psychologia · 8 min czytania
Powiedz, kiedy dość. (cz.1)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Powiedz, kiedy dość. (cz.1)
W miejscach takich ludzie żyją z nawyku: mimowolnie przyjmą każdy kolejny dzień z tlenem, pomiędzy posiłkami odegrają kolejny rytuał, tradycyjnie ci się ukłonią, z przyzwyczajenia wilkiem popatrzą w kościele, pomiędzy jednym, a następnym przychodzi nowe, mija lub wchodzi w nawyk i po co się przejmować; no powiedz, gdzie szukać lepszego na schronienie miejsca? Zatarte gdzieś wspomnienia próbowała przywołać dziewczyna o włosach, w których każdy kosmyk to roztańczony ognisty płomyk, o ustach pełnych czerwieni, o cerze porannej mgły; i tylko te oczy. Jej wdzięki poruszały niebo, działały na zmysły każdego, kusiły grą, której zasad nikt nie zna, a kart nikt nie posiada; i tylko te oczy. Tak ciemne, tak mroczne. Ktoś powiedział, że tak czarny może być tylko wszechświat w miejscu swej największej samotności. Niektórych czerń tych oczu dodatkowo rozpalała, innych przerażała, dla wszystkich zawsze pozostawała zagadką. Właścicielka owych oczu przyjechała tu szukać schronienia, może odpocząć, może się zgubiła, może uciekała, może goniła; powiedz – kto to wie?
Słońce wciąż jeszcze ospale wisiało nisko nad horyzontem, właściwie, to raczej niemrawo się z za niego wychylało i tylko długie, cienkie promyki kłuły w oczy odganiając po drodze roztańczony, wszechobecny kurz. Janusz się go teraz tak bardzo wstydził. Właściwie do tej pory w ogóle nie dbał o porządek w swoim samochodzie. W tym momencie, w jego oczach, był to prawdziwy grat. Tak bardzo się go teraz wstydził. Czuł wciąż przyspieszający galop serca, szybko i niezdarnie wytarł spocone czoło. Nerwowo spojrzał na odsłonięte kolano, spokojny oddech jej piersi i wargi lekko rozchylone w uśmiechu. Znów przełknął ślinę i spróbował skupić się na drodze, łudził się, że to wystarczy.
- Janusz, no powiedz mi, co słychać na Moroniu? – Jej głos, każdy najmniejszy ton, wydawać by się mogło cichy wiatr, niepokoił go i drażnił. Stanowił kolejny element jej zabawy, zabawy zmysłami, urokami; kusząc nie pozostawiała jednak złudzeń, że dla niego droga ta będzie na zawsze zamknięta.
- Wiesz, jak zawsze, nic. Psa mi wczoraj potrącili… A ty? Jak tam w wielkim świecie? – Odpowiedział szybko, niezdarnie składając słowa, skupiając się na tym, by zabrzmiało to naturalnie. Znów spróbował pomyśleć o drodze, która teraz powoli zakręcała w prawo, leniwie wspinając się pod górę.
- Też miałam kiedyś psa.
Część 22 / 2
- I co się stało? – Odruchowo spojrzał na jej różowy policzek, chłodne usta, spokojne, ostre rysy twarzy.
- Musiałam go zostawić w lesie; za bardzo mi kogoś przypominał. – Nawet na niego nie spojrzała. Jej wzrok skupił się teraz na wyrastającej na wzgórzu wieży transmisyjnej. Rysy stalowej konstrukcji wyraźnie odcinały się na tle otaczającej ją zieleni drzew.
- To smutne. - Po raz kolejny nie mógł się oprzeć, by na nią spojrzeć. W tle, za oknem wysoka iglica błyszczała w porannym słońcu, rozpraszając tęczę promieni i rzucając na jezdnię skomplikowane wzory cieni. Setny raz szybko otarł spocone czoło. Wcisnął mocniej pedał gazu; jego puls wciąż gnał w zabójczym tempie.
- Prawda: sześć razy wracał, siódmego już nie było. – Nagle odwróciła się. Szybkim, energicznym i pełnym wdzięku ruchem zmierzyła go zimnym, stalowym wzrokiem; zupełnie jakby go ostrzegała, jakby mu groziła.
Samochód coraz szybciej wjeżdżał pod górę. Okrążając wzgórze pozostawili za sobą wieżę. Nie sposób jednak o niej, górującej nad całym wzniesieniem, było zapomnieć. Jej iglica była częścią krajobrazu. Podobnie jak owa wąska, wijąca się droga, wzdłuż której wciąż jeszcze nie można było spotkać żadnych z domostw i wydawać by się mogło, że trasa ta, tak kręta i długa stanowi niby zaporę, fosę, którą sforsować mogą tylko wtajemniczeni. Maria nie wierzyła w szczęście, czy pech. Wiedziała, że spotkanie Janusza na…