Hobby · 1 godz. 15 min czytania
Porwanie na statku
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Porwanie na statku - rękopis (Marie) Cała historia rozpoczęła się pewnego upalnego letniego dnia. Per i Marie leniuchowali bezkarnie na werandzie. Nagle ktoś dość natarczywie zadzwonił do drzwi. - Kogo diabli niosą… - mruknął zły Per, powoli otwierając oczy. Dzwonek nie cichł ani na moment, można było nawet powiedzieć, że stawał się coraz bardziej natarczywy. - Sprawdź to proszę a wracając zahacz proszę o kuchnię i przynieś mi coś zimnego do picia, dobrze? – poprosiła Marie, spoglądając przy tym na Pera tak, że ten przez chwilę zapomniał o złości na nieznanego gościa za drzwiami. - Siemanko! – przywitał się roześmiany od ucha do ucha Anders, wachlując się siedmioma biletami na statek. - Co takiego się stało, że tak natarczywie się dobijasz kretynie? – burknął Per. Wcale nie było mu do śmiechu, że przerywa mu się odpoczynek i to jeszcze w tak nachalny sposób. - Wpuścisz mnie czy będziemy rozmawiać w drzwiach? – spytał Anders zupełnie niezrażony burą jaką oberwał od Pera. - Idź na werandę, zaraz dołączę tam do ciebie i Marie – powiedział nadal nieprzyjemnie Per po czym wpuścił kolegę do mieszkania a sam poszedł do kuchni żeby przygotować dla całej trójki coś do picia (jemu też ze złości zaschło w gardle). - Co to za niecierpiąca zwłoki sprawa? – spytał Per, podając szklankę z napojem Marie, potem Andersowi a na końcu biorąc swoją. - Załatwiłem nam koncert. I to nie uwierzycie gdzie… - urwał tajemniczo. - Gdzie? – spytali jednocześnie znudzonymi głosami. Oboje byli na niego piekielnie wściekli. - Gdzieś, gdzie bardzo chciałabyś pojechać, bo są tam podobno dobre plenery do rysowania… - kluczył dalej Anders. - Javligt lura! – zawołała wściekła Marie, podrywając się z leżaka – Czy mógłbyś wreszcie powiedzieć mi co to za miejsce, gdzie gramy i dlaczego to ty załatwiłeś ten koncert a nie nasz management? To chyba oni są od tego! – dziewczyna mimo, że cofnięta przez Pera na leżak – nadal kipiała wręcz ze złości. - Płyniemy na… wyspę Utoya, do Norwegii, co wy na to? - Na Utoya? – spytała z niedowierzaniem Marie. - Ciekaw jestem jak udało ci się załatwić te bilety… - zastanawiał się Per. - Ja też – dodała Marie – Pewnie dałeś komuś jakąś łapówkę a to do ciebie całkiem podobne… - zaczęła ironizować dziewczyna. - Wiecie co... – żachnął się Anders i już miał wychodzić gdy jednak odwrócił się do przyjaciół i spytał ze złością: - To jak, bierzecie swoje bilety czy mam zwrócić wszystkie siedem? - Bierzemy – powiedział Per – Robię to tylko dla Marie a to przecież my jesteśmy trzonem zespołu. Po tej wymianie zdań Anders zostawił bilety dla Marie i Pera na stoliku stojącym między leżakami i wyszedł. Marie natomiast od razu schowała bilety tam gdzie trzymali swoje paszporty i inne podobnego typu dokumenty po czym wróciła do Pera. Reszta dnia upłynęła im już spokojnie, bez żadnych niespodziewanych odwiedzin. Na rejs pojechali dwa dni później. To był przedostatni dzień kiedy mogli wykorzystać bilety. Kiedy Marie i Per dojechali pod dok, w którym czekał ich statek – reszta zespołu czekała już na pomoście. - Jeśli jesteśmy już wszyscy to… wsiadajmy – powiedział Per, tocząc wzrokiem po przyjaciołach, biorąc walizki swoją i Marie i ruszając jako pierwszy. Dziewczyna od razu dogoniła go i jako pierwsi weszli na pokład. Rozpakowali swoje bagaże w swoich kajutach. Złożyło się tak, że kajuta Marie znajdowała się pomiędzy kajutami Heleny i Pera. Przyjaciele po odświeżeniu się i krótkim odpoczynku – wyszli do restauracji znajdującej się na drugim pokładzie statku. - Cześć – usłyszeli nagle za sobą dochodząc już prawie do swojego stolika. - Cześć, co wy tu…? – chciał zapytać Per, odwracając się w stronę brata i (jak się później okazało) przyjaciółki jeszcze z czasów dzieciństwa, w której swego czasu podkochiwał się – Asy. - Płyniemy w… przedślubny rejs – powiedział Bengt, uśmiechając się i pusząc z dumy jak paw. - Przedślubny? – zapytali jednocześnie zaskoczeni Marie i Per. - Dokładnie tak – uśmiechnęła się Asa, wysuwając w ich kierunku prawą dłoń, na której zalśnił złoty pierścionek z oczkiem otoczonym drobnymi cyrkonami – Zaręczyliśmy się – dodała na koniec, uśmiechając się. - Gratulacje… - mruknął Per z lekkim smutkiem. „Nie wiem czy wiesz ale odbiłeś mi dziewczynę, braciszku… - pomyślał smutno ale chwilę potem muskając nieśmiało dłoń Marie ukrytą pod stołem i równie nieśmiało patrząc w jej stronę – spróbował się pocieszyć: „Ale ja już mam swój ideał…”. Po jednym z koncertów na Utoya (jeszcze tego samego dnia okazało się, że to ma być seria pięciu koncertów a nie jak było mówione wcześniej – jeden) Per planował poprosić Marie o chodzenie. Liczył, że dziewczyna się zgodzi. Choć też – starał się być realistą i brał pod uwagę możliwość oberwania od niej przysłowiowego „kosza”. Tego pierwszego dnia rejsu wszyscy byli tak zmęczeni bujaniem – szczególnie dziewczyny – że położyli się spać wyjątkowo wcześnie. Niestety – ich organizmy potrzebowały niemal całej nocy na przyzwyczajenie się do bujania. Helenę, Marie. Clarence’a, Andersa i Chrisa męczyły potworne wymioty i wysoka gorączka. Magnus i Per nie mieli typowej choroby morskiej ale taż nie spali przez całą noc. Mieli ciężki orzech do zgryzienia, bo we dwóch opiekowali się piątką chorych przyjaciół. Per pomagał dziewczynom, szczególnie skupił się na pomocy Marie. „Czyżby się w niej zakochał…?” – myśleli pozostali. Nie mieli pojęcia, że swoimi spekulacjami i domysłami trafili w przysłowiową „dziesiątkę”. Wszystko wróciło do normy rano choć mimo to przyjaciela większość dnia mieli jakby wyjętą z życiorysu. Wszystko dlatego, że ponad pół dnia musieli przeznaczyć na odespanie zarwanej nocy. - Nigdy więcej pływania promem w taką pogodę jak wczorajsza… - mruknęła sennie Marie po przebudzeniu. - Racja, strasznie rzucało… Ale z drugiej strony – to był przedostatni dzień kiedy mogliśmy wykorzystać bilety. Potem albo musielibyśmy lecieć tam samolotem – a ja piekielnie boję się latania – albo musielibyśmy odwołać koncerty… - zgodził się Per, który też ze zmęczenia zasnął w kajucie dziewczyny. - Nie ma to jak wpaść w podwójny kanał – mruknęła nadal przygnębiona Marie. - Nie martw się. Ważne, że jakoś przez to przebrnęliśmy. Idę zobaczyć jak czują się pozostali – powiedział Per, uśmiechając się i puszczając oczko do przyjaciółki. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech. Kiedy to zrobiła, poczuła w brzuchu przysłowiowe „motyle”, jednak szybko je uspokoiła. „Zaraz, chwila – myślała – nie mogę się w nim zakochać. Gdyby moi rodzice się dowiedzieli…”. Mimo wszystko jednak uczucie powolutku rodzące się w sercu Marie było silniejsze od nakazów rodziców. Powoli dziewczyna zaczynała orientować się, że to uczucie, którego jeszcze nie potrafiła nazwać jest piękne, ważne i że trzeba mu się poddać, pielęgnować je nie zważając na innychTymczasem Per poszedł zobaczyć jak sobie radzi i jak przede wszystkim czuje się cała reszta. Wszyscy oprócz Heleny spali jeszcze spokojnie. - Jak reszta chłopaków? – spytała dziewczyna kiedy Per odwiedził ją. - Śpią susły – zaśmiał się. - A Marie? - Nie, nie śpi już. Czuje się całkiem dobrze. Kiedy się obudziła była wściekła jak osa. Zaspana osa – znów zażartował. - Nie dziwię się jej. Cholernie rzucało… Jakieś półtorej godziny później wyszli na sporo spóźniony pierwszy posiłek. Kiedy weszli – restauracja była pusta. W miarę upływu czasu zaczęli jednak przychodzić inni pasażerowie. Jedni nie zwracali na nich uwagi, nie rozpoznawali. Inni – podchodzili, prosili o autografy, zdjęcia. Wieczorem tego samego dnia przyszedł do Pera kapitan promu. - Czy moglibyście zagrać tu koncert? – spytał po chwili rozmowy. Na pokładzie znajduje się wystarczająco duża sala – dodał widząc pytający wzrok Pera. - Cóż… zastanowimy się – wybrnął dyplomatycznie. - Zapłacę ile będzie trzeba, sala zostanie odpowiednio przygotowana – przekonywał kapitan. - Pieniądze na razie nie są ważne. Ustalimy to jeśli w ogóle dojdzie do koncertu – odpowiedział Per. Używał tych argumentów, bo zespół nie miał w planach koncertu w trakcie rejsu. Po pożegnaniu z kapitanem chłopak zebrał cały zespół w swojej kajucie i po opowiedzeniu całej sprawy spytał: - Co o czymś takim myślicie? - Można byłoby się zgodzić… - mruknął Magnus. - Mielibyśmy trening przed koncertami na Utoya – dodał Chris. - A za ten koncert pieniędzy brać nie musimy – dorzuciła Marie – Zarobimy na tych pięciu, które czekają nas na wyspie. - Czyli co? Wszystko ustalone? – dopytał Per. - Prawie. Musimy jeszcze pomyśleć nad jakimś terminem – zgasiła go lekko milcząca do tej pory Helena. - No tak, byłbym zapomniał… - mruknął. - No to może… za trzy dni? – podsunął Clarence. - Czemu nie. Jest wystarczająco dużo czasu na próby a to najważniejsze – zgodził się Per. Następnego dnia rano Per poszedł do kapitana żeby przekazać mu ustalenia jakich dokonał poprzedniego dnia z przyjaciółmi. Natomiast po południu pojawiły się plakaty zawiadamiające o koncercie. Kiedy Bengt zobaczył ogłoszenie a potem to jak Per odnosi się do Marie, że skupia na niej większość swojej uwagi, co nie podobało mu się – wpadł na pomysł porwania dziewczyny w trakcie koncertu i uwięzienia jej. Podzielił się swoim szatańskim planem z Asą. - Nie sądziłam, że przyjdzie ci coś takiego do głowy. Ale pomysł jest niezły. Dopieczemy im… - zachichotała złośliwie. - Dopieczemy? Masz jakiś powód żeby się na nich odgrywać? Ja tak ale ty? – dopytywał zdziwiony. - Nie uwierzysz ale mam – odpowiedziała Asa – Ale nie chcę teraz o tym mówić – dodała. Potem ustalili dokładnie wszystkie szczegóły: kiedy to zrobią, gdzie Marie będzie przetrzymywana, jak długo i inne. Tymczasem zespół spokojnie przygotowywał się do koncertu. Mimo, że to był koncert o wiele bardziej kameralny niż inne dotychczasowe – trema rosła z każdą chwilą, z każdym dniem. Wreszcie przyszedł dzień koncertu. Zespół rozgrzewał się za sceną a publiczność wchodziła na salę. - Nie wiem czemu ale boję się tego koncertu o wiele bardziej niż innych… - szepnęła w pewnym momencie Marie. Widać było wyraźnie, że jest wystraszona. - Spokojnie, to koncert jak każdy inny. No może poza miejscem. Nigdy jeszcze nie graliśmy na promie – spróbował ją uspokoić Per. - Nie wiem, nie wiem… Mam jakieś dziwne przeczucie, że coś się stanie… - dziewczyna nadal była niespokojna. - Lepiej nie kracz – zaśmiała się Helena, próbując rozładować emocje. - No, czas na nas – rzucił Per, chcąc zakończyć nieciekawy temat. Koncert zaczął się bez problemów. Kiedy zespół był na scenie, Bengt wykorzystał okazję jaką wytworzyła bawiąca się publiczność i niedostatecznie skupieni na swojej roli ochroniarze i przemknął się niezauważony do garderoby Marie. Schował się tam i czekał na dziewczynę. Wiedział, że się pojawi, bo wiele razy podglądał notatki Pera i dowiedział się z nich jak wyglądają koncerty. Czekał tak jakąś godzinę schowany w najdalszym kącie garderoby. Kiedy usłyszał otwieranie drzwi i kroki Marie, od razu cichaczem przybliżył się do niej. - Ratunku! Ratunku! – zaczęła wołać, szarpiąc się i próbując się uwolnić. - Zamknij się, bo będzie gorzej! – krzyknął Bengt – Współpracuj z nami a nic złego ci się nie stanie – dodał spokojniej – A zresztą – i tak nikt cię tu nie usłyszy. A już w szczególności mój głupi braciszek… - zaśmiał się jadowicie. - Nie obrażaj go! – zawołała Marie, nadal próbując się uwolnić. - A to niby czemu? – zapytał drwiąco. Marie nie odpowiedziała. Nie wiedziała co powiedzieć. Tymczasem Bengt zakrył jej oczy opaską i po przerzuceniu jej sobie przez ramię (dziewczyna nadal próbowała się bronić) pobiegł truchtem w okolice ładowni statku. Tymczasem zespół zaczął grać wstęp do „It must have been love”. To zwykle w jego trakcie Marie wychodziła na scenę w innym stroju. Tym razem jednak tak nie było. Wszyscy zaczęli się już powoli niepokoić. „Co mogło się stać? Co mamy teraz zrobić?” – zastanawiał się Per, grając. Publiczność zaczęła nawet skandować imię Marie. Ludzie wiedzieli, że zespół zaczyna karierę i sądzili, że dziewczynie najzwyczajniej zabrakło odwagi. Ona jednak nadal się nie pojawiała. Tymczasem Bengt kazał Asie zostać z Marie a sam pobiegł na salę. Przed wejściem stracił chwilę na uspokojenie tętna i przybranie wystarczająco wiarygodnej pozy wystraszonego. - Co się stało? – zapytał Per, zauważając go – Czy to coś poważnego? Nie wolno ci tu być. - Tak ale… - Wykrztuś to wreszcie! – przerażenie i zdenerwowanie nakładały się i rosły u chłopaka z każdą chwilą. - Marie… została… została porwana… - Że co?! – Per osłupiał – Widziałeś dokładnie ten moment? - Nie ale domyśliłem się tego po tym jak wołała o pomoc. - Dzięki za wiadomość… - mruknął Per po czym od razu przekazał wiadomość stojącemu po jego prawej Chrisowi, od którego wiadomość poszła dalej. Zaraz po przekazaniu wiadomości Chrisowi, kiedy zespół jeszcze podawał ją sobie nawzajem – Per zwrócił się do publiczności: - Bardzo was przepraszamy ale miało miejsce pewne przykre zdarzenie, które zmusza nas do przerwania koncertu. Marie została… została uprowadzona… - wypowiedzenie tych słów sprawiło mu wielką trudność – Ale jak tylko się odnajdzie – zrekompensujemy wam to, obiecuję. Albo kolejnym koncertem tutaj albo na przykład na wyspie Utoya gdzie płyniemy żeby zagrać serię koncertów. Reakcja publiczności w dużej większości była taka sama. Wielkie zdziwienie i słowa: „Będzie dobrze, trzymamy za was kciuki; Marie na pewno się odnajdzie”. Znaleźli się też niestety i tacy, którzy mieli zupełnie inny pogląd na całą sprawę. „Oby się nie znalazła! – wołali – Śpiewa okropnie! . Na jej miejscu powinien śpiewać ktoś inny!” Perowi te słowa sprawiały ogromną przykrość. Był nawet moment, w którym chłopak miał łzy w oczach. „Kto mógł to zrobić? I dlaczego? – myślał, będąc już w swojej kajucie – Czy ona jest winna cokolwiek komukolwiek? Ten kto wpadł na ten idiotyczny pomysł – zapłaci mi za to!” – Per z każdą chwilą stawał się coraz bardziej wściekły. - Kto tam! – zawołał po jakiejś chwili słysząc ciche pukanie do drzwi. - To tylko ja, Helena… - szepnęła nieśmiało dziewczyna – Jeśli chcesz – mogę zostawić cię samego, wrócić do siebie… - szepnęła domyślając się po tonie głosu kolegi z zespołu może się teraz czuć. - Nie, wejdź – powiedział, otwierając jej drzwi – Nie chcę być sam. Bardzo boję się o Marie i… i dlatego tak zareagowałem, przepraszam cię… - Rozumiem, też się o nią boję… - Helena nie wytrzymała, rozpłakała się i mocno przytuliła do Pera. - A jak znoszą to pozostali? – spytała kiedy uspokoiła się trochę. - Tego nie wiem… Mam ochotę zacząć szukać jej choćby nawet zaraz ale wiem, że muszę zaczekać z tym do jutra… Zapowiada się ciężka noc… - Musisz przynajmniej spróbować się choć trochę przespać. Nie możesz szukając Marie wyglądać jak zombie. - Postaram się choć łatwo nie będzie... - Gdybyś czegoś potrzebował – jestem obok – powiedziała, wychodząc. Per natomiast ani trochę się nie mylił mówiąc, że będzie miał problemy z zaśnięciem, bo udało mu się to dopiero w okolicach wpół do czwartej nad ranem. Próbując zasnąć rozmyślał kto porwał Marie, dlaczego to zrobił, co chce przez to osiągnąć i wreszcie – gdzie dziewczyna jest przetrzymywana. Tymczasem Marie przechodziła istne katusze. Na drugim, niższym poziomie ładowni gdzie była przetrzymywana było bardzo zimno, wilgotno i nieprzyjemnie. Sukienka, którą miała na sobie zaczęła przesiąkać tą nieprzyjemną wilgocią i przylegać do ciała Marie. To było ohydne. „Gdzie ja jestem?” – zastanawiała się. Czuła, że zdążyła już mocno zmarznąć, zorientowała się też, że ma skrępowane ręce, że jest przywiązana do jakiejś belki. Bała się też podwójnej ciemności jaką miała przed oczami. - Nie wyrywaj się tak, nie ma szans żebyś się uwolniła – odezwała się Asa, patrząc biernie na to jak Marie próbuje bezskutecznie się uwolnić – Zresztą, urządzimy cię tak, że nikt cię nie rozpozna. A Per odejdzie od ciebie i znajdzie sobie kogoś na jego poziomie – ton głosu Asy był pełny jadu. Było go tam o wiele za dużo niż powinno być. - Przecież nawet nie jesteśmy ze sobą! – zawołała Marie, chcąc odeprzeć słowa Asy, które bardzo przypominały zarzuty. - Nie ważne. Na kilometr widać, że jest w ciebie zapatrzony – Asa walczyła o swoje racje jak lwica. - Nie mów głupstw! Wcale tak nie jest – powiedziała Marie szczerze. Słowa dziewczyny zostały jednak wzięte za kłamstwo. - Kłamiesz! – usłyszała, po czym została uderzona w twarz. Chwilę później pojawił się Bengt. Odłożył najciszej jak to tylko było możliwe „zabawki”, których planował użyć później i podszedł do Marie na razie jeszcze z pustymi rękami. Najpierw przesunął dłońmi o kilka centymetrów nad jej ciałem tak, że jeszcze niczego nie poczuła. Później zrobił to kolejny raz, niby przypadkiem zahaczając o intymne strefy ciała dziewczyny. Za każdym razem kiedy czuła w tamtych okolicach jego dłonie – ciałem Marie wstrząsały dreszcze, próbowała na wszelkie sposoby unikać tego złego, nieprzyjemnego dotyku. - Nie bój się, to będzie tylko zwykła zabawa… - szeptał co jakiś czas Bengt. - Nie życzę sobie tego! Wypuść mnie, pozwól mi spokojnie wrócić na górę! – wołała Marie, nadal próbując unikać dotyku Bengta (Asa tymczasem przyglądała się wszystkiemu z boku z jadowitym uśmiechem na twarzy). W pewnym momencie facet ściągnął jednym szarpnięciem opaskę przesłaniającą oczy Marie. Dziewczyna czując, że nie ma zasłoniętych oczu – szybko zamrugała powiekami i znów podjęła próbę uwolnienia się. Próba niestety spełzła na niczym. - Co ty robisz?! – zawołała nagle czując, że jej sukienka jest rozcinana jednym stanowczym cięciem od góry do dołu. Kiedy poczuła, że nie ma na sobie nic oprócz bielizny – wzdrygnęła się kiedy owionął ją wyjątkowo nieprzyjemny, zimny i wilgotny wiatr. - Chcę mieć po prostu większe pole do popisu… - zadrwił Bengt, po czym odszedł. Wrócił trzymając w ręku bicz. Uderzenie, które zadał zostawiło na brzuchu dziewczyny długą czerwoną pręgę. Zaskoczona uderzeniem Marie nie miała szans na obronę, na uniknięcie go. - Przestań, to boli! Zostaw mnie! – wołała, próbując unikać kolejnych. Niestety ani Bengt ani Asa nie reagowali na jej krzyk. Marie osłabła po kilku minutach robienia uników. Zaczęła przyjmować uderzenia biernie a Bengt wykorzystał to i zaczął bić ją jeszcze mocniej. - Za co… to wszystko…? – spytała słabym szeptem pomiędzy jednym uderzeniem bicza a drugim. - Za to, że jesteś z Perem. Masz go zostawić, rozumiesz? – spytał ostro, uderzając kolejny raz. - Jesteśmy tylko... dobrymi przyjaciółmi… - szepnęła dziewczyna. To były jej ostatnie słowa zanim z bólu straciła przytomność. - Chyba trochę przesadziłeś jak na początek… - odezwała się Asa. Dopiero teraz odezwały się w niej ludzkie uczucia. - Nie bój się. Kiedy zmarznie – odzyska przytomność. Jeśli nie – już ja mam na to sposób… - zaśmiał się diabelsko. - Te twoje pomysły… - mruknęła Asa, po czym wrócili na górę do swojej kajuty. Wychodząc z niej po kilkunastu minutach, natknęli się na Helenę i Pera. - Jak poszukiwania? – spytała Asa, z troską, która oczywiście była udawana i na którą oboje dali się niestety nabrać jak dzieci. - Szukamy jej ciągle ale bez skutku. Przepadła jak kamień w wodę… - szepnął smutno. - Znajdzie się, na pewno – ciągnęła Asa tym samym tonem, jednocześnie myśląc: „Zobaczysz ją za jakiś czas ale w takim stanie, że odrzuci cię od niej na bardzo daleko. A wtedy ja będę się mogła wokół ciebie trochę zakręcić…”. Wypowiadając swoje wcześniejsze słowa kierowane do Pera, Asa chciała wziąć go za rękę żeby jeszcze bardziej wiarygodnie zagrać to, że mu współczuje. Czując muśnięcie dłoni dziewczyny na swojej – niemal od razu szarpnął ją w tył. O wiele bardziej wolałby czuć w tamtym momencie dotyk Marie niż Asy. Byłby co prawda nieśmiały – to na pewno – ale przynajmniej szczery. - Skąd ta reakcja? Chcę ci pomóc – spytała Asa. Nadal grała. - Nie wierzę ci! – zawołał. O mało jej nie uderzył. Brakowało naprawdę niewiele. Widząc reakcję Pera na swoje zachowanie, Asa udała, że zaczyna płakać. Chłopak znów niestety dał się na jej gierki nabrać. - Przepraszam, nie chciałem! – zawołał, biegnąc w jej stronę i obejmując. Zrobiło mu się strasznie głupio, że doprowadził swoją dawną przyjaciółkę do łez. - Odczep się od niej, co? Miałeś szanse u Asy ale tego nie wykorzystałeś. Teraz możesz tylko patrzeć na nasze szczęście… - szydził z brata. - Co z ciebie za palant, chciałem ją tylko pocieszyć, uspokoić – odpowiedział Per. Był na Bengta strasznie wściekły. - Jasne, ciągle chcesz wszystkich pocieszać, zmieniać świat wokół siebie – Bengt nie przestawał ironizować i szydzić z młodszego brata. Chłopak tym razem nie odpowiedział. Obrócił się na pięcie i odszedł w stronę swojej kajuty. - tak naprawdę nie płakałam, te łzy były udawane – uspokoiła narzeczonego Asa – Wiesz, że kocham tylko ciebie. A robię to co robię żeby odstręczyć go od tej dziewuchy. Powinien poszukać sobie kogoś na moim poziomie. A ona… Duże rodzeństwo, biedny dom… - Tak, masz rację, przepraszam – mruknął Bengt kiedy ochłonął. Tymczasem Per zamknął się w swojej kajucie. Przez cały czas, który tam spędził chodził z kąta w kąt, nie mógł znaleźć sobie miejsca, zastanawiał się jak i gdzie szukać Marie. Tymczasem dziewczyna nadal była torturowana. To co działo się z nią teraz było o wiele drastyczniejsze niż początkowe męczarnie przez jakie przechodziła. Teraz była raniona ostrzami, liny i rzemienie były tak mocno wiązane na jej ciele, że wrzynały się boleśnie w skórę Marie. Dziewczyna była też głodzona i – czasem nawet kilkakrotnie tego samego dnia – gwałcona. Bengt robił przy tym Marie tak dużą krzywdę, że ta szybko słabła czy nawet traciła przytomność. - Nie wolno ci tracić przytomności kiedy chcę się z tobą zabawić! – wołał jednocześnie raniąc i zadając kolejne pchnięcia. Ona jednak nie wytrzymywała, traciła siły bardzo szybko. Po krótkim okresie czasu do bicia, lin, ostrzy i gwałtów doszedł też rozgrzany wosk. Nawet tego Asa i Bengt używali żeby sprawiać Marie ból. Cały ten horror trwał jeszcze prawie dwa tygodnie. Przez ten okres czasu nie było dnia, który minąłby dla Marie w pełni spokojnie. Ale też – dziewczyna próbowała przez ten czas dzielnie dawać znać o tym gdzie jest, próbowała prosić o pomoc. Wsłuchiwała się w kroki osób krążących wokół ładowni i za każdym razem słysząc męskie buty (zawsze wierzyła, że to będzie Per ale też brała pod uwagę pomyłkę i to, że może zwabić Bengta) próbowała nucić refreny piosenek „Dangerous” i „Help”, szczególny nacisk kładąc właśnie na te słowa. Kilka razy niestety próby Marie spełzły na niczym, bo pomyliła się i zamiast przywołać Pera – przywoływała Bengta, który orientując się w zamiarach dziewczyny – wpadał w furię i zaczynał wyżywać się na niej ze zdwojoną siłą. - To ja zdecyduję kiedy będziesz wolna, czy to się w ogóle stanie! - wołał bijąc, kopiąc i ogólnie kalecząc dziewczynę. - Przestań, błagam… - płakała Marie – Dobrze, czy jeśli powiem, że ja i Per nie będziemy razem – dasz mi wreszcie spokój? – zadając to pytanie Marie czuła, że robi coś wbrew sobie. Czuła, że zaczyna kochać Pera ale żeby ratować życie – musiała zacząć ukrywać ten zalążek uczucia. - Jeszcze się zastanowię… - mruknął złowieszczo Bengt, policzkując ją ostatni raz i odchodząc. Asa natomiast widząc całe zajście – w ogóle nie zareagowała. Uderzyła tylko Marie w najbardziej zranione miejsce (choć tak naprawdę całe jej ciało było jedną wielką raną), popatrzyła na nią z wyższością, odrazą i też wyszła. Tymczasem na górze Bengt i Asa nadal grali przed Perem i resztą jego przyjaciół, że boją się o Marie, współczują im, wierzą, że się znajdzie i tym podobne. - Zaczynam już tracić nadzieję na to, że Marie zostanie odnaleziona… - powiedział pewnego dnia Per, idąc z Heleną w stronę ich kajut. Asa, kiedy usłyszała jego słowa, myśląc: „Udało się, już prawie doszliśmy do celu” – musiała mocno wcisnąć twarz w rękaw żeby nie krzyknąć w prawie pustej promowej restauracji. I tak do końca nie udało jej się tego zamaskować. Można było usłyszeć jej stłumiony krzyk, przez co będące tam osoby wzięły ją za kogoś niespełna rozumu. - Pohamuj się – skarcił ją narzeczony – Chcesz żeby wzięli cię za stukniętą? - Przepraszam cię ale aż mnie rozpiera energia kiedy dociera do mnie, że plan się udaje. Nie słyszałeś słów Pera? „Zaczynam już tracić nadzieję na odnalezienie jej” czy jakoś tak… A o to nam chodziło, prawda? – Asa kipiała radością a przytaczając wypowiedź Pera – zrobiła to bardzo ironicznie i niedokładnie. - W sumie to racja… Zastanawiam się czy może już ją wypuścić… I zagrać szczęśliwego znalazcę zguby...? - Pomysł jest nienajgorszy ale zaczekajmy z tym jeszcze parę dni, co? Im dłużej takiego zwlekania – tym bardziej Per będzie zapadał się w sobie, tym bardziej będzie przekonany o tym, że już nie ma sensu szukać. - Ta, racja, mój durnowaty braciszek jest strasznie wrażliwy. Cholernie mnie to u niego denerwuje… - syknął ze złością Bengt. Tymczasem Helena słysząc słowa Pera, powiedziała: - Okłamujesz sam siebie. Sam sobie odbierasz tymi słowami nadzieję na odnalezienie Marie żywej. (ostatnie słowa zaakcentowała naprawdę mocno. Nie dopuszczała możliwości innej niż ta) Jest jeszcze coś do czego boisz się przyznać… - urwała porozumiewawczo, puszczając do Pera oczko. Liczyła na to, że chłopak wpadnie na to o co może jej chodzić. Tak się jednak nie stało, bo zatrzymując się niemal w jednej chwili ale jeszcze na Helenę nie patrząc, spytał: - O co ci chodzi? O czym ty mówisz? Przecież wiecie o mnie wszystko więc do czego niby mógłbym wam się jeszcze nie przyznać? – zadając pytania był lekko poirytowany. Przyznaje się do coraz mniejszej czy już prawie raczej braku nadziei na odnalezienie Marie, liczy na wsparcie a zamiast tego słyszy jakieś pokrętne wyjaśnienia, słowa, że nie powiedział przyjaciołom wszystkiego o sobie. - Więc? – przycisnął lekko. Przez chwilę panowała cisza. Po upływie jakichś kilku minut, Helena szepnęła: (ona sama też czuła się dziwnie. Czuła się bardzo nieswojo uświadamiając jednemu z dwojga przyjaciół miłość do drugiego z nich) - Kochasz ją, Per. Kochasz Marie, to widać. - Wcale nie, wygadujesz głupstwa – odpowiedział jej spuszczając wzrok, który wędrując w dół – rozbłysł. - Mówię prawdę. Kiedy mi zaprzeczałeś – oczy ci rozbłysły a kiedy wypowiadałam imię Marie – drgnąłeś podobnie jak teraz – Helena broniła się nadal. - Sam nie wiem… - Per miał mętlik w głowie – Jest piękna, to fakt, lubię spędzać z nią czas, zwierzamy się sobie ale żeby miłość… - chłopak bronił się przed tym uczuciem – Bengt miał rację mówiąc, że straciłem swoją szansę. - Jesteś zbyt podatny na sugestie starszego brata – skwitowała Helena, po chwili dodając: - Przemyśl sobie wszystko ale broń Boże, nie trać nadziei, że Marie się znajdzie. Po wypowiedzeniu tego zdania wyszła z kajuty Pera gdzie toczyła się cała rozmowa a wychodząc, szepnęła: „Znów to samo”, puściła do kolegi oko i uśmiechnęła się. Per spędził prawie całą noc na rozmyślaniu nad tym co starała się uświadomić mu Helena. - Ona chyba ma rację… - szepnął do siebie, będąc już bardzo bliski zaśnięcia – Kiedy Marie jest obok. Serce bije mi szybciej czuję, że mam więcej siły na wszystko a teraz… - urwał, szukając odpowiednich słów – Teraz czuję jakby część mnie… została wyrwana czy umarła… Muszę ją znaleźć – to zdanie Per wyszeptał jako ostatnie zanim wreszcie zasnął spokojnie. - Myślałem nad tym wszystkim o czym rozmawialiśmy wczoraj, co próbowałaś mi uświadomić i… chyba masz rację – zwrócił się szeptem do Heleny kiedy jedli śniadanie. - Kiedy się zorientowałeś? – spytała wyraźnie szczęśliwa dziewczyna. - O czym mówicie? – wciął im się w rozmowę Anders. Zrobił to wyjątkowo nietaktownie, wręcz chamsko. - Dowiesz się w swoim czasie – rozzłościł się Per. Inni też wkurzyli się na Andersa. Magnus na przykład okazał to mówiąc ostro: - Per ma rację, mógłbyś trochę przytemperować swój wścibski nos i nie wciskać go wszędzie, co? - I o co tyle hałasu? – pytał niedbale Anders, zachowując się tak jakby nic się nie stało – Chciałem tylko dowiedzieć się o czym rozmawiają… - Szkoda, że nie wziąłeś pod uwagę, że to może być coś o czym na razie wolałbym rozmawiać z Heleną niż z tobą, pacanie! – Per naprawdę się wściekł. Magnus niemal natychmiast zorientował się o co chodzi, co a raczej kto jest tematem rozmowy i nie zadawał już żadnych pytań. Anders natomiast nadal nie odpuszczał, nadal chciał poznać temat rozmowy. Helena i Per tymczasem zaczęli wręcz mówić szyfrem żeby Anders i pozostali klienci restauracji nie domyślili się niczego. W pewnym jednak momencie Per nie wytrzymał świdrującego wzroku kolegi z zespołu na sobie i podnosząc się gwałtownie zza stolika, zawołał: - Rozmawiamy o Marie! Jesteś zadowolony, kretynie?! – po czym wybiegł w stronę głównego pokładu. - Zaczekaj, Per! – zawołała Helena, puszczając się biegiem za przyjacielem a wcześniej ze złością wołając do Andersa: - Jak mogłeś?! Po co tak na nas a raczej na niego napierałeś? W swoim czasie poznalibyście wszyscy całą prawdę. Dobrze, że chociaż Magnus nie strzelił takiej gafy i nie zaczął napierać podobnie jak ty! – po czym wybiegła za Perem, nawołując go kilkakrotnie zanim wreszcie go znalazła. - Jak mogłeś zachować się tak idiotycznie, debilu?! – Magnus też był wściekły. - Co niby w tym takiego złego? – dopytywał nadal tak samo niewinnie Anders. Reakcja Pera i bura od Heleny i Magnusa zupełnie nie zrobiły na nim wrażenia. - Wiesz co? Nie chce mi się strzępić na ciebie języka i tracić czasu – powiedział po czym wyszedł w stronę w którą pobiegli Helena i Per. Idąc tam spotkał Chrisa i Clarence’a. - Co się stało, co wstąpiło w Pera? – pytał zaskoczony Chris. - Gdybyśmy w porę nie uskoczyli w bok – byłby nas chyba przewrócił… - dorzucił Clarence. Był równie zaskoczony. - Hmmm… - mruknął niepewnie Magnus – To bardzo delikatna sprawa i… i nie wiem czy mogę bez jego zgody mówić wam o tym… - Aż tak źle…? – spytał Chris, dodając po chwili: - W takim razie spytaj. Jeśli się zgodzi – czekamy u siebie. Jeśli jednak nie – też zaczekamy ale do momentu kiedy zmieni zdanie, kiedy będzie gotowy. Kiedy Magnus znalazł wreszcie przyjaciół – podszedł do nich bardzo niepewnie. - Jeśli to Anders – wyrzuć go stąd – wypowiadając swoją prośbę, Per ciągle patrzył w horyzont. - To Magnus. Czy jemu też mam kazać odejść? – spytała Helena. - Możesz zostać – Per zwrócił się do kolegi tonem zupełnie pozbawionym jakichkolwiek emocji, jakiejkolwiek barwy. - Dzięki. Chris i Clarence pytają czy mogą poznać ode mnie całą prawdę na temat… - Magnus urwał bojąc się, że mógłby urazić Pera. - Powiem im o tym ale za jakiś czas. Nie chcę znów dać ponieść się emocjom. - W takim razie pójdę powiedzieć żeby czekali na twoją gotowość, na twoją relację z tego wszystkiego – powiedział Magnus, chcąc odejść. W tym jednak momencie, Per odwrócił się, położył rękę na ramieniu Magnusa i szepnął: - Dzięki, że mogłem wtedy na ciebie liczyć… - To nic takiego. Owszem, mnie też korciło żeby podpytać co i jak ale po tym jak objechałeś Andersa – zrozumiałem, że to nie ma sensu – kiedy skończył – pożegnał się z przyjaciółmi, bo poczuł, że zaczyna marznąć. - I co? – spytał Clarence, widząc zmierzającego w jego kierunku Magnusa. - Musicie czekać aż Per sam będzie na to gotowy. - Dobrze – uciął Chris. Kilka dni później Per opowiedział im całą sytuację. Tego samego dnia Marie została przez niego znaleziona. Zszedł do wyższej partii ładowni gdzie były przechowywane między innymi ich instrumenty. Chciał wziąć stamtąd swoją ulubioną gitarę, pograć na niej. To co działo się ostatnio dało mu kilka pomysłów na piosenki. Planował grać albo na górnym pokładzie albo w swojej kajucie. Idąc w tamtym kierunku natknął się na Helenę. - Co tu robisz? – spytał Per, spotykając ją. - W sumie nie wiem co przygnało mnie do ładowni. Ciebie rozumiem ale ja… - mruknęła, zerkając wymownie na gitarę trzymaną przez Pera w ręku. W pewnym momencie Per stanął jak wryty. - Słyszysz? – spytał, zaczynając czujnie nasłuchiwać. - Co takiego słyszysz? – pytała Helena. - To chyba… Boże, to chyba Marie! – zawołał Per, podrywając się na równe nogi – Śpiewa coś, śpiewem próbuje… - Próbuje prosić o pomoc, to refren „Help” – dokończyła Helena. - Przygotuj jej kajutę a ja spróbuję ją odbić! – zawołał Per, podając Helenie gitarę a samemu biegnąc w stronę słabnącego śpiewu Marie. „Nie przestawaj, jestem już blisko, jeszcze moment” – myślał. Dziewczyna natomiast walczyła ale była już coraz słabsza. „Co za miejsce” – pomyślał, wchodząc. - Jestem tutaj, Per… - szepnęła ostatkiem sił dziewczyna rozpoznając jego kroki kiedy wbiegł do ładowni. Próbowała też podczołgać się do niego. On jednak powiedział: - Nie trać sił, zaraz przy tobie będę – mówił, podchodząc, okrywając nagie, pokaleczone ciało przyjaciółki swoją bluzą dżinsową i biorąc ją na ręce najdelikatniej jak tylko potrafił. Byli bardzo blisko wyjścia a później już drogi do kajuty Marie, gdy nagle zostali zaskoczeni przez Bengta. - Dokąd się wybieracie? – spytał z ironią. - Zabieram stąd Marie – syknął, przyciskając dziewczynę do siebie i widząc grymas bólu na jej twarzy – szepnął: - Przepraszam, musiałem – i delikatnie pocałował ją w czoło. - Uważaj, bo ci pozwolę… - ironizował Bengt, próbując jednocześnie uderzyć Pera, któremu w porę udało się – nie wypuszczając Marie z rąk – obronić się przed uderzeniem. - Mam cię gdzieś! – zawołał ostro Per, zaczynając znów biec. W pewnym momencie Marie, zauważając Asę – szepnęła: - Uważaj, za tobą… Słysząc jej szept – niemal w ostatnim momencie uskoczył w bok, kolejny raz ratując Marie życie. Uskakując, Per kolejny raz mocno przycisnął dziewczynę do siebie. - muszę teraz znów na chwilę cię położyć – powiedział Per – Muszę to zrobić, żeby ich unieszkodliwić, żebyśmy byli naprawdę bezpieczni – dodał. - Nie rób tego, proszę… - zapłakała przerażona. - Muszę to zrobić… - szepnął. Wiedział, że dziewczyna się boi, widział, ba nawet czuł jej przerażenie. Kiedy opierał Marie o ścianę (nie chciał żeby cała leżała na tej ohydnie zimnej podłodze) zorientował się, że jedno z nich jest za nimi. Kiedy to do niego dotarło – nie odwracając się nawet od Marie – wymierzył na ślepo kopniaka w tył. Jak się później okazało – oberwało się bratu Pera. - Szkoda, że nie zrobiłem tego mocniej – powiedział, dołączając jeszcze uderzenie w okolice nerek i twarz. „Jeden – zero dla nas – pomyślał – Ale mamy inny problem… Muszę znaleźć Asę, unieszkodliwić ją…”. Szukając, został niespodziewanie uderzony od tyłu w żebra. Uderzenie było na tyle mocne, że Asa powaliła nim Pera na ziemię. - Per, nie! – zawołała przerażona Marie, bezwiednie wyciągając dłoń w kierunku chłopaka. - Cóż, nie pomoże ci… - mruknęła Asa, idąc w stronę dziewczyny. Tymczasem Per pozbierał się po uderzeniu, podczołgał się do Asy po czym chwycił ją za kostkę i pociągnął co sprawiło, że straciła równowagę i grzmotnęła jak długa na tyle blisko Marie, że ta bez problemu mogła ją spoliczkować i oczywiście szansę wykorzystała – nawet podwójnie. Po tym wszystkim mogli już spokojnie podążać do swojego celu. - Asa, Bengt… - szepnęła w pewnym momencie Marie. To były ostatnie słowa zanim straciła przytomność. - Wytrzymaj, wytrzymaj, proszę… - szepnął. Bardzo zależało mu na tym żeby do momentu aż pojawią się w kajucie Marie – dziewczyna była przytomna. Niestety – nic z tego. Marie odchyliła głowę w tył, zamykając powoli oczy. Tymczasem Per idąc szybkim krokiem z dziewczyną na rękach, zastanawiał się: „O co jej chodziło kiedy wypowiadała ich imiona…?”. Kiedy doszedł wreszcie do kajuty dziewczyny, lekko pchnął do przodu ramieniem drzwi, które były przymknięte i wszedł. - Boże! – krzyknęła cicho Helena, zakrywając dłonią usta, kiedy zobaczyła w jakim stanie jest Marie, jak delikatnie Per musiał układać dziewczynę w jej łóżku. Wybuchając płaczem – wybiegła do swojej kajuty. Tymczasem Marie przeszła pod opiekę pokładowego lekarza. - Co z nią…? – pytał Per. Był przerażony. - Nie ma żadnych poważnych wewnętrznych obrażeń czy złamań. Jedyne rany to te, które widzimy. Są bardzo poważne, niektóre bardzo głębokie dochodzące do mięśni czy nawet kości – odpowiedział lekarz, dodając po chwili: - No i są oczywiście rany psychiczne. One są o wiele głębsze, zostaną na bardzo długo. - Właśnie, zastanawia mnie coś: Marie, zanim straciła przytomność – wyszeptała imiona mojej dawnej przyjaciółki i brata. Dlaczego to zrobiła…? - Tego nie wiem… - A kiedy odzyska przytomność? - Pana przyjaciółka jest już przytomna, bo zareagowała na sole trzeźwiące ale jest bardzo słaba i teraz po prostu śpi. Ostrzegam, że ten sen może być wyjątkowo długi – zakończył lekarz. - Czy mogę… posiedzieć przy niej…? – spytał rzucając najpierw smutne spojrzenie na Marie a później wręcz prawie błagalne na lekarza. - Oczywiście, że tak. Będę tu zaglądał co jakiś czas – powiedział po czym zostawił przyjaciół samych. Per siedział przy łóżku Marie bardzo długo, stracił już nawet rachubę czasu. Trzymał dziewczynę za rękę, śpiewał jej piosenki Roxette; opowiadał o wszystkim. Często powtarzał, że wszystkim – a jemu szczególnie – brakowało jej. W pewnym momencie bardzo delikatnie odgarniając kosmyk włosów z jej czoła – szepnął ledwie słyszalnie: - Kocham cię, Marie… Gdyby Helena nie uświadomiła mi tego… - wypowiadając te słowa Per poczuł, że po jego policzkach toczą się dwie wielkie łzy. W tym samym czasie Helena uspokoiła się już i wyszła, chcąc zobaczyć co z Marie, jak znosi to wszystko Per. Idąc do kajuty dziewczyny – zatrzymała się nagle w pół kroku. To dlatego, że dobiegło ją ostatnie zdanie z wypowiedzi Pera. - Brawo Per, świetnie, że przyznałeś się do swoich uczuć. Obyś się tylko nie wystraszył i zrobił to jeszcze raz kiedy Marie się z tego wyliże – szepnęła do siebie Helena, po czym podeszła pod drzwi kajuty i cichutko zapukała.