Fantastyka · 40 min czytania
Portfel
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mieliśmy dziwne wrażenie, że teraz, kiedy wszystko się już zdarzyło, może zdarzyć się cokolwiek – „Altanka” Raymond Carver Nigdy nie wyrosłem. Nie zrozumcie mnie źle, niezupełnie chodziło mi o moją niedojrzałość emocjonalną i psychiczną tylko o raczej niewysoki wzrost. Liczę równo jeden metr i 70 centymetrów. To nie najlepszy wynik, jeżeli miałbym być szczery, a przecież jestem. Wiele jest tych głupiutkich dosyć powiedzeń, mających ukrócić cierpienia osób, które nie przebijają się przez tę „wzrostową barierę”. Wiecie na przykład mówi się: „Mały, ale wariat” albo „Małe jest piękne”. To ma mi pomóc? Jestem po prostu niewyrośnięty. Zastanawiacie się pewnie czemu o tym mówię. Sam nie wiem. Każda historia jakoś się zaczyna, a że ta jest dosyć dziwna, zagmatwana i nielogiczna, to postanowiłem dać jej równie nielogiczny i zupełnie nie związany z nią wstęp. Nie pamiętam, kiedy w zasadzie zacząłem uczęszczać na coraz liczniejsze eskapady, mające na celu zdobycie wiedzy o otaczającym mnie świecie i systemach nim zarządzających. Wszak ludzkim jest ustalanie pewnych praw, toteż ja poszukiwałem tych praw wszędzie tam, gdzie oficjalnie ich nie ma. Raz się przechadzałem przez nasze polskie Default City. Szedłem przez zagmatwany nieco labirynt uliczek. Przechodziłem między kamienicami, obserwowałem lokalny folklor. Przystanąłem, żeby posłuchać jak młody chłopak ubrany w dres z trzema paskami podśpiewuje, czy raczej „nawija” niezrozumiały dla mnie zlepek słów. Przysłuchiwałem się jego wadzie wymowy, uciekało mu „s”. Świstał, był jak wiatr przebijający się przez nieszczelne okna na strychu starego wiejskiego domu. Cóż za ironią losu byłoby, gdyby ten chłopak nosił imię Sebastian. Sam nie mógłby go poprawnie wymówić. Kiedy tak obserwowałem go, za mną prześlizgnął się jakiś facet w płaszczu, czarnym i trochę pogniecionym. Tym dziwniejszym wydało się to zjawiskiem, że było akurat lato, a w słońcu można było wyczuć prażące 30 stopni. Nie oderwałem jednak wzroku od chłopaka w dresie, który wśród coraz wolniej wypowiadanych słów, znalazł zadziwiająco wiele miejsca na bluzgi. Minęło tak kilka minut, a ja musiałem zacząć usuwać się z tego miejsca, bowiem chłopak ów zaczął te liczne bluzgi kierować powoli w moją stronę, a jego współziomkowie niebezpiecznie zbliżali się do mnie. Odwróciłem się na pięcie, a do ucha jednego włożyłem słuchawkę. Wtedy zrobiłem krok, czy może dwa albo nawet trzy i stopą nadepnąłem na coś dziwnie miękkiego, a zarazem dosyć twardego. Patrzę więc w dół a oto oczom moim ukazuje się przedmiot kształtu oklapłego graniastosłupa. Skórzany i czarny był ten przedmiot, a po nieco zbyt długich oględzinach byłem w stanie stwierdzić, iż jest to portfel. Równie wolno doszedłem do faktu, że właścicielem owego przedmiotu może być nie kto inny jak facet w płaszczu. „Muszę go znaleźć” – pomyślałem. Tak więc od razu zacząłem biec w stronę, w którą uznałem, że poszedł. Przebiegłem przez wąską bramę kamienicy i rozglądnąłem się po ulicy, ale nikogo niestety nie dostrzegłem. Spytałem ludzi idących czy wiedzą coś o facecie w płaszczu, a oni wszyscy krzywo na mnie spoglądali. Poszukiwania spełzły na niczym, toteż musiałem zawiesić na tę chwilę ich intensywność i wrócić do nich innym razem. Uprzednio jednak zajrzałem do środka portfela, bo nic przecież nie poradzę, że jestem ciekawski. W środku było kilka banknotów niskich nominałów, bilon, zdjęcie jakiejś kobiety, dowód osobisty owego mężczyzny, którego nazwiska nie przytoczę, w końcu obowiązuje mnie ochrona danych. Imię nosił dosyć ciekawe i niespotykane: „Maurycy”. Niestety mimo usilnych moich starań nie znalazłem w środku żadnego paragonu czy czegokolwiek innego co pozwoliłoby mi określić obszar, w którym powinienem owego osobnika poszukiwać. Także szybko dosyć postanowiłem wrócić do domu, mając nadzieję, że nie śledzi mnie żaden ze wspomnianych wcześniej współziomków chłopaczka w dresie. Wsiadłem w autobus i usiadłem na wygodnym foteliku charakterystycznym dla komunikacji miejskiej. Na następnym przystanku wsiadła kobieta jakaś starsza, o włosach mocno już ośnieżonych. W ręku dzierżyła swój atrybut – siateczkę z zakupami. Starałem się nie spoglądać w jej stronę, ale ona dostrzegła mnie swoim sokolim wzrokiem wspartym grubymi jak denka butelek szkłami okularów. Na przekór siłom rozpędzonego autobusu zbliżała się do mnie. Wiedziałem co to oznacza, toteż byłem gotowy na nieuniknione. Wykorzystywałem ostatnie błogie chwile, kiedy mogłem siedzieć na fotelu, z którym przecież moje pośladki zdążyły się już zaprzyjaźnić. Wtedy ona stanęła nade mną. Babcia o siwych włosach i uśmiechu nr. 5 (to jest tym nieco błagalno-roszczeniowym, jeżeli go nie znacie to musicie przejechać się komunikacją miejską). Staruszka oblizała usta, ale nic nie powiedziała. One rzadko coś mówią. Pomimo tej ciszy zrozumiałem dyskretny sygnał i ustąpiłem jej miejsca. Przeszedłem na przód autobusu. Stała tam dziewczyna, całkiem ładna, muszę powiedzieć. Na nogach miała te siatkowane rajstopy. W ręku trzymała telefon, toteż znowu moja ciekawska natura się odezwała i zajrzałem jej przez ramię. Grała w tę grę z układaniem słów z konkretnie podanych liter. Nagle powiedziała do mnie, że to nieładnie tak zaglądać komuś przez ramię i schowała telefon do kieszeni, po czym obróciła się twarzą do mnie. Wyciągnęła rękę i przedstawiła się: „Gabi jestem”. Uścisnąłem jej rękę i powiedziałem, że na imię mi Jan. Ona pyta co robię w tym autobusie, no to ja jej odpowiadam, że wracam do domu po spacerze mającym na celu obserwowanie kolorytu warszawskich kamienic. Ona się zaśmiała i mówi, że ona jedzie akurat na spacer i jakbym chciał to mogę kontynuować ową obserwację razem z nią. Przystanąłem na tę propozycję, z racji, że nigdzie mi się w zasadzie nie śpieszyło. Wyszliśmy więc z autobusu na jednym z przystanków, a ja nie byłem pewny, gdzie się znajdujemy. Zdałem się więc na najlepszą wiedzę nowo poznanej dziewczyny oraz jej zdolności przewodnicze. Spacerowaliśmy tak wzdłuż jednej z ulic miasta, a zadziwiające było, że nie zauważyłem na niej ani jednego samochodu. Nie omieszkałem zapytać Gabi, dlaczego na tej ulicy nie ma żadnego samochodu. - Czemu tu nic nie jeździ? – tak sformułowałem swoje pytanie, odstępując od wstępnego kształtu i wcześniej obranego planu. - Nie wiem, za daleko od cywilizacji. - Przecież jesteśmy w środku miasta. Rozejrzała się i jakby nie dostrzegła otaczających ją bloków i jeszcze wyższych wieżowców rozciągających się na horyzoncie. Pokręciła przecząco głową. Ja mrugnąłem i przetarłem oczy, bo przede mną rozciągała się łąka pełna kwiatów. Wciąż byliśmy w środku miasta i jego ogromnych zabudowań. A jednak między jedną kamienicą, a drugą, jak gdyby nigdy nic rosła sobie w najlepsze kolorowa łąka. Czy ja oszalałem, czy może to tylko moje oczy zwariowały? – Taką myśl wypowiedziałem na głos, a moja towarzyszka się zaśmiała. Zaczęła opowiadać, że lubi tu przychodzić, bo to miejsce wydaje się dziwnie nierealistyczne. Mówiła, że ludzie, którzy mieszkają naokoło są tak zabiegani i zajęci sami sobą, że nie dostrzegają tego miejsca, nie przychodzą tu, a niektórzy nawet o nim nie wiedzą. Przeszliśmy między dwoma blokami i wyszliśmy na wyasfaltowaną drogę. „Złapmy stopa” – Powiedziała do mnie. Przytaknąłem jej, czując, że powoli zmieniam się w pantoflarza. Wyciągnąłem rękę z wyprostowanym kciukiem, jak na filmach. Minęło kilka minut i w oddali było widać pędzący samochód. Już wtedy było słychać muzykę Lady Panku wyprzedzającą samochód o całe metry. „Chyba wiem kto to” – Pomyślałem. Samochód zatrzymał się przy nas, a w środku siedział mój przyjaciel. Gdy mnie zobaczył wykrzyknął: „Jan! Co ty tu robisz?” A ja opowiedziałem, że nie wiem. Przedstawiłem mu Gabi. On powiedział, żebyśmy wchodzili do środka, a gdy to zrobiliśmy, zapytał, dokąd chcemy jechać. Powiedzieliśmy zgodnie, że przed siebie. Toteż przyjaciel mój docisnął gaz do podłogi i jechaliśmy tak zgodnie z tym co wcześniej powiedzieliśmy - przed siebie. Droga była prosta i prowadziła poza miasto. Przyjaciel mój zaczął zagadywać, gdzie się poznaliśmy, a kiedy się poznaliśmy, a to co tam u nas. Odpowiadałem, że poznaliśmy się przed chwilą w autobusie i że wszystko chyba u nas w porządku. Dalej zadawał różne pytania i prowadził niewyrafinowany small talk. Skończyło się to, gdy z samochodowych głośników poleciała „Stacja Warszawa”. Wtedy podkręcił głośność i otworzył swoje okno, wystawiając za nie łokieć. Gdy doszliśmy do refrenu głośno zaczął go wykrzykiwać. Dołączyłem się do niego. Odwróciłem się do Gabi. Robiła nam zdjęcie aparatem analogowym. - To na pamiątkę – powiedziała. Kiedy zrobiła zdjęcie, sama dołączyła się do śpiewania. Jechaliśmy tak jeszcze jakiś czas, aż nagle zepsuł się nam samochód. Byliśmy w środku jakiegoś pola, a zaczynało się już ściemniać. Nie wróżyło nam to dobrze. Niemniej jednak zaczęliśmy pchać samochód dalej przed siebie, nie chcąc psuć naszej dotychczasowej przygody. W oddali było widać jakiś dom. Dotarliśmy do niego, a wtedy mój przyjaciel powiedział, żebym sprawdził czy ktoś tam jest. Podszedłem do furtki i na podwórku zauważyłem mężczyznę w płaszczu. Zdziwiłem się i nawet przez chwilę zastanawiałem, czy własny mózg nie płata mi figli. Mrugnąłem i mężczyzna zniknął. Podbiegłem do drzwi wejściowych i zapukałem. Otworzył mi całkiem młody chłopak. Zapytał dosyć niegrzecznie czego chcę. Ja zacząłem bredzić. - To tutaj, tutaj mieszka mężczyzna w płaszczu. Jestem pewien! - Jaki mężczyzna w płaszczu? Nie wiem o kim pan mówi. – powiedział bardzo zdziwiony. - No ten, który stał na podwórku. Jestem pewien, że go widziałem! Mam jego portfel, proszę zobacz. – Podałem mu wyciągnięty z kieszeni portfel. Chłopak zajrzał do środka i wyciągnął dowód. - Maurycy? Nikogo takiego nie znam. Nikt taki tu nie mieszka. Proszę stąd iść, bo wezwę policję. Zamknął mi drzwi przed nosem. Wróciłem do samochodu i oznajmiłem moją porażkę. Moi towarzysze niezbyt się tym przejęli i po prostu kontynuowaliśmy pchanie samochodu. Noc się już zrobiła, a jedna sprawa nie dawała mi spokoju. Czułem na swoich plecach jakby ciężar czyjegoś wzroku. Obracałem się co jakiś czas, ale nigdy nikogo nie widziałem. W pewnym momencie zacząłem szeptać do mojego przyjaciela, że chyba ktoś nas śledzi. Potwierdził on moje obawy, mówiąc, że też mu się tak wydaje i że słyszy jakby coś szeleściło gdzieś za nami. Musieliśmy szybko obmyślić dywersję, która zdemaskowałaby tego szpiega. Nie mogliśmy wpaść jednak na żaden pomysł. Na szczęście nie musieliśmy, bo śledzący nas osobnik, był raczej amatorem i w pewnym momencie wywrócił się, wydając głośny huk. Spojrzałem w stronę źródła dźwięku i zobaczyłem chłopaczka, który nie tak dawno otworzył mi drzwi domu. - Śledziłeś nas taki kawał drogi? - Zapytałem. Mój przyjaciel zapytał skąd go znam, no to szybko odpowiedziałem mu kim jest ten chłopaczek. - Tak, śledziłem was, przepraszam, nie róbcie mi krzywdy. Mogę wam pomóc, znam się na samochodach, mogę go naprawić. Zapytałem więc czemu nas śledził. - Czemu nas śledziłeś? - Mówiłeś o tamtym facecie w płaszczu. Też go widuję. Śni mi się po nocach. Chcę się dowiedzieć kim jest. Podnieśliśmy chłopaka z ziemi i powiedzieliśmy, żeby zajrzał do samochodu. Chłopak podotykał jakichś rzeczy pod maską i nagle samochód odpalił. Wsiedliśmy więc do środka i jechaliśmy przed siebie. Zacząłem znowu rozmawiać z chłopakiem. Pytałem go czemu wcześniej nie powiedział mi, że zna faceta w płaszczu. Odpowiedział, że nie wie, że zmógł go jakiś dziwny strach, kiedy powiedziałem mu, że widziałem mężczyznę w płaszczu u niego na podwórku. Jechaliśmy samochodem i nagle minęliśmy znak: „Witamy w Mieście B”. Dreszcz nas wszystkich przeszedł. Zacząłem krzyczeć do mojego przyjaciela, żebyśmy zawracali, że nie możemy jechać dalej. W końcu kto by chciał jechać do Miasta B? Niech rdzenni mieszkańcy tego wspaniałego terenu nie zrozumieją mnie źle, ale pochodzę z kręgów, które nie przystają z miastem na B. Niemniej jednak musieliśmy udać się w głąb tego terenu, kierowani przez mojego przyjaciela, który usilnie starał się znaleźć miejsce, w którym będzie mógł bezpiecznie zawrócić. Jechaliśmy tak, aż droga zrobiła się dziurawa. Zaczęliśmy dostrzegać pierwsze zabudowania, wskazujące, że na tym terenie mogliśmy spotkać jakichś tubylców. Mój przyjaciel zwolnił, ze względu na stan nawierzchni. Nagle znikąd pojawiły się jakieś istoty, a wygląd miały zbliżony do form ludzkich. Obeszły nas istoty te przerażające i otoczyły, aż przyjaciel mój musiał zatrzymać samochód. Twarze miały wszystkie wygięte w grymasie, jakby ból wykrzywiał ich mimikę. Istoty te zaczęły bić w karoserię samochodu i dobijać się do szyb. Krzyczały przeraźliwie jakieś słowa niezrozumiałe dla nas. Wiedziałem, żeby nie wjeżdżać do miasta na B – pomyślałem głośno, czyli w zasadzie powiedziałem. Poddaliśmy się i otworzyliśmy drzwi samochodu. Postaci otaczające nas odsunęły się, a wyglądały jakby ludzie z wrodzonymi wadami kończyn. Ludzie o zniekształconych twarzach i ciałach całych w ranach. Otaczały nas jednak budowle zadziwiająco podobne do ludzkich zabudowań, jednak bardzo koślawych i staromodnych. Jakby chaty pod strzechami. - Czy to są ludzie? – Zapytałem mojego przyjaciela. - Nie wiem. – Odpowiedział, ale nic mi to nie pomogło. Chłopaczek, który z nami był zaczął wydawać z siebie coraz głośniejsze dźwięki przerażenia. Otaczające nas istoty cofnęły się na chwilę, a później kilka spośród nich rzuciło się na niego i pochwyciło go. Stanęliśmy jak wryci, żeby chwilę później podnieść ręce w górę i powiedzieć, że się poddajemy. Istoty wykonały zrozumiały dla nas gest, oznaczający żebyśmy za nimi podążali. Tak też zrobiliśmy, bo przecież nie mieliśmy innego wyboru. Doprowadziły nas do budynku murowanego, istotnie różniącego się od innych okolicznych zabudowań. Zostaliśmy wprowadzeni do środka, a tam ukazał nam się widok niesłychany. Budynek mimo surowego wyglądu z zewnątrz, w środku był umeblowany w bardzo modernistycznym stylu. Istoty przepchnęły nas przez korytarzyk, a same wyszły. Szybko spojrzeliśmy po sobie, nikt nie pytał o uprowadzonego wcześniej chłopaczka. Posuwaliśmy się niepewnym krokiem przed siebie, aż weszliśmy do dużego salonu. Pośrodku niego stała ciemna i długa kanapa, a ściany wyściełane były miękkim materiałem. Ktoś siedział na kanapie salonu, a gdy usłyszał nasze kroki, odwrócił się. Twarz miał pospolitą, choć nieco nalaną, włosy zaś ciemne i łączące się z gęstą i zaniedbaną brodą. Uśmiechnął się widząc nas i jakby głos nieco mu zamarł. Odkaszlnął ten człowiek i powstał z kanapy, a ogromny był na dwa metry, co przytłoczyło nieco mnie i mój niski wzrost. - Goście, ludzie! Prawdziwi ludzie! Już straciłem wszelką nadzieję! – Odezwał się człowiek ten ogromny, a głos miał całkiem przyjemny, choć bardzo niski. Znowu popatrzyliśmy po sobie, nie wiedząc cóż to za sytuacja nas spotkała. - Z kim mamy przyjemność? – Zapytałem. Głos mi się załamał, co jednak na moje szczęście nie zdegustowało rozmówcy. - Ach, tak, tak! Przepraszam, nie jestem przyzwyczajony do gości, do ludzi. Na imię mi Marcel, choć tutaj raczej nie ma to znaczenia. Oni nie znają imion. Marcel. – pomyślałem. – Co za fatalne imię dla tak wielkiego faceta. - Proszę. – Wykonał w powietrzu okrężny gest ręką, wskazując kanapę. – Siadajcie. Skorzystaliśmy z propozycji, a gospodarz nasz zapytał czy moi towarzysze to niemowy może, tłumacząc, że on nie potrafi tego poznać. Mój przyjaciel za to odpowiedział, że nie jest żadną niemową, a Gabi załamanym nieco głosem zapytała co tu się dzieje. Gospodarz nasz dalej zaczął tłumaczyć, chodził od jednego skraju kanapy do drugiego, czasem przysiadał obok nas, po czym znowu wstawał i nieraz się zamyślał. Mówił, że przyjechał do Miasta B dawno temu, sam stracił rachubę. Lokalni mieszkańcy uznali go najwyraźniej za jakiegoś odkrywcę, gdyż przyjechał tu motorem, a tego nigdy oni nie widzieli. Był podobno turystą, więc miał ze sobą liczne przewodniki i albumy, z których lokalna ludność zaczerpała wzory na swoje budowle. Dalej opowiadał o tym, że z początku tubylcy byli nieufni wobec niego, jednak wkrótce się to zmieniło i uznali go za kogoś na kształt gościa honorowego. Siedzi w tym domu, który to bardzo starannie mu wybudowali. Siedział tu wiele lat, a przez ten czas nie mógł uciec. Bał się, nie miał map i nie znał terenu. Ponadto, jak opowiadał, ludzie stąd pilnują go i nie pozwalają na ucieczkę. W czasie swojego pobytu starał się podobno rozszyfrować język i gesty jakimi się posługują. Część z tego jest dla niego zrozumiała, ale większość wciąż pozostaje zagadką. Siedzieliśmy tak dłuższą noc i rozmawialiśmy. Gospodarz bardzo cieszył się, że nas spotkał. Gdy moi towarzysze i ja się uspokoiliśmy, postanowiłem skupić się na najważniejszej rzeczy. - Musimy stąd uciec. – Powiedziałem. Marcel przeląkł się i natychmiast mnie uciszył. - Nie tak głośno, oni nas podsłuchują. – Wyszeptał. - Znają nasz język? – Zapytał mój przyjaciel, bo mi Marcel zacisnął usta. - Owszem, są inteligentniejsi niż myślicie. Choć przy tym są bardzo głupi. Nie wiem czy mnie dobrze zrozumieliście, szybko przyswajają wiedzę, ale w kwestii myślenia w codziennych sytuacjach raczej wymiękają. Zabrałem rękę Marcela z moich ust. - Jak tu przyjechaliśmy, był z nami jeszcze jeden chłopak. Krzyczał, więc go gdzieś zabrali. Wiesz może co się z nim stało? - Pewnie wyprowadzili go na spacer, oni nie są kanibalami, ani mordercami. - Jeżeli mamy się stąd zmyć, to musimy go zabrać ze sobą. Czy odprowadzą go tutaj, czy zabiorą w inne miejsce? - Nie wiem, trudno mi powiedzieć, nie miewam gości, jak już mówiłem. Powiedziałem do moich towarzyszy, że zaczekamy jeszcze chwilę, a później jedno z nas musi się udać na zwiad i dowiedzieć się, gdzie jest ten chłopaczek. Mój przyjaciel zaproponował, żebyśmy zagrali w kamień, papier, nożyce. Przegrałem, zawsze przegrywam. Odczekaliśmy więc stosowny czas, obmyślając wstępny plan ucieczki. Potrzebowaliśmy pojazdu, dlatego musieliśmy również uwzględnić znalezienie samochodu. Prowiant nie był problemem, bowiem Marcel miał go w swoim domu. Co do orientacji w terenie, wiedzieliśmy tyle, że musimy jechać tą samą drogą, z której przyjechaliśmy. Najlepiej jak najszybciej. Toteż stało się i musiałem opuścić wygodne, modernistyczne lokum i udać się w samotną podróż zwiadowczą. Los tak chciał najwyraźniej. Nie było trudnym zadaniem przemykać się wśród zabudowań, zważając na mój niski wzrost. Nie napotkałem też żadnych większych komplikacji. Kiedy przechodziłem obok jednej z chat, usłyszałem odgłosy narzędzi oraz rzężenie tych istot. Zajrzałem po kryjomu do środka, a oczom moim ukazał się chłopaczek, który pracował przy motorze. Moja wrodzona umiejętność dedukcji podpowiedziała mi, że jest to motor Marcela. Naokoło maszyny i chłopaczka zgromadzonych było kilku tubylców, zajętych jednak prychaniem na siebie nawzajem. Wydałem z siebie charakterystyczny odgłos: „Psst”. Chłopaczek usłyszał to i zbliżył się do ścianki, zza której spoglądałem na niego. Zapytałem go co tu robi, on zaś odpowiedział mi dosyć wulgarnie i ironicznie, ze względu na co nie przytoczę tej wypowiedzi. Kontynuowaliśmy dialog przez chwilkę. Starałem się dowiedzieć co się dzieje i jak możemy go stąd odbić. Dowiedziałem się, że samochód zabrali do chaty naprzeciwko, dodatkowo umie naprawić motor, tylko grał na zwłokę, ze strachu. Powiedziałem, że wrócimy za jakiś czas i że musimy się stąd zmywać. Przytaknął mi i dodał, żebyśmy się pospieszyli, bo on tu zaraz oszaleje. Tak więc opuściłem go i wróciłem do domu Marcela. - Jest niedaleko, według tego co mówi, samochód jest naprzeciwko budynku, w którym się znajduje. – Taką krótką relację im wtedy zdałem. Marcel kazał nam ruszać jak najszybciej. Wszystko było gotowe. Wszystko oprócz planu, ale czy takim szaleńcom potrzebny jest plan? Wyszliśmy powoli z domu, każdy innym oknem. Szybko przedarliśmy się do chaty, w której przebywał chłopaczek. Marcel podszedł do drzwi i przyłożył palec do ust uciszając nas, by chwilę…