Fantastyka · 24 min czytania
Poszukiwacze lepszego świtu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
1
Słońce kolejny raz wzeszło nad spokojnym królestwem Edenu. Ptaki z radością zaczęły śpiewać pieśni sławiące oślepiającego boga. Inne zwierzęta również powoli wychodziły ze swoich siedzib i z zaciekawieniem przyglądały się leżącym w krzakach pijakom, którym nie udało się wrócić do domu po nocnej imprezie. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się piękne. Całe zło ukrywało się jeszcze w śpiących umysłach. Może było parę wyjątków, ale nie mogły one zgasić radosnego obrazu porannego świata. Pierwsze oznaki zła wydobyły się z pałacu królewskiego około godziny siódmej. Głośny okrzyk wyrażał złość i irytację. Należał do króla Edenu, Lehiela. Władcę obudziło dwóch posłańców niezbyt radosnych wieści. Nie czuł już żadnej senności, co zawdzięczał pewnie niecenzuralnemu okrzykowi. Milczał teraz w drzwiach swojej osobistej komnaty i spoglądał na przestraszone twarze przybyszów. Byli bardzo młodzi. Rozciągnął szybko muskularne ciało i poprawił dłonią sięgające do ramion włosy. Westchnął jeszcze głośno zanim odezwał się swym tubalnym głosem. – Dzisiaj jest czwartek? – Pytanie było raczej retoryczne, ale dwaj przybysze potwierdzili skinieniem głowy. – I stwierdzacie, że te ścierwa z Elizejskich Pól okradły nas dopiero trzeci raz w tym tygodniu? – Mocny akcent został położony na słowo „dopiero”. Posłańcy lekko przygryźli swoje języki. Strach nie pozwolił im żadne tłumaczenie. Odpowiedzieli jedynie zwolnionym oddechem i szybszym biciem serca. – Gdzie były straże? – Wraz z tym pytaniem w ciemnych oczach Lehiela zapłonął ogień. Dalsze milczenie mogło tylko pogorszyć sprawę, chociaż było pewnie lepszym rozwiązaniem od przedstawienia okrutnej prawdy. Strażnicy po prostu upili się i zasnęli, lecz tego król nie mógł wiedzieć, bo pewnie kazałby powiesić pijaków, a młodzi posłańcy nie chcieli mieć ich na sumieniu. Sami lubili wypić, więc rozumieli alkoholowe potrzeby kolegów. – To nie wina strażników – rzekł chłopak stojący nieco bardziej z tyłu. Chciał kontynuować, ale gdy napotkał wściekły wzrok Lehiela, zamilkł i zlustrował wzrokiem podłogowe kafelki, które nawiasem mówiąc, były bardzo ładne. Król ciągle czekał na dalszą cześć wypowiedzi, a nie był on cierpliwym staruszkiem, więc posłaniec musiał szybko sklecić jakąś składną wypowiedź. – Warren dysponuje niezwykle utalentowanymi złodziejami. Ciężko ich dostrzec nawet w dzień, a w nocy jest to prawie niemożliwe – odpowiedział niezbyt pewnie. Gniewna twarz króla jakby złagodniała. – Chyba najlepiej będzie, jeśli dojdziemy do jakiejś ugody i połączymy się w jedno miasto – wybełkotał drugi, ale szybko pożałował tych słów, bo twarz Lehiela wykrzywiła się ze złości. Na szczęście gniew szybko przerodził się w zamyślenie. Posłańcy odetchnęli z ulgą i modlili się, żeby król nie myślał teraz o ich ukaraniu. Przeważnie kary były ogłaszane szybko i bezmyślnie, ale lepiej dmuchać na zimne. – Mam plan – rzekł w końcu Lehiel i wyszczerzył nieskazitelnie białe zęby. – Każcie zebrać wojsko. W poniedziałek zaatakujemy Elizejskie Pola. Poprowadzę nas ku chwale Edenu. Nie pozwolimy im bezczelnie okradać naszych przygranicznych gospodarstw. Osobiście zetnę Warrenowi ten grzeszny łeb, po czym ogłoszę się władcą tamtych terenów i nazwę je swoim imieniem. Tak. To będzie wspaniałe – na twarzy króla pojawił się błogi uśmiech. Odpłynął daleko stąd i siedział teraz w swym nowym królestwie wraz z cudownymi niewolnicami, które zaspokajały wszystkie jego potrzeby. Wiedział, że trochę podkolorowuje, ale nie przeszkadzało mu to w cieszeniu się marzeniami. Posłańcy odetchnęli z pełną ulgą i czekali na wyproszenie z pałacu. – Jeszcze jedno – dodał, gdy już dostatecznie mocno napoił się swymi marzeniami. – Wyślijcie tam jakiegoś rycerza. Niech sprawdzi sytuację na granicy, ale uprzedźcie go, że ma to zrobić na piechotę. Tamci szmaciarze będą pewnie zdumieni. Wysyłanie jednego piechura w strzeżone przez nich miejsce będzie niezłym krzesiwem. Wykonać natychmiast. – Tak jest! – Radośnie krzyknęli obydwaj posłańcy. Był to już na szczęście koniec tej niezbyt miłej dla nich wizyty.
2
Wybranie zwiadowcy poszło im niezwykle szybko. Feliks z ogromną dumą przyjął powierzone mu zadanie. Chciałoby się wymieniać teraz jego sukcesy i opowiadać o cudownych bitwach, w których grał kluczowe role, lecz niestety nic o takowych nie wiadomo. O udanych misjach zwiadowczych również ciężko było usłyszeć. Właściwie Feliks był jeszcze młodym rycerzem bez osiągnięć. Wizualnie również nie prezentował się zbyt zachęcająco. Często przymykano oko na mizerną posturę i niewielki wzrost, lecz nikt jeszcze nie zdołał zignorować plebejskiego wyrazu jego twarzy. Na szczęście zapuścił bujną blond czuprynę, która nieco zasłaniała nieprzystojną facjatę. Ta misja była dla niego grą o wszystko. Jeśli uda mu się wykazać w wojnie, to stanie się bohaterem, za którym z pewnością zaczną uganiać się urodziwe dziewczyny. Musiał zrobić coś, żeby w końcu wygrać z pechowym losem. Wielu bohaterów rodziło się z życiowych nieudaczników. Feliks wierzył w swą świetlaną przyszłość. Miał już dość monotonnego życia wśród szyderczych uśmiechów nieprzyjaznych ludzi. Każdego ranka modlił się do wschodzącego słońca o błogosławieństwo. Dzisiaj otrzymał swą szansę. Oczywiście nie wyruszy całkowicie sam. Od dobrych kilku miesięcy miał pod opieką giermka, Arona. Młodziak nie będzie zbyt pomocny w walce, ale dobrze sprawdzał się jako partner do rozmów i tym razem również przyjmie tę rolę. – Wyruszamy za godzinę – rzekł Feliks z niezwykle szczerym uśmiechem, który nawiasem mówiąc był zbyt szeroki i obnażał niezbyt zadbane zęby. – Nie lepiej po obiedzie? – Spytał nieźle zbudowany brunet o ciemnozielonych oczach. Jego szkolenie odbywało się dziś od dziewiątej do siedemnastej z godzinną przerwą na posiłek, który powinien zjeść za niecałe cztery godziny. – Nie – odparł twardo Feliks. – Pewnie ich strażnicy graniczni również zaczną jeść obiad około czternastej i nie będzie im się chciało nas gonić z pełnymi żołądkami. – A co my właściwie mamy zrobić? – Aron nie widział sensu w tej misji. Wiadomo, że przy granicy stacjonuje parę osób. Szczegółowe informacje w tym wypadku były zupełnie nieistotne. Giermek miał złe przeczucia. Może Feliks jest wyłącznie kozłem ofiarnym, który ma zginąć, żeby król mógł ogłosić atak w zemście za bestialsko zamordowanego człowieka? – Zasłynąć – jedno krótkie słowo zrodziło mnóstwo pięknych myśli w głowie rycerza. Dużo w nim było jeszcze złudnych nadziei i wiary w szybką sławę, jednak rzeczywistość nie pozwoli mu szybko spełnić największych pragnień. Może gdyby o tym wiedział, to zrezygnowałby z misji, ale nie wiedział, więc nie mógł tego zrobić. Marzenia wszczepiły w jego ciało ogromną siłę i rozpoczęły drogę prowadzącą do spełnienia. Aron westchnął z dezaprobatą, ale nie chciał oblać tego testu, więc postanowił wyruszyć z Feliksem. Miał nadzieje, że wróci bezpiecznie do domu. – Przygotuj sprzęt, a ja za ten czas przebiorę się w lekką zbroję. Za jakąś godzinę zaczniemy marsz – ostatnie słowo wzbudziło w rycerzu dziwną obawę. Dopiero teraz zaczął zastanawiać się nad niecodziennym rozkazem. Dlaczego musieli wyruszyć pieszo? Misja na grzbiecie dobrego wierzchowca zajęłaby im znacznie mniej czasu i uniemożliwiłaby wrogim strażnikom szybki atak, jednak dokładne rozkazy zabraniały użycia konia w tym zadaniu. Może miał być wyłącznie ofiarą i pretekstem do rozpoczęcia wojny? Jeśli tak, to lepiej dla niego. Niespodziewanie wyjdzie cało z opresji i stanie się największym bohaterem w historii tej młodej krainy. Zostanie natchnieniem największych wieszczów, którzy w cudowny sposób opiszą jego heroiczne czyny. Nagle mocno potrząsnął głową.. Będzie miał jeszcze mnóstwo czasu na rozkoszowanie się swym cudownym życiem w przyszłości. Teraz powinien skupić się na chwili obecnej. Zauważył, że Aron wyszedł już z jego małej chatki, żeby przygotować prowiant i inne rzeczy potrzebne na drogę. Szybko przebrał się w skórzaną zbroję, która wisiała na stojącym obok kominka, stojaku. Feliks bardzo surowo umeblował swoją niewielką chatkę. Zaraz obok wejściowych drzwi stało łóżko. Nad nim przybity był niewielki krzyż. Na przeciwległej ścianie prócz kominka stały dwie szafy, a środek domu wypełniał niewielki stół otoczony krzesłami. Marmurowe ściany nie zostały nawet pomalowane, podobnie zresztą, jak podłoga. Feliks uwielbiał jednak ten specyficzny chłód pod stopami i nie zamierzał nic zmieniać w aktualnym wystroju. Nie miał wielu znajomych ze względu na swój nieugięty indywidualizm, lecz mimo to, nie groziła mu żadna alienacja, czy inna choroba psychiczna. W pełni akceptował swój wygląd, a swych prześmiewców miał za zakompleksionych idiotów i bardzo często trafiał z oceną. Nie warto jednak wracać do przeszłości. Właśnie dziś zaczynała się jego droga do lepszego życia. Przypiął do pasa pochwę ze swym ukochanym mieczem i wyszedł przed dom. Dosyć długo rozkoszował się lekko śmierdzącym powietrzem i jasnym światłem najbliższej z gwiazd. Aron niezbyt chętnie wrócił przed dom swego nauczyciela i oznajmił gotowość do akcji. W szybkim tempie mijali ceglane chatki pospólstwa. Kilka bawiących się na drodze dzieciaków parsknęło śmiechem na widok mizernej delegacji, ale ani Aron, ani Feliks, nie mieli zamiaru komentować tego zachowania. W końcu dotarli do miejskiej bramy, przed którą polował już Roland – z zamiłowania żebrak i największy hazardzista na tej dosyć dużej wyspie. Lokalna przestępczość praktycznie nie istniała, więc ten stary łachmaniarz mógł spokojnie spać na ulicy z kilkoma setkami złotych monet w sakiewce. – Nie będę nic obstawiać – żachnął się Feliks, gdy Roland zagrodził mu drogę. – Naturalnie – odrzekł z przekąsem i spojrzał na ubranego w przewiewną koszulę, giermka. – Tobie też przydałaby się zbroja i jakaś broń. Niewiele osób postawi na wasz powrót, więc będzie mi on bardzo na rękę. – Skąd w ogóle wiesz o tej misji? – rycerz zacisnął dłoń na rękojeści miecza, choć wiedział, że go nie użyje. – Często śpię pod królewski pałacem, a właśnie stamtąd wychodzą posłańcy, którzy rzadko dostają tajne wiadomości – Roland nie chciał bardziej denerwować Feliksa, więc odsunął się z drogi i pomyślał nad szansami powrotu tej dwójki. Ostatnio stracił dużo pieniędzy na kilku źle przemyślanych zakładach, a nie chciał jeszcze bardziej uszczuplać sakiewek. Z zaciekawieniem spoglądał na oddalające się postacie. Miał przeczucie, że ta dwójka, albo przynajmniej jedno z nich, sporo zamiesza w historii tej nie tak dawno skolonizowanej wyspy.
3
Słońce nadzwyczaj mocno paliło w to południe wszystkie ludzkie ciała. Pragnęło zdzierać skóry i przegrzewać organizmy. Wiele osób ukrywało się przed tym powolnym zabójcą, lecz Feliks musiał patrzeć mu w oczy, gdy wędrował po tym otwartym terenie, gdzie otaczało go jedynie kilka małych krzaczków. Ten dziki step nosił nazwę Arkadii. Było to świetne miejsce do samotnych przemyśleń i podziwiana dzikiej natury. Często spotykano tu grafomanów z poetyckim zacięciem. Zapisywali na papierze historie o swych niespełnionych uczuciach i o świecie. Świecie dla nich zbyt okrutnym i skąpym. Nieco dalej znajdował się las, który był schronieniem dla wygnańców. Właśnie tam zmierzali nasi mocno już spoceni bohaterowie. Nie obchodziło ich teraz nic prócz krótkotrwałych marzeń o ukryciu się między wysokimi drzewami, które powoli rosły na horyzoncie. Feliks wiedział, że droga nie będzie łatwa, ale nie spodziewał się, że tak szybko opadnie z sił i runie bezwładnie na zieloną trawkę. Nie umiał uwierzyć, że przegrał walkę z aż tak odległym przeciwnikiem i rzucił parę brzydkich obelg, lecz słońce ani trochę się nimi nie przejęło. Rycerz dobrych parę minut leżał bezwładnie na plecach i obserwował bezchmurne niebo. Cały czas miał