, zaciągnięty wraz z lodowato ostrym powietrzem zakłuł go w płuca i wywołał gwałtowny atak kaszlu. Usiłując zapanować nad duszącymi spazmami Darek przez chwilę zapomniał o najważniejszym problemie dzisiejszego dnia nurtującym go od poranka: prezent urodzinowy dla Izy. Łzy stanęły mu w oczach kiedy w końcu udało mu się zapanować nad oddechem. Wyprostował się i zobaczył przed sobą rozmazaną postać zmierzającą mu na spotkanie. Marek. Najwyższy, kurwa, czas. -Czym się tak wzruszyłeś? – Radosny głos

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%