Horror · 18 min czytania
Potwory zza światów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Piotr Michalik
Potwory zza światów.
Trwało przyjęcie z okazji piątych urodzin naszego Pawełka. W pokoju gościnnym panował rozgardiasz. Wujkowie, ciocie, dziadkowie i chrzestni przekrzykiwali się w komplementach i życzeniach. Przyjechał także mój brat Robert z dwójką dzieci; jedenastoletnią Kasią i trzyletnim Markiem. Zastanawiałem się, kiedy ten tygiel rozmaitych osobowości eksploduje karczemną awanturą. Zawsze tak było, więc czemu teraz ma być inaczej. Solenizant był w siódmym niebie. Dostał tyle prezentów, prezencików i podarków, że spokojnie można by nimi obdzielić porządnie szóste i siódme urodziny, a może nawet i ósme. Najkosztowniejszy był niewątpliwie zestaw komputerowy od matki chrzestnej. Tłumaczyliśmy jej wiele razy, że Pawełek jest za mały na komputer, ale ona postawiła na swoim. Równie mocno szarpnęli się dziadkowie. Przytargali mały żółty rower górski. Paweł nie chciał się od niego oderwać do tego stopnia, że musiałem schować dwukołowca do łazienki, by inni ofiarodawcy mieli także swoje pięć minut chwały. Ciotka Aga jak zwykle poszła na łatwiznę i przyniosła jakieś drewniane paskudztwo. Każdy z nas na urodziny, imieniny czy przy innej okazji otrzymywał od niej podobny prezent. Tym razem była to figurkę boga deszczu Chaca – jak twierdziła. Trudno było się z nią sprzeczać, bo była antropologiem i miała hopla na punkcie Majów. Figurkę wykonano współcześnie, lecz i tak miała swoją wartość, niezauważalną oczywiście dla pięciolatka. Moim zdaniem bożek wyglądał jak tropikalny potwór. Miał jęzor wywalony na wierzch jak u psa, którego nikt nie poił od tygodni i ostro postrzępione krawędzie, wprost idealne do cięcia glazury, a co dopiero mówić o delikatnym ciele dziecka. Nie zdążyliśmy się mu jednak dokładniej przyjrzeć, czy wszcząć dyskusji rodzinnej na temat: „czyś ty ocipiała?”, bo musiałem go szybko wynieść, z powodu małego Mareczka, który, gdy go tylko zobaczył, tak się przestraszył, iż zaczął wyć jak syrena okrętowa. Krzysiek Piątkowski, chrzestny Pawła, musiał koniecznie pokazać, jaki on to jest oryginalny. Gdy przyszła jego kolej, wniósł z przedpokoju ostentacyjnie wielką pakę owiniętą szarym papierem i przewiązaną grubym sznurkiem. Gustowne opakowanie skrywało równie ciekawą zawartość, to jest drewnianego konika na biegunach. Znaczy w założeniu, to miał być konik, lecz w rzeczywistości, ktoś skrzyżował drewniany stołek z sankami, a potem dla odpowiedniego efektu zrzucił parę razy z czwartego piętra. Prawdę mówiąc, były minister szkolnictwa był bardziej podobny do konia, niż to coś. Kiczowatą całość wykańczała grzywa ze sznurka i takiż ogon, nie mówiąc już o odpryskującej tu i ówdzie farbie. - To narzędzie tortur jakieś? – zapytał wujek Zdzisiek, największy zgrywus rodzinny i mistrz ciętej riposty w jednej osobie. - Kupiłem go sklepie ze starociami. To oryginalny konik na biegunach z początku dziewiętnastego wieku. – bronił się Krzysiek. - Śliczny - zaszczebiotała Katarzyna, prywatnie moja żona. - A z której strony śliczny? – nie dawał za wygraną Zdzicho. Ciotka Rozalia, jego żona, szarpnęła go za rękę i zamilkł. Szkoda, bo temu truchłu należała się szczera recenzja. Ja zwykłem mawiać w takich wypadkach, że chińczyk, który to wykonywał, miał po prostu zły dzień i wyszedł bubel. Pawełek, któremu pomagałem właśnie otwierać kolejkę od mojego brata, spojrzał przelotnie na konika, lecz chyba bardziej ze zdziwieniem, niż z jakimkolwiek zainteresowaniem. - No posadźmy go, niech się pobuja – zaproponował Krzysztof. - Jasne – zawtórowała Kaśka z typowym dla niej entuzjazmem, jeśli mowa było o pomysłach jej kochanego Krzysia. Podeszła do naszego syna, lecz, gdy zaczęła go podnosić rozwrzeszczał się, machając energicznie rączkami w kierunku oddalającej się paczki z kolejką. - Może później? – zaoponowałem nieśmiało – widzisz, że chce popatrzeć na kolejkę. Daj mu decydować, czym chce się bawić. Oczywiście był to głos na puszczy. Nie byłaby sobą, gdyby nie posadziła ryczącego malca na drewnianej maszynerii i nie próbowała pobujać. Okazało się jednak, że prezent tak samo świetnie działał, jak wyglądał, czyli wcale. Równie dobrze mogłaby próbować rozkołysać szafę trzydrzwiową. - Może hamulca nie zwolniłaś? – zapytał Zdzicho, obserwując dramatycznie próby mojej żony, która chciała koniecznie wykazać, że prezent jest świetny. - Przenieśmy konika do przedpokoju, tam jest twardsza podłoga, a tu dywan przeszkadza. – Z miną fachowca orzekł Piątkowski. Zawsze zastanawiałem się, co Kaśka widziała w tym albinosowatym pozerze? Na studiach byli parą, lecz o coś tam się posprzeczali i zostali tak zwanymi przyjaciółmi. Ja jednak zdawałem sobie sprawę, że nie darował sobie tak łatwo i ciągłe ryje pode mną dołki. Niestety byłem skazany na Piątkowskiego, bo Kaśka uparła się zrobić z niego ojca chrzestnego. - Kaśka daj spokój, sprawdzimy później - zawołałem i nie czekając na odpowiedź, zdjąłem Pawła z bujanego, przynajmniej w teorii, krzesła bólu. Ucichł momentalnie, co było argumentem nie do pobicia i nie mogła wnieść protestu. Kolejka zdobyła tegorocznego Oskara, w kategorii prezent roku, tuż przed wyśmienicie finiszującym pluszowym smokiem wielkości fotela, oraz dziecinnym akordeonem od wujka Zdzicha, który wygrałby w przedbiegach, gdyby Kaśka nie wykazała się refleksem i nie zabrała go w nieznane miejsce, zaraz po tym jak rozbrzmiał, pierwszą, jazgotliwa nutą. Wszystkie prezenty zostały wręczone i wróciliśmy do stołu. Rozpoczęła się biesiada. Niestety siedziałem naprzeciwko Piątkowskiego i byłem zmuszony, oglądać jak jadł mielonego kotleta nożem i widelcem. Nieustannie okazywał reszcie towarzystwa przepaść, jaka w jego mniemaniu dzieliła go od nich. Zanudziłby nas opowieściami o tym jakim to jest znawca win i co jego studenci ostatnio zmalowali, gdyby Zdzicho nie zaczął opowiadać świńskich dowcipów. Przyjęcie skończyło się około dwudziestej. Położyliśmy Pawła spać i zostaliśmy wreszcie sami. Ja, Kasia i Piątkowski. Siedział na kanapie obok niej i flirtował, jakby mnie nie było. Przez następne pół godziny musiałem się głośno i znacząco się naziewać, by do jego napuszonej świadomości dotarło, że powinien już pójść w cholerę. - Niech konik dobrze służy małemu – rzucił ponurym żartem w progu, obcałowując Kaśkę po policzkach na pożegnanie. - Kaśka zamknij drzwi, bo zimno ciągnie – przerwałem tą czuła scenkę. Spojrzał na mnie wzrokiem Emo na chwile przed podziarganiem. Dałbym mu żyletkę, gdybym wiedział, że ją spożytkuje, ale to była tylko poza. Była prawie jedenasta w nocy i postanowiliśmy posprzątać cały ten bajzel tylko z grubsza, a jutro dokończyć. Tym bardziej, że brzdąc już spał i nie chcieliśmy go zbudzić. Poznosiliśmy wszystkie nietrafione lub za bardzo trafione prezenty powrotem do dużego pokoju. Rower, boga deszczu, a nawet harmonię od Zdziśka. Byliśmy zgodnie, iż tym razem przegiął, równie dobrze mógłby kupić perkusję, lub wielkie pudło kapiszonów. Gdy zacząłem mówić o tym czymś na płozach, Kaśka obruszyła się i stwierdziła, że konik jest słodki, co uczyniło dalszą dyskusję jałową. Z prezentem od Agnieszki był spory problem. Brzydki i niebezpieczny, czyli kwalifikował się tylko do kosza, ale trudny do wyrzucenia, bo zwariowana ciotunia przyłaziła do nas systematycznie. Nie chcieliśmy słuchać jej marudzenia, jacy to z nas wandale, co dzieło sztuki wywalają na śmietnik. Chwilowo postawiliśmy ten niezbędnik szamana na regale obok kryształowego flakonu z kwiatami, a raczej tuż za nim. Konik na biegunach wylądował pod oknem, zasłonięty firanką. Obiecałem sobie, że to jego ostatni przystanek przed wypuszczeniem na wolność. Wiedziałem, że będę miał przeprawę z Kaśką, gdy tylko zniknie. Ale jak to mówią: „no pain, no gain”. Poszliśmy spać około północy. Śnił mi się Krzysztof Piątkowski siedzący w pokoju gościnnym na swoim koniku. Uparł się, że nie pójdzie, dopóki się z nim nie pobujamy, ewentualnie może z nami zamieszkać, jeśli zechcemy. Mebel, na którym siedział, nie nadawał się do bujania, tkwiąc nieruchomo jakby zapuścił korzenie, a on o tym wiedział. - Zabiję tego łysiejącego konusa! – Rzuciłem się na niego i strąciłem na ziemię. Chwyciłem go dłońmi za gardło, jakbym chciał wycisnąć wszystkie soki. Kaśka zaczęła piszczeć i okładać mnie pięściami. Zrezygnowałem, a ona, jak gdyby nigdy nic usiadła na koniku i zaczęła udawać, że się huśta. Sytuacja robiła się coraz gorsza. Obudziłem się zlany potem. Spojrzałem na zegarek. Była druga w nocy. Z westchnieniem ulgi przyłożyłem ponownie głowę do poduszki, lecz to, co usłyszałem, skutecznie mnie rozbudziło. W pierwszym momencie pomyślałem, że to okno skrzypi, ale przecież niedawno wymieniliśmy wszystkie. Potem przyszło mi do głowy, że ktoś się włamał. Skrzypienie było jednak zbyt rytmiczne i takie przejmująco mechaniczne, że aż ciarki chodziły po plecach. Jaki rabuś hałasowałby w tak idiotyczny sposób?…