Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 21 min czytania

Potęga Czasu. Rozdział I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Nie wiem, to stary budynek. Ponoć miał być zburzony, ale ktoś go wykupił. Może to jakieś więzienie, albo przeprowadzają tam brutalne doświadczenia na zwierzętach… albo nawet na ludziach! — opowiadała niska, jasnowłosa dziewczyna, spacerująca wraz z przyjaciółką jedną z berlińskich ulic. Był to teren, gdzie nie znajdowało się dużo budowli, a większość z nich była po prostu zrujnowana. Od czasu do czasu przez podziurawione drogi przebiegł bezpański pies, a stary kot gonił małą mysz. — Przeraża mnie — odpowiedziała ta druga, zatrzymując się. Nikt w rzeczywistości nie wiedział, do czego służył wielki blok. Tylko nieliczni mogli tam przebywać. Ogrodzona zardzewiałą siatką, przechodząca przez zarośnięty trawnik, konstruk-cja miała kilkanaście pięter. Mimo dość późnej pory wieczornej w oknach nie paliło się nie-malże żadne światło. Tylko gdzieniegdzie można było dojrzeć jakiś cień przechodzący wzdłuż otworu okiennego. Prawdą więc było, iż osób pracujących było tam bardzo mało. Jedna z nich szła właśnie jednym z licznych korytarzy podziemnych. Cały w bieli, oświe-tlony był tylko kilkoma słabymi lampami, które mimo to okropnie raziły w oczy. Jemu to jednak nie przeszkadzało; wysoki mężczyzna mierzwił ręką swoje brązowe włosy, co było automatyczną reakcją, gdy był zdenerwowany. Krok miał przyspieszony, oddech równy, wzrok znad zmarszczonych groźnie brwi wbity w sam koniec wąskiego, jakże długiego przej-ścia. Kolejno mijał dziesiątki drzwi w kolorze oślepiającej bieli, oznaczonymi tylko złotymi numerkami. Szukał sali o numerze 024, lecz zza jednych z drzwi usłyszał dziwny dźwięk przywodzący na myśl ciężki przedmiot upadający właśnie na ziemię. Spojrzał na numerek. 013. Westchnął ciężko, starając się z całych sił, by nie zaciskać zębów i niepotrzebnie się denerwować. Wolałby tego nie robić, lecz mimo wszystko pchnął drzwi, które otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Mężczyzna zajrzał ostrożnie do środka, wychylając tylko głowę. Mimo prób to, co ujrzał sprawiło, iż rozzłościł się jeszcze bardziej. Nie mogąc się powstrzymać, wszedł, zamykając hałaśliwie drzwi. Znajdował się w sporej wielkości pokoju, który sprawiał wrażenie o wiele mniejszego przez ogromne i liczne komputery, które umieszczone były pod samą ścianą, na-przeciwko drzwi. Wokół, pod zgniłozielone ściany, poodsuwane były półki i stoły, na których stały termosy i kubki, dało się nawet zauważyć stare jedzenie, które lada chwila mogło uciec. A w samym centrum tego zamieszania znajdował się jego właściciel, mający koło sześćdzie-sięciu paru lat. Miał mnóstwo zmarszczek na swojej opalonej twarzy i kępkę rzadkich, ciem-nych włosów. Swoje ubrania miał całe ubrudzone jakimś czarnym smarem. Leżał on pod tymi wszystkimi komputerami, łącząc tylko sobie znane kolorowe kable. Wydawać by się mogło, że kompletnie nie zdawał sobie sprawy z obecności innych osób. — Witam szefa — wysapał, wypełzając spod maszyn. Wstał, otrzepał się z kurzu i ukazał swoje żółte zęby. Neil zmierzył go posępnym wzrokiem. — Co to ma być? — warknął. — To? — zapytał, wskazując na ogromne maszyny. — No przecież szef wie… — Ogólnie pytam — przerwał cierpko. Widząc, że jego podwładny nie ma pojęcia, o czym on mówił, zrezygnował z drążenia tego tematu. — Nieważne. Garth… zastanawiałeś się może nad moją propozycją? Garth spojrzał tylko na niego, uśmiechnął się delikatnie, po czym, bez jednego słowa, wró-cił na swoje poprzednie stanowisko. Zniecierpliwiony Neil podszedł do najbliższego krzesła, zrzucił z niego jakieś szmaty i usiadł. Wziął głęboki oddech, by się choć trochę uspokoić i zaczął jeszcze raz. — Dlaczego? O co chodzi tym razem? — zapytał, przymykając powieki. — O nic. Po prostu zastanowiłem się i stwierdziłem, że nie oddam tego pomieszczenia. Jest mi potrzebne, panie Dyvad. — Ale do czego? — jęknął. — To stary, zagracony pokój. Jak tak dalej pójdzie, to te twoje dziwne… nie wiem, jak to nazwać, ale… to rozrośnie się i będzie potrzebowało jeszcze wię-cej miejsca, więc… — Więc najlepiej mnie stąd wywalić — dokończył. — Nie! — krzyknął. — Chce cię tylko przenieść do innego budynku, ale przecież nadal będziesz członkiem ekipy! Garth podniósł się, odnalazł wzrokiem brudną szmatkę, którą oczyścił zasmolony śrubo-kręt. Sięgnął też po kubek, z którego upił spory łyk. Dopiero wówczas spojrzał na mężczyznę goszczącego w jego pokoju. — Zapłacę ci — szepnął Neil, łapiąc się ostatniej nadziei. — Nie, dziękuję, panie szefie. Nie skorzystam. Może się mylę, ale… — Garth zrobił krót-ką przerwę, po czym dokończył: — Chyba nie jest pan dziś w najlepszym nastroju. To tylko moje domysły. — Vinich! — wrzasnął do mężczyzny po nazwisku. — Nikogo z denerwującej czwórki w pobliżu nie widziałem, więc nie wiem, co pana tak mogło rozzłościć — mówił Garth. — A może właśnie szef ich szuka i dlatego jest zły…? — Zupełnie nie zwracając uwagi na jego pracodawcę, zaczął bawić się zwisającymi kabelkami, losowo je łącząc. — W każdym razie ja nie wiem, nie chcę panu zajmować czasu, więc… Jego jakże fascynującą mowę przerwał zszokowany szept Davida. — Vinich… — wydyszał, wskazując gdzieś ponad niego. Ten, zaintrygowany reakcją jego szefa, wstał i przyjrzał się największemu spośród wielu ekranów. Wszystkie inne świeciły się na niebiesko, ale ten jeden na biało. — Co to jest…? Tym razem nawet sam stwórca wybałuszył oczy. Nie wierzył… po prostu nie wierzył, że to naprawdę mogło działać, że to dało się uruchomić! Tyle czasu na to poświęcił, tyle trudu to włożył, nigdy nie zwątpił! I okazało się, że miał słuszność! Garth musiał się powstrzymywać, by nie zacząć podskakiwać radośnie niczym mała dziewczynka. Natychmiast podbiegł do ogromnej klawiatury, usiadł na starym stołku i wbił kod. Mniejsze monitory jednak wręcz natychmiast zamigotały kolorem czerwonym, lecz trwało to zaledwie sekundę. Zaś na dużym ekranie pojawiły się jakieś litery. Zadowolony uznał, że są to zapewne instrukcje. Uśmiech jednak zbladł mu natychmiast, gdy tylko dokładniej odczytał ten oto napis:

Orovikajeri Oimp — Va Heaeaasimkie Dmrr’l

Czym prędzej próbował coś wpisać, leczo nic nie dawało; litery wciąż widniały na ekranie. Garth nie rozumiał, co one mogły znaczyć, musiało przeciecz istnieć jakieś racjonalne wy-tłumaczenie. Dyvad najwyraźniej tego nie rozumiał, gdyż rzucił: — Chyba coś się zepsuło… Tym razem to Garth zgromił go wzrokiem. — Niemożliwe — stwierdził krótko. — Jestem pewien, że te litery nie wyświetliły się wskutek jakiegokolwiek błędu. — Przecież zrobiłeś to przypadkiem! — próbował przywołać go do rozsądku Neil, jednak ten zareagował natychmiast. — Nie ma czegoś takiego, jak przypadek, panie Dyvad! To czyta nauka. I ewentualnie los, ale tego właśnie próbuję dowieść. Szybko, niech poda mi pan jakąś kartkę! Vinich natychmiast spisał dziwne, zupełnie dla niego niezrozumiałe zdanie, w nadziei, że zdoła je przetłumaczyć. Nigdy w życiu nie spotkał się z tak dziwnym językiem. Wtem usłyszeli za sobą głośne skrzypienie, które oznaczało, że do pomieszczenia waśnie ktoś wszedł. Był nim bardzo wysoki młodzieniec z ciemnymi dredami przykrytymi luźno ułożoną czapką z daszkiem, licznymi kolczykami w uszach i wielu kolorowych tatuażach zdobiących jego ramiona, których nie okrywała szeroka koszulka. Rozejrzał się po pomiesz-czeniu, robiąc dziwną minę. — Faktycznie, aż głupio mi, że nie wpadłem na to, by tutaj domówkę urządzić — odparł tonem przesyconym sarkazmem. — Dyvad, wszyscy cię szukamy, miałeś już dawno być w 024! Co wy tu w ogóle robicie? — Hej! — krzyknął Garth, zupełnie nie zwracając uwagi na Teva. — Spójrzcie! Ten napis zrobił się jakiś bledszy, mniej wyraźny! — Co to jest? Udało ci się to coś uruchomić? — zapytał, usilnie starając się ukryć swój podziw. Ten jednak był całkowicie skupiony na tajemniczej, stworzonej przez siebie, maszynie. Rzeczywiście — zagadkowy, czarny napis umieszczony na samym środku białego ekranu był nieco bledszy, jakby utracił swoją siłę. Zainteresowany tymże odkryciem pragnął dowiedzieć się, co ów oznacza. Stworzył to wszystko, by posiadało wszelką wiedzę, miało więc być do-skonałe. Lecz te litery zniweczyły te plany. Jednak jeszcze bardziej niepokoił go inny fakt — próbował to usunąć najłatwiejszym, najszybszym sposobem, lecz próba ta zakończyła się nie-powodzeniem. I natychmiastowo, niemalże w tym samym czasie, serce zaczęło szybciej bić, na czole pojawiły się drobne krople potu. To przecież był jego system, jego! On pracował na nim tyle lat, tylko on znał wszystkie tajniki. Tylko on znał jego działanie… —…słyszysz nas?! — wrzasnął Tev, wyrywając go z rozmyślań. — Wyjdźcie — wyszeptał, będąc w transie. — Wyjdźcie. Obaj panowie, wielce zaskoczeni jego zachowaniem, spojrzeli po sobie, wzruszyli ramio-nami i wyszli. Neil jednak zatrzymał się jeszcze na ułamek sekundy, przyjrzawszy się Gar-thowi dokładniej. „Nie jestem pewien, co z tego wyjdzie”, pomyślał i wcale nie miał na myśli obecnej pracy jego pracownika, chodziło mu raczej o ogół — o to, do czego przyczyni się ta dziwna maszyna. Brzmiało to naprawdę śmiesznie, lecz patrząc na nią miał bardzo negatywne uczucia, choć sam nie wiedział, dlaczego tak się działo. I jeszcze nie chciał się tego dowia-dywać. Było wielce za wcześnie.

Najbliższe trzy godziny upłynęły Garthowi w towarzystwie ogromnego stresu. Starał się to poprawić, naprawić, zmienić, lecz to wszystko zdawało się na nic. Napis, choć już nie tak wyraźny jak wcześniej, nadal widniał na ekranie, a system sprawiał wrażenie zablokowanego. Już dawno nie czuł tak ogromnego rozczarowania — przygniatało go ono, męczyło niemiło-siernie, sprawiało niemalże fizyczny ból. W końcu, opadłszy z zrezygnowaniem na fotel, poddał się myśli, że projekt jego życia jednak mu nie wyszedł. Mimo tego i tak wciąż nie mógł w to uwierzyć. Nie ukrywał — spodziewał się tego, przecież próbował dokonać niemoż-liwego. Nie sądził jednak, że czas ten nadejdzie tak szybko. Po kilku sekundach usłyszał skrzypienie drzwi, które dnia dzisiejszego strasznie go dener-wowało. Nieraz potrafił przesiedzieć tu cały dzień bez wizyty ani jednej osoby — teraz nagle każdy chciał się z nim widzieć, coś przekazać. Akurat teraz! Cóż za niedorzeczność! Do pokoju władowała się cała, wspomniana już wcześniej, irytująca czwórka: Tev i trzech innych mężczyzn, jeden nieco niższy, o długich, prostych, brązowych włosach i zielonych oczach, drugi, znacznie wyższy, z czarnymi, również długimi acz związanymi z tyłu głowy włosami ubrany w całości na czarno i ostatni — blondyn o brązowych tęczówkach. Wszyscy wpatrywali się w Garth z litością w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Potęga Czasu. Rozdział I — czytnik · opowiadania