Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 2 godz. 12 min czytania

Porcelanowa maska

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Ej… Obudź się! Orly ocknął się ze snu. Leżał na wysłużonej kanapie i najwyraźniej majaczył przez sen. Nad nim widniała twarz Schizo – jego kumpla. - Co się stało? – mruknął, zrzucając z piersi czasopismo motoryzacyjne. - Gadałeś przez sen. - Tak? – zapytał, siadając na kanapie. – Co takiego? - „Dziewięć żyć”. Wciąż powtarzałeś „Dziewięć żyć”. Znowu całą noc pykałeś w WoWa? - W WoWie nie ma dziewięciu żyć, heretyku – Orly wstał i spojrzał dookoła. Tak, znowu zasnął w starej fabryce, służącej jego kolegom za miejsce zebrań. Miała być zburzona dawno temu, ale ostatecznie rada miejska „nie znalazła na to funduszy”. Hala produkcyjna na górze miała wymiary około pięćdziesiąt na siedemdziesiąt stóp. Wszędzie walały się szczątki, które w ciągu lat odpadły od ścian. Duże, kratowane okno straciło wszystkie szybki; doskonale widać było plac, należący niegdyś do kompleksu fabrycznego. Jedno drzewo wyrosło w dziurze w betonie i dziś sięgnęło już drugiego piętra, tam gdzie rezydował Orly. W sumie nic dziwnego – fabrykę zamknięto w latach 50. XX wieku. A był już 2014 rok. Nic dziwnego, że teren podupadał. To właśnie odpowiadało grupie Orly’ego. - Gdzie jest reszta? - Kiero odwiózł ich do domu. Mamy już ranek, a ty przespałeś pierwszy dzwonek na lekcję. Orly zerknął na stojący na stoliku budzik. Była 9.43. - Och, chrzanić to – mruknął. – Matematyka – mam trzy plus i tego się trzymam. WF – cztery. Dzisiaj będzie tylko gimnastyka, już ci to mówię. Dwa razy historia – komu to potrzebne? I wychodzę o 11.40, bo dziś jest Dzień Sportu. Walić taki plan. - Jak sobie życzysz – wzruszył ramionami Schizo, jego kumpel, znany z zainteresowania metodami walki psychologicznej. – Może w takim razie dokończysz swój artykuł dla PAN? Orly skinął głową. PAN było skrótem od nazwy ich strony i grupy – „Parabnormals”, czyli „Paranienormalni”. Zajmowali się badaniem zjawisk paranormalnych, dziwnych wypadków i tym podobnych. Orly założył grupę, gdy miał piętnaście lat, czyli dwa lata wcześniej. Sam Orly wydawał się nieco dziwną osobą, jeśli chodzi o przywództwo nad grupą zajmującą się zjawiskami paranormalnymi. Był sceptyczny i cyniczny, bardziej interesowało go obalanie niż potwierdzanie zjawisk. Każdą wiadomość w dyskusjach internetowych, w której zamierzał coś obalić, zaczynał zwrotem „O RLY?” – stąd jego pseudonim. W kręgach osób zajmujących się tym tematem był niemal legendą. Zwłaszcza, że umiał przyznać się do porażki, jeśli nie potrafił czegoś wyjaśnić. - Czy dzisiaj też planujemy zebranie? – zapytał Schizo, podchodząc do okna, właściwie z potrzeby ruchu niż ładnego widoku. - Czemu nie? Mamy piątek, jutro nie trzeba wcześnie wstawać. Tylko niech uważają na gliny – o szóstej zaczyna się koncert w parku, będzie ich tu jak pasożytów w chińskiej budce. Schiza wcale nie rozbawił ten dowcip, ale i tak się uśmiechnął. Cały Orly. Kiedy zadzwoniła komórka Schiza, lider grupy wyszedł na korytarz na lewo od kanapy, skręcił w prawo i otworzył drzwi. Znajdował się tam pokój, który niegdyś należał do ludzi z działu BHP. Osobiście wywiózł gruz z podłogi, odmalował ściany na biały i błękitny kolor, wstawił meble i przytargał generator prądu do laptopa. Miał stąd piękny widok na koronę drzewa, częściowo przesłaniającą okno, port miasta i dzielnicę mieszkalną. Nad brzegiem widział dźwigi przenoszące kontenery na statki. Usiadł za biurkiem i wyciągnął się. Życie jest fajne, nie ma co. - Orly, ciągle jesteś z nami? – zapytał Schizo, wchodząc do środka. – Kiero dzwoni, przypomina, że obiecał przyprowadzić nową na najbliższe spotkanie. Może przyjść dzisiaj? - Gorąco zapraszam – rzucił Orly, obserwując krajobraz. Usłyszał, jak Schizo mówi do słuchawki: - Orly się zgadza, zbieramy się dzisiaj. Tak, jak zwykle za dziesięć siódma w silosie. Tak, będziemy na nią czekać. Cześć – rozłączył się. – Załatwić browar? - Niee, z tymi glinami nigdy nic nie wiadomo. Weź kasę z budżetu i załatw Pepsi i Sprite’a. „Budżet” był określeniem sejfu, który Kiero i Haker przywieźli ze starego biura ojca Hakera. Co miesiąc każdy z grupy dorzucał jakąś kwotę – co najmniej dychę – która szła właśnie na takie rzeczy, jak zaopatrzenie na imprezki czy paliwo do generatorów. Najwięcej zwykle dorzucała Truley, zbieraczka informacji, której ojciec był bogatym przedsiębiorcą. Wyróżniała się też tym, że nie używała pseudonimu, tylko swojego imienia, choć Haker zwykł nazywać ją „Klisza” od jej hobby – fotografowania, przydatnego podczas gromadzenia informacji. Prawda, w obecnej dobie fotografii imię to może było przestarzałe, ale chyba lepiej mówić na kogoś „Klisza” niż „Karta Pamięci”?

W mieście znajdowały się dwa parki – tak zwane „Stary” i „Nowy” albo „Młodzieżowy”. Koncert miał miejsce w Nowym Parku, natomiast Stary, znajdujący się niedaleko centrum miasta, opustoszał przed zmierzchem. Przy ścieżce ze żwiru czekała jedna osoba. Mężczyzna dochodzący do trzydziestki, łysy, z kwadratową brodą dookoła ust, odziany w wytworny garnitur, siedział na pomalowanej na brązowo, drewnianej ławce z oparciem i spoglądał na srebrny zegarek na ręce. Dochodziło wpół do siódmej. Rozległ się świst, błysnęło błękitne światło i na środku ścieżki wykwitła kula światła. Kiedy zgasła, pojawiła się grupa trzech mężczyzn w wiktoriańskich strojach; jedni mieli długie włosy, inni krótsze, jedni mieli zarost, inni – nie. Pośrodku tej grupy stała nastoletnia dziewczyna. Miała około pięciu stóp i sześciu cali wzrostu, czarne włosy sięgające pasa, trójkątną twarz i ciemne oczy; jej dolną połowę twarzy skrywała maska z porcelany z misternie wymalowanymi ustami. Mężczyzna skłonił się, gdy na niego spojrzała. - Panna Venice… - przywitał ją. – Dobrze panienkę widzieć w dobrym stanie. Ze swoim ponad dwumetrowym wzrostem górował nad dziewczyną, ale spoglądał na nią z respektem. - Naszykowałeś już odpowiednie stroje? – zapytała. - Mam je w moim mieszkaniu. Przyniosłem też kryształ – skinął głową i wyjął coś z kieszeni – lśniącą na zielono kulę. Skierował wyciągniętą dłoń do zebranych. - Jest w nim zakumulowana cała wiedza, jaką mam o tym świecie. Dotknijcie, a przekaże ją wam. Jeden z mężczyzn, osobnik o ciemnych włosach sięgających ramion, uśmiechnął się i udał, że się waha. - No, nie wiem – rzucił ku łysemu olbrzymowi. – Dosyć już mam w głowie swoich chorych myśli… muszę jeszcze pakować twoje? Mężczyzna uśmiechnął się. - Przypominam ci, braciszku, że ostatnim razem ty dawałeś nam swoje wspomnienia. Przez dwie noce nie mogłem zasnąć. - Starczy gadania – mruknęła dziewczyna, dotykając kamienia. – Co z odwróceniem uwagi? - W pobliżu znajduje się baza, w której zbierają się ich wojska – powiedział łysy mężczyzna. – Za kilka godzin, gdy skończy się koncert, nastąpi tam małe zamieszanie. Podejrzewam, że dojdzie do paniki, więc będziemy mieli spokój na kilka dni. Wszyscy będą zajęci tym „wypadkiem”. - Bardzo dobrze. Wiesz, gdzie jest Medalion? - Mniej więcej. Wiem za to, gdzie jest Jonathan. - Naprawdę? – zainteresowała się dziewczyna. – Bardzo, bardzo dobrze… żebyśmy tylko nie zaliczyli żadnej większej wpadki…

Podczas, gdy lokalna młodzież waliła do parku na koncert, członkowie PAN cicho i dyskretnie gromadzili się w starej fabryce, zręcznie oszukując patrole policjantów. Na placu pojawiła się błękitna furgonetka Chevrolet Sportvan 108 z 1968 r., specjalnie podrasowana przez Kiero - kierowcę grupy. Miał on już 21 lat i wyrobione prawo jazdy, dlatego zawoził grupę na miejsca zdarzeń. Wewnątrz, obok Kiero - wysokiego faceta z ciemnymi włosami do ramion, z okrągłymi okularami przeciwsłonecznymi, w dżinsach i w kurtce z tegoż materiału - siedziała dziewczyna, ubrana w błękitny sweter, o blond lokach i niebieskich oczach. Energicznie żuła gumę i rzucała ukradkowe spojrzenia na co ciekawsze ruiny. - Jesteśmy na miejscu - powiedział, zatrzymując się przed halą. Dziewczyna wysiadła, kiedy tylko ustał szmer żwiru pod kołami. - Tu się lokujecie? - zapytała. - Z zewnątrz to wygląda słabo, ale zobaczysz, co odwaliliśmy wewnątrz. Weszli po schodach do środka (omijając zamalowany świecącą farbą spękany stopień, na którym lepiej było nie stawać) i dotarli do hali. Stała tam tylko kanapa i stolik. - Myślałam, że jest was więcej. - I dobrze myślałaś - uśmiechnął się Kiero, podchodząc do metalowych drzwi. Zastukał w nie, wybijając jakiś rytm i odsunął się. - Żeby wejść, zastukaj "Bamboo" - poinformował ją. Usłyszeli metaliczny szczęk odsuwanych zasuwek i drzwi się otworzyły. Zaatakowała ich ostra muzyka techno. W drzwiach stanął Schizo i spojrzał na nich. - A, przywiozłeś nową - uśmiechnął się. - Witaj, witaj. Jestem Schizo, psycholog grupy - szerokim gestem ręki zaprosił ją do środka. Po chwili zorientowała się, że weszła do starego zbiornika. Ściany były okrągłe i metalowe, z sufitu na wysokości około trzydziestu pięciu stóp zwisała jedna lampka. Nie była włączona - PAN założyli własną instalację elektryczną. Przed nią znajdowało się podwyższenie; stała tam kanapa i telewizor. Truley i Haker siedząc na kanapie trzymali joysticki i grali w jakąś głośną grę w rytm muzyki. Orly siedział na dole, przy biurku z trzema ekranami, spoglądając na wiadomości. Na górze świeciły lampki i żarówki w żółtym kolorze. - Skąd czerpiecie prąd? - zdziwiła się dziewczyna. - Stąd - Kiero żartobliwie kopnął stojące obok wejścia agregaty wielkości trzech skrzynek piwa. - Haker je zainstalował. Jak on mówi, że coś jest genialne, to jest. - Daj spokój, Kiero - Haker machnął lekceważąco ręką. - Haker to ja - dodał, spoglądając na dziewczynę. - Technika, informatyka i ratownictwo. Twórca strony i naszej bazy. A tobie jak na imię? - Agnes - przedstawiła się dziewczyna. - Kiero zaprosił mnie do grupy. - Dobrze zrobił - Truley włączyła pauzę (Ej! - zawołał Haker. - Prawie wygrałem!) i zeszła na dół. - Truley, zbieranie informacji. Miło cię poznać. - Orly, przywódca - powiedział, odwracając się ku nim na obrotowym krześle. - Zarządzanie, artykuły, dostęp do internetu bezprzewodowego. - Naszą stronkę już znasz – kontynuowała Truley. – Słyszałam, że wygrywałaś wszelkie możliwe konkursy informatycznych, dopóki nie pojawił się Haker? - Prawda – przyznała Agnes. – Ale nie wzbudziło to we mnie zazdrości zawodowej. - Miło mi to słyszeć – powiedział Haker, wychylając się przez kanapę i sięgając po Sprite’a do stojącej obok przenośnej lodówki.

Grupa łysego mężczyzny dotarła wkrótce do jego mieszkania. Znajdowało się w bloku mieszkalnym, ale było zgrabnie urządzone – meble nie wydawały się ani zbyt blisko ustawione, ani źle dobrane. Składało się z salonu, kuchni, łazienki i sypialni. Na ławie stał laptop, a na szafce telewizor. Mężczyzna z długimi włosami zachwycał się każdym szczególikiem technicznym - A to co? – zapytał, sadzając się przed laptopem i otwierając go. - To jest okno na świat, braciszku – odparł łysy mężczyzna, włączając go. Gdy się już zalogował i włączył przeglądarkę, jego brat zaczął surfować po sieci. - Sugeruję wypić eliksir szybkiej nauki i przejrzeć Wikipedię – powiedział. – To nadzwyczajne źródło wiedzy. Długowłosy wcisnął opcję „Losuj stronę”. Wylosował hasło „Hiroshima”. - No… Ładnie brzmi… Ohoho, w ’45 roku mieli tu niezłą imprezę!- skomentował, gdy zobaczył zdjęcie zrujnowanego miasta. – Kurczę, wiesz co… Szukałem dobrej nazwy dla tego – uniósł rękę zaopatrzoną w srebrną bransoletę. – Hiroshima brzmi dobrze i ma adekwatny wydźwięk. - Skończyłeś już się wygłupiać? – mruknął trzeci mężczyzna, o krótkich włosach i zaroście na brodzie. – Lepiej idź się przebrać i szykuj do sabotażu. - Tak, tak, tak, panie generale – mruknął długowłosy i wstał, kierując się do sypialni. Dziewczyna z parku wyszła odziana w typowy, młodzieżowy strój – dżinsy i kolorową bluzkę. Nikt by nie powiedział, że nie pochodzi z naszych czasów. - Dowiedziałeś się, gdzie jest Medalion? – zapytała łysego mężczyzny. - Nie do końca – przyznał. – Wiem, że Medalion jest w tym mieście. Ale wiem też, gdzie znajduje się Jonathan. Jest w muzeum na wschód stąd. Tylko jest maleńki problem. - Co? - Muzeum jest na poświęconej ziemi. - Szlag – jęknęła dziewczyna. – Nigdy nie ma prosto. - Na szczęście – kontynuował łysy z lekkim ukłonem, - to jest sprawa do załatwienia. I jutro zajmie się tym nasz najlepszy do takiej roboty człowiek – skinął głową na blondyna oglądającego laptopa. – Nieprawdaż? Mężczyzna uśmiechnął się do niego. - Skoro załatwiłeś już list i strój, jestem cały gotowy. - Ty i Iacobos będziecie mieli zadanie dodatkowe – mówił dalej. – Dezorganizację. - Marzyłem o tym – mruknął siedzący na fotelu sztywny mężczyzna. - Nie przejmuj się tak – powiedział łysy, klepiąc go po plecach. – Będziesz mógł znowu wbić się w mundur, który tak uwielbiasz. Drzwi sypialni się otworzyły i wyszedł długowłosy, ubrany teraz w ciemny płaszcz i spodnie. - Doskonale – łysy podał mu karteczkę. – Teraz idź tam i zrób zamieszanie. Tylko postaraj się nikogo nie zabić. - Postaram się – odparł mężczyzna i zniknął. Po chwili łysy jednak wstał. - Chyba pójdę go przypilnować – rzekł. Zaledwie jednak doszedł do drzwi, usłyszeli łoskot. Podszedł do okna i zobaczył łunę światła. - Nieważne – wywalił oczyma i też zniknął.

„Baza”, o której mówił łysy mężczyzna, znajdowała się na obrzeżach miasta. Była to typowa baza wojskowa utworzona w okresie zimnej wojny i od tamtej pory utrzymywana ze względu na fakt, że koszty jej utrzymania były niższe niż jej likwidacji. Stacjonowało w niej około pięciuset żołnierzy. Arsenał trzymano w jednym magazynie. Kuchnię ulokowano według prostego systemu bezpieczeństwa: do zasięgu rażenia sześciu butli gazu, które trzymano wewnątrz, dodawano sto jardów i dopiero w takiej odległości od magazynu amunicji można było ją postawić. Sama kuchnia była dużym budynkiem połączonym ze stołówką. Przygotowywano tu dziennie posiłki mogące wyżywić półtorej bazy. Oczywiście, była wyposażona w liczne alarmy przeciwpożarowe i systemy bezpieczeństwa. Wszelako, kiedy czarnowłosy mężczyzna pojawił się nagle wewnątrz, nic nie mogło powstrzymać „odwrócenia uwagi”. Wyjął on z torby cztery kulki, położył je z lekkim brzdęknięciem koło butli z gazem i otworzył okno. Następnie odkręcił kurki z gazem i pozwolił mu się przez chwilę ulatniać, po czym cisnął kolejną kulkę w ułożoną grupę i zniknął. Kulki eksplodowały, rozrywając butle z gazem. Gdyby na tym etapie „odwrócenie uwagi” się skończyło, zniszczona byłaby tylko kuchnia. Ale otwarcie okna umożliwiło szczątkom kul wystrzelić na zewnątrz jak torpedy – prosto w otwarte wrota magazynu, które chwilę wcześniej sam uniósł, niszcząc konsolę sterowniczą. Jak świetliste race, mniejsze kule, którymi wypełniono bombki, wystrzeliły z ruin kuchni i wpadły wprost do magazynu. Kiedy tylko zetknęły się z bombami, przeżarły ich łuski i zetknęły się z materiałem wybuchowym. Potężny grzyb ognia i dymu wykwitł w miejscu, gdzie chwilę temu znajdował się magazyn o wymiarach dziesięć na dwadzieścia metrów. Wstrząsoodporna posadzka nie wytrzymała skomasowanego uderzenia i pękła, umożliwiając szczątkom wpadnięcie do magazynów poniżej. Kolejna eksplozja rozrzuciła płonące bomby dookoła. W dziesięć sekund baza zamieniła się w inferno. Żołnierze z wężami strażackimi rzucili się, aby zgasić płonące szczątki. Niektórzy odciągali oszołomionych kolegów. Mężczyzna nie mógł się powstrzymać, aby nie obserwować wywołanego przez siebie chaosu z bezpiecznej odległości. Żałował, że nie mógł sobie pozwolić na jeden z tych sprzętów, które ludzie z XXI wieku nazywają kamerami. Cóż, zawsze pozostają Kamienie Pamięci. Obok niego pojawił się łysy mężczyzna, z którym żartował podczas przekazywania wspomnień. - Panika – rzekł. – Pożar. Eksplozje. Śmierć i zagłada. Jesteś prawdziwie chorą glizdą, Nicholasie. - I dobrze mi z tym, Michaelu – odparł mężczyzna. Po chwili obaj zniknęli.

Rano Orly obudził się w swoim łóżku, wypoczęty i wyluzowany. Agnes okazała się bardzo dobrą towarzyszką zabawy i co ważniejsze miała już powyżej osiemnastu lat, więc w razie braku Kiero mogła prowadzić auto. Wiedział, że rodziców nie ma w domu – jako instruktorzy pojechali na dwudniowy obóz, a więc do poniedziałku miał wolną chatę. Wstał i poszedł na dół, zrobić sobie śniadanie. Wtem zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na wyświetlacz. Truley. - Halo? - Cześć, Orly – odpowiedziała Truley po drugiej stronie słuchawki. – Mam ciekawą sprawę. - Co się stało? - Wczoraj w nocy w bazie wojskowej nastąpił wybuch. Nie potrafią wyjaśnić, co się stało. Jedziemy tam? - W sumie jedziemy. Zadzwonisz do Kiera? - Zadzwonię. Widzimy się w bazie. Rozłączyła się. Orly zjadł szybko śniadanie, ubrał się i wsiadł na skuter. Po krótkiej jeździe dotarł do fabryki, gdzie stali już Kiero, Truley i Agnes. - A więc, Kiero, mogę rzec: błogosławiony między niewiastami – zażartował Orly, wsiadając do środka. - Z tobą na pewno między niewiastami, polemizowałbym z tym „błogosławionym”. Gdy zjawiła się reszta, pojechali w stronę bazy wojskowej. - Co mówią w wiadomościach? – zapytał Schizo, gdy Truley grzebała w laptopie Hakera. - Niedużo – odparła, sprawdzając stronę z wieściami lokalnymi. – „W bazie wojskowej ‘Detroit’ nastąpił w nocy około godziny 1.14 wybuch w kuchni. Ogień z nieznanych przyczyn przeniósł się na pobliski skład amunicji, doprowadzając do eksplozji znajdujących się w nim pocisków. Według ostatnich danych, nie ma ofiar śmiertelnych, ale trzynastu żołnierzy zostało rannych. Dziesięciu odniosło obrażenia wskutek zatrucia dymem, jeden został poparzony, a dwóch przygniecionych gruzem. Sprawę bada komisja wojskowa”. - Co jest w tym takiego niezwykłego, że zajmuje się tym PAN? – zapytał Kiero. - Baza spełniała wszystkie wymogi bezpieczeństwa. W kuchni nie było niczego, co mogłoby zamienić się w szrapnele. I nikogo nie było tego dnia o tej porze w kuchni. Wygląda to tak, jakby eksplozję wywołało coś nieludzkiego. - Może ktoś ustawił bombę czasową? – podsunął Schizo. - Chyba raczej odpada – odparła Truley. – W kuchni był wykrywacz ładunków wybuchowych i metali. Nie można byłoby wnieść bomby, chyba że nowego typu. - Wykrywacz metalu da się oszukać stopem aluminium i paru innych metali – rzuciła Agnes. – A wykrywacze bomb są bezużyteczne, gdy się ją szczelnie zapakuje. - Skąd tyle wiesz? – zapytał Schizo. - Mój tata był wojskowym, a dziadek walczył w Normandii. Trochę się znam na wojskowości. Na przykład, że magazyn amunicji musi stać w pewnej odległości od kuchni albo warsztatów. Cokolwiek wybuchło, musiało mieć niezłą siłę rażenia, że rzuciło odłamki aż tam. Dojechali do okolicy bazy wojskowej. Magazyn już dogasał; ekipy ratownicze polewały go wodą, z dziur unosił się gęsty biały dym. Kuchnia była całkowicie zdemolowana, pozostały tylko ciężkie betonowe ściany. Również i ona się dymiła. - Wygląda, jakby Michael Bay robił sequel „Armageddonu” – mruknął Orly. - Proszę stąd odjechać! – znikąd przy ich aucie pojawił się żołnierz. – I proszę nie robić zdjęć – wskazał na aparat na kolanach Truley. - Dobrze, przepraszamy – odparł swobodnie Kiero i odjechał z dala od bazy. - Tu się nie ma co doszukiwać zdarzenia paranormalnego – powiedział Haker. – Doszło do zwarcia i pożaru, no i tak się nieszczęśliwie złożyło, że odłamki poleciały dalej, niż to sobie obliczyli. Pik, pik. Pik, pik. Odezwał się laptop Truley. Haker napisał dla niej program, który wyszukiwał wiadomości z New Detroit i wyłapywał różne słowa kluczowe, które mogły ich zainteresować. - „W kościele w New Detroit doszło do włamania. Nieznani intruzi zbezcześcili w nocy hostię z Przenajświętszym Sakramentem. Ksiądz Borders nie potrafi wyjaśnić, jak to się stało, skoro w nocy kościół jest zamknięty, a nie znaleziono śladów włamania”. To ci bardziej odpowiada? – zapytała Hakera. - Znacznie. Jedziemy tam? Kiero nawet nie czekał na odpowiedź, tylko przyśpieszył nieznacznie i skierował się do kościoła.

Kiedy jechali, wyminął ich samochód wojskowy, kierujący się w stronę bazy. Zatrzymał się przed bramą: z otwartych drzwi jak w filmie najpierw wysunęła się noga w brązowym bucie, a potem sylwetka czarnowłosego mężczyzny. Skierował się w stronę płonącej kuchni, gdy podeszli do niego żołnierze i zasalutowali. - Witamy w bazie „Detroit”, sir. Pan jest…? - Iacobos Lennox z Komisji Wojskowej ds. Wypadków. Zostałem przysłany, aby zbadać tę sprawę. - Czy ma pan może legitymację, sir? Legitymacja? Wpadka. Iacobos zaczął kombinować. - Ja… To… Nie… Co to za niesubordynacja?! – ryknął nagle, tak, że nawet strażacy się odwrócili. – Co za bezczelność! Jeszcze nigdy nikt nie kazał mi się legitymować! Wiesz, kim ja jestem? Lepiej zejdź mi z oczu, zanim twój status w tej armii nie stanie się jeszcze bardziej wątpliwy niż jest teraz! - Tak jest, sir – odparł nagle zmalały żołnierz i pospiesznie się oddalił. Iacobos miał otwartą drogę do bazy. Zaczął się kręcić między szczątkami i personelem, dokładnie oglądając się na ślady po kulach Nicholasa. Nie po to, oczywiście, aby ułatwić śledztwo – lecz by zatrzeć ślady i je możliwie opóźnić.

W ciągu siedmiu minut PAN dojechało pod kościół. Z zewnątrz wyglądał normalnie – gotycka budowa z kamienia. Jednak wewnątrz to była inna historia. Krzyże leżały na podłodze; jeden z nich pękł. Ławy były poprzewracane, jeden z witraży zbity, na ścianach widniały ślady po sadzy. Ksiądz mówił coś do policjantów, stojących wraz z nim przy pierwszym rzędzie ławek. - … przyszedłem dzisiaj z plebanii, wszedłem… i zobaczyłem TO – machnął ręką na nawę kościoła. – Całkowite pogrążenie! A Przenajświętszy Sakrament leżał na ziemi, upylony. Natychmiast odstawiłem go na miejsce i wezwałem was. - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – przywitał księdza Orly. - Na wieki wieków amen – odpowiedział ksiądz na ich widok. – Wybaczcie mi, dzieci, ale w tej chwili nie mogę rozmawiać. Jak widzicie… - Widzimy – powiedziała Truley. – Czy możemy jakoś pomóc? - Nie, moje drogie dzieci, obawiam się, że nie – odparł ksiądz z życzliwym uśmiechem. – Ale miło z waszej… - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – odezwał się głos przy drzwiach kościoła. Do środka wszedł mężczyzna w sutannie, z ciemnoblond fryzurą na jeża, trójkątną twarzą i uważnych oczach. Przez jego nos przebiegała blizna. – Drzwi plebanii były zamknięte, więc przyszedłem tutaj. Nazywam się Alexander Cruz. Zostałem przydzielony do tej parafii. - Witam, witam – ksiądz podszedł, aby uścisnąć mu dłoń. – Cruz… Jakie adekwatne nazwisko. Tak, dostałem list informujący o księdza przybyciu. Cóż, naprawdę mi przykro, że musiał ksiądz przybyć akurat w takich okolicznościach… - Czy ktoś wiedział o moim przybyciu? – zapytał Cruz. – Może ktoś zrobił to specjalnie z tego powodu? - Nie, miałem zamiar księdza przedstawić dopiero na naszej pierwszej mszy. - Rozumiem – kiwnął głową Alexander. – Są jakieś poszlaki? - Żadnych – odpowiedział policjant. – Klamki i kłódki nienaruszone. Ten witraż zbito od wewnątrz. - Skąd pan wie? - Po odłamkach leżących na dworze, proszę księdza – powiedziała Agnes. - Bardzo dobrze – pochwalił ją policjant. – Nie ma tutaj nawet śladów butów ani odcisków palców. To nie było spontaniczne działanie, ktoś je dobrze przemyślał. Cruz podrapał się w głowę z zamyśleniem. - Żadnych śladów… Nikt o mnie nie wiedział…Zbrodnia z premedytacją… Dziwne, to wygląda, jakby użyto magii. - Ależ proszę księdza! – żachnął się ksiądz Borders. – Obaj dobrze wiemy, że magia nie istnieje. Kościół nas tego naucza. - Ależ naturalnie, oczywiście – zapewnił go Cruz. Jednak Schizo nie był do końca przekonany. Nie mógł się powstrzymać i zapytał: - Proszę księdza... Dlaczego Kościół neguje istnienie magii? Ksiądz nastroszył się na to pytanie. Pomimo łysiny na środku głowy i dobrodusznej, okrągłej twarzy, wyglądał naprawdę groźnie. - Magia jest dziełem Szatana i żaden człowiek nie powinien nigdy się nią zajmować. To naprawdę zła moc i łatwo może zgubić człowieka. A teraz proszę opuścić kościół. Grupa wyszła na zalany słońcem plac przed kościołem. - Tak czułem - powiedział Schizo. - Co czułeś? - zapytał Orly. - Ksiądz bardzo się zdenerwował na to pytanie o magię. O, na pewno pytanie o magię? Nie, nie sądzę. Orly wywalił oczyma. Typowy sposób Schizo na wyrażanie swoich poglądów - mówi tak, jakby gadał sam ze sobą. - Ksiądz boi się, że możemy coś odkryć w kościele. Co takiego? Coś, co mogłoby nam pomóc rozwiązać zagadkę, ale też - doprowadzić nas do tajemnicy przez Kościół skrywaną. Szli ulicą do zaparkowanej furgonetki, gdy Agnes nagle przystanęła. Zrazu zdawało jej się, że dzwoni jej komórka, jednak po chwili zorientowała się, że ktoś stojący w uliczce obok ma taki sam dzwonek, co ona. Przystanąwszy, aby schować telefon, usłyszała: - Michael… Jesteś już w bazie…? Nic nie podejrzewają, tak…? dobrze… Dobra, spotykamy się dzisiaj w Muzeum Sztuki i Nauki. Znajdziemy co nasze i kończymy tę sprawę… Tak, Alex też jest na miejscu, robi to co ty, ale w sprawie dewastacji kościoła. Dobra, to cześć. Idę obserwować. Agnes odsunęła się od krawędzi i poszła normalnie, jakby po prostu mijała zaułek. Kiedy jednak znalazła się za zakrętem, pobiegła do furgonetki. - Co cię zatrzymało? – zapytał Schizo. - Podsłuchałam, jak ktoś mówił o bazie i kościele – odpowiedziała Agnes. - Co, proszę? - Ten nowy ksiądz, Alex, to chyba jakiś sabotażysta. W bazie wojskowej też ktoś taki jest. A teraz ten trzeci mówił coś o muzeum. - W okolicy są trzy muzea – powiedział Orly. - Mówili o Muzeum Sztuki i Nauki. - Nie rozumiem – zmarszczyła brew Truley. – Baza wojskowa, kościół, muzeum. Co to ma ze sobą wspólnego? - Ej, mózg – Kiero szturchnął Schiza. – Ty tu jesteś ten mądry. Jakieś sugestie? Schizo zastanowił się chwilę. - Jak nad tym się zastanowię, to całkiem proste. Baza i kościół służą odwróceniu uwagi. Muzeum może albo być trzecim elementem, albo finalnym kawałkiem tych puzzli. Albo jednym i drugim – podniósł głowę. – Mówili coś o godzinie, w której chcą się tam dostać? - Nie. Mówili tylko, że dzisiaj. Reszta milczała przez chwilę. Wreszcie Haker rzucił: - Sugeruję posłać kogoś z nas na obserwacje. - Dobry plan – odpowiedział Schizo. Wyjrzał przez okno. – Jest piękny dzień, wolna sobota, więc mogę ja iść. - Zgoda – odpowiedział Orly. Uśmiechnął się. – Ciekawa wakacyjna przygoda, nie?

Muzeum Sztuki i Nauki znajdowało się na wschodnim krańcu centrum miasta. Imponujący gmach w kształcie krzyża z białego marmuru, z dużymi oknami, przez które do wnętrza wlewały się strumienie światła. Wewnątrz znajdowały się czteropoziomowe galerie; galeria na samym dole mieściła wystawy techniczne, na dwóch środkowych – galerie stałe, natomiast ostatnie piętro wynajmowano dla różnych wystaw. Pomimo faktu, że wewnątrz trzymano cenne dzieła sztuki i znaleziska archeologiczne, muzeum było średnio zabezpieczone. Znajdowało się tam tylko sześcioro strażników, a cały system kontrolny był podłączony do komputera centralnego z połączeniem sieciowym. Chwyt ryzykowny, ale tani. Dla Hakera, wejścia do takiego systemu było nie trudniejsze, niż przeskoczenie przez płot. - Okej – powiedział. – Jestem w środku. Jeśli Schizo zobaczy coś niezwykłego, natychmiast wyłączam Wielkiego Brata. Schizo ulokował się na budynku mieszkalnym przy muzeum, obserwując je przez lornetkę i noktowizor. Znalezione przez Hakera ślepe pole kamer zewnętrznych umożliwiło mu bezpiecznie szukać nieznanych wrogów. Paradoksalnie, muzeum od dawna prosiło zarząd budynku o pozwolenie na umieszczenie chociaż małej kamery na dachu, wiedząc doskonale o martwym punkcie ochrony, ale zarząd nie chciał się na to zgodzić, argumentując to ograniczeniem swobody mieszkańców. I, jak widać, teraz gdyby Schizo i Haker chcieli się włamać do środka, nie mieliby większych trudności. - Hej, nieustraszona drużyno – Schizo odezwał się w krótkofalówce podpiętej do radia; kiedy nastąpiło głośne chrupnięcie, Haker zorientował się, że Schizo znów wcina swoje ulubione jabłka. – Tu wasz ulubiony reporter z centrum miasta. Prognoza na dziś: mamy piękny, bezchmurny dzień, z muzeum właśnie wychodzi wycieczka, jeśli ten nadajnik jest tak dobry, jak mówi Haker, pewnie słyszycie ich śmiechy. W muzeum panuje ogólny ruch. Ktokolwiek chcący je zaatakować, będzie musiał zaczekać do zmierzchu. Widzę świetną laskę w różowej spódniczce na lewo od wejścia, następnie grubego Nowojorczyka, sądząc po koszulce, giganta w czarnym T-shircie, starą… Giganta w czarnym T-shircie? Na dachu Schizo schwycił lornetkę, jabłko potoczyło się po dachu. Faktycznie, potężny człowiek, łysy, z brodą. Stał oparty o barierkę oddzielającą chodnik i trawnik i spokojnie sączył napój z kubka, zapewne kupiony w małej budce na lewo od muzeum. Jego oczy skrywały brązowe okulary. Pomimo upału, jego ubranie nawet z dachu zdawało się być ciężkie: czarny T-shirt, nogawki spodni wpuszczone w ciężkie buty, rękawice przytroczone do pasa… Kiedy skończył pić, cisnął kubek do kosza i odszedł. - Dziiiiwne – mruknął do siebie Schizo. - Co? - Facet ubrany jak na chłodny dzień, obserwował muzeum, nosił okulary, aby nie można go było rozpoznać. Po wypiciu napoju odszedł, zapewne uznał, że stracił przykrywkę do swobodnej obserwacji. Miałeś rację, Orly, tu się coś kroi. - Zostań na swoim miejscu – polecił Haker. – Sprawdzę obrazy z kamery. Kiedy Haker niepostrzeżenie buszował po systemie kamer, za Schizem cicho otworzyły się drzwi na dachu. Siedzący tyłem do nich członek PAN niczego nie zauważył. Na dach wszedł wysoki i chudy mężczyzna z długimi włosami; Schizo nawet nie poczuł, kiedy zostawił mu na kurtce coś błękitnego, co wsiąknęło wewnątrz i zniknęło. Następnie zniknął w czarnej chmurze. Kiedy Schizo wstał, aby rozprostować kości, już jej nie było.

W bazie wszystkie oczy zwróciły się ku Orly’emu. - No i co? – zapytała Truley. – Wzywamy policję? - Jeszcze nie – odparł Orly po chwili zastanowienia. – Teraz, jeśli do nich zadzwonimy i powiemy, że ktoś chce obrobić muzeum, nie uwierzą nam. Poczekamy, czy coś z tego wyniknie. Jeśli tak, Schizo nas powiadomi.

Tak więc Schizo aż do nocy czekał na dachu, marznąc powoli i spoglądając na muzeum. Wszystko wydawało się normalne. Ostatnie osoby wyszły wraz z jego zamknięciem o dziewiątej wieczorem. Wewnątrz paliły się tylko drobne paski światła, wpuszczone w podłogę, gdzieniegdzie przez okno błysnęły odznaczenia strażników. Nieadekwatna sytuacja dla kogoś takiego jak Schizo. Ziewnął szeroko i sięgnął po następne jabłko. - K…a, dziesiąta się zbliża, zimno, wszystko mnie swędzi, czekam jeszcze kwadrans i… Urwał, słysząc nagły huk. To był… wystrzał. Ktoś był w muzeum.

Jeden ze strażników, osobnik w białej koszuli i czarnych spodniach, szedł właśnie korytarzem na drugim piętrze, oświetlając sobie latarką różne bezcenne dzieła sztuki. Zasadniczo, było to zabronione, z uwagi na zgubny wpływ światła na niektóre z nich, ale któż by nie chciał w nocy przez chwilę poobcować z przedmiotami, liczącymi nieraz i kilka wieków? Uśmiechając się pod rzadkim wąsem, strażnik odwrócił się od potężnej greckiej wazy, kiedy nagle z ciemności nad nim wystrzeliła ręka, złapała go za gardło, uniosła do góry i trzasnęła nim o sufit, pozbawiając go przytomności. Szybko ręka zniknęła i pojawiła się przy podłodze, wciągając strażnika w cień. Chwilę potem z mroku wyskoczył Nicholas. Rozejrzał się szybko i widząc snop latarki kolejnego strażnika za rogiem znów się wycofał. Gdy strażnik się zbliżył, spotkał go los swojego kolegi. W całym muzeum Nicholas wyskakiwał z cieni i likwidował strażników szybko, cicho i nie do końca bezboleśnie. Kiedy szósty z ochroniarzy zniknął im z drogi, Nicholas wyskoczył z sufitu i wykonał jakiś dziki taniec. - Czu, cza, czu-czu-czu-cza, czu, cza, czu-czu-czu-cza! – zanucił rytm piosenki, którą słyszał w radiu. Z ciemnego korytarza wychynęli Michael i Iacobos. Ten drugi spojrzał na tańczącego Nicholasa z niesmakiem. - Uspokój się! – warknął. – To nie czas i miejsce na wygłupy. - Ha! – Nicholas skierował ku niemu palec, nieustannie podrygując. – Wkurzasz się, bo mój kill-score kopie dupę twojemu kill-score’owi! - O czym on gada? – syknął Iacobos do Michaela. - Nie mam pojęcia, ale ten XXI wiek mu szkodzi – pokręcił głową najstarszy z braci. – Słuchaj, Nicholas. To nie jest zabawa w to, kto załatwi więcej strażników. To jest poważna misja na nieznanym terenie ku chwale Venice. Powinna ona odbyć się szybko, cicho i bez zbędnego wychylania się. Więc jeśli uważasz, że jest to misja powyżej twoich możliwości, zawsze możesz wyjść – wskazał na korytarz, prowadzący do wejścia do muzeum. - Okej, okej, panie Moje-Na-Wierzchu – mruknął najmłodszy z braci i wsiąknął w podłogę. Zaledwie jednak bracia się odwrócili, usłyszeli dochodzące z dołu głośne „O żesz!”, niemal równoczesne „Stać!” i po krótkiej chwili wystrzał z pistoletu. To był właśnie strzał, który zwrócił uwagę Schiza.

- Orly, miałeś rację, coś się dzieje w muzeum! – zakomunikował przez radio. - Mów, co widzisz. - Właściwie niewiele, ale słyszałem strzał. Dzwońcie na policję, byle prędko! Orly złapał za komórkę i już wklepał numer alarmowy, gdy nagle go skasował i klepnął się w łeb. - Co my robimy?! – zawołał. – Przecież sami wchodzimy w konflikt z prawem! Lokujemy się nielegalnie w zagrożonej fabryce, bawimy się w domorosłych detektywów, a teraz prowadzimy nielegalną obserwację połączoną z włamaniem na budynek! Reszta spojrzała po sobie. W słowach Orly’ego był niezaprzeczalny sens. Według prawa lokalnego, każdy dzwoniący musiał podać swoje dane osobowe, inaczej służby nie wyjadą. Podanie fałszywych danych odpadało, albowiem policja mogła namierzyć rozmówcę, niezależnie od tego, czy dzwoni z komórki czy telefonu stacjonarnego. Chyba po raz pierwszy hakerzy sprzymierzyli się z policją. - Okej, plan jest taki – powiedział Orly, siadając. – Pojedziemy tam, wejdziemy do środka, przytrzymamy ich aż do przyjazdu policji. Haker, możesz wyłączyć alarmy? - Z łatwością. - Dobra, zatem wyłącz je, dopóki nie damy ci sygnału, a potem włącz je od nowa. Uruchomimy je i zadbamy, aby tamci nie uciekli - To wszystko jest okropnie pokomplikowane – mruknęła Agnes. – Nie może po prostu teraz zdalnie uruchomić alarmów? - Zrobiłbym to z przyjemnością – powiedział Haker, sięgając po palmtopa do szuflady, - gdyby nie fakt, że spokojnie zdążą uciec, jeśli usłyszą syreny. Muzeum nie wykosztowało się, niestety, na cichy alarm, dzwoniący tylko w komisariacie, więc sami musimy przypilnować, aby goście nie opuścili imprezy zbyt wcześnie.

Iacobos i Michael zbiegli na dół, wyciągając w biegu broń palną, skradzioną policjantom. Na dole stał Nicholas; obok niego leżał strażnik z poparzoną dłonią, a na ścianie dogasały szczątki pistoletu. Odwrócił się ku swoim braciom. - Cholera, miałeś być po cichu! – warknął Iacobos, truchtem dopadając do jęczącego strażnika i ogłuszając go ciosem. – Po to ci Bóg dał łeb, żebyś myślał, a nie dzieci straszył. Uwagi Iacobosa od dawna spływały po Nicholasie jak po kaczce. - Mówiłeś, że jest sześciu strażników – zauważył, unosząc brew na widok Michaela. - Najwyraźniej w weekendy przychodzi więcej – przyznał Michael, przestępując nad nieprzytomnym strażnikiem. – Dobra, moja wina. Nicholas, rozejrzyj się, czy nie ma ich więcej, tylko błagam, nie nahałasuj. I tak mam nadzieję, że ten jeden strzał nie zwrócił niczyjej uwagi. Nicholas uśmiechnął się jak myśliwy przed polowaniem i zniknął w ścianie. Michael odwrócił się do Iacobosa. - My znajdziemy „Paradę” i spróbujemy ją wynieść. Nie byłoby dobrze kombinować tutaj, kiedy Bóg jeden wie, kto kryje się za rogiem. - Powiedz mi to jeszcze raz… Po co nam ten obraz? - Pamiętasz, co panienka Venice zrobiła ze swoim bratem? - No. - Ten obraz kryje w sobie klucz do naprawienia tamtego błędu. - Dlaczego chce go sprowadzać z powrotem? - Sam nie wiem – przyznał Michael, idąc w stronę schodów. – Gdybym nie znał jej tak długo… powiedziałbym, że sumienie ją gryzie.

Furgonetka Kiero została wyposażona w najmocniejsze dostępne na rynku światła, niemniej tej nocy jechała w całkowitym mroku, unikając policji. Kiero nawet zdążył na szybko zakryć logo PAN wypisane jaskrawym sprejem kawałkiem folii. Dojechanie na miejsce zajęło im dziesięć minut. Kiedy już się tam znaleźli, zaparkował na parkingu niedaleko muzeum i wszyscy wysiedli na zewnątrz. Orly skontaktował się już ze Schizem, podając mu ich pozycję. Schizo po cichu opuścił budynek, na którym czekał i znalazł się na dole. - Okej, ty tu jesteś nieustraszonym przywódcą – zwrócił się do Orly’ego. – Jak wchodzimy? - Haker i Agnes zostają w furgonetce, pilnując alarmów i auta. Kiedy damy im znać – klepnął komórkę w kieszeni, - włączą alarmy. Nasza robota polega wówczas na dwóch zadaniach: zagonić ich w ślepy zaułek – na szczęście jest ich tu dużo – i nie dać się postrzelić. - Więc idziemy – powiedziała Truley. – Którędy? - Po drugiej stronie jest wejście dla obsługi. - Co ze strażnikami? – zapytał Kiero. - Z tego, co słyszałem, wszyscy zostali ogłuszeni – powiedział Schizo. – Wziąłem kilka z tych mikrofonów Hakera, czy jak on to nazywa – pokazał im niewielkie urządzenie przypominające rozmontowaną słuchawkę, - a że okno było otwarte, wrzuciłem jednego do środka. Miało być sześciu strażników, ale jest więcej. Jeden z włamywaczy właśnie ich likwiduje. Dwaj szukają czegoś, co nazywają „Paradą”. - Znam ten obraz – powiedział niespodziewanie Kiero. – „Parada” została namalowana przez nieznanego artystę w 1857 r. i została sprzedana prywatnemu kolekcjonerowi, którego rodzina podarowała obraz muzeum po jego śmierci. To jeden ze stałych elementów wystawy. Jest na trzecim piętrze, w korytarzu we wschodniej sekcji. - Dobra, więc musimy go znaleźć jeszcze przed nimi. Wszyscy poszli w stronę wschodniego skrzydła. Tam, w narożniku między skrzydłami południowym i wschodnim znaleźli wejście dla personelu. Ignorując zakazy, otworzyli drzwi – ku ich uldze, nie były zamknięte. Znaleźli się w niewielkim schowku, w którym przesiadywały sprzątaczki. W tej chwili był pusty. Drugie drzwi również były otwarte. - Typowe – mruknął Orly. – Zero zabezpieczeń, a strażnicy dostają łomot. Korytarze muzeum składały się z pobielonych ścian i drewnianych parkietów. W środku muzeum znajdowało się okrągłe atrium, pośrodku którego stała fontanna. W tej chwili była wyłączona, aczkolwiek Orly wiedział, że okresowo włącza się na pięć minut, aby się oczyścić. Zapamiętał ten szczegół, mógł być pomocny. - Rozdzielamy się – polecił. – Idę sam, skontroluję trzecie piętro. Kiero, załatw parter. Schizo, obczaj, co się dzieje na drugim. Truley, idź na pierwsze. Poszli po cichu w stronę schodów, a w miarę, jak szli w górę, kolejne osoby schodziły na przydzielone im kondygnacje.

- Kici-kici, taś-taś – mruknął Schizo, kontrolując drugi poziom. Nigdzie nie było ani śladu włamywaczy – ani co gorsza, strażników. Szedł, nieniepokojony przez nikogo, mijając obrazy na ścianach i rzeźby na postumentach. Przez chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że włamywacze znaleźli to, czego szukali i wynieśli się. Nagle coś opadło z sufitu wprost na niego, przygniatając go do podłogi. Mała latarka, która trzymał, potoczyła się na bok. Zanim zdążył zareagować, cios w głowę ogłuszył go. - Zaraz, to nie strażnik – mruknął Nicholas, przyglądając mu się. – E, zresztą – wziął go za klapy i pociągnął w głąb korytarza, gdzie zostawił w schowku na miotły. – Nigdzie nie odchodź – pogroził mu palcem, zamykając drzwi. Potem znów wsiąknął w ścianę.

Na parterze Kiero przeglądał z zainteresowaniem dane wystawionych tam pojazdów, zapominając nieco o swoim zadaniu. Szczególnie długo oglądał samochód opancerzony z lat 40. XX wieku. Wówczas usłyszał za sobą kroki. Odwrócił się gwałtownie, świecąc latarką po ścianach. Nie dostrzegł jednak niczego niezwykłego. Wciąż jednak dreszcz szedł mu po plecach. Było jasne, że nie jest sam. Włamywacze wciąż byli w muzeum. Naraz kroki rozbrzmiały z drugiej strony. Odwrócił się, jednak wtedy usłyszał je po lewej. Odwracając się w różnych kierunkach, zaczął się denerwować. Ktoś sobie z niego pogrywał. - Witaj – usłyszał głos za sobą. Odwrócił się i zobaczył Nicholasa, który zdzielił go ciosem. Opadł na ziemię, wzbijając warstwę kurzu. Chwilę potem dołączył do Schiza w schowku na miotły.

Truley natomiast, szukając intruzów na pierwszym piętrze, natknęła się na przytopiony do ściany pistolet. Dotknęła go lekko: był ciepły, a to oznaczało, że został zniszczony całkiem niedawno. Rozejrzała się uważnie, ale nie zauważyła strażnika, do którego należała broń. Poszła ostrożnie dalej, skradając się przy ścianie. Naraz przed sobą zobaczyła jakiś ruch. Przykucnęła przy ścianie i zerknęła w korytarz. Przed nią znajdowały się dwie postacie. Jedna naprawdę wielka, druga nieco niższa. Najwyraźniej kłóciły się o coś. Przystawiła dłoń do ucha, aby usłyszeć. - Nie wykombinowałeś jeszcze, gdzie jest obraz? - Kiedy tu ostatnim razem byłem, wisiał tutaj. Najwyraźniej został przeniesiony. - Przeniesiony, akurat! To muzeum jest ogromne, a my mamy góra kwadrans, zanim czar Zbezczeszczenia przestanie działać! Rozdzielamy się – idź na górę, a ja sprawdzę jeszcze raz to piętro. I… hej! Najwyraźniej ją zauważyli. Jej obawy potwierdziły się, kiedy kula z pistoletu minęła ją o włos. Zerwała się na nogi i pobiegła w głąb korytarza, przeskakując z jednego krańca na drugi. - Łapmy ją, zanim wybiegnie na zewnątrz – warknął Iacobos, wpychając pistolet do skradzionej kabury i rzucając się w pogoń. Michael zniknął w ścianie, z łatwością wyprzedzając dziewczynę. Wyskoczył z ukrycia parę metrów przed nią i oddał strzał. Truley jednak wbiegła akurat w drzwi, więc pocisk trafił Iacobosa w ramię. Syknął i wpadł na ścianę, trzymając się za ramię. - Dać zezowatemu gnata – mruknął, a rana na jego ramieniu zniknęła, pozostawiając tylko dziurawy mundur. - Dziewczyna ucieka – rzucił Michael, wbiegając w drzwi, jednak wówczas kolejny strzał trafił go w nogę. Truley znalazła pistolet, leżący w miejscu, gdzie Nicholas ogłuszył strażnika. Strzał przebił kolano Michaela, rzucając go na ziemię. Truley wycofała się, wciąż celując w niego pistoletem. Nagle ze ściany wyskoczył Nicholas, ze swoim dzikim uśmiechem na ustach. Truley wycelowała i wystrzeliła, jednak wówczas stało się coś niesamowitego. Jedna ze złotych bransolet spłynęła do jego dłoni, formując miecz, który odbił pocisk, tworząc ciemną szramę na ścianie. Nicholas zniknął w podłodze i wyskoczył tuż przed Truley, uderzając ją czołem o czoło, niemal pozbawiając jej przytomności. Miecz zmienił się w złotą rękawicę i dłoń Nicholasa zacisnęła się na jej szyi. - Ile osób weszło? – zapytał, unosząc ją w górę. - Cztery – wydyszała Truley, licząc, że Nicholas pozwoli jej odetchnąć. Faktycznie, poluzował uścisk. - Czyli została jeszcze jedna – rzucił spojrzenie na swoich braci. – Zamknijcie ją razem z resztą w schowku na czwartym. Idę po tego ostatniego. - Ten ostatni przyszedł do ciebie – odezwał się głos za nim. Nicholas odwrócił się, puszczając Truley. Orly wpadł przez drugie drzwi, wbijając topór zabrany jakiejś zbroi w ramię intruza. Nicholas tylko się uśmiechnął i wyciągnął broń, a rana automatycznie zagoiła się. - Nic ci to nie da – powiedział, łapiąc za drzewiec, wyrywając go z ręki Orly’ego i łamiąc na kolanie. – Nie zwykłą bronią. Kopnął chłopaka tak, ze wyleciał z powrotem przez drzwi, uderzając w balustradę oddzielającą go od upadku na parter. Zerwał się na nogi i już miał wrócić do walki, gdy Iacobos złapał Truley i zniknął w ścianie. Nicholas rzucił się w jego stronę, przenikając przez przeszkody jak przez mgłę. Michael stał chwilę i również zniknął. Orly wbiegł na klatkę schodową i skierował się w górę, chcąc znaleźć pozostałych, gdy nagle Michael wystrzelił z pistoletu, pojawiając się na schodach prowadzących na dach. Strzał zrykoszetował i drasnął chłopaka w ramię, jednak Orly nie zwolnił. Wbiegł na trzecie piętro, uciekając przed prześladowcami. Skręcił w sekcję wschodnią i odwrócił się, by zobaczyć, jak daleko jest. Ku jego zdziwieniu, napastnicy zniknęli. Nie uspokoiło go to; skoro potrafią wyskakiwać ze ścian, to lepiej… Orly przebiegł właśnie wzdłuż poręczy, gdy w przejściu na lewo zobaczył dziewczynę, na oko piętnastoletnią, z długimi czarnymi włosami, ubraną w szkolny mundurek, z porcelanową maską na twarzy. Podbiegł do niej i złapał za ramiona. - Co ty tu robisz? - zapytał. - Jak się tu dostałaś? Dziewczyna skierowała ku niemu dłoń i Orly nagle poczuł, że leci do tyłu. Uderzył w poręcze z obu stron i trzasnął prosto w obraz na ścianie naprzeciwko, opadając na ziemię. To, co się stało potem, było już niewytłumaczalne z jego punktu widzenia. Kiedy obraz spadł i rama połamała się, płótno nagle się uniosło i wyszła spod niego kolejna osoba: ciemnowłosy młodzieniec ubrany w wiktoriański garnitur. - Witaj, siostrzyczko - powiedział, odgarniając włosy z czoła i patrząc wprost na Venice. Teraz to on zaatakował, ciskając w nią sferę energii. Zanim dziewczyna zdążyła się zasłonić, dosięgnęła jej twarzy. Z twarzy dziewczyny spadła porcelanowa maska i roztrzaskała się na trzy części. Dziewczyna zasłoniła twarz, ale Orly i tak zdążył ją zobaczyć. Potrząsnął głową i zamrugał kilkakrotnie, by się upewnić, czy dobrze widzi. Dziewczyna nie miała ust; tam gdzie u każdego człowieka są wargi, u niej była tylko skóra. Co ciekawe, kiedy mówiła, jej szczęka ruszała się normalnie, a brak ust nie przeszkadzał w wypowiadaniu się. - No tak, w dalszym ciągu masz problemy z ustami - zakpił młody mag. Venice podniosła się z podłogi, wyciągając złotą kulkę z rękawa; kiedy cisnęła nią w ścianę, w powietrzu wybuchła kanonada światełek podobnych do sztucznych ogni. Młodzieniec z obrazu odskoczył i złapał Orly’ego, odciągając go poza zasięg wybuchów. - Skąd się tu wziąłeś? – zapytał oszołomiony lider PAN. Ludzie wyskakujący ze ścian, dziewczyna bez ust, chłopak z obrazu – to było trochę zbyt wiele, niżby Orly spodziewał się po tej akcji. - Mów mi Jonathan – powiedział chłopak, wychylając się ponad barierką. Venice wyciągnęła kolejną maskę i założyła ją na twarz. – Dużo was tu jest? - Było czworo, ale wszyscy są złapani. Jest tu jeszcze trzech takich, co wyglądają na braci. - Idź uwolnij swoich przyjaciół. Ja się rozprawię z Venice. Podniósł się i uniósł dłonie, które zalśniły na błękitno, najwyraźniej pokrywając podłogę lodem; Venice po drugiej stronie przestrzeni poślizgnęła się i upadła, znikając za barierką. Orly wstał i pobiegł w głąb korytarza, zastanawiając się, gdzie jest schowek, w którym ukryli Schiza, Truley i Kiero, gdy nagle usłyszał łoskot po prawej. Otworzył drzwi i… zobaczył związanych i zakneblowanych Hakera i Agnes. - Nic wam się nie stało? – zapytał, rozwiązując ich. - Nic. Słuchaj, ta dziewczyna... - Nie ma ust, wiem. Całkiem sprawnie bez nich mówi, wiem. Nosi porcelanową maskę, żeby to ukryć, wiem. Zna różne magiczne sztuczki, tak jak jej goryle, wiem. I ma do nas uraz, wiem. Skąd wyście się tu wzięli? - Siedzieliśmy w aucie, jak kazałeś, kiedy nagle ona się pojawiła i wyczarowała te liny. Potem zamknęła nas tutaj. - Co z alarmami? - Nic. Są wyłączone i nie ma opcji, aby włączyć je stąd. - Trzeba znaleźć resztę i wynosić się. Ten psychol ukrył ich w jakimś schowku. Wyszli za nim i pobiegli ku sekcji południowej. Po kilku nerwowych minutach znaleźli to, czego szukali – schowek na miotły. Orly szarpnął za klamkę. - Zamknięte. - Na bok – powiedział Haker, unosząc nogę. Potężny kop sprawił, że drzwi wyskoczyły z zawiasów; Haker wyjął je. Ich przyjaciele siedzieli przywiązani do siebie; Schizo i Kiero byli nieprzytomni, Truley jednak spojrzała na nich, mamrocząc coś spoza knebla. Za nimi leżeli oszołomieni strażnicy. Haker wszedł do środka i zerwał szmatkę, a następnie przeciął węzy scyzorykiem. Ocucili Schiza i Kiero z pomocą butelki z wodą stojącej w schowku i cała grupa pobiegła w stronę wyjścia głównego, naprzeciwko którego stało ich auto. Kiedy jednak przebiegali przez atrium, usłyszeli nad sobą wybuch i spojrzeli w górę: Jonathan został zdmuchnięty w trzeciego piętra i wpadł w fontannę – na jego szczęście, właśnie włączoną. Na górze pojawiła się Venice; na widok młodzieńca i braku ust dziewczyny (znów straciła maskę) Truley, Kiero i Schizo krzyknęli jednocześnie: - O Boże! - O Jezu! - O k...a! Z poziomu naprzeciwko nadciągnęły kolejne złote kulki, które odbiły się od podłogi i wybuchły, tworząc wirujące race ognia. Orly odskoczył, unikając najbliżej, jednak rozbryzg trafił Hakera w ramię: syknął i upadł na ziemię, trzymając się za rękę. Kiero odciągnął go na bok. Orly złapał stojący przy drzwiach kosz na śmieci i cisnął nim w szklane wejście, otwierając drogę na zewnątrz. Widząc to, Jonathan cisnął ostatnią kulę w poziom, na którym stała Venice; eksplozja zniszczyła podłogę i Venice spadła na dół, jednak Nicholas zdołał wyskoczyć w górę i złapać ją. Postawił ją na podłodze i sam zniknął. Kiedy grupa znalazła się już na zewnątrz, Orly zapytał Hakera: - Nic ci nie jest? - Boli – warknął Haker, wciąż trzymając się za rękę. Brzdęk! Nad nimi eksplodowała szyba, na górze pojawił się Nicholas; jego dwie złote bransolety stopiły się w jedną i uformowały okazały, złoty topór o segmentowanej rękojeści. - Czujesz ból?! POCZUJ HIROSHIMĘ! Zeskoczył na dół, jeszcze bardziej zwiększając wątpliwości grupy co do jego zdrowia psychicznego i uderzył toporem w ziemię; w miejscu uderzenia wykwitła złota kula, rozszerzająca się we wszystkie strony. Venice, Michael i Iacobos, którzy akurat wyszli na zewnątrz, również znaleźli się w zasięgu wybuchu. Gdy opadł pył, przed wejściem do muzeum widniał okazały krater, z którego unosił się dym. Spod gruzów wyszedł Iacobos, pocierając głowę. - Gdybym prosił cię raz... - jęknął. - Ale przecież prosiłem cię setki razy... UPRZEDZAJ MNIE, ZANIM TEGO UŻYJESZ!!! Nicholas, leżący na ziemi, spojrzał na swoją klatkę piersiową; była rozerwana, widać było żebra, ale wciąż się uśmiechał. - Hehe... Popatrz, jestem martwy! - Jesteś obleśny, tyle ci powiem. Wstawaj, zabierz Jonathana i spadamy. Nicholas wstał, zniszczona pierś zagoiła się. W tym momencie coś zauważył. - Szlag – mruknął. - Co znowu? - Bransoleta mi zginęła. - Nieważne, szukaj Jonathana. Rozejrzał się, ale wybuch uszkodził wszystkie latarnie i zapanował mrok. Syreny policyjne wyły w oddali. Nicholas zauważył młodzieńczą dłoń, złapał ją i obaj z Michaelem zniknęli.

Venice tymczasem leżała oszołomiona, wiedząc, że jeszcze przez pewien czas nie będzie mogła się ruszać. Wiedziała też, że za kilka minut nie będzie mogła już użyć czarów, aby się obronić, więc postanowiła wykorzystać jedyną sztuczkę – zniknąć i pojawić się gdzie indziej. Skupiła się na jakimś dobrze sobie znanym miejscu, gdy nagle poczuła na nadgarstku uścisk czyjejś ręki. - No, teraz będziesz się spowiadać jak przed świętym Piotrem – warknął Orly, przytrzymując ją. - Puszczaj! – krzyknęła Venice, ale było za późno. Orly nagle poczuł, że wciąga go wielki wir i obraca szybko wokół jego własnej osi. Ogarnęła go najpierw ciemność, a potem różne, niezrozumiałe obrazy przemykających szybko dookoła niego wiosek i miast. Wtem poczuł, że wir zwalnia i wylądował zgrabnie na nogach, podnosząc się w jednej chwili. Rozejrzał się. To już zdecydowanie nie było New Detroit. To wyglądało raczej jak spalony las. Przed nim rozciągały się połacie czarnych, zwęglonych drzew, za nim – pas wzgórz pokrytych popiołem. Nad wszystkim unosiły się ciężkie, ciemnoszare chmury. Chłopaka przeszedł dreszcz. Usłyszał jęk i obrócił się: Venice nie wylądowała tak miękko. Przez chwilę leżała na ziemi i tylko kręciła głową; kiedy jednak zobaczyła Orly’ego, natychmiast zerwała się na równe nogi. Orly wyciągnął pistolet, zabrany ze schowka, modląc się w duchu, aby nie musiał go używać: nie znał się na strzelaniu, wiedział tylko tyle, że sposoby „po amerykańsku” – z wysokości biodra, na ślepo albo marnowanie całego magazynku na jeden cel są do niczego. Venice jednak wyglądała na równie niepewną, co on: stała na drodze, na której wylądowali i spoglądała na swoje dłonie. - Co z tobą? – Orly nie mógł się powstrzymać, aby nie zadać tego pytania. - Niech to szlag! – jęknęła Venice, obracając swoje ręce. – To święta strefa! - Że co, proszę? - Święte strefy, miejsca, gdzie nie można używać magii… Spojrzała na niego z nieukrywanym gniewem. - Ale to i tak za mało, aby mi przeszkodzić – warknęła, unosząc pięści. Orly ledwo powstrzymał wybuch śmiechu. – Spróbuj mi wejść w drogę, a… W tym momencie potknęła się o korzeń i upadła na ziemię, w warstwę pyłu. Wstała, kaszląc, cała upylona. Orly spojrzał na nią. Pięć minut temu chciała go zabić. Teraz on mógłby się odegrać, ale jakoś nie miał ochoty. Schował pistolet. - Możesz mi wyjaśnić, gdzie jesteśmy i co my tu robimy? - Chciałam uciec przed waszą policją, dlatego pomyślałam o mieszkaniu, w którym się znajdowaliśmy. A ty mnie rozproszyłeś i znaleźliśmy się tutaj. - W ogóle wiesz, co to za miejsce? - Puszcza Węglowa, na skraju stanu. Parę lat przed naszą podróżą wybuchł tu wielki pożar. Spowodowała go magia, więc Puszcza nigdy nie odrośnie. - Jak daleko jest do granicy strefy? - Nie wiem – przyznała Venice. – To miejsce zostało poświęcone, bo zginęły tu sto cztery osoby. Dopóki jesteśmy w Puszczy, nie możemy stąd zniknąć. Orly spojrzał w górę. Nad nimi świecił Księżyc, chowając się nieco za chmurami. - Znasz może jakąś kryjówkę? Venice kiwnęła głową nieufnie. - Gdzieś po drodze stąd jest chata, w której czasem mieszkał leśniczy. Przetrwała pożar, ale to było ponad 150 lat temu, w 1850 r. - 1850 r.? Potraficie podróżować w czasie? - Magia – wzruszyła ramionami Venice. - No dobrze – Orly odważył się podejść bliżej. – Nieważne, czy stoimy po jednej, czy po innej stronie, ale fakt faktem, że wciąż jest noc, a ja dobrze wiem, że lasy to niezbyt szczęśliwa okolica do spędzania jej. Idźmy do tej całej chaty i przeczekajmy tam do świtu – pogroził jej pięścią przed nosem. – Ale nie myśl sobie, że zapomnę o tym locie przez barierki. Venice spojrzała na niego obrażonym wzrokiem. Potem oboje skierowali się w głąb ścieżki, idącej – jak ocenił Orly, po niektórych elementach otoczenia – na północ. Przez całą drogę szedł tuż za Venice. Rozmyślał nad tym, co się dzieje z innymi i nad tym, co właśnie przeszedł. W ciągu niecałych dwóch dni był świadkiem katastrofy w bazie wojskowej, zbezczeszczenia kościoła, włamania do muzeum, pojawienia się dziewczyny bez ust i chłopaka wychodzącego z obrazu, ludzi przeskakujących przez ściany. Czy to wszystko się naprawdę zdarzyło, czy tylko mu się śni? Uderzenie bólu, gdy pogrążony w myślach nie zauważył i nie schylił się przed gałęzią podpowiedziało mu rozwiązanie.

Nicholas, Michael i Iacobos pojawili się w mieszkaniu, wraz ze złapanym młodzieńcem. Dopiero kiedy Michael włączył światło, Nicholas zauważył swoją pomyłkę. - To nie Jonathan! – rzekł zdumiony, widząc, ze ręka, którą złapał, należała do Kiero. Oszołomiony chłopak padł na podłogę, gdy Nicholas go puścił. - No to jest problem – mruknął Iacobos, lekko podnosząc Kiero i sadzając go na fotelu. – Woda – strzelił palcami na Nicholasa, który sięgnął po dzbanek na stoliku. Iacobos chlusnął jego zawartością wprost w twarz Kiero. Chłopak zakrztusił się i ocknął. - Wstajemy, dzieciaku – Iacobos pchnął go brutalnie z powrotem na fotel, gdy chciał się podnieść. – Coście za jedni? Skąd wzięliście się w muzeum? - Iacobos, spokojniej – powiedział Michael, podchodząc. – Młody zaraz się udusi od tej wody, a ja nie mam praktyki w przesłuchiwaniu trupów. Nicholas sięgnął do szafki i wyciągnął kolejne bransolety, tym razem srebrne, które nałożył na ręce. - Spójrz na to, młody – Nicholas podniósł jedną na wysokość oczu Kiero. – Mogę je zmienić w co zechcę, kiedy zechcę. Mogę zmienić je w gładkie ostrze, które wbiję ci w brzuch, a potem zmienić je w kolczaste. Iacobos, idź po kamerę, chcę to mieć na wideo. - Nie mamy kamery, pacanie, tylko Kamienie Pamięci. - Zabawopsuj – mruknął Nicholas, wywracając oczyma. Michael podszedł z boku do fotela. - Chcemy wiedzieć, jak się dowiedzieliście o naszym włamaniu – powiedział, nachylając się ku Kiero. – Powiedz nam, albo zostawimy cię w jednym pokoju z Nicholasem. - No wiesz, tego mu nie zrobisz – powiedział spokojnie Iacobos. – Wynajął was Jonathan? - Nie mam pojęcia, kim jest Jonathan – powiedział Kiero. – Słyszeliśmy, jak któryś z was rozmawiał przez telefon o planach co do muzeum, ale nie wiedzieliśmy, o co wam chodzi. - Kłamie, zabijmy go – rzekł Nicholas, zmieniając jedną z bransolet w srebrny sztylet. Iacobos położył mu dłoń na ramieniu i odepchnął na ścianę; gdyby nie refleks, Nicholas nie zmieniłby się w cień i zderzył z nią. - Co w ciebie wstąpiło? – zapytał, wstając. – Zwykle po prostu byś się odsunął i pozwolił mi robić to, co robię najlepiej. - Chłopak będzie naszą kartą przetargową – oznajmił Iacobos, podając Kiero ręcznik do osuszenia twarzy. – Gdzie się mieścicie? - Myślisz, że ci powiem? – parsknął Kiero. Na skroni Iacobosa zaczęła pulsować żyłka. - Kartą przetargową…? – powtórzył Michael. - Może nie zauważyłeś, ale Venice nie wróciła i nie mamy kontaktu z Alexem. Póki ich nie znajdziemy, będziemy zmuszeni znaleźć tamtych. Stawiam Medalion 9 Żyć, że Jonathan jest z nimi.

Iacobos wygrałby zakład. Widząc nieprzytomnego sojusznika, Schizo bez wahania zarzucił go sobie na plecy i zabrał do wozu. - Jazda, jazda, jazda! – poganiał kierowcę, wpadając na tylne siedzenie wraz z Jonathanem. Dopiero po chwili zorientował się, że za kółkiem nie siedzi Kiero, tylko Agnes. - Gdzie jest Kiero? – zapytał. - Gdzie Orly? – zapytała Truley. - Nie wiem, ale policja już jedzie. Wdepnęła gaz do dechy, ruszając poprzez wąską uliczkę między budynkami. W duchu chwaliła Kiero za zakrycie loga PAN, które policja od razu by zauważyła, jednak i tak dwa radiowozy ruszyły za nimi. - Co zrobić? – zapytała. Schizo wskoczył na siedzenie obok kierowcy. - Kiero trochę go podrasował – powiedział, naciskając przycisk na konsoli. Z tyłu i z przodu tablice rejestracyjne obróciły się, ukazując fałszywe numery. - Niezłe, ale to trochę za mało – skomentował Haker, spoglądając przez tylną szybę. - To zobacz to – kolejny przycisk, tym razem z ukrytego schowka wysypały się kulki. Radiowóz przejechał po nich bez problemu. - Ups, nie ten guzik – speszył się Schizo. – Ten będzie dobry. Ze schowka wysypały się odłamki szkła. Widząc je, radiowozy stanęły gwałtownie. Agnes skręciła z piskiem na most i przejechała przez rzekę. - Mało brakowało – odetchnęła.

Dotarli do fabryki, schowali auto w podziemnym garażu i weszli na swoje piętro, do zbiornika. Tam ułożyli Jonathana, który wraz z Kiero był najbliżej wybuchu. - Podaj mi browar – polecił Schizo. Gdy Truley odkorkowała mu piwo i podała, wziął mały łyk, a potem otworzył usta Jonathana i wlał mu odrobinę z butelki. Chłopak natychmiast zaczął kasłać. - Gorzkie! – jęknął, siadając. - Odkryłem lek na śmierć kliniczną – mruknął Schizo, odstawiając browar. – Będzie wywiad dla NatGeo. Jonathan rozejrzał się po zbiorniku. - Gdzie ja jestem? I co to za dziwny dom? - To nie dom, tylko nasze miejsce zebrań – Schizo wychylił się ku niemu z butelką w ręce. – A to, co żeś właśnie odrzucił, to browar, jeden z najważniejszych wynalazków ludzkości. - Który mamy rok? - Jest 2011. - 2011?! - No tak. Jonathan zamilczał. - Orly mówił, że siedziałeś w „Paradzie”. Jonathan uniósł głowę. - Zgadza się. To było moje więzienie po tym, co zrobiłem Venice. Uśmiechnął się lekko pod nosem, jego ramiona zatrzęsły się. - Możesz dokładnie powiedzieć nam, co się tutaj do cholery dzieje? – Schizo wstał. – Spotykamy magików, ty wyłazisz z obrazu, ta dziewczyna – Venice, tak? – zakrywa pewne braki porcelanową maską… Czego oni tu szukają? - Nazywam się Jonathan Craft – powiedział. – Venice jest moją siostrą, a nasi rodzice zarządzali obszarem robotniczym utworzonym na terenie tego stanu w XIX wieku. Wtedy było tak, że syn zarządcy miał obowiązek uczęszczania do szkoły wojskowej, gdzie szlifuje się jego zdolności bojowe, a córka otrzymuje nauczanie w najlepszych szkołach. No i u nas było tak, że ja wolałem podróżować i uczyć się. To się nie spodobało mojemu ojcu. Uważał, że jestem tchórzliwy. A ja uważam, że powinienem być jak najsprytniejszy, bo skoro tylko kobiety otrzymują wykształcenie, taka cwana dziewczyna jak moja siostra może wykorzystać swój umysł lepiej, niż ja broń. No i miałem rację. Nasi rodzice zostali zabici, zrobił to najwierniejszy służący moich rodziców na polecenie mojej siostry, a mnie oskarżono o tę zbrodnię. No i musiałem uciekać. Moja siostra szuka i mnie, i Naszyjnika Dziewięciu Żyć. - Właśnie, ten Naszyjnik – Agnes podeszła do nich. – Co to takiego? - Ten naszyjnik podobno należał do kapłanek Bast i zapewniał swojemu posiadaczowi dziewięć żyć. Tak przynajmniej głosi legenda. De facto, w naszyjniku znajdują się jakieś źródła energii, które chronią posiadacza przed śmiercią z jakiegoś źródła. Jeśli któregoś z 9 źródeł brakuje, jest zagrożony. - Jakie to będą źródła? – zapytała Truley, podczas gdy Haker zaczął wyliczać: - Zaraz… Wiek, choroba, zamach, egzekucja, wypadek, samobójstwo, zatrucie, głód… Czegoś mi tu brakuje… Naraz spojrzał na Jonathana. - Momencik… Klątwa? Jonathan klasnął w dłonie. - Brawo. Venice nie chce nieśmiertelności, tylko chce zdjąć z siebie klątwę, którą na nią rzuciłem. - Ty rzuciłeś? - W końcu Venice i bracia Lennox dopadli mnie w jednej chacie. Doszło do walki. W naszym kraju był zwyczaj, że władzę przejmuje się przez małżeństwo. Jeśli kobieta wychodziła za mąż, otrzymywała majątek po rodzicach, do tego czasu był w rękach wyznaczonej osoby. A małżeństwo pieczętuje się pocałunkiem. Więc zabrałem jej usta – znów zachichotał. – To jej się nie spodobało. I choć miała dopiero czternaście lat, już miała potężną moc magiczną. Zamknęła mnie w obrazie wiszącym w chacie i kazała oddać jakiemuś człowiekowi. Dopiero potem zorientowała się, jaka była głupia. Klątwę może cofnąć tylko ten, kto ją rzucił. Chciała mnie odnaleźć, ale było za późno. Posiadacz obrazu zmarł, a ja trafiłem do muzeum. Potem zmieniałem kilka razy miejsce, aż trafiłem tutaj. Co to w ogóle za miasto? - New Detroit. - New Detroit… Ładna nazwa. W każdym razie nie wiem, czemu Venice postanowiła mnie znaleźć akurat teraz. Może akurat teraz ja i Medalion znaleźliśmy się najbliżej.

Komórka Michaela zadzwoniła. Wyciągnął ją z kieszeni i odebrał: - Słucham? - Mówi Alex. Wiem już, gdzie jest Medalion. - Naprawdę? Trochę nie w czasie. Venice zaginęła. - Możemy go zdobyć bez niej – odparł Alex. – Znajduje się w prywatnej galerii pewnego milionera-przedsiębiorcy, właściciela dużych zakładów chemicznych. Leży ona w pobliżu brzegu morza, pod domem tego pana. Zdaje się, że dokładny adres to Convocation Street nr. 5, chociaż leży na uboczu. Tak się ciekawie składa, że ksiądz jest kuzynem pana dyrektora, więc opowiedział mi szczegółowo o skarbach swojego krewnego. - Z własnej woli? – uśmiechnął się Michael. - Ależ Michaelu, nie rozśmieszaj mnie. Trochę tego, trochę tamtego i ksiądz znów stał się rozmowny. Michael skinął głową. - Jak wejdziemy do środka? - Zdaje się, że można się tam dostać przez zatoczkę. Są tam jaskinie, które służyły kuzynowi księdza jako port dla jego motorówek. Dostaniemy się do wnętrza; potem jeden z nas odzyska Medalion. - Zgoda. Zadzwonimy, gdy uzgodnimy szczegóły planu – rozłączył się i odwrócił do braci. - Alex dzwonił – mówił Michael. – Wie, gdzie jest Medalion. Idziemy po niego tego wieczoru - i zaczął wyjaśniać im, jaki jest plan. Kiedy rozmawiali, przywiązany do krzesła Kiero niezauważalnym ruchem ręki włączył mikrofon Hakera, przez który mieli się komunikować. On co prawda ich nie usłyszy, bo zgubił słuchawki przy muzeum, aczkolwiek oni będą słyszeć wszystko jak w dobrze nastrojonym radiu.

Schizo, słysząc głos wydobywający się nagle z głośnika, spadł z krzesła. Wstał i podkręcił głośność, żeby cała sala słyszała. - Alex dzwonił – mówił Michael. – Wie, gdzie jest Medalion. Idziemy po niego tego wieczoru. - Gdzie on jest? – zapytał Nicholas, nawet tanie okablowanie głośnika i zakłócenia w przekazie nie ukryły dreszczu emocji z polowania w jego głosie. - W posiadłości na Convocation Street nr. 5. Uzgodnijmy plan. Schizo włączył program nagrywający i zwrócił się do innych. - Co wy na to? Kiero ma łeb. Na pewno używa twoich mikrofonów, Haker. - Naprawdę interesujące – rzekł Jonathan. – Czemu wasza koleżanka tak nagle zbladła? Faktycznie, Truley zrobiła się blada. - Cóż, pomyślmy… - rzekł Schizo. - Czy mógł na to wpłynąć fakt, że Convocation Street nr. 5 to właśnie adres jej domu?

- …Nicholas, jesteś najzwinniejszy, pójdziesz po Medalion. My zaczekamy za tobą. Alex będzie pilnował brzegu, gdyby ci smarkacze znów mieli ochotę nas śledzić. Czerwona lampka nagrywania zgasła, gdy Schizo wyłączył sprzęt. - Mamy ich nagranie – powiedział zadowolony. – Teraz wystarczyłoby iść z tym na policję. - Dlaczego „-by”? – zapytała Agnes. - Dlatego, że będą chcieli wiedzieć, skąd mamy sprzęt do podsłuchu. Musielibyśmy przyznać, że byliśmy w muzeum i zrobiliśmy z niego Wielką Schizmę. Nie, nie ma rady – sprawę załatwiamy osobiście. W tym czasie Haker obserwował fragment zdobytej bransolety pod mikroskopem, po czym włożył do urządzenia przypominającego kształtem magnetowid. Jak wiedzieli, był to skaner magnetyczny, który złożył w wolnym czasie dla swojego ojca, mechanika; po podłączeniu do komputera wyświetlał informacje o wszelkich uszkodzeniach i strukturze. Co prawda, nie wyglądał estetycznie z masą wystających kabli i brakującą pokrywą, ale ważne było, że działał. Komputer dokonał analizy bransolety i pokazał wynik na ekranie w postaci skomplikowanego wykresu. Haker przez pół minuty odczytywał dane. - Niesamowite - mruknął do siebie, pocierając szczękę. - Co znalazłeś? - zapytał Schizo, siadając obok niego na krześle. Za nimi stanęli Agnes i Jonathan. - Nie wiem, czy to stop, czy metal naturalny, ale w każdym razie posiada on zmienną strukturę molekularną. Czytałem teorie naukowe na ten temat. Ci ludzie pewnie o tym nie wiedzą, ale przepuszczając przez niego prąd o odpowiednim napięciu i natężeniu, można kontrolować jego kształt. A parametry tego prądu pokrywają się z elektrycznością produkowaną przez ludzkie ciało. Spojrzał na nich i zobaczył, że nic nie rozumieją. Westchnął: - Chodzi

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%