Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

psychologia · 12 min czytania

Powiedz, kiedy dość. (cz.3)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Powiedz, kiedy dość. (cz.3)

(…) Kolejny już dzień wyblakłe o tej porze zboże szumiało nad nimi. Z czasem wiele zapachów ulatywało, zatracało się wśród innych lub po prostu to my zwyczajnie przyzwyczajamy się do nich. Jednak tu wszystko pachniało - jabłonią i zbożem.

Głowę opierała na jego brzuchu i obserwowała stalowe niebo skryte za konarami owocowego drzewa. Słońce schowane było za ciężkimi chmurami, a mimo to upał był większy niż zwykle. Wiedziała, że dziś spadnie ciężki deszcz, jednak i on nie może ofiarować ani jej, ani temu światu ukojenia. Obok czuła jego ciepłe ciało i wyczekiwała w napięciu następnych słów. To był Paweł, chyba; właściwie ich nie odróżniała, bo jakie to miało w ogóle znacznie. Gdy zrozumiała reguły nowej gry, jej niezwykłość i nierealność, na początku się roześmiała, dopiero potem, świadoma stawki, szybko się przystosowała i brnęła dalej, w końcu znowu miała wygrać.

- Wiesz, że twoje imię jest niezwykłe? – Zaczął cicho, ale pomimo tego pewnie i wyniośle.

- Maria… – Szepnęła wyciągając przed siebie dłoń i z fascynacją przyglądając się smukłym palcom.

- Osoba, która kiedyś je nosiła, wiele wycierpiała, obarczona wielkim brzemieniem i wielką odpowiedzialnością. – Przerwał i pogładził Marię po jej płomiennych włosach, po różowym policzku i mglistej szyi. – Była matką Boga.

- Była też Maria Magdalena.

- Ale to nie po niej masz imię.

- Nie musisz mi przypominać. – Powiedziała szybko. – I nie graj ze mną. – Odwróciła się, by móc na niego spojrzeć. Ich twarze zawsze były skamieniałe w braku jakiegokolwiek uczucia.

- Nic wbrew twojej woli. – Zaczął powoli. – Dobrze wiesz, że możemy tu leżeć codziennie i robić to tyle razy, ile razy będziesz chciała. – Mówił spokojnie, jakby obłaskawiał dzikie i niebezpieczne zwierzę. – Ten moment zależy od ciebie. Powiedz, kiedy dość. – Skończył z satysfakcją. Znów pogładził ją po policzku i znów zapachniało jabłonią i gorącym zbożem.

- Najpierw musicie dokończyć opowieść.

- Tylko o to ci chodzi… – Powiedział z rezygnacją. – Dobrze. {i}Piotr i Paweł byli niezwykłymi braćmi. Od zawsze obecna była między nimi jakaś niewidzialna nić rywalizacji, stan permanentnego pojedynku na słowa, gesty i czyny. Gdy całe życie jest grą trudno w odpowiednim momencie poznać i zrozumieć prawdę.

Może to dobrze, że mieszkali wtedy tak daleko od siebie, utrzymując jedynie kontakt okazjonalnie. Jednak i to nie uchroniło ich przed dramatem. To były chrzciny, z resztą to i tak bez znaczenia. Polacy, szczególnie tu na południu, bawią się na takich uroczystościach w wiadomy sposób. Spotkali i napili się także dwaj bracia.

Paweł, jako przyszły ksiądz wzbudzał ogólną sensację, wszystkich interesowało jak tam, w Krakowie, w seminarium, w wielkim świecie, jest. Słuchali z fascynacja, a on opowiadał im o swoim powołaniu, o wykładowcach, o pięknych, krakowskich kościołach. Jedynie bratu był winien wyjaśnienia. Sądził, że będzie to element tryumfu nad nim. W gorące wtedy południe, oboje lekko już pijani, stali sami przed stodołą dziadka. Nie wiedzieli, że gra już się skończyła. Piotr słuchał o prawdziwym powołaniu brata, który roztaczał przed nim monumentalne perspektywy komunizmu, o nieuchronnie nadchodzącym wieku dobrobytu i o tym, jak bardzo potrzeba dziś komunistów w kościele.

Musisz ich zrozumieć, w relacjach opartych na wiecznym udawaniu i pozowaniu nie da odróżnić się kłamstwa od szczerości. Bracia w tamto upalne południe długo się kłócili, oboje walczyli o wolność i chcieli mieć prawo decydować, jak ma ona wyglądać. Przypomnieli sobie czasy partyzantki i rzucili się w sobie w ramiona. Wzięli razem łopatę i wspólnie ją niosąc, ruszyli tu, pod tę jabłoń. Wykopali spod niej ukrytą w szarych łachmanach dubeltówkę i z namaszczeniem, tak jakby odprawiali starożytny rytuał, zaczęli ją oglądać.

- Szumiące i wysokie zboże jest doskonałą kryjówką.{/i} – Maria nagle się odwróciła. Pod starym drzewem odezwał się drugi z braci. Piotr stał z podniesioną ręką, tak jakby ich błogosławił, a szeroki i długi pień owocowego drzewa za jego plecami rzucał na nich wszystkich szary cień. Ciągnął ich opowieść. – {i}Ukryta w zbożu siedziała wtedy przestraszona Maria, moja żona, twoja babka. Musiała im powiedzieć ważna nowinę. Nosiła ich dziecko, ich, bo nie wiedziała, który jest ojcem; dokładnie tak chciała im to powiedzieć. Wyobraź sobie, co ona tam przeżywała. Przestraszona zamknęła oczy, by powstrzymać łzy. I wtedy usłyszała dwa wystrzały. Przerażona pobiegła do domu, by na zawsze odmienić uroczystość. Potem odbyły się trzy pogrzeby, wraz z wnukami pochowano także dziadka, który zmarł na zawał, gdy tylko blada Maria pojawiła się w drzwiach ich domu, nawet nie wysłuchał, co miała do powiedzenia, wyczuł... Właściwie od początku nie wiemy, kto pierwszy strzelił, kto kogo zabił, czyja to wina.{/i} – Skończył nagle i oschle. Obaj, wciąż ze skamieniałymi twarzami, przyglądali się jej.

Maria chwilę się zawahała i wstała. Na wszystko wokół zapadła noc. Ciężkie chmury najpierw przynoszą ciemność, potem łzy. Wiedziała, że w każdej chwili może zacząć się burza. Nie wyczekiwała jednak tego deszczu, bo i tak nie mógł niczego zmyć. Założyła sandały na delikatne stopy, podniosła kapelusz i okulary przeciwsłoneczne, a wszystko to z wdziękiem i gracją. Pewnym krokiem ruszyła w kierunku wieży kościoła. Jej biała, falująca na wietrze sukienka zniknęła wśród gęstego i pachnącego zboża.

Nie przeszkadzały jej delikatne ukłucia złotych kłosów. Czuła się, jak na niezwykłym spacerze, a każdy dotyk wyrastających z ziemi, giętkich łodyg napełniał ją dziwną rozkoszą. Cały czas słyszała jak szli za…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%