Wojna · 17 min czytania
Pot i krew.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Opowieść od starca jednego posłyszana, co włosy jasne jak zboże słońcem oświetlone miał, a oczy koloru wód jak niebo głębokich, spokojnego błękitu. Opowieść w słowa opleciona, na język wspólny przełożona i spisana
***
W wojnie nie ma mniejszego zła. Ani bogów stających po jednej czy drugiej stronie. W wojnie jest tyko krzyk i zawodzenie, płacz i porażka. Żadnych zwycięstw, żadnych wygranych. Wojna jest tylko dla tych, co już przegrali, przywiązując miecz do pasa. A jednak wciąż nowi wojacy zasilają kolejne szeregi armii wielkich panów. Wciąż szerzy się ból i złudne nadzieje na powrót do domu, na pozostanie przy życiu i zdrowych myślach. Lub na życie wieczne przy boku Odyna, w wielkich halach Valhalli, na wieczną sławę. Czemu zło jest takie pociągające? Czemu zawsze wybieramy to, co dla nas obce?
***
Niebo przysłoniły chmury szare, kłębiące się niczym olbrzymy, rozwierające paszcze swe by pochłonąć żyjące istoty. Niczym Olbrzymy w czasie Ragnarok, ogromne monstra wkrótce zaatakowały, zasłaniając Wszechpotężne Słońce. Wielu przeklęło w tymże momencie, a pozostali - zdaje się - nawet nie zauważyli niknącego światła. Wielu obojętnie spoglądało przed siebie, z pozoru dumnie stojąc na pokładach długich i niezwykle szybkich drakkarów, a tak naprawdę modląc się czy to do bogów, czy do swych idei. Ten, kto nie wierzył, umierał pierwszy, w nicość popadając. Atoli dnia ówczesnego sama wiara toczyła swoistą walkę: prawdą jest czy przeciwnie - kłamstwem jednym? Zwinne łodzie pruły morskie fale, rozcinając wzburzone morze, wysokie i kwadratowe żagle nabierały wiatr w swe płótna, pomalowane w dwukolorowe pasy, wydymając się dumnie. Przyspieszone, nierówne oddechy wprawiały dziesiątki płuc do wysiłku, futrzane kurty, kolczugi o stalowych oczkach połączonych ze sobą i skórzane pasy tarły o siebie, nieduże, białe obłoczki skroplonego powietrza wydobywały się ze zmarzniętych północnym chłodem ust żołnierzy. Na brzegu, z wysokiego klifu, trzech wodzów obserwowało zbliżające się niechybnie zagrożenie, nawołując do swych ludzi. Wołali do swych najemnych, wzywając do boju godnego każdego wojownika. Każdy prawił te same morały, lecz w inne słowa ubrane. Każdy do boga wojny tego samego wzywał, sądząc, iż po jego stronie stanie. Ale bogowie odeszli, jak mieli się już niedługo dumni generałowie przekonać. Kobiety i dzieci, starcy i ci, którzy nie zdolni byli do walki, uciekali w popłochu, nawet nie zamartwiając się pozostawionymi rzeczami, opuszczoną wioską, która wcześniej pielęgnowali. Mężowie zbierali się na niewysokim pagórku, spoglądając w górę, na klif, na dogasające dymy z domowych ognisk, wkrótce mieli stanąć do walki z dumnymi wikingami, ludźmi z dalekiej i groźnej północy. Wtem, gdy posłańcy trzymający w rozdygotanych dłoniach rogi baranie unieśli je do góry, rozległy się głosy trąb. Basowy, długi i urywany, piskliwy, wielki lament wzniósł się w marcowe powietrze. Oddechy zamarły, by chwile potem powietrze zawirowało. Dwa drakkary dobiły do brzegu, a na kamienistą plażę, obmywaną przez lodowatą jeszcze o tej porze wodę, wyskoczyło przeszło osiem dziesiątek zbrojnych w słynne miecze, włócznie i noże, mężczyzn. Cięciwy skrzypnęły, obrońcy wioski Dannig nawijać zaczęli kusze, wycelowali w biegnących k'nim wojaków i strzelili. Ktoś potknął się i upadł z jękiem, inni zaś biegli dalej, broń ku górze unosząc, a na usta przywołując imienia bogów. Łucznicy przyklęknęli, ostatnią nadzieją się racząc. Łuki napięli i wystrzelili. Strzały dotarły do skórzanych zbroi atakujących, ostatnia salwa nie powstrzymała ich. Kolejny rozkaz padł z ust wodzów Dannig - żołnierze powstali i wycofali sie na przedpola wioski, stając na polu bitwy, u stóp klifu majaczył ciężki żagiel, poruszający się leniwie pod naporem wiatru. Chmury odsłoniły słońce, wielkie monstra sunęły ospale po niebie, a pod nimi ze szczękiem i chrzęstem zetknęły się miecze, włócznie, w ruch poszły topory, wyrabiane przez cieśli z Dannig, noże przebijały futrzane kubraki. Za nic i za wszystko. Ostatni marsz ku śmierci, ku upragnionej i jakże odległej Valhalli. - Bij na nich, nuże, bij!
***
Część 22 / 2
- Agnar, wołaj do cholery konnych, ale już! Niech się Hafnir z jego ludźmi nie grzebie. Potrzebujemy wsparcia, teraz. Ile koni mamy? - odgłos uderzanych o siebie broni niemalże zagłuszył wściekłe nawoływanie Finnvida. Kolejni ludzie przekazywali wiadomość dalej, wzbogacając ją o coraz to wymyślniejsze klątwy. Lewa strona obrony złamała się pod naporem potężnych piechurów, lecz ci z Dannig nadrabiali braki z prawej strony, osłaniając przejście przez rzekę. Ubita trawa zabarwiła się krwią ludzi, ziemię zaścielały trupy i liczne odłamki zbroi, pod butami chrzęściły połamane kości i kawałki ostrzy. Finnvid przetarł twarz rękawicą, ścierając pot i krew z czoła, usłyszał gdzieś z oddali nadchodzącą odpowiedź. - Nie ma, uciekli traktem do Untarg! Zabrali Kamień! - krzyknął któryś z wojaków. - Co?! Szlag by tu ich trafił! Potrzebujemy ten Kamień, nie oddamy go im, nie oddamy i Hafnirowi, znaleźć go! Wyślijcie Osvalda, Einara i kilku jego ludzi, niechajże ich, w rzyć kopaną, odnajdą!
***
Kto wie, może sprawy wioski Dannig i wojaków z Eldgordu,z północy mogłyby się potoczyć inaczej. Odnalezienie Kamienia z wyrytym nań Pierwszym Słowem byłoby możliwe, święty relikt wrócił by do świątyni, by tam spoczywać aż do końca dni i Ostatecznej Walki. Może ludzie, walczący po obu stronach, zawarli by rozejm, skończyli ta bezsensowną rzeź. Kto wie, wiele istnień, które wyszły do walki tamtego dnia, toczyłoby dalej swoje życie. Kto wie, może i nasze życie inaczej by wyglądało, gdyby nie jedna posłyszane słowa: "Uciekli traktem do Untarg. Zabrali Kamień." Nuże, pszę waćpaństwa, antałek wina poproszę. Wszak gardło barda to cenna rzecz, to i dbać o nią warto. Dziękuję.
***
Svain trącił Thorvalda, szarpnął go za rękaw i odciągnął za chatę jakąś, wyglądając zza węgła, czy nikt ich nie widział. Przybliżył brudną twarz do czarnowłosego wojaka, wysyczał mu do ucha, coby nikt inny nie słyszał. - Kamienia nie ma w wiosce, ktoś go ukradł, uciekli z wioski. To jedyna szansa, możemy go zdobyć teraz. Thorvald wpierw otworzył szerzej oczy, by za chwile zmrużyć je, z pełnym złości i gniewu błyskiem weń. Odtrącił jasnowłosego mężczyznę, odtrącając jego rękę. Wytarł swoją dłoń o kawałek futrzanego kubraka, jaki wystawał spod jego zbroi. Przez krew i pot, nawet mimo doskonale zrobionej rękojeści, miecz ślizgał mu się pomiędzy palcami. Teraz chwycił go pewniej i ruszył z pełnym pogardy sapnięciem z powrotem do swych braci, by pomóc im w walce. A tej było już nie wiele. - Nie żartuj, Thorvald! To nasza jedyna szansa, pamiętasz słowa Sigyn... - Svain, jesteś głupcem! Sigyn to oblubienica boga kłamstwa, a tego nie obchodzi nic, prócz jego własnego życia! Na wielkie Norny, nie wygłupiaj się, oni tam giną, a ja nie będę stał i gapił się na nich! - Thorvald! Posłuchaj mnie jeszcze chwilę - mężczyzna złapał go oburącz za kołnierz i przycisnął przedramieniem do drewnianych bel ściany. - Na Odyna, wysłuchaj mnie. Sigyn to Dawczyni Zwycięstw, jest ona jedyną, która dopomoże nam stawić się w Valhalli, a czyż nie tego pragniesz? Wiesz doskonale, że jej wrota są zamknięte. Nie przerywaj mi. Oni giną tam na próżno, z imieniem naszych bogów na ustach i z próżną nadzieją odzyskania Kamienia i chwalenia go w świątyni. A wiesz, do kurwy nędzy, gdzie jest teraz Kamień?! Gdzie, pytam! W drodze na zachód, do Untarg. Jeśli jesteś kretynem to proszę bardzo - idź i giń wraz z nimi! A twoja dusza będzie się wesoło błąkać w Otchłani. - Svain, nie jesteś sobą... - przerwał mu, odpychając go. Szarpali się chwilę, przepychając. Kątem oka Thorvald zobaczył padającego Eirika, który patrzył wprost w jego oczy, wypowiadając bezgłośnie słowo, którego znaczenia nie chciał poznać wojownik o czarnych, jak smoła włosach. Obrócił się w stronę Svaina, a słowa, jakie padły z jego ust, przypominały raczej warkot, niźli jakikolwiek język ludzki. - Widzisz, widzisz, co się tam dzieje? Rzeź! Zero znanych nam z innych bitew i walk taktyk, istna rzeź, masakra. Giną tam jeden po drugim, jakby sama obecność Kamienia ich zaślepiła. To samo dzieje się z tobą. Ale ja nie zapomniałem,