Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 1 godz. 8 min czytania

POŚĆIG

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pościg

Od kilku dni, Lisa żyła wyłącznie zbliżającym się wyjazdem. Tego ranka, otworzyła oczy ponad godzinę przed dzwonkiem budzika, pomimo, że poprzedniego wieczoru długo nie mogła zasnąć. Było to dla niej niepojęte, gdy przypomniała sobie ile razy półprzytomna padała na łóżko po wyczerpującym dyżurze. Niejednokrotnie zdarzało się, że nie miała nawet siły zdjąć butów. Odkąd pracowała w szpitalu, nigdy dotąd nie obudziła się przed budzikiem. Bywały poranki, gdy szczerze nienawidziła tego dźwięku. Otwierała oczy czując się jeszcze bardziej zmęczona niż przed pójściem spać. Średnio, co kilka miesięcy musiała wymieniać zegarek na nowy. Tyle czasu wytrzymywał uderzenia butem i wyrywanie kabla z gniazdka. Nierzadko zdarzało się, że to okropne urządzenie kończyło żywot na przeciwległej ścianie. Tego poranka jednak, krążąca w żyłach adrenalina, wprawiała w nadzwyczajne podekscytowanie. Leżąc na plecach, Lisa starała się uświadomić sobie jak ważny czeka ją moment. Przypomniała sobie wtedy stare, bo jeszcze z czasów collegu zajęcia z psychologiem. Podobno myśli wypowiedziane na głos sprawiają, że łatwiej w coś uwierzyć. Zbierała się przez chwilę, aż wreszcie zdobyła się na odwagę i powiedziała głośno sama do siebie: - Pojutrze, mój ojciec bierze ślub. Prawie parsknęła śmiechem. Nie dlatego, że miała coś temu naprzeciwko. Kochała ojca, bardzo wiele mu zawdzięczała i cieszyła się, że był szczęśliwy, ale rozbawiło ją te proste zdanie, słyszane własnym głosem i mówione tak spokojnie. Powtórzyła je jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem uważniej wsłuchując się w znaczenie tych słów. Będzie musiała przyzwyczaić się do nowej roli pasierbicy. Resztki snu minęły zupełnie. Wstała więc z łóżka i poszła do kuchni zrobić sobie kawę. Na śniadanie miała tylko mleko i garść twardych płatków. Przed wyjazdem nie zrobiła żadnych zakupów. Długo trwało zanim zmiękły w misce, zalane podgrzanym mlekiem. Zmyła naczynia, by nic brudnego nie zastało na czas jej nieobecności w domu i zabrała się do pakowania. Miała świadomość, że czeka ją długa podróż. Z Nowego Orleanu, do Tampy jest około 650 mil i Lisa nie chciała się wybierać się samotnie w taką drogę. Wprawdzie Rose, która miała jej towarzyszyć powinna zjawić się dopiero po południu, ale wybranie rzeczy do zabrania nie było prostą sprawą. Poza tym, na zaproszeniu znajdowała się przewrotna informacja, o osobie towarzyszącej. Lisa od dawna nie miała żadnego faceta i prawdę powiedziawszy, nie wiedziała nawet gdzie go szukać. Tryb pracy, wykluczał prawie całkowicie posiadanie życia prywatnego. Zresztą wiedziała, że ojciec nie będzie miał nic na przeciwko Rose, którą znał od dziecka z czasów, gdy mieszkali w Tampie. Było też coś jeszcze co zdecydowało, że nie ośmieliła się prosić o towarzystwo, któregoś ze swoich wolnych kolegów ze szpitala. Zdawała sobie bowiem sprawę z tego, kogo spotka na tym ślubie. Lisa nie mogła pozbyć się tej myśli i chwilami sama łapała się na tym, że jest bardziej podekscytowana ze względu na nieuchronność spotkania z „nim”, niż z powodu ślubu ojca. Wolała zostawić sobie w tej kwestii wolną rękę i nie być nikim ograniczona. Przeczucie mówiło jej, że nie będzie długo sama podczas wesela. W tej sytuacji, Rose była idealną towarzyszką. Pakowanie skończyła około południa. Patrząc na stertę bagaży stojącą w przedpokoju, Lisa zastanawiała się, czy na pewno uda się jej to wszystko zmieścić w samochodzie. „Może jednak zabrać mniej bagażu. To tylko sześć dni” pomyślała. Poza tym w samochodzie będą musiały się pomieścić nie tylko jej rzeczy. Spojrzała na zegarek. Miała dość czasu, by czekając na przyjaciółkę jeszcze raz przejrzeć to, co spakowała. „Buty na ślub, na wesele, zwykłe szpilki na przyjęcie drugiego dnia, sukienki...” wyliczała po kolei. Nagle zawahała się i otworzyła jedno z pudełek. Wyjęła buty, zastanawiając się, czy te będą właściwe. Już miała iść do szafy, by poszukiwać innych, bardziej odpowiednich, ale powstrzymał ją sygnał telefonu komórkowego. Odstawiła pudełko na miejsce. Na wyświetlaczu pojawił się numer szpitala. Czekała na ten telefon i miała nadzieję, że zdążą zadzwonić zanim wyjedzie z Nowego Orleanu. - Słucham, mówi doktor Flanagan – powiedziała odbierając połączenie. - Dzień dobry – w słuchawce odezwał się młody kobiecy głos – Są już wyniki tomografii, na które pani czekała. - Proszę mówić. - Obraz tomografa wykazał obecność sześciu guzów w kanale rdzeniowym, na odcinku piersiowym kręgosłupa. - Jak duże są te guzy? - Od trzech do dwudziestu czterech milimetrów. - Kiedy przyszły te wyniki? – westchnęła Lisa słuchając diagnozy. - Przed chwilą. - Niech pani natychmiast powiadomi doktora Bentnera – powiedziała po chwili zastanowienia - Zdaję się na jego opinię. Ja wracam za sześć dni, ale proszę przekazać Bentnerowi, że może do mnie dzwonić o każdej porze. Z ciężkim sercem Lisa zakończyła rozmowę. Ciężko usiadła na krześle. Diagnoza oderwała ją na moment od rzeczywistości. Najgorszym dla niej było to, że spodziewała się właśnie takich informacji. Wszystkie objawy na to wskazywały. Nie mówiła o nich głośno, samej sobie dając nadzieję na inny finał. W swoim lekarskim życiu diagnozowała setki przypadków, ale na miłość boską, ten dzieciak ma dopiero dwanaście lat! Ciężko jej było z tym się pogodzić. Wiedziała, że się nie podda i stanie do walki z tym świństwem, ale w swojej pracy już dawno pozbyła się złudzeń. Ta wiadomość popsuła jej nastrój od rana. Ocknęła się usłyszawszy przeciągły sygnał klaksonu samochodowego. Nieco bezwiednie odłożyła telefon na półkę. Szybko podbiegła do drzwi. Otworzyła je i ujrzała stojącą przed domem taksówkę. Rose nie bez kłopotu usiłowała z niej wysiąść, korzystając z pomocy kierowcy. Wkrótce przed samochodem piętrzyła się sterta pudeł. Rose zapłaciła taksówkarzowi i podbiegła przywitać się z przyjaciółką. Chwilę później Lisa, która była już gotowa do wyjazdu, wyprowadziła samochód z garażu. Wspólnie powkładały rzeczy. Wkrótce w bagażniku zabrakło miejsca, choć nie spakowały wszystkiego. Resztę pudeł ułożyły na tylnym siedzeniu samochodu. Przed wyjazdem wypiły jeszcze kawę i zdecydowały natychmiast ruszać w drogę. Lisa wróciła się jeszcze do domu, by zabrać podręczną torbę. Upewniła się, że zakręciła i wyłączyła wszystko, co mogłoby wybuchnąć, spalić się, lub zalać mieszkanie. Uspokojona, że dopilnowała tych spraw wyszła i zamknęła drzwi na klucz. Rose siedziała już w samochodzie. Lisa zajęła miejsce za kierownicą, zapaliła silnik i wyjechała na ulicę. Ruch na drodze był niewielki. Ponadto miasto wciąż było wyludnione po przejściu huraganu Katrina przed dwoma laty. Ze względu na pracę, która pochłaniała Lisę niemal bez reszty, rzadko pokonywała samochodem inną trasę niż do szpitala i z powrotem, nie mówiąc już o wyjeździe poza miasto. Teraz więc, korzystając z mało absorbującej jazdy, rozglądała się, wszędzie dostrzegając skutki tamtej powodzi. Jej dom również został zalany po tym, jak nie wytrzymały stare groble chroniące miasto, położone poniżej poziomu morza. Przez kilka długich dni i nocy, Nowy Orlean pogrążony był w niewyobrażalnym chaosie. Mimo nakazów, wielu ludzi nie opuściło wtedy swoich domów. Wyjeżdżając z miasta, mijała dzielnicę Lower Ninth Ward, która do dzisiaj, wciąż nie jest otwarta dla mieszkańców. Wkrótce wyjechały poza miasto i uwagę Lisy pochłonęły inne myśli. W ostatniej chwili, zrezygnowała z jazdy autostradą i skierowała samochód na drogę numer „90”. - Będziemy musiały niedługo się zatrzymać. Jest trochę więcej niż pół baku – powiedziała spoglądając na wskaźnik poziomu paliwa – Zapomniałam wczoraj zatankować. Zresztą nie miałam kompletnie na to czasu. - W porządku – odparła Rose i dodała po chwili nieco zaskoczona: - Zmiany trasy? Myślałam, że będziemy jechać autostradą. - Chyba będzie lepiej, jak pojedziemy boczną drogą. Lisa znów zamyśliła się i nie odzywała się do przyjaciółki. - Widzę, że nie jesteś rozmowna – powiedziała Rose. Sięgnęła pod siedzenie i wyjęła podręczną torbę. Wyjęła małą poduszkę podróżną. - Przepraszam cię – odparła Lisa siląc się na uśmiech – Dzień od rana źle mi się zaczął. - Coś się stało w szpitalu? – Rose natychmiast wyczuła, że chodzi właśnie o to. - Tak... – zaczęła – Wiesz, coraz częściej zastanawiam się nad tym, że niedługo wszystko stanie na głowie. I kiedy pomyślę w ten sposób, to zdaję sobie sprawę, że tak po prostu musi być, że nic się nie da z tym zrobić. Nie znoszę tego, gdy czuję się bezsilna. - Chodzi o dziecko? - Tak... - Rak? Skinęła tylko twierdząco głową i spojrzała na przyjaciółkę podziwiając jej intuicję. Czyżby to, co ją gryzło, miała wypisane na twarzy? - Dlaczego tak na mnie patrzysz? Przecież jestem psychologiem – odparła Rose, widząc spojrzenie Lisy. - Powinnaś być wróżką – uśmiechnęła się Lisa, ale był to gorzki śmiech. – Ma na imię Ben. Przywieziono go dwa dni temu. Zleciłam dodatkowe badania. Dzisiaj rano, zanim przyjechałaś, dzwonili do mnie ze szpitala. Prześwietlenie potwierdziło, że ma guzy na kręgosłupie. Zresztą – westchnęła – przeczuwałam to od początku. I nagle dała upust swojej złości, która tkwiła w niej od rana. - Rose, ona ma dopiero dwanaście lat! – wyrzuciła z siebie, uderzając dłońmi w kierownicę Dwanaście lat! – powtórzyła – Nie masz pojęcia, co to znaczy powiedzieć o tym jego rodzicom. Gdy wpatrują się w ciebie oczekując, że podtrzymam ich nadzieję i nie dopuszczę do tego, by stracili swoje dziecko. A potem... – Urwała na chwilę nie chcąc na głos dokończyć tej myśli. - Wiem, że popełniam błąd, myśląc w ten sposób, ale to jest po prostu niesprawiedliwe – powiedziała już spokojniejszym głosem. Rose milczała. Chociaż chciała pomóc przyjaciółce, to zdawała sobie sprawę, że teraz nie jest najlepszy czas na taką rozmowę. Postanowiła poczekać kilka chwil, aż opadną emocje. Wiedziała, że ten wątek jest dla niej bolesny także z innego powodu. Lisa nie wróciła jednak do tego tematu. Milczała i skupiła się na prowadzeniu samochodu. - Już lepiej? – zapytała Rose. - Tak, dzięki – padła odpowiedź. - Widzę, że razie nic nie będzie z rozmowy. Prześpię się trochę. Ale potem nie chcę widzieć twojej ponurej miny. - W porządku – odpowiedziała Lisa z lekkim uśmiechem. Rose oparła poduszkę, o szybę i przyłożyła do niej głowę. Poprosiła przyjaciółkę, by włączyła radio. Lisa ustawiła rozgłośnię nadającą przeboje z lat osiemdziesiątych. To był czas ich wczesnej młodości i obie uwielbiały muzykę tamtego okresu. Po chwili z głośników popłynęły dźwięki Welcome to the Jungle. Początkowo starała skupić się wyłącznie na prowadzeniu samochodu. Jednak wysiłki były mizerne i wciąż wracała myślami. Usiłowała wyobrazić siebie w nowej roli. Jechała przecież na ślub własnego ojca. Znała historie swoich znajomych, którzy niejednokrotnie krytykowali swoich rodziców za to, że zdecydowali się na powtórne małżeństwo. Nie podawali żadnego rozsądnego powodu, z jakiś przyczyn uważając, że narażają się na śmieszność. Lisie nigdy nie przyszłoby do głowy pomyśleć w ten sposób o ojcu. Gdzieś w głębi duszy nawet mu zazdrościła. Miał prawie sześćdziesiątkę i to był już jego drugi ślub. Z miłości. Lisa pomyślała z rozbawieniem, że sama liczy sobie trzydzieści dwa lata i nie ma nawet chłopaka, z którym mogłaby pojechać na wesele ojca. Była więc odległa od krytyki za jego decyzję. Szczerze uważała, że na to zasługuje. Miała świadomość tego, ile dla niej poświęcił przez wszystkie lata. Lisy matka zmarła, gdy ona miała dwanaście lat. Przypomniała sobie ten dzień, gdy wraz z ojcem wróciła do domu ze szkoły. Oboje znaleźli matkę Lisy, leżącą na podłodze w kuchni. To był kolejny raz, gdy w ostatnich tygodniach mdlała pozornie bez powodu. Tym razem ojciec Lisy nie dał się przekonać żonie, że to efekt zwykłego przemęczenia. Niemal siłą zaprowadził kobietę do znajomego lekarza. Badania postawiły jednoznaczną diagnozę. Białaczka. Jedno słowo, które wywróciło życie do góry nogami. Lisa pamiętała oczy jej ojca, gdy próbował powiedzieć o tym córce. Potem nastały niekończące się tygodnie i miesiące w szpitalu, przerywane krótkimi pobytami w domu. Spędzała z matką każdą wolną chwilę, często ukrywając, że wymyka się ze szkoły, by spędzić w szpitalu chwilę dłużej. Często siedziała do późna, czytając swojej mamie bajki, te same które słyszała jako dziecko. Pod koniec choroby, ojciec zabronił córce przychodzić do szpitala. Nie chciał by dziecko widziało matkę w takim stanie. Któregoś dnia dziewczynka prześliznęła się przez drzwi niezauważona. Podeszła do łóżka. Matka z trudem, wolno odwróciła głowę w jej kierunku. Nie poznała córki. Widok konającej twarzy, tej pięknej niegdyś kobiety wstrząsnął Lisą. Po śmierci matki, ojciec starał się uczynić wszystko, by wypełnić powstałą pustkę. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek wyżej stawiał swoje potrzeby. Nie sprowadzał do domu żadnych kobiet i nie szukał dla Lisy drugiej matki za wszelką cenę. Od początku też wspierał córkę, gdy postanowiła zostać lekarzem. Lisa pragnęła jak najszybciej się usamodzielnić, by wynagrodzić ojcu ten trud i przestać być dla niego ciężarem. Jednak zupełnie coś innego zadecydowało o tym, że nieco ponad trzy lata temu, niespodziewanie zakomunikowała ojcu, że przenosi się do Nowego Orleanu. Był to chyba jedyny raz, gdy sprzeciwiła się jego woli, chociaż zdawała sobie sprawę, że w jakimś stopniu ojciec rozumie jej decyzję. Zgodził się na nią, choć podjęła w przypływie emocji. Z powodu pewnego mężczyzny, chciała się jednak stamtąd wyrwać. Dlatego tak bardzo pragnęła wyjechać z Tampy. Gdy jeden z jej znajomych wspomniał, o możliwości podjęcia praktyki w szpitalu Tulane Medical Center w Nowym Orleanie, nie wahała się długo nad podjęciem decyzji o wyjeździe. Ostatnim razem odwiedziła ojca w czasie Bożego Narodzenia. Wtedy niespodziewanie oświadczył, że zamierza ożenić się z Mirandą. Przed laty była najlepszą przyjaciółki matki Lisy, a po jej śmierci jedyną kobietą, która bywała u nich w domu. Zastępowała matkę wówczas, gdy ojciec Lisy jako mężczyzna nie był w stanie sobie poradzić. Wiadomość o ślubie z początku była dla lekarki zaskoczeniem. Szybko jednak ochłonęła i ze szczerym wzruszeniem pogratulowała decyzji. Widziała jak ojciec odetchnął z ulgą, widząc pozytywną reakcję córki. Lisa bardzo lubiła Mirandę i wiedziała, że będzie dobrze dbała o „staruszka”, jak go nazywała. Nie znała innej kobiety, która byłaby bardziej odpowiednia dla ojca. Jadąc na ślub zaprzątała jej głowę jeszcze inna myśl. Zastanawiała się, jak zacznie rozmowę z Jamesem. Była przekonana, że ojciec zaprosił go ślub, chociaż zręcznie unikał tego tematu. Może nawet specjalnie zaaranżował spotkanie córki z mężczyzną, który prawie został jej mężem. Była zdezorientowana, bo nie wiedziała jak się zachować. Nie znosiła się tak czuć. Co miała mu powiedzieć? Po prostu „Cześć Jimmy?”, „Jak się masz Jimmy?”, „Czym się zajmowałeś przez ostatni lata?”, a może „Wciąż się na mnie gniewasz, że wtedy uciekłam?”. W tej chwili Lisa miała wrażenie, że wszystkie te pytania brzmią idiotycznie. Na dobrą sprawę nawet nie była pewna, czy będzie chciał z nią w ogóle rozmawiać. Spojrzała na Rose, która cicho westchnęła przez sen. Ściszyła nieco radio. Cieszyła się, że przyjaciółka jedzie razem z nią do Tampy. Tak dawno nie miały czasu nagadać się do woli. Przed nimi był kawał drogi na Florydę i mnóstwo czasu, żeby nadrobić zaległości.

* * *

Lisa lekko trąciła ramię śpiącej przyjaciółki. Jechała bez przerwy od kilku godzin i zaczynała czuć coraz większe zmęczenie. Musiała rozprostować nogi, była głodna, a nade wszystko marzyła o mocnej, gorącej kawie. Jej niepokój wzrastał także z powodu niebezpiecznie przesuwającej się strzałki wskazującej poziom paliwa. Czuła, że jeszcze trochę, a samochód będzie jechał na oparach. Dlatego dużą ulgę sprawił jej widziany przed momentem znak, informujący, że za pięć mil będzie zjazd w boczną drogę. Miała tam znajdować się stacja benzynowa i całodobowy bar „U Buda”. Rose głośno pojękiwała, usiłując rozciągnąć ciało leżące długi czas w niewygodnej pozycji na fotelu samochodowym. - Gdzie jesteśmy? – zapytała spoglądając przez okno na równą ścianę lasu, ciągnącą się wzdłuż drogi. Słońce dawno skryło się już za koronami drzew. Prześlizgujące się w zapadającym mroku przez zieloną ścianę ostatnie promienie dnia, tworzyły wydłużone cienie i co sprawiało, że wnętrze lasu nabierało niezwykłego uroku. - Gdzieś za Pensacolą – odparła Lisa. - To jakieś ponure odludzie – zauważyła Rose – Jesteś zmęczona jazdą? - Trochę – odparła – Obudziłam cię, bo zaraz się zatrzymamy. Muszę zatankować i przy okazji zjemy coś w barze. Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi. Odpoczniemy i pojedziemy dalej. - Chcesz jechać w nocy? - Myślałam, że mnie zastąpisz na trochę. - Nie ma sprawy. W końcu trochę odespałam. Napiję się kawy i mogę siedzieć za kierownicą do samej Tampy. Wkrótce samochód zaczął zwalniać. Skręciły w niewielki parking, otoczony z trzech stron lasem. Budynek baru znajdował się w rogu placu. Na parkingu stało kilka pojazdów. Lisa podjechała samochodem pod dyspozytor i ustawiła się jako druga w kolejce. Przed nią stał wysłużony ford, którego tankował młody, czarnoskóry mężczyzna. Gdy zobaczył, że w podjeżdżającym samochodzie siedzą dwie młode kobiety, bez skrępowania zaczął się na nie gapić, uśmiechając się przy tym w dziwny sposób. Lisa zignorowała to spojrzenie. Zanim obie wysiadły, poprosiła przyjaciółkę, by poszła do baru i zorientowała się, co mogłyby zamówić do jedzenia. Sama postanowiła najpierw uzupełnić paliwo. Widziała, jak chłopak odprowadzał Rose wzrokiem, aż do samych drzwi wejściowych do baru. Potem odwrócił się i powiedział coś w kierunku samochodu. Dopiero teraz Lisa spostrzegła, że w samochodzie siedzą jeszcze dwie osoby. Tymczasem chłopak skończył wlewać benzynę i zamknął bak. Znów zwrócił się do kogoś siedzącego w samochodzie. Najwidoczniej poprosił o przestawienie samochodu, bowiem osoba siedząca na miejscu pasażera, przesiadła się na miejsce kierowcy. Sam tymczasem udał się do baru. Samochód jednak nie odjeżdżał. Lisa po chwili się zniecierpliwiła i nacisnęła klakson. Zza szyby wychyliła się głowa mężczyzny. Kobieta zrobiła wymowny gest ręką, by w końcu odjechał tym gratem i ustąpił jej miejsca. Chłopak rozłożył bezradnie ręce, udając zdziwionego. Lisa opuściła szybę okna. - Czy możesz w końcu odjechać? Nie będę tutaj czekać w nieskończoność – odezwała się. - Już myślałem, że się do mnie nie odezwiesz i nie poprosisz – odpowiedział bezczelnie i natychmiast włączył silnik. - Dziękuję uprzejmie – powiedziała zanim odjechał. „Trafił mi się podrywacz...” mruknęła do siebie i podjechała pod dyspozytor. Wysiadła i zaczęła nalewać benzyny. Ukradkiem obserwowała forda, parkującego prawie niemalże pod samym barem. Gdy po chwili wysiedli z niego dwaj, również czarnoskórzy mężczyźni, ostentacyjnie odwróciła się do nich plecami. Miała jednak wrażenie, że to się tak nie skończy. Zatankowała do pełna. Wsiadła z powrotem do samochodu i zaparkowała po drugiej stronie parkingu, w jego najdalszej części, prawie stykającej się z lasem. Zamknęła samochód. Spojrzała przelotnie na tylne siedzenie. Podczas długiej drogi, paczki leżały bezładnie. Część leżało pomiędzy tylnym, a przednim siedzeniem. W barze siedziało kilkanaście osób. Jedna rodzina z trojgiem rozkrzyczanych dzieci, które rodzice robili wszystko starając się je uspokoić. Rose podchodziła właśnie do stolika, niosąc dwie kawy. Nieco dalej, miejsce zajmowali trzej mężczyźni z forda. Nie chcąc się dać prowokować, usiadła do nich plecami. Kawa była nadzwyczaj dobra. Lisa zamówiła sobie kanapki z tuńczykiem i podwójnego cheeseburgera. Rose co chwilę zerkała przez ramię przyjaciółki. - Tamci trzej cały czas się na nas gapią – powiedziała nagle. - Nie zwracaj na nich uwagi – odparła Lisa wzruszając ramionami. Do końca posiłku siedziały w milczeniu. Zdecydowały natychmiast ruszać w dalszą drogę. Kelnerka podała rac Lisa dała swojej towarzyszce klucze do samochodu, a sama poszła zapłacić. Przy kasie stał otyły facet w brudnym, miejscami dziurawym fartuchu i odpychającym wyglądzie. Wręczając mu pieniądze cieszyła się w duchu, że przyszła zapłacić po jedzeniu. - Ta ruda dziewczyna to pani przyjaciółka? – zapytał nagle. Lisa nie miała ochoty na żadne rozmowy. Chciała jak najszybciej zapłacić i jechać dalej. Bez słowa podała mu rachunek. - Dwanaście trzydzieści – powiedział - Podróżujecie razem? – pytał dalej, chociaż nie usłyszał odpowiedzi na poprzednie pytanie. - Jak pan to wpadł? Spojrzał na nią jakoś krzywo, dziwnym, nieprzyjemnym wzrokiem. Lisa nie wiedząc nawet o tym, odruchowo cofnęła dłoń, którą oparła o ladę. Mężczyzna wziął od niej dwie „dziesiątki”. - Mam nadzieję, że wam smakowało. - Kawa była bardzo dobra – odparła szczerze. - To nasza specjalność – ciągnął dalej szukając drobnych do reszty, w przegródkach kasy – Skąd jedziecie? - Z Nowego Orleanu. - Wybrałyście się na wycieczkę na Florydę? - Jedziemy na Tampy, na ślub. Prowadzi pan tutaj jakieś statystyki drogowe? Zjadliwa uwaga Lisy rozbawiła go. Zaśmiał się szeroko. Spostrzegła, że jego uzębienie jest w jeszcze gorszym stanie niż jego fartuch. - Lubię zamienić kilka słów z klientami. To chyba nic złego – powiedział. - Nie, skądże – odpowiedziała. Wydał jej w końcu całą resztę. Lisa schowała monety do kieszeni. - Przed wami długa droga. Powodzenia. - Dzięki. Chciała odejść, ale powstrzymał ją. - Miejcie oczy szeroko otwarte. Tu niedaleko jest zakład dla chorych psychicznie. Wie pani, cały przegląd wariatów – to mówiąc gwizdnął cicho i zamachał dłońmi nad głową – Pedofile, gwałciciele, mordercy własnych rodziców. Kompletnie pomyleni goście. Świry pokroju Fisha, albo Gacy’iego. Jakiś czas temu paru z nich uciekło. Niektórzy mówią, że kilkunastu, albo i więcej. Ani policja, ani telewizja nie mówią prawdy, żeby nie siać paniki. Tutaj dookoła są bagna, moczary. Z łatwością ukryłoby się małe miasto, a co dopiero jeden człowiek. Podobno nie złapali wszystkich do tej pory. Więc na waszym miejscu, nie zabierałbym żadnych autostopowiczów i trzymał się głównej drogi. Mówił dziwnie, wydymając przy tym usta. Po ostatnim zdaniu roześmiał się. Najwyraźniej uważał się za zdolnego komika. - Będziemy o tym pamiętać – odparła Lisa niepewnie. Wychodząc z baru dostrzegła jednego z trzech mężczyzn, który zaczepiał ją gdy tankowała samochód. Siedział przy stoliku i opowiadał coś kelnerce. Dziewczyna była najwidoczniej zadowolona z tego zainteresowania, bo rumieniła się i najwyraźniej nie miała nic naprzeciwko, że jego ręka znajdowała się na jej kolanie. Lisa przeszła obok żywym krokiem, ale chłopak nawet na nią nie spojrzał. Wyszła na zewnątrz z uczuciem ulgi. Na dworze zapadła już całkowita noc. Najwyższa pora, żeby jechać dalej. Parking oświetlała jedna działająca lampa. Zresztą zaczynała mieć dość tego dziwnego miejsca. Teraz dopiero dostrzegła, że dwaj czarnoskórzy mężczyźni stali obok swojego forda. Gdy w drzwiach pojawiła się Lisa, powoli ruszyli w jej kierunku. Naraz otworzyły się boczne drzwi i wyszła z nich Rose. - Czekałam na ciebie – powiedziała. - Zaczepiał mnie facet przy kasie. Chodźmy do samochodu. Nim jednak zdążyły zrobić kilka kroków, obaj mężczyźni byli już obok. Niższy mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat. Drugi wyglądał na nieco starszego. - Cześć dziewczyny, gdzie jedziecie? – zagadnął wyższy z chłopaków. - Do Tampy na... – rzuciła Rose, ale urwała widząc pełne wyrzutu spojrzenie przyjaciółki. - Dajcie spokój, chyba się nas nie boicie – roześmiał się ten sam, który zaczął rozmowę – Myśleliśmy, że pójdziecie z nami na imprezę. Tu niedaleko, nasz kumpel Todd ma chatkę na bagnach. Byłoby super, jakby takie fajne białe dziewczyny poszły z nami. - Wybaczcie, ale spieszymy się – chłodno powiedziała Lisa. W tym momencie odwróciła głowę w stronę baru. Przez szybę widziała trzeciego chłopaka, który rozmawiał z kelnerkę. Jej wzrok spotkał się z jego spojrzeniem. Chłopak patrzył na nią dziwnym wzrokiem. Puścił dłoń kelnerki, do której podeszła właśnie szefowa baru. Lisa widziała, jak kobieta krzyczy i robi dziewczynie wyrzuty, że nie zajmuje się pracą. Chłopak nie zwracał na to uwagi i w dalszym ciągu dziwnie patrzył przez szybę. Lisa odwróciła głowę. - Wybaczcie nam, ale nie pójdziemy z wami do żadnego Todda. Może wpadniemy w drodze powrotnej. Złapała stojącą obok Rose za rękę i pociągnęła za sobą. Mężczyźni nie poszli za nimi, choć nie powstrzymywali się od komentarzy. - Dziewczyny co z wami. To nie będzie nic wielkiego. Myślałem, że białe laski są gorące i uwielbiają ostre imprezy. - Niestety – rzuciła im Lisa odwracając głowę. – Jesteśmy oziębłe i dlatego przestałyśmy chodzić na imprezy - Kątem oka dostrzegła, że chłopak siedzący w barze wstał i podszedł do okna, dając jakieś znaki przez szybę. - Mówisz tak, bo nie widziałaś co potrafi Steve – usłyszała w odpowiedzi, a potem rozległ się śmiech. Podeszły do samochodu. Rose otworzyła drzwi, ale Lisa zabrała jej klucze. - Ja poprowadzę. Potem się zamienimy. Szybko wsiadły do środka. - Ale wymyśliłaś z tą oziębłością – powiedziała Rose zapinając pasy. Spojrzały po sobie i z trudem stłumiły śmiech, tak je nagle rozbawiła ta sytuacja. Obie jednak zaraz spoważniały. Z baru wyszedł trzeci chłopak. Coś pokazywał swoim kolegom. Lisa włączyła silnik i ruszyła przez parking. Rose bezwiednie wydała z siebie krótki okrzyk widząc, że jeden z nich ruszył za samochodem, jakby chciał go zatrzymać. Lisa jechała wprost na chłopaka. Gdy go mijała, usiłował złapać za klamkę drzwi. ale przejechała na tyle szybko, że nie zdążył tego zrobić. Wreszcie ostro kręcąc kierownicą dociskając przy tym gaz do oporu, wyjechała na główną drogę, zostawiając za sobą obłok kurzu. Samochód nabierał prędkości. Rose odwróciła głowę i jakiś czas spoglądała przez tylną szybę. Blado oświetlony parking szybko się oddalał i nikł w ciemności. Za zakrętem drogi straciła go z oczu. - Jadą za nami? – odezwała Lisa. - Na razie nie widzę. U ciebie wszystko w porządku? – odezwała się Rose po chwili, po czym usiadła wygodnie. - Jasne, nic mi nie jest. - Napędziłaś mi stracha. Nie wiedziałam, że jesteś takim mistrzem kierownicy. Żołądek prawie podszedł mi do gardła – Rose odetchnęła głęboko – Myślałam, że uda mu się otworzyć te drzwi. Aż tak bardzo zależało im, żebyśmy pojechały z nimi? - Nie ma o czym mówić. - Jesteś pewna, że chcesz prowadzić? - Naprawdę w porządku – zapewniła Lisa – Na razie ta kawa naprawdę postawiła mnie na nogi. Nie wiem tylko na jak długo. Pewnie zaraz wyciągnie ze mnie resztki energii. Słabo dzisiaj spałam. Nie pamiętam kiedy zdarzyło mi się, że wstałam zanim zadzwonił budzik. - Z powodu tego ślubu? Aż tak bardzo jesteś podekscytowana? - Cóż, nie co dzień zdarza się taka okazja – zauważyła Lisa – Zresztą wiesz, że denerwuję się nie tylko z tego powodu. - Myślisz, że dobrze robią? - Jestem pewna, że nie popełniają błędu – Lisa odparła bez wahania patrząc na przyjaciółkę – Wiesz Rose, oni znają się od lat. Przeszli już swoje w życiu. Poza tym Miranda to świetna kobieta. Zawsze była blisko nas. Bardzo nam wtedy pomogła. Dla mnie była jak druga matka, chociaż nigdy nie chciała, bym traktowała ją w ten sposób. - Pewnie masz trochę racji – w głosie Rose nie brzmiało jednak przekonanie – Po prostu podziwiam ciebie, że podchodzisz do tego tak spokojnie. - A co mogłabym zrobić innego. Zabronić? Stanąć na przeszkodzie? – powątpiewała Lisa – Właściwie to trochę im zazdroszczę. Oni są naprawdę ze sobą szczęśliwi Rose. Chociaż bali się mi o tym powiedzieć. Nawet nie wiesz jak ojciec był zdenerwowany. Ten ślub to przecież jego pomysł. On to robi dla Mirandy. - Nie rozumiem... - Jak to? – zdziwiła się Lisa – Myślałam, że wiesz. Miranda była w młodości zaręczona, ale jej narzeczony zginął w jakimś wypadku. Czekała od tamtej pory. Dlatego ojciec nalegał na ślub. Wiedział jak bardzo jej na tym zależy, chociaż mówiła, żeby się nie wygłupiał na starość. Rose głośno westchnęła. Nagle wydało się jej to strasznie romantyczne. - Może ktoś zrobi coś takiego kiedyś dla nas. - I ty narzekasz? – Lisa udała oburzenie – Przynajmniej umawiasz się z facetami. - Jasne. Chyba z tymi, którzy zapełniają mój grafik i przychodzą do mnie na terapię – odparowała Rose. - Nie udawaj niewiniątka. Wiesz o czym mówię. - Po tych wszystkich rozmowach z moimi pacjentami stwierdzam, że nie ma normalnych facetów. Poza tym jeśli nawet, to nie mam nikogo takiego jak twój James. - Mam Jamesa, z którym nie widziałam się prawie cztery lata ironizowała Lisa – Nawet nie wiem czy będzie i czy będzie chciał ze mną rozmawiać. Lisa głośno wyraziła swoje obawy. W rzeczywistości bardzo jej zależało na tym spotkaniu. Chciałaby w końcu wyjaśnić to nieporozumienie. Z Jamesem była związana przez lata. Tworzyli świetną parę. Był niezależny, wcześnie odziedziczył dużą firmę po ojcu. Chciał, by Lisa zajmowała się domem. Nie wziął jednak pod uwagę jej ambicji. Ona pragnęła być lekarzem, tak jak sobie przyrzekła będąc dzieckiem. Coraz częściej się o to sprzeczali. Lisa postawiła na swoim, chociaż to zwycięstwo drogo ją kosztowało. Potem bez reszty zaangażowała się w pracę. James miał o to pretensje. Czarę goryczy przelał dzień, w których Lisę zaatakował narkoman. Zabarykadował się z nią w szpitalnej izolatce. Dopiero po prawie dwóch godzinach, udało jej się go przekonać do wyjścia. Po tej historii, James zabronił jej wracać do szpitala. Nie zgodziła się. Wkrótce potem otrzymała propozycję z Nowego Orleanu. O takich szansach mówi się „jedna na tysiąc”. Chciała spróbować. James nawet nie przyszedł pożegnać się z nią na lotnisko. - Jestem pewna, że przyjdzie się z tobą zobaczyć. Nie zapominaj, że próbował z tobą porozmawiać po twoim wyjeździe do Luizjany. - Nie miałam ochoty wtedy z nim rozmawiać. Zachował się jak dureń. Przecież gdyby zachował się rozsądnie nie wyjechałabym. - A dojrzałym było nie odbierać jego telefonów przez kilka miesięcy? – dobitnie zauważyła Rose. Lisa westchnęła i spojrzała na przyjaciółkę. Niestety Rose miała rację. Wiedziała, że w znacznej części ponosi winę za to w jaki sposób potoczyły się sprawy. Nie miała wyboru, jak spojrzeć prawdzie w oczy. Sama zachowała się jak idiotka, a pomimo tego winą obarczała Jamesa. Rose odniosła wrażenie, że jej słowa były nieco zbyt ostre. - Wiesz, co by mogło zrobić wrażenie?– powiedziała nagle zmieniając pozycję w fotelu – Gdybyś przyjechała z jakimś facetem. - Intrygantka… – Lisę rozbawiła ta propozycja – Na to i tak już za późno. Poza tym nie miałabym z kim iść... – starała się, by jej głos zabrzmiał jak najbardziej obojętnie. Mówiąc, podniosła wzrok. Coś przykuło jej uwagę we wstecznym lusterku. - Nie wierzę ci – zaśmiała się Rose – Coś przede mną ukrywasz. - Naprawdę... – Lisa poczuła, że nie wiedzieć dlaczego rumienią się jej policzki. Było jednak coś, o czym chciała powiedzieć przyjaciółce. Patrzyła na nią i widziała, że Rose czeka, na jakieś naprawdę niespodziewane wyznanie. - Dobrze, powiem ci, ale obiecaj, że nie będziesz się śmiać i nie wygadasz się przed Jamesem. - Słowo honoru – Rose podniosła prawą dłoń do góry, dają do zrozumienia, że poważnie traktuje tą sprawę. - Przespałam się z Bentnerem – wyrzuciła z siebie. Znów zerknęła w lusterko. To co zobaczyła zaniepokoiło ją. Rose tymczasem patrzyła z niedowierzaniem. - Jak do tego doszło? Kiedy? – pytała naprawdę zaskoczona. Nie wierzyła własnym uszom. Nagle zmarszczyła brwi i powiedziała: - I ty mi mówisz, żebym nie udawała niewiniątka? - Jakieś trzy tygodnie temu. W kilka osób z pracy poszliśmy do baru. Cały wieczór nie odstępował mnie na krok. Po którymś kieliszku przestał mnie wkurzać. Zamówił mi taksówkę i pojechał ze mną. Nie wiem dlaczego się zgodziłam. To przez alkohol, on był naprawdę miły, a ja uświadomiłam sobie, jak bardzo rzadko to uczucie pojawia się w moim życiu. Ale to bez znaczenia. Stało się – wzruszyła ramionami. - Seks na smutno. Uwielbiam to – powiedziała Rose. - Wcale nie był na smutno – zaoponowała – Był całkiem udany. - A co dalej? Mówiłaś mu o ślubie? - Zwariowałaś? To był jednorazowe. To znaczy potrójnie jednorazowe… Mówiłam ci, że to bez znaczenia. Wytłumaczyłam mu to, chociaż miałam wrażenie, że liczył na coś więcej. Zresztą… Co jest grane…. Urwała w pół zdania. Dziwnym wzrokiem obserwowała niewyraźny obraz w lusterku. - Coś się stało? – zapytała Rose. Udzielił się jej niepokój, który malował się na twarzy Lisy. - Spójrz przez tylną szybę – odezwała się po chwili – Ten samochód, który jedzie za nami… Rose odwróciła się do tyłu. Przesunęła dwie paczki, które zasłaniały jej część okna. Pudełka zsunęły się pod siedzenie. Przez około pół minuty wpatrywała się przez szybę. W odległości nie większej niż piętnaście metrów, na krótkich światłach jechał za nimi samochód. W ciemności trudno rozpoznać jego model, a tym bardziej twarz kierowcy. Rose usilnie starała się dostrzec cokolwiek podejrzanego. Po dłuższej chwili zaczęła się niecierpliwić. - Nie wiem, o co ci chodzi. - Od jakiegoś czasu trzyma się za nami – Lisa obserwowała lusterko – Dlaczego nie chce nas wyprzedzić? Przecież nie jedziemy szybko... Nagle obie naraz wydały krótki okrzyk. Kierowca drugiego samochodu kilkakrotnie zamrugał światłami. Spojrzały po sobie upewniając się, że obie na pewno widziały to samo. - To było do nas? – wykrztusiła Rose. - Nie mam pojęcia – odparła Lisa. - Czego od nas chce? - A skąd mam wiedzieć do cholery. Przez chwilę obserwowały jadące za nimi auto. Poruszało się cały czas z tą samą prędkością, utrzymując jednakową odległość. Były przekonane, że CI w samochodzie zdążyli się zorientować, że zauważyły znaki. Nie miały jednak pojęcia, kto i w jakim celu daje sygnały światłami. Rose nagle poczuła, że zwalniają. - Co robisz? – zapytała patrząc z niepokojem na Lisę. - Przekonamy się o co im chodzi – odparła. Zwolniła do trzydziestki.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
POŚĆIG — czytnik · opowiadania