psychologia · 10 min czytania
Powiedz, kiedy dość. (cz.2)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Powiedz, kiedy dość. (cz.2)
(...) Szła płynnym, zmysłowym krokiem, a wśród niej, po obu stronach tańczyło jedynie onieśmielone zboże. Na leniwym wietrze falowała biała sukienka zachłannie ją owijając, podkreślając zgrabne ciało. W prawej ręce niosła szeroki kapelusz, na oczach miała okrągłe okulary przeciwsłoneczne, a wokół pachniało jedynie onieśmielone zboże. W samo południe nawet kolory uciekały przed słońcem, chowając się w cieniu. Spacerowała w tym wyblakłym świecie uśmiechnięta i zadowolona, że pole, o tej porze wyblakło-cytrynowe, było puste. Jedynie jej onieśmielone zboże. Upał i suche powietrze zdawały się w ogóle nie przeszkadzać. Wszystkie zwierzęta i ludzie dawno poukrywały się w swych kryjówkach, by przeczekać najgorszy okres i wypełznąć znów wieczorem.
Pole było centralną, największą częścią wsi. Wokół niego wiła się droga. Było jedyną słuszną wartością tamtego miejsca. Przedzielone na pół szeroką ścieżką karmiło wszystkich mieszkańców. W samym jego środku, nad całym zbożem górowała wysoka i stara jabłoń. Wokół niej, niczym malutka enklawa, porastała skromna zielona polana, zacieniona jedynie owym wiekowym owocowym drzewem.
Już z daleka go zauważyła. Nieruchoma, rozmazana w gorącym powietrzu postać stawała się z każdym krokiem wyraźniejsza. Był dobrze zbudowany, prawdopodobnie wysoki; nie była pewna. Siedział oparty o drzewo, stanęła przed nim wyzywająco mu się przyglądając, a wokół falowało jedynie wyblakłe zboże.
- Zdaje się, że mnie szukasz. – Głos jego był mocny i doniosły. Marii wydawało się, że go zna, że zna ten ton i tę pociągłą twarz z zakrzywionym nosem.
- Zdaje się, że na mnie czekasz. – Stała przed nim w lubieżnym rozkroku, a wiatr podrywał rude włosy jak płomienne ogniki. Znała tę grę i wiedziała, że i tym razem wygra. Silniejszy podmuch wzburzył jej sukienkę i porwał kapelusz.
- Zdejmij okulary, proszę.
- Nie teraz. – Pomyślała, że na pewno go zna. – A poza tym świetnie pasują mi do sukienki. – {i}Wszyscy jesteście tacy sami.{/i} Kapelusz bezszelestnie opadł obok niego i jabłoni.
Część 22 / 3
- Kobietę można naprawdę poznać dopiero po oczach. – Mówił spokojnie, bez cienia speszenia patrzył na jej nogi i odsłonięte ramiona; nie szukał wzrokiem twarzy i oczu.
- Daremny trud.
- Ale ja już cię znam. – Chwilę się zastanowił. – Wszystkie was znam. Ot tak, dobra rada na przyszłość. – Był przystojny, szczególnie, gdy się tak uśmiechał. Wiedziała, że takim mężczyznom się nie odmawia, nawet gdy ich uśmiech oznacza jedynie pustkę i kpinę.
- Zamierzasz dalej prawić banały? – W powietrzu wibrowało upalne powietrze i zdała sobie sprawę, że cień tego drzewa nie może ofiarować jej chłodu, jedynie kolejny żar. Powietrze wypełniał znany zapach – tą słodką jabłonią i tym wyblakłym zbożem pachniał jej brzuch, jego ręce, jej usta; ich ciała.
Gdy Maria leżała obok tych wszystkich mężczyzn nigdy o nich nie myślała. Tak było zawsze. Utrudniało to sprawę, ale właśnie dlatego tak postępowała. Sądziła, że jest to upodlające i poniżające dla nich obojga, ale sama, przez własne małe katharsis wyparcia czuła się oczyszczona. Wtedy, gdy leżała opierając głowę na ramieniu Piotra, była na siebie zła, że stara się analizować tę sytuację. Obok cicho szumiało pole, różowa jabłoń wypełniała powietrze i tylko to powinno mieć znaczenie, nic innego. Z drugiej strony przypadek był nadzwyczajny, a historia, którą opowiadał była rzeczywiście niezwykła. Maria stwierdziła, że już dawno nie miała okazji podobnej usłyszeć i to ją ucieszyło. Musiała ją zapamiętać, nie wolno jej zmarnować. Szybko zdała sobie sprawę, co czeka ją u końcu tej gry.
- Wiesz, twoje oczy nie są czarne. To inny kolor. – Patrzyła na jego twarz, wciąż nieobecną i skamieniałą, a okulary leżały obok wraz z kapeluszem i sandałami.
- Nie radzę tam zaglądać. – Maria odpowiedziała i zamknęła oczy.
- To kolor dna. Dokładnie takie ono jest. – Poczuła jego silną dłoń na policzku, gdy odgarniał jeden z rozwianych przez wiatr kosmków jej rudych włosów.
Część 33 / 3
- Mylisz się.
- Znam je doskonale.
- Dno jest kolorowe. – Odpowiedziała z wyrzutem. - Pełne barw tych wszystkich, którzy upadli. – Dodała, ale jej nadzieja była jedynie udawana.
- Dno nigdy nie będzie kolorowe. – Mówił spokojnie, jakby o najzwyklejszej rzeczy. – Na zawsze pozostanie bezbarwne, tak jak ci wszyscy ludzie. Tylko się oszukujecie, że na samym dnie też można znaleźć kolory. – Nie próbował przekonywać, po prostu ciągle opowiadał.
- Lepiej ci szło z opowieścią. Powiedz, czy dziadek był z nich dumny? ¬– Maria otworzyła oczy i uśmiechnęła się do niego, by go ponaglić. Niepotrzebnie w ogóle odchodził od tematu.
- Dumny?
- Tak, na tym skończyłeś.
- Dziadek nie był z nich dumny.{i} To była zwyczajna satysfakcja. Naprawdę…