Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

historia · 14 min czytania

Potępiony święty

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Potępiony święty

W powietrzu mieszał się zapach siarki z dymem, gęsta mgła osłabiała widoczność, ogień raził w oczy. Słychać było wrzaski, okrzyki buntu i strachu. Czuło się tam jak w piekle. Buntownicy przemierzając opustoszałe ulice, zapalając je pochodniami, dochodzili, niczym kondukt, kierując się w stronę Wawelu. Mieszkańcy, którzy się nie sprzeciwiali, chowali się w domach. Woń protestu paliła, zagrzewała do walki, lub spalała żywcem. Orszak piekielnie oświetlał Kraków, jak żywa pochodnia, rzucona na ulice. Na Wawelu atmosfera wrzała. Nadworni burząc się i sprzeciwiając kazali straży nie dopuścić protestantów do zamku. Oburzenie majestatycznej szlachty nie miało granic. Kazali bunt ugasić, a buntowników skazać, jednak siła przeciwników była zbyt silna, by ją tak łatwo zahamować. Nerwy i stres nie opuszczały mieszkańców zamku. Protestujący powoli, ciężko zbliżali się do Wawelu. Cisza panowała na dworze, cisza pełna nerwów, przed burzą. Dworzanie nie zauważyli, lejącego się im przez palce czasu. Przygotowywali się na opanowanie twierdzy, na walkę, na wielki huk. Jednak buntownicy zaatakowali jak muśnięcie motyla, powodując na zamku największy chaos jaki można było wprowadzić.

***

Bolesław stukał palcami w obficie przystrojony stół, uginający się od ogromnej ilości jedzenia. W komnacie kilku grajków brzdąkało na lutniach, których dźwięk potęgował irytację króla Polski. Naokoło siedziało wielu rycerzy, starych i młodych, dwórek, a naokoło służba roznosiła jedzenie oraz picie. Naprzeciwko świeży król Rusi Izasław rozkoszował się swoją władzą, zabawiając przy tym siedzące naokoło niego damy. Bolesław patrzył naprzeciwko z wciąż narastającą złością. Jakiż ten Izasław był próżny i pyszny, nie było miary jego zadufania w sobie narcyzmu - myślał rozeźlony król. Nawet nie zauważył kiedy Izasław wstał ze swojego miejsca i podszedł do niego. - Drogi Bolesławie, dlaczego siedzisz tak cicho i smutno, gdy dzień zwycięstwa piękny i cały zamek się bawi? - zapytał Izasław uśmiechając się. - Raduję się w duchu - odrzekł zimno Bolesław, nie patrząc na króla Rusi. Ten z kolei przysiadł obok, na dopiero co zwolnionym miejscu, pewnego polskiego rycerza, który dołączył do tańczących par. Izasław spojrzał rozbawiony na wyprane z emocji oblicze Śmiałego. - Czy ty , mój drogi, przypadkiem nie chowasz do mnie urazy? Złość rozlewała się po ciele króla polskiego niczym trucizna, jego palce zagłębiły się w stole, próbując go złamać. - Skąd Izasławie, ubolewam jedynie nad twoją nieodpowiedzialnością. - Nie rozumiem. - I w tym tkwi problem - Bolesław zrobił przerwę na łyk wina - Nie zdajesz sobie sprawy z tego, że twoi bracia, których stąd przepędziliśmy, zmobilizują się aby odebrać tobie władzę. Izasław zaczął się zastanawiać. - Być może, ale marne szanse, że im się to uda. Bolesław uśmiechnął się gorzko. - I dlatego, że tak sądzisz jesteś bardzo zagrożony. W każdym razie, radzę ci uważać na siebie i swoje czyny, które jak sądzę nie będą wzorem mądrości, zważywszy, że zamiast pracować nad państwem i poddanymi, kolejną niedzielę z kolei organizujesz zabawy - rzekł, pogardliwym tonem Bolesław, patrząc w bladoniebieskie oczy władcy Rusi. Z rosnącym triumfem obserwował nasilającą się złość Izasława. Po chwili potęgującej złości Izasław wstał szybko z krzesła i nie patrząc na Bolesława wyszedł z sali. Król Polski uśmiechnął się jadowicie. Zabawa chyliła się ku końcowi, grajkowie słabiej grali, a ilość tańczących par zmniejszała się przy każdej kolejnej melodii. Biesiadnicy przy stołach podzieleni byli na małe grupki, a na szczycie stołu siedział dumnie Bolesław Śmiały. Król obserwował dworzan i rycerzy, wdychał powoli gęste powietrze, zapełnione wonią wina, jedzenia oraz płonącego w zamkowych kominkach torfu. Zrelaksowany, patrzył zwycięsko na wolne krzesło króla naprzeciwko siebie, opuszczone od chwili rozmowy z Izasławem. Uśmiechał się zadowolony, że nie można mu już popsuc humoru. Zobaczył nagle żwawo idących przez salę dwóch najbardziej zaufanych mu rycerzy, wraz z dwoma posłannikami z Wawelu. Zmarszczył brwi widząc posłanników, a uśmiech zszedł mu z twarzy, gdy ujrzał poważne twarze rycerzy : Mikołaja i Jana z Krakowa. - Panie mój, stała się straszna rzecz - zaczął Jan. - Słucham. - Twoje wojska, ostałe po walce o tron Rusi, dla króla Izasława, są nieustannie atakowane przez jego wojska. Król zacisnął zęby. Oddychał płytko i nierówno, targany emocjami. - Od kiedy? - Od pokonania braci króla Rusi. - Czy coś jeszcze? - zapytał ciężko Bolesław. Wyższy z posłańców wyłonił się zza rycerzy. - Wasza wysokość, królowa Agnieszka, wraz ze szlachtą każe przesłać ci wiadomość o buncie przeciwko tobie - posłaniec wziął oddech, ze strachem patrząc na króla, ten z kolei zachował kamienną twarz. Jednak oczy władcy ciskały pioruny, a w środku Bolesław Śmiały zawrzał niebezpiecznie czystą złością. - Mów dalej - niemal wysyczał, przez zaciśnięte zęby. - Buntownicy przeszli przez ulice miasta, zapalając je niczym żywe pochodnie, tratując mieszkańców swoim pochodem. - Czy doszli do zamku? - Zamek jest nienaruszony, oprócz placu przed zamkiem. - Co się z nim stało? - Protestanci wyryli na nim, mieczami, symbol. Bolesław nie odzywał, czekając na resztę. - Symbol korony, odwróconej. Królem Polski zawładnęła wściekłość tak ogromna jak kraj w którym rządził. Spojrzał na Jana i Mikołaja. - Zwołajcie moich najbardziej zaufanych ludzi - rozkazał i zerwał się z krzesła, przeciął przez salę i zniknął za dębowymi wrotami. ***

W Krakowie huczało od wiadomości zza granicy państwa. O publicznej zniewadze króla Izasława, przez Bolesława Śmiałego, o zrzuceniu z tronu króla Rusi, przez jego braci. Mieszkańcy stolicy wymieniali się pogłoskami, na temat powrotu króla Bolesława, jego furii z powodu buntu przeciwko władcy i wreszcie potępieniu biskupa Stanisława, przez sąd kościelny. Bardziej śmiali, lub też mniej rozważni, obywatele mówili o licznych śmieciach w Krakowie, od chwili przyjazdu króla. Ta ostatnia pogłoska błądziła po głowie potępionego biskupa, który o późnej wieczornej porze, przesiadywał przy sosnowym biurku. Stanisław czuł zapach pergaminu, atramentu, bzu, kwitnącego przy oknie małego mieszkania, który dzielił ze swoim starszym przyjacielem, kapłanem, który tak jak on nie pochwalał władzy Bolesława Śmiałego. Stanisław podrapał się gęsim piórem za uchem, po czym umoczył go w czarnym płynie i pięknym pismem kontynuował pisanie jego teologicznych przemyśleń. Postawił kropkę i odchylił się na krześle, patrząc na czarne znaki. Tak, on nie pochwalał, a nawet tępił, władzę króla Śmiałego. Z ochotą zagrzewał mieszkańców stolicy do postawienia się królowi i równie chętnie uczestniczył w buncie na ulicach Krakowa.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Potępiony święty — czytnik · opowiadania