psychologia · 11 min czytania
Post Scriptum. (Ja się nie żegnam. cz.6)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{i}Post Scriptum.{/i}
(...)Prowadziła samochód z rozmachem, gładko i pewnie, Weronika była naprawdę świetnym kierowcą i Rozenkrac wpatrywał się w jej rozluźnione mięsnie na zaczerwienionych policzkach, podziwiał lekkość trzymania kierownicy i entuzjazm jazdy, gdy kolejny raz jechali na piknik, wydała mu się tajemniczo piękna i seksowna. A poranny kurz w powietrzu wokół niej wirował. Nie wiedział {i}jak{/i}, nie potrafił zogniskować tego uczucia, było dziwnie rozproszone i stwierdził, że niektóre kobiety, świadomie, czy też nie, te naprawdę niezwykłe, potrafią poruszyć odpowiednie struny w mężczyźnie w najmniej spodziewanym momencie. Anioły.
Był wdzięczny i dumny, gdy blade, białawe słońce przedzierało się przez przesuwające się za oknem drzewa, jej gładkie czoło, dumnie zadarty nos, pełne, czerwone usta. Prześwitała mu. A poranny kurz w powietrzu wokół niej wirował. Zdawała się wtedy być nierzeczywista, nienamacalna, ulotna jak delikatna, mleczna mgła, jak zjawa, jak duch. Anioł.
{i}To już chyba rok,{/i} zastanawiał się Michał Rozenkrac, siedząc obok i mrużąc oczy,{i} nie, odkąd przyszła wtedy pod blok minęło chyba jednak więcej niż rok, a może znamy się dwadzieścia jeden lat?{/i} Faktem jednak było to, że Weronika trzynaście miesięcy temu stała w duszną, czarno-białą noc, czekając na niego. Faktów jest więcej, na przykład: Weronika zdała egzamin na prawo-jazdy dzięki Michałowi, z czego był ogromnie dumny; albo: zamieszkała u niego, z czego dumna z kolei była sama Weronika; i jeśli ktoś woli: czasami zamieniła się w Karolinę…
Jej włosy były białe i krótkie, zmieniła fryzurę rok wcześniej i tak już zostało, nie było zbędnych pytań, ironicznych spojrzeń, czy westchnień nostalgii, tylko w duchu Michał czasami śmiał się z niej, bo naprawdę myślała, że zmiana wyglądu wystarczy, by przestać być sobą, a on wiedział doskonale, że ludzie się nie zmieniają, to aksjomat. I pomyśleć, że jeszcze niedawno sama mówiła, że człowiek to coś więcej niż foremka i opakowanie, on stwierdził, że to także coś więcej niż fetysze i dziwactwa, to nade wszystko dusza, która z każdym spojrzeniem wystaje, wychodzi, wylewa się z oczu, a gdy zaglądał w oczy Weroniki, tyle razy - sam już dawno przestał liczyć - tyle razy widział tam Karolinę, {i}tak, Weronika była jednak naiwna, {/i}pomyślał i czule pogłaskał jej kolano.
Życie płynęło im, oni wraz z nim i tylko czasami wrażenie, że znajdują się w jakieś innej rzece, równoległej do tej słusznej. On coraz bardziej monumentalnie reżyserował Szekspira, ona z coraz większy rozmachem życie, wciąż ulepszając własną filozofię dramatyzmu, co bynajmniej nie przeszkadzało jej w studiowaniu. Dramatyzm w ogóle odgrywał w ich świecie znakomitą rolę, o co starannie dbała Weronika: obrazy, katharsis, hybris, w różnych wariantach, zestawieniach i wariacjach. Przez pewien czas myśleli nawet, że do dopełnienia obrazu brakuje im tylko dziecka, koniecznie kruczowłosej dziewczynki i gdy Rozenkrac był już prawie pewien, że Weronika jest w ciąży, ta oznajmiła po namyśle, że z takiego dramatyzmu nic by nie wyszło, ponieważ, jej zdaniem, prowadziłoby to, co najwyżej do zamknięcia dziwnego, niezdrowego cyklu, która to myśl wcale się jej nie spodobała; wiedziała, że wtedy musiałaby opuścić na zawsze Rozenkraca, a na to ciągle nie była gotowa.
Mieli także pikniki, na jeden z nich jechali właśnie. Weronika była dobrym kierowcą, nawet pomimo swojego ''dramatycznego zwyczaju''. Lubiła nagle, koniecznie zawsze w zupełnie niespodziewanym momencie, zjeżdżać na drugi pas ruchu, tak jakby nie była pewna, czy wyprzedzać, czy nie, czy jechać dalej, czy nie, czy rozbić się, czy nie. Robiła to zawsze pięknie i z gracją. Posiadała wielkie umiejętności i zmysł kierowcy, więc Rozenkrac już dawno przestał bać się tej fanaberii, w końcu nawet spodobało mu się i po cichu zaczął podziwiać.
Część 22 / 2
Jechali szeroką drogą, a po obu stronach mijały ich budzące się pola. Milczeli trochę zaspani, trochę podekscytowani, a w samochodzie rozgościła się przyjemna cisza ich równych, zamyślonych oddechów. Często śmiali się z tego ich dumania, Weronika pewnie o dramatyzmie, Rozenkrac pewnie o niej, choć może o Karolinie…W ich życie wkraczał niezdrowy sentymentalizm i któreś musiało się odezwać, wyleczyć ich.
Weronika nie mogła pozbyć się dziwnego uczucia, że w całej tej historii coś przeoczyła, o czymś zapomniała, że na pewno coś jeszcze musi dodać, na tyle ważnego, że bez tego reszta traci sens. {i}To jest zupełnie tak jak z pe-es-em na końcu listu,{/i} pomyślała i nagle zapytała, burząc leniwie wibrującą wokół nich ciszę:
- Dlaczego w listach nigdy nie pisałeś „peesów”?
- Czego? – Michał odezwał się wciąż zaspany, w świecie-na-pół-rzeczywistym.
- Pees. Pe, kropka, es, kropka. Post Scriptum. – Wciąż prowadząc, nie odwracając głowy od drogi, Weronika zaczęła tłumaczyć jak nauczycielka małemu uczniakowi, a pola pomału ożywały od wschodzącego za szybą słońca. – Część listu, gdzie piszesz rzeczy, o których zapomniałeś, które sobie skojarzyłeś, jak było już za późno…
Gdy skończyła zastanowiła się, czy ona pamięta o wszystkim? Przypomniała się jej matka, ostatnie dni, ostatnie z nią chwile. {i}czternaście lat temu, gdy miałam sześć lat,{/i} wspominała. {i}Atmosfera w domu była wtedy napięta, choć byłam mała, wiedziałam, że się ciągle kłócą, zastanawiała się tylko, o co i błagałam w nocy…