Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Duchy · 17 min czytania

Potrójna zemsta - opowiastka z Diabłem w tle

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Potrójna zapłata Opowiastka z diabłem w tle

- Karczmarzu! – gruby szlachcic uderzył mocno w stół, aż wszystkie stojące na nim statki podskoczyły. – Miodu! Co rychlej! Byle nie takiego, co przódzi! – dodał szarpiąc oberżystę za siwą brodę. – Pamiętaj kpie, bo uszy obetnę. - I nos! – dorzucił, jąkając się z nadmiaru wlanych w siebie płynów, nieco łysawy jego towarzysz i z trudem usiłował wyszarpnąć szerpentynę. - Ostaw Sienkosiu! – burknął trzeci z siedzących, chudy jak szczapa szlachcic z długimi wąsami, które spadały mu na piersi. On jeden wyglądał na trzeźwego w całym towarzystwie. – Pamiętaj, że to trakt królewski, a tutejszy starostka ma opinię gorączki, co niejednemu już herbowemu zaszkodzić potrafił. - Co mi tam jakiś starostka, choćby i mu sam pan kanclerz ojcował! – darł się gruby szlachciura. – Jam Kuropatnicki herbu Dąbrowa, a nie jakiś wyskrobek, co go Kozacy Tatarom wydarli i kasztelanicowi na wychowanie dali. - Tak dobrze znasz waść tutejszego podstarościego? – zdziwił się jego kompan z czarnym wąsem. – Myślałem, żeś waćpan pierwszy raz w przemyskim. - Ano pierwszy! – przytaknął swarliwie Kuropatnicki. – Alem z tym Jędrzejowskim poznał się jeszcze w Kamieńcu, gdzie mnie o mężobójstwo oskarżył przed sądem starościńskim. Przechera jeden! - Cichajże waść! – uderzył się mocno w usta czarnowąsy i rozejrzał po ciemnej izbie. – Tutaj pełno szpiegów starostki. Chociażby tamten! – głową wskazał w odległy kąt, gdzie siedział odziany w szerokie hajdawery człek z twarzą pociętą dziobami, który uważnie im się przyglądał. Grubas potoczył błędnym spojrzeniem po zadymionej sali i pokiwał jeno wolno głową. - Hołota! – mruknął, kręcąc wąsa. – Sama hołota! Piwa chamie! - Właśnie! – zaryczał, podrywając się gwałtownie szlachcic nazwany Sienkosiem. – Piwa, kpie, bo cię wypłazuję! I ku wyraźnej uciesze gromadki spłoszonych nieco pachołków, co czekali tutaj na szkuty, które miały przybyć następnego dnia do pobliskiej przystani nad Sanem, przewalił się przez dębową ławę i zachrapał pod stołem. - Z nim tak zawsze! – mruknął chudy szlachcic. – Teraz będzie spał przez kilka pacierzy, a potem już nikt go nie zmoże. No to teraz panie Kuropatnicki czas, byśmy się rozmówili! Trzeźwyś waść jeszcze? - Mnie i baryłka miodu czerwcowego nie dałaby rady! – roześmiał się rechotliwie grubas. - Chcesz waść popróbować? - Nie potośmy się tu spotkali, acan! – syknął przez zęby kompan. – Macie to? Pokażcie! Grubas sapnął ciężko i sięgnął za kontusz. - Tyle, ile chciałeś acan! – zabrzęczał sakiewką. – Sto czerwońców! Reszta po wszystkim! - Daj waść wszystko! Teraz! – szarpnął sakwę gwałtownie, ale nie zdołał jej wyrwać z tłustych łapsk Kuropatnickiego. – Wiesz przecie, że w każdej chwili mogą tu na mnie zasadzkę urządzić. Nie mnie pod Leżajskiem długo siedzieć! - Wiem, acan! – warknął całkiem już trzeźwy grubas. – Ale najpierw ten człek, a potem zapłata. Im szybciej to załatwimy, tym lepiej, bo ludzie gapią się już na nas. - Cóż on wam złego uczynił, że aż mnie musieliście przeciwko niemu wezwać? – zainteresował się nagle chudy szlachcic. – I że też nie obawialiście mnie przyzywać po tym, co między nami zaszło! - Moja sprawa, nie waści! A rachunki między nami wyrównane! Tak Sienkoś mówił! – odburknął gniewnie Kuropatnicki, podrywając się z miejsca. Rozejrzał się wokół, ale posapawszy chwilę, usiadł z rumorem na ławie i sapnął na koniec przeciągle przez nos. – A zresztą czemu nie? Może macie rację, mości starosta! Powiem wam o krzywdzie, jaką ten człek mi wyrządził! – smutny uśmiech pojawił się na nalanym obliczu szlachciury. Nie zdążył jednak zacząć, bo drzwi karczmy otworzyły się z przeraźliwym trzaskiem, a w odblasku dalekich płomieni, które paliły się w pobliżu budowanego właśnie klasztoru, pojawił się cień olbrzymiego mężczyzny, który bez słowa skierował się ku nim, nie bacząc na ukłony oberżysty kierującego go do jedynego pustego stołu w pobliżu paleniska. Kuropatnicki szarpnął się gwałtownie, jakby w pierwszej chwili wystraszył się niespodziewanego gościa. Jednak przeciągłe spojrzenie chudzielca przykuło go na miejscu. - Nie martw się, waść! – gorącym szeptem sparzył ucho szlachcica. – Ze mną jesteś. I żaden Siennicki nie waży się waści nawet tknąć w mojej obecności. - Witajcie, mości starosto! – huknął tubalnym głosem olbrzymi szlachcic, podkręcając siwawego wąsa. – Dawnośmy się nie widzieli. Chyba pod Sanokiem, nieprawdaż? - Nie mów waść, żeś się za mną stęsknił, panie Jakubie! – roześmiał się chudzielec. – A gdzież to pan starosta Opaliński? - Lepiej, byś się waść z nim teraz nie spotkał, bo bez zwady pewnie by się nie obeszło! – odparł poważnie przybysz. – A tego chyba waść teraz nie pragniesz! Zwłaszcza teraz – pokręcił głową znacząco. - Wiesz o wszystkim, mości rotmistrzu – bez zdziwienia powiedział czarnowąsy starosta. – Spodziewałem się! Znasz acan pana Kuropatnickiego? No pewnie, że znasz – uśmiechnął się złowrogo. – Przecieście sąsiedzi! - Jacy tam sąsiedzi? – oburzył się Kuropatnicki. – Te kilka włóczek, co mamy obok siebie. Ja z acanem nie mam teraz nic wspólnego. - Oprócz paru pozwów, com obiecał sobie je na waścinym brzuchu przeczytać! – zgrzytnął zębami Siennicki, sięgając zdecydowanie do boku, gdzie groźnie błyszczała cienka batorówka. - Uspokójcie się waszmościowie! – warknął jadowicie starosta, wznosząc rękę ku górze – Bo... – chude palce rozcapirzyły się w nienaturalnym geście. Obaj jego rozmówcy w jednej chwili poczuli, że przeszywa ich nagły, paraliżujący ból, którego źródłem najprawdopodobniej były palce czarnowąsego. - Puść, waść! – wycharczał z trudem Siennicki. – Ostawię go tymczasem wam, mości starosto. – dodał, ciężko dysząc, kiedy ręka szlachcica opadła w dół. Chudzielec uśmiechnął się ironicznie i wskazał nowoprzybyłemu miejsce przy stole. Siennicki bez słowa przysiadł na ławie. Mimo że milczał, z jego twarzy łatwo można było wyczytać, że w ryzach trzyma go tylko strach przed chudym starostą, który świdrującym spojrzeniem przykuł go dosłownie do miejsca. Tymczasem Kuropatnicki podniósł się cichcem i próbował powoli podkraść się ku drzwiom, ale nagle poczuł, jak jego nogi drętwieją i same podążają z powrotem. - A waść dokąd to? – roześmiał się złowieszczo starosta. – Przecie czekałeś, acan, na zacnego gościa, z którym miałem się rozmówić w twoim imieniu. Już tego nie chcesz? - Chcę, mości starosto! – wybąkał z drżeniem w głosie gruby Kuropatnicki. - Sakiewka! – syknął przez zaciśnięte zęby czarnowąsy chudzielec. Tym razem oporu nie było. Brzęcząca zawartość spadła na stół zagarnięta łapczywie przez chciwą rękę starosty. - Tak dużo lepiej! – oblizał wargi chudzielec. – Panie Siennicki, a waść kiedy zapłacisz, coś mi winien. - Za co? – ze strachem wyszeptał Kuropatnicki, którego nalane tłuszczem oblicze nagle pobielało. Starosta puścił jego uwagę mimo uszu i podniósł się z miejsca. W tym samym momencie jego postać odmieniła się. Urósł dosłownie w oczach i wkrótce dorównał tuszą Kuropatnickiemu. - No teraz możemy spojrzeć na dzieło twego przyjaciela – zwrócił się do Siennickiego. – Teraz mnie chyba nie pozna, co acan? - Waść chyba u Czarnego brał nauki! – odrzekł drżąco zapytany. Diabelski iście śmiech był jedyną odpowiedzią. Na dworze było chłodno. Starosta podniósł głowę ku rozgwieżdżonemu niebu i głęboko wciągnął powietrze. - Dawnom tu nie był! – rozejrzał się ciekawie po okolicy. Na dłużej jego wzrok zatrzymał się na bryle świeżo powstającej budowli. – A to co? – zapytał, wskazując głową kierunek. - To dzieło imć Łukasza Opalińskiego! – mruknął cicho Siennicki, obawiając się najwyraźniej reakcji swego rozmówcy. – Klasztor, co ma grzechy jego odkupić. - A więc tak chce się wykpić! – syknął starosta, szarpiąc nerwowo za wąsa. – Nie takie to proste, jak mu się wydaje. I tak trafi tam, gdzie ja! Nieba kupić się nie da! Siennicki ze strachem spojrzał na grubego teraz starostę. Wolał nie wiedzieć, o czym właściwie ten mówi. Obejrzał się za siebie, jakby w głębi karczmy szukał drogi ucieczki. Kuropatnicki tymczasem, korzystając z chwili nieuwagi starosty, puścił się nadzwyczajnie jak na jego tuszę szybkim szpurtem w kierunku odległej linii lasu. - Wróci! – spokojnie rzucił za siebie starosta. – Szybciej, niż myśli! Musi zapłacić za moją usługę – roześmiał się chrapliwie. – Jak i wy, mości panie! – schwycił Siennickiego za kark w taki sposób jak się łapie niesfornego psiaka. – Dacie mi to, o co was prosiłem. - Przyjdzie!…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Potrójna zemsta - opowiastka z Diabłem w tle — czytnik · opowiadania