Fantastyka · 26 min czytania
Posłannictwo z gwiazd
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
I. Statek na pewno nie był bardzo wygodnym miejscem do życia, ale spełniał swoją podstawową i właściwie jedyną funkcję – zapewniał ochronę przed kosmiczną pustką. Jego, można by rzecz, dodatkowym jego zadaniem było przemieszczanie się poprzez tę pustkę. Teraz jednak pozostawał w bezruchu, pomimo, że zdarzyło się to pierwszy raz od bardzo dawna. Powodem tego zatrzymania było osiągnięcie celu: statek oraz przede wszystkim jego załoga znalazła życie w kosmosie. I to nie byle jakie życie; nie były to bowiem pojedyncze komórki, nie było to również wiele komórek połączone w prymitywny organizm – to co odnalazła załoga tego konkretnego statku było najwyższym możliwym osiągnięciem w tej dziedzinie – znaleźli oni bowiem planetę, na której występowało życie odznaczające się inteligencją. Z tego też powodu kapitan postanowił wyłączyć napęd i nadać wiadomość do Centrum Zarządzającego z prośbą o dalsze instrukcje. Wytyczne mówiły o tym wyraźnie: w przypadku odnalezienia inteligentnego życia nie nawiązywać kontaktów, które mogłoby wpłynąć na naturalny rozwój kulturowy. Oczywiście nikt nie traktował tego poważnie - poszukiwania życia zaczęły się jeszcze przed rewolucją technologiczną i do niedawna nie przynosiły żadnego efektu, zatem nikt nie sądził, że przypadkowy kierunek podróży przyniesie inne efekty. A jednak. Podróż wiadomości do Centrum, z uwagi na odległość, zająć miała pewien czas, a według łatwej matematyki odpowiedź miałaby nadejść dzisiaj. Z tego powodu właśnie Prot, główny naukowiec pokładowy, szybkim krokiem zmierzał do pomieszczenia dowodzenia. Nie chciał stracić ani chwili. Mijał kolejne pomieszczenia, aż w końcu dotarł przed śluzę dzielącą go od mostku. Zatrzymał się przed nią jednak, aby opanować emocje i nie dać poznać, iż jest w stanie najwyższej ekscytacji. Taki brak opanowania zarzucić można młodym uczniom, u naukowca jego rangi wzbudzić mógł co najwyżej drwiny. W końcu podszedł bliżej i dał się zidentyfikować skanerowi, który, potwierdziwszy jego tożsamość, otwarł śluzę. Mostek był dużym pomieszczeniem, zbudowanym w półokrąg. Można by wręcz powiedzieć, iż był marnotrawstwem miejsca, bowiem jego obsługą zajmowało się tylko kilku załogantów, teraz każdy skupiony na swoim zadaniu przy osobnych pulpitach. Po środku znajdował się duży stół służący do wyświetlania trójwymiarowych modeli tego, co akurat trzeba było obejrzeć. Obecnie wyświetlona była tam pobliska planeta, co akurat było całkowicie niepotrzebne, gdyż wystarczyło spojrzeć przez szybę na przodzie mostku, aby zobaczyć kulę, na podstawie której uformował się ów hologram i na której wyewoluowało inteligentne życie. - Prot. Kapitan i głównodowodzący statkiem patrzył na niego sprzed stołu hologramowego. Kapitana można było rozpoznać bez żadnego problemu: jako jedyny na statku miał prawo nosić biały strój, który dobrze kontrastował z jego ciemnymi oczami. Oczami, które zwykle patrzyły na innych z góry, bowiem Kapitan był bardzo wysoki. - Kapitanie. Odpowiedź już nadeszła? Krot od razu przeszedł do rzeczy. Zbliżył się do Kapitana i z szacunkiem skinął głową. Ten patrzył na niego, ale nic nie mówił. Odwrócił się w stronę hologramu, a potem obaj, jak na komendę spojrzeli przez szybę na planetę. - Wygląda wspaniale – powiedział Krot. - Kwestia gustu. Właściwie jest bardzo podobna do naszej… Mamy garść informacji z powierzchni. Wysłałem kilka sond, aby zbadała życie, przede wszystkim to inteligentne. Odwrócił się z powrotem w kierunku hologramów i wykonał gest ręką. Na hologramie pojawiła się postać. Krot otworzył szerzej oczy. - To oni… Rzekłbym, że dość podobni do nas – Kapitan nie wykazywał żadnych emocji wypowiadając te słowa, podczas gdy Krotowi trudno było już ukryć ekscytacje. „Oczywiście, że tak! Jeśli planeta zapewniała podobne warunki jak nasza, można było oczekiwać, że te istoty będą podobne do nas” pomyślał. - To zasługa zjawiska zwanego konwergencja ewolucyjna… w podobnych warunkach wykształcają się podobne cechy. Mają humanoidalną postać, dwie ręce, nogi, głowy, oczy… Tak jak my! - Są wyżsi – zauważył Kapitan przyglądając się hologramowi. - Grawitacja jest tutaj słabsza niż u nas, to dlatego. Wiadomo coś o ich kulturze? - Nie więcej niż to, co powiedzieliśmy w wiadomości do Centrali: tworzą wiele odmiennych i odseparowanych grup, różniących się kulturą i rozwojem. Większość żyje w niewielkich, prymitywnych plemionach, ale niektóre grupy rokują na rozwój. - Mam nadzieje, że Centrum pozwoli nam ich nauczać… - zaczął Krot, ale Kapitan przerwał mu znudzony: - Ty znowu o tym… Poczekamy co powie Centrala, i tak nie mamy mocy obliczeniowej, żeby przenalizować co i jak. Krot pogrążył się w rozmyślaniach. To jest to, na co czekał od początku. Od momentu zaistnienia swojego życia. Może to właśnie on będzie miał okazję pokierować nowy, inteligentny gatunek ku lepszej przyszłości. Może dzięki temu ta rasa inteligentnych istot uniknie błędów, z których jego własny gatunek musiał się uczyć, często w bolesny sposób. - A właściwie jak ich nazwiemy? – zadał pytanie, ale nie doczekał się odpowiedzi. Oto bowiem nadeszła wiadomość prosto z Centrum. Spojrzał na Kapitana, a ten ubrał na głowę specjalny hełm i usiadł na miejscu przeznaczonym tylko dla głównodowodzącego. Procedury mówiły bowiem, że wiadomości przychodzące z Centrum Zarządzającego odebrać może wyłącznie Kapitan, następnie przekazujący je reszcie załogi. Czas mijał, a Krot denerwował się zniecierpliwiony. W końcu jednak Kapitan ściągnął hełm i wstał. Spojrzał na głównego naukowca i uspokoił go gestem. - Centrum przeanalizowało sytuację i wydało następujące rozkazy: zejdziemy na powierzchnie i zaingerujemy w proces rozwoju inteligentnej rasy. Krot uśmiechnął się. Dobrze wiedział, że był to jego osobisty sukces, to on bowiem zaproponował to Dowództwu. Jego gatunek będzie teraz przewodził nowej rasie… Gatunek… Tak, teraz tak trzeba o sobie mówić. - Mamy pozwolenie na lot załogowy, aczkolwiek absolutny zakaz przekazywania technologii. Wg komputerów Centrum istoty te wyznają bóstwa, zatem mamy pozwolenie na użycie technologii, aby uznali nas za nie. Mamy ukrywać się w zbiornikach wodnych, w dzień nauczać podstaw moralności, matematyki, architektury i pokrewnych dziedzin, na noc zaś wracać do statku. Centrum przygotowało konkretne zagadnienia, które mamy im przekazać. Po wykonaniu misji mamy ich opuścić obiecując uprzednio powrót w przyszłości. – Zwrócił się do Krota – w swoich kwaterach znajdziesz sugestie, którym grupom przekażemy wiedzę, ale ostateczna decyzja należy do ciebie. Centrum absolutnie zakazuje pozostawiania jakichkolwiek śladów naszej obecności. Po wykonaniu misji mamy zbudować zakamuflowaną stację kosmiczną na orbicie i obserwować rozwój rasy. Dodatkowe informacje znajdziesz w swoich kwaterach. Więc udało się. Bardzo długo zastanawiał się, co przekazać rasie z nowej planety i doszedł do podobnych wniosków – nie może być to nic czego nie zrozumieją; technologia nie jest drogą, należy przekazać im podstawy wiedzy i umożliwić im dojście do rozwiązań technicznych samym. Pozostała tylko jedna kwestia. - Jak Centrum postanowiło nazwać tę planetę? – zapytał Kapitana. Ten odwrócił się do niego. - Postanowili nazwać ją Ziemia. Obaj spojrzeli na hologram, gdzie wciąż wyświetlany był przedstawiciel inteligentnego gatunku z planty Ziemia. Krot uśmiechnął się w duchu. - Zatem są to Ziemianie.
II. W kosmicznej skali czas płynie powoli. Gwiazdy żyją miliardy lat, zderzenia galaktyk trwają eony. Kilka tysięcy lat w porównaniu z tym nie znaczy nic. W skali makro. W skali planetarnej aż trudno uwierzyć, ile może zdarzyć się podczas ledwo kilkukrotnego obrotu Ziemi wokół Słońca. Kilkaset okrążeń wystarczy na powstanie cywilizacji, kilkaset kolejnych na jej ponowny upadek. Kilkadziesiąt na rozwój i śmierć organizmu, niepełny jeden na jego powstanie do narodzin. Tak, planeta Ziemia zdecydowanie była interesującym kawałkiem skały. Zawieszonym w bezkresie kosmosu, otoczona pustką i wiecznie krążąca wokół swojej gwiazdy. Obserwujący ją przez te wszystkie lata mogliby uznać, że z zewnątrz nie zmieniła się niemal w ogóle. Na powierzchni działy się jednak zadziwiające rzeczy. Ludzie dokonali niesamowitego postępu cywilizacyjnego… - W porównaniu z czasem jaki nam zajęło ujarzmienie elektryczności można wręcz powiedzieć, że dokonali skoku. Kapitan patrzył przez ramię na dziennik Krota, tego samego naukowca, który jako pierwszy rozpoczął badanie tej rasy. Ten odwrócił się do niego. - Owszem, dlatego mam nadzieję, że już niedługo Centrum pozwoli nam na oficjalny kontakt. Takie spotkanie, wymiana wiedzy, poglądów… To mogłoby doprowadzić do znacznego wzrostu naszego własnego gatunku. Sam widzisz, jak szybko ewoluowali… ledwo cztery tysiące lat! Nam zajęło to pięć razy dłużej. - Rozkaz jest jasny: obserwować i zbierać dane. – Widząc twarz kompana dodał – Poza tym, nie wychwalaj ich tak bardzo… gdyby nie nasza interwencja to pewnie dalej jedliby błoto. No i mógłbyś używać naszych jednostek czasu… Od kiedy Ziemianie nadali swoje nazwy dla kontynentów, odległości, jednostek czasu, nazw plemion i terytoriów (które nazywali narodami i państwami i chociaż istniała ogromna różnica między ludzkim rozumieniem narodu i plemienia, to pomimo wielokrotnego tłumaczenia tego swoim kompanom Krotowi nigdy nie udało się przekonać innych do używania ziemskich pojęć) oraz nazw dla ziemskich form życia Centrum zarządziło używanie tych nazw właśnie. Miało to jakoby ułatwić badanie Błękitnej Planety, jak nazywali ją jej mieszkańcy. - Może, a może nie. Sam widzisz jacy są inteligentni. Widziałeś ich budowle? Ich pomysłowość jest niesamowita. Niektóre koncepcje filozoficzne są naprawdę interesujące, rozwiązania polityczne, społeczne… Nie mówię, że są lepsze od naszych, są po prostu… inne. - Rozumiem twoją ekscytacje – w końcu obserwujesz ich już… ile powiedziałeś? Cztery tysiące lat? – dodał pytającym tonem. – Ja jestem tutaj nowy. - Moglibyśmy wysłać mały statek i przynamniej się pokazać – próbował Krot, ale Kapitan przerwał mu nieco ostrzejszym tonem: - Jest zakaz… Co jeśli powtórzą się sytuacje z Ameryki Południowej? Ludzie tam zginęli. Na to Krot nie miał żadnej odpowiedzi. To prawda, w wyniku misji załogowych kilku ziemian doznało ran, kilku zaś zginęło. Nie miał pojęcia, co kierowało kapitanem tamtych statków. Czuł się podwójnie źle, ponieważ nie dość, że tamci ludzie zginęli, to jeszcze Centrum postanowiło ukarać za to poprzedniego Kapitana degradując go i ściągając do Stolicy. Po wyjściu Kapitana pogrążył się w rozmyślaniach. Pomogli ludziom, nauczyli ich budować, wpoili podstawy moralności licząc, że uda się zapobiec im popełnieniu błędów, które sami popełnili. Może pomogli im za mało? Może po prostu każda cywilizacja musi przejść przez to samo i te same pomyłki są częścią naturalnego rozwoju kulturowego. Mieli rozwijać się bez błędów, powtórzyli zaś niemal wszystkie błędy swoich nauczycieli. Nierówność, zniewolenie, okrutne traktowanie… i wojna. Wojny na Ziemi nigdy się nie kończyły. Każdy ich rodzaj: o surowce, o ziemię, o pieniądze był głupi, jednak najgłupsze były wojny religijne. Gdyby tylko ludzie wiedzieli, że nawet cywilizacja ich nauczycieli wciąż nie potrafi odkryć, czy jakieś sacrum istnieje czy nie. Oni też przez to przeszli… całe plemiona wytrzebiono, ponieważ uważali, że „tam coś jest”… albo wręcz przeciwnie. Setki, tysiące lat ich własnych wojen nie nauczyło ich, jak odwieźć od tego inną, pozornie prymitywną rasę. Jednak mimo to, ludzie wykazywali się niezwykłymi, nieznanymi w ich społeczeństwie rozwiązaniami filozoficznymi, zwłaszcza w kategorii władzy: koncepcje takie jak demokracja były ciekawymi odstępstwami od niepodzielnej władzy Centrum – superkomputera wspomaganego mózgami największych umysłów cywilizacji. Poniekąd pokrywało się to z koncepcją ziemskiego filozofa Arystotelesa – arystokracją, gdzie wybitne jednostki miały sprawować rządy, chociaż oczywiście Arystoteles nie przewidział istnienia komputera kwantowego. Z rozmyślań wyrwało go powiadomienie, aby udał się do centrum dowodzenia. Ruszył więc w kierunku mostku, zastanawiając się o co chodzi tym razem. Na miejscu powitał go jeden z jego podwładnych pokazując mu wskaźniki na komputerze. - Czujniki odnotowały spory wzrost energii. Krot zerknął na wskaźniki i na jego twarzy pojawiło się zdziwienie. - Gdzie to się stało? – zapytał. Odpowiedź, iż w Ameryce Północnej, w państwie znanym jako Stany Zjednoczone, zaskoczyła go. Tak nagły wzrost energii w miejscu mógł oznaczać wiele, choćby uderzenie asteroidy, jednak kilka rzeczy się nie zgadzało. Po pierwsze wzrost temperatury był ogromny – przez…