Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Opowiadania.pl · 1 godz. 17 min czytania

Powieść (+ dalszy ciąg)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przez chwilę Clare była zajęta szukaniem czegoś w papierach, leżących na swoim biurku i słychać było ciszę, którą zakłócał szelest dokumentów oraz regularny rytm, który wystukiwałem palcami o parapet. Wyjrzałem przez okno, przy którym stałem. Nienawidzę wysokości. A już w ogóle nie wyobrażam sobie jak można tyle czasu spędzać w wieżowcu. - To dlaczego przyszedłeś? – odezwała się po jakimś czasie. - Tak, po prostu. Odwiedzić cię. Wychyliła głowę i spojrzała na mnie drwiąco. - Akurat. Nigdy nawet nie dzwonisz do mnie bez powodu. - Nie przesadzaj. Faktycznie, zazwyczaj lubię swoją samotność, a teraz nie mogłem już usiedzieć w domu. Wiem, wygląda to jakbym szukał towarzystwa, co do mnie nie podobne. Chodzi o to, że musiałem gdzieś, wyjść i z kimś porozmawiać, bo zwariowałbym. Akurat moja siostra była pierwszą osobą, jaka przyszła mi na myśl. - Wiesz, czytałam twoją ostatnią recenzję. - Którą? Tą faceta, co nie odróżniał czasu przeszłego od teraźniejszego, czy tego romansidła, od którego brało mnie na mdłości? Podszedłem do biurka i szybko poprawiłem stos papierów, który leżał krzywo. Wyrównałem go i odszedłem z powrotem pod okno. Że też innych nie denerwują takie rzeczy. - Chyba chodzi o to pierwsze – zmarszczyła brwi tak, że nad nosem pojawiła jej się charakterystyczna zmarszczka. – Nie byłeś dla niego zbyt wyrozumiały. - Mam chyba ich obiektywnie oceniać, a nie tylko grzecznie chwalić? - Nazwałeś go podrzędnym pisarzyną, który nie zna podstawowych zasad gramatyki. - Widocznie tak myślę. Rzuciła mi tylko ironiczne spojrzenie i powróciła do swojego stosu papierów. Albo nie miała pomysłu, co mi odpowiedzieć, albo naprawdę przyzwyczaiła się już do tego, że nie warto mnie pouczać. - Uważam, że powinieneś być milszy dla ludzi. – A jednak postanowiła spróbować. – Albo przynajmniej mniej wredny. - Ja jestem wredny? – mój ton głosu zabrzmiał tak przerysowanie jak kiepskich postaci w filmach, które próbują okazać zdziwienie. – No może czasem. - Spróbuj, to nie jest takie trudne jak ci się wydaje. - Może i nie, ale po co? – dalej ciągnę tą grę marnego aktora. - I idź już lepiej, mam sporo pracy. - Odwiedziłem cię sam, z dobrego serca, a ty mnie wyganiasz. I tak właśnie rujnujesz mój plan zmiany na lepsze – zacząłem powoli iść w kierunku drzwi. - Jasne. Idź do domu, na pewno niedługo coś napiszesz. Zamknąłem za sobą delikatnie drzwi. A jednak moja siostra zawsze mnie rozumie. Od początku wiedziała, dlaczego do niej przyszedłem. Najgorsze jest to, że wcale nie czuję się lepiej. Równie dobrze mogłem zostać w domu, zajmując się niczym konkretnym, jak to robię ostatnio, zamiast zadawać sobie tyle trudu, by tu przyjść. Przeszedłem przez to całe biuro, czując na sobie przelotne spojrzenia, tych biednych, zapracowanych ludzi. Ile ja bym teraz dał, by również móc zacząć znowu pracować. Nie, nie zazdroszczę im. Ja w przeciwieństwie do nich, robię tylko to, co lubię. Zbliżyłem się do windy i nacisnąłem przycisk. Obok mnie stanął jakiś gruby Latynos z ciemnym wąsem i czymś dziwnym na głowie. - Fajny kapelusz – powiedziałem, ze sztucznym uśmiechem w jego kierunku. Co za szczyt chamstwa, że zrobił tylko zdziwioną minę, jakby chciał mi coś odburknąć, ale się powstrzymał. Mój pierwszy dzień, bycia milszym dla ludzi. I pewnie ostatni. * Każdy mój kolejny dzień wygląda tak samo. Nie żeby mnie to specjalnie irytowało. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, a już na pewno do rutyny. Tyle, że ostatnio stało się to dla mnie strasznie uciążliwe. Nie potrafię się na niczym skupić, a głowę zajmuje mi tylko myśl, że nie mogę nic wymyślić. Tak, właśnie. To się nazywa jakiś zastój weny twórczej, przerwa w pracy, tragedia. Uczucie pustki, niemożność zrobienia niczego sensownego. Tak się dzieje, kiedy codziennie powtarzające się czynności, są zmieniane. Lub wtedy, gdy zdajesz sobie sprawę, że w twoim życiu tak naprawdę nic się nie dzieje. Ciągle siadam do komputera i próbuję coś stworzyć, ale w ciągu ostatnich dwóch tygodni napisałem dopiero pół strony. Moja nowa powieść zaczyna się i kończy na tej połowie strony. A to sprawia, że jestem jeszcze bardziej nerwowy, niż zwykle. Poprzednia książka, którą wydałem już dawno stoi na sklepowych półkach. I chyba nie mam co liczyć, że przez najbliższe kilka lat, zanim stanie się tak stara, by trafić do osiedlowych bibliotek, ktokolwiek ją przeczyta. Nie ma się co oszukiwać, w dzisiejszych czasach, ludzie nie kupują książek. Chyba, że na prezent, co zawsze wypada dobrze. Po co czytać, skoro mają telewizję, która skutecznie zastępuje im dawno już nieistniejącą wyobraźnię. Dlatego ten zawód wydaje się tak absurdalny. Przecież nie możesz nazwać się pisarzem, jeśli nikt nie czyta twoich książek. Co z tego, że moja ostatnia powieść sprzedała się w kilku tysiącach egzemplarzy. Przez to, że nie mogę nic napisać, jeszcze bardziej denerwuje mnie wszystko dokoła. Każdy banalny przedmiot, wydaje mi się istnieć na złość wszystkiemu. Choćby najmniejszy szczegół, brudne sztućce, kubek, który stoi nie na swoim miejscu, ręcznik w łazience wiszący krzywo, to wszystko doprowadza mnie do szału. Chociaż po chwili zastanowienia, mogę stwierdzić, że to nie jest wynikiem mojego braku pomysłów. Tak było zawsze. Wychodząc z domu nie odejdę, póki przynajmniej dwa razy nie sprawdzę, czy drzwi są na pewno zamknięte. Każdy przedmiot w moim domu ma swoje stałe, nieodwołalne miejsce. I niech by tylko ktoś spróbował mi coś poprzestawiać. Książki na półkach stoją równo, nie w jakiejś kolejności alfabetycznej, nie popadajmy w skrajność. Mają własny porządek, tak jak mi się podobało. W moim mieszkaniu zawsze jest porządek, harmonia i przede wszystkim - symetria. Jednak bardziej uporczywe od przymusowego porządku są przymusowe czynności. Bo co by się stało, gdybym raz zrobił coś wbrew sobie zaniechał jakiejś czynności i zrobił coś na opak? Pewnie nic, ale dla mnie byłaby to tragedia. Czuję, że stałoby się coś naprawdę złego, miałbym wyrzuty sumienia wobec siebie. Czuję lęk. A lęk to chyba najgorsza rzecz w życiu człowieka. Każdy jakiś odczuwa, ale lęk nieuzasadniony jest nie do zniesienia. Chociaż pewnie większości ludzi, wydaje się to śmieszne, jak to przeżywam naprawdę. Moja przypadłość, nigdy nie nazywam tego chorobą, bo wówczas oznaczałoby to, że ja jestem chory, a tak nie potrafię o sobie myśleć, nazywa się zaburzenie obesysjno-kompulsyjne, chociaż większości jest znane jako nerwica natręctw. Kiedy tak po raz kolejny siedziałem bez sensu, próbując coś wymyślić, mój błogi odpoczynek przerwał okropny dźwięk dzwonka do drzwi. Zawsze wywołuje on u mnie nieprzyjemne dreszcze, oznajmia mi, że ktoś znowu przekroczył tą granicę, którą sam sobie tworzę, próbując oddzielić się od ludzi. Po raz kolejny będę musiał rozmawiać z kimś oko w oko. Zmierzyć się z nim i z własną, wyimaginowaną, wmówioną sobie apatią. W rzeczywistości nie wygląda to aż tak strasznie. Alyson weszła do mojego mieszkania tak pewnym krokiem, jakby znała je na pamięć. Poza tym, że mieszkała tu przez sześć lat, nie miała prawa tak uważać. - Coś się stało? – spytałem zaskoczony tą nagłą wizytą. - Przyszłam zobaczyć jak się miewasz. Nie odbierałeś moich telefonów. - Tak? Pewnie znowu stało mi się coś z telefonem, muszę go w końcu zanieść do naprawy. - Chyba tak – rzuciła mi krótki, ale jakże wymowny uśmiech, mówiący „zbyt dobrze cię znam, by nabrać się na taki tekst”. Zdjęła płaszcz i powiesiła go na wieszaku stojącym przy drzwiach, nie czekając na moją reakcję, weszła do środka. - To jak się trzymasz? - Naprawdę nie wiem z jakiego powodu uważasz, że musisz się mną opiekować. - Z tego samego, z którego ty uważasz, że nie muszę. Doprawdy to, że była moją żoną nie upoważnia jej do takiego zachowania. - Jak idzie pisanie nowej książki? - Tak samo jak ostatnio, żadnych postępów. Alyson usiadła przy stole w jadalni. Może i ma charakter, ale nie jest na tyle nietaktowna, by pierwsza poprosić o herbatę. A ja nie jest na tyle uprzejmy, by jej to zaproponować. Mimo to podszedłem do kuchennych szafek i wyjąłem dwie szklanki. Doskonale ją znam. Wiem, że nie lubi herbat owocowych ani żadnych innych o dziwnych smakach, a słodzi dwie płaskie łyżeczki. A ona doskonale zna mnie i wie, że wszystkie naczynia stoją u mnie w doskonałym porządku, każde na swoim miejscu i wolałaby niczego nie dotykać, bo wie czym to grozi. - Wiesz, może powinieneś wyjechać na jakieś wczasy, może na Florydę. Na pewno od razu byś tam wpadł na jakiś pomysł. - Poradzę sobie – odpowiedziałem, jak wydawało mi się, stanowczo. - Chcę ci tylko pomóc. Sięgnęła do swojej torebki i wyciągnęła paczkę papierosów. Zapaliła jednego i z wielką gracją wypuściła dym, trzymając papieros w dłoni w takim samym stylu jak kobiety z tych czarnobiałych filmów z lat trzydziestych. Mimo tego całego wdzięku wiedziała, że nie znoszę dymu, zwłaszcza w moim domu. Jednak nie zwróciłem jej uwagi. - A jak przebiegają twoje sprawy? - Rozwód? Powoli, ale jakoś idzie. Z resztą wiesz, jak to jest. Tak, wiem. I wiem też, że mimo iż Alyson jest naprawdę silna teraz nie znosi tego tak łatwo. Kiedy dowiedziała się, że ten dupek, nigdy go nie lubiłem, zdradził ją, ani przez chwilę się nie załamywała. Od razu wstąpiła do sądu o rozwód. Zastanawiam się, czy będzie z nim, tak jak ze mną utrzymywać przyjacielskie stosunki. Alyson chyba uważa, że jeśli spędziło się z kimś kawał życia, trzeba pozostać przynajmniej znajomymi. Dla mnie to bez różnicy, ale fakt, że jest jedną z nielicznych osób, których towarzystwo mi nie przeszkadza. Powinienem jeszcze wspomnieć o tym dlaczego właściwie się rozstaliśmy, skoro ciągle się przyjaźnimy. Otóż ze mną nie da się długo wytrzymać pod jednym dachem. Alyson po prostu o tym jeszcze nie wiedziała. Z resztą to działało u nas obustronnie. Ona nie mogła znieść moich fobii i miłości do przesadnego porządku, a ja nie mogłem z nią wytrzymać, bo ja ogólnie nie mogę wytrzymać z nikim. Zastanowiłem się nad tym co powiedziała parę minut temu. Może faktycznie powinienem wyjechać na jakiś urlop? Albo na dłuższy wypoczynek. Może na zawsze. * Naprawdę spodobał mi się ten pomysł z wyjazdem. A raczej z przeprowadzką. Trzeba przecież wnosić do życia jakieś zmiany, nie można tkwić w jednym miejscu. Największą nadzieję miałem na to, że może tam gdzieś, daleko w końcu zacznę pisać książkę. A ta wizja pięknego odosobnionego miejsca pozbawionego ludzi, tylko ja. Tak, to naprawdę wydawało się idylliczne. Zacząłem przeszukiwać oferty domów do kupienia w ciekawych okolicach. Odrzuciłem propozycję Alyson z Florydą. Nie znoszę upałów, poza tym byłem raz w Miami i nie podobał mi się ten klimat, nastrój i ludzie. Ogólnie polubiłem tylko to, że wszyscy przez cały dzień piją whisky z lodem. Wolałem zostać w Californii, najlepiej niedaleko od San Francisco. Nie jestem aż tak szalony żeby uciekać na drugi koniec kraju, gdzie ani moja siostrzyczka ani Alyson nie mogłyby dotrzeć. A ja wbrew pozorom nie myślę tylko o sobie. Mówiąc o tym, że chcę się odizolować od ludzi, miałem na myśli taką małą izolację. Z resztą mniejsza z tym. Znalazłem całkiem ładny dom, nie duży, na wybrzeżu Californi. Od razu umówiłem się z właścicielem żeby go obejrzeć. Uznałem, że nie ma sensu czekać. Może powinienem najpierw powiadomić kogoś o tym, że zamierzam się przeprowadzić? Ale po co. * Nienawidzę tych bankietów. Krąży tu mnóstwo nieznanych mi zupełnie osób, którzy przyszli tylko po to, by się najeść i napić. Chodzą tak z wysoko podniesionymi głowami, udając nie wiadomo jakich znawców. - Gratuluję, naprawdę świetna książka – podszedł do mnie jakiś gość i uścisnął mi rękę. - Aha – odszedłem jak najszybciej, w swoim stylu. Zauważyłem Clare zmierzającą w moim kierunku i chciałem zrobić unik, ale nie zdążyłem. - Nie możesz się tak zachowywać, co ci ludzie sobie o tobie pomyślą – nakrzyczała na mnie szeptem. Moja młodsza siostra jak zwykle, próbuje być mądrzejsza ode mnie. - Pomyślą sobie, że miałem zły dzień, artystom wybacza się takie rzeczy. - Pomyślą, że jesteś wredny i arogancki. - Pomylą się? – oczywiście nie usłyszałem odpowiedzi jedynie srogie spojrzenie. - Oni przyszli tu, bo spodobała im się twoja książka, spróbuj być dla nich milszy. Może spróbuję. Zamiast im odpowiadać będę się po prostu głupio uśmiechać. To zawsze działa. Wypróbowałem tą sztuczkę na Clare. Nie odpowiedziałem jej nic, jedynie posłałem jej wymuszony uśmiech i – cud – poszła sobie. Ja po prostu tego nie cierpię. Co z tego, że to moja impreza, a właściwie mojej książki i tylko dlatego mam udawać, że się tu świetnie bawię. Nigdy nie byłem dobry w udawaniu. I szczerze mówiąc nie wiele mnie obchodzi co pomyślą sobie o mnie ci ludzie. Ważne przecież żeby podobała im się książka. A skoro już ją kupili, nie mam tu chyba nic więcej do roboty? - Och witaj Terry. Chciałem ci kogoś przedstawić – Ben, mój menadżer. Ma grube krzaczaste brwi, które pierwsze rzucają się w oczy. Właściwie patrząc na niego na początku nie widzisz twarzy, tylko właśnie te brwi. I chociaż jest kimś w rodzaju mojego szefa, może właśnie dlatego, wyjątkowo działa mi na nerwy. Poklepał dwa razy po ramieniu jakiegoś chłopaczka, który stał obok niego, po czym szybko się ulotnił. - Dennis Hauer naprawdę miło mi pana poznać – powiedział chłopaczek wyciągając do mnie rękę. - Mnie również – przedstawiłem mu swój wystudiowany uśmiech. Nie wiedzieć czemu miałem wrażenie, że ten młody człowiek oczekuje ode mnie iż powinienem go skądś znać. - Recenzował pan moją nową książkę – wyjaśnił mi. Bo oprócz pisania książek zajmuję się też od czasu do czasu pisaniem ich recenzji. Tym samym łączę przyjemne z pożytecznym. Mam okazję wyżyć się na tych „młodych talentach” i zdołować tym, że nigdy nie pojawią się już pisarze pokroju tych, którzy byli dla mnie autorytetami w młodości. Oczywiście czasem, ale rzadko trafiają się jakieś perełki. - Mam nadzieję, że podobała mi się – odpowiadam, a twarz drętwieje mi od tego uśmiechu. - Właściwie to nie bardzo. I na nic zdały się moje starania. I tak wyszedłem na wstrętnego gbura. * Gdy wróciłem do domu czułem się bardziej zmęczony niż po przebiegnięciu maratonu na długim dystansie. Chociaż nigdy tego nie zrobiłem. Od razu poszedłem do łazienki, by wziąć długi, gorący prysznic. Nic tak nie potrafi człowieka zrelaksować, a tym samym skłonić do przemyśleń. Naprawdę myślałem poważnie o tej przeprowadzce. O ile można myśleć poważnie o czymś, co narodziło się w głowie kilka godzin wcześniej. Być może to naiwne wierzyć, że można porzucić całe swoje dotychczasowe życie i zacząć nowe, gdy ma się prawie czterdziestkę na karku. Ja w to wierzyłem. Wyszedłem z łazienki, a po chwili wróciłem tam znowu tylko po to, by sprawdzić czy woda jest na pewno zakręcona. A czemu miałaby nie być. To jedna z tych dokuczających mi czynności, które czuję, że muszę zrobić. Kiedy się już upewniłem, że wszystko w porządku, wszedłem do pokoju i zauważyłem migające czerwone światełko w telefonie co oznaczało nową wiadomość. Nacisnąłem magiczny guzik i z głośnika popłynął głos. - Cześć to ja. Nie cierpię, gdy ludzie tak zaczynają rozmowę przez telefon. To ty, oczywiście. Wiem, że to ty, ale kim do cholery jesteś? - Pewnie znowu nie odbierasz, bo ci się nie chce. Wiesz, że impreza była jak zwykle beznadziejna? No nic, nie o tym chciałam ci powiedzieć. To była Clare, jak mogłem nie poznać. Miała jakiś dziwny głos, jakby żuła gumę, może coś jadła, nie to na pewno była guma. - Chciałam ci powiedzieć, że wpadam jutro do ciebie na obiad. I nie chcę słyszeć sprzeciwu. Naprawdę ciekawe. Pewnie się ucieszyła, że rozmawiała z pocztą głosową i nie mogłem jej nic odpowiedzieć. Przez głowę przeszedł mi nawet okrutny plan wyjścia jutro z domu, a potem udawania, że zepsuł mi się telefon, czy coś. Ale przecież i tak musiałem z nią porozmawiać. Może to zabrzmi głupio, ale jestem dla mojej siostry chyba tak naprawdę jedyną osobą, której zawsze mogła się wygadać. Tak, ja. I tym razem właśnie czułem, że o coś takiego chodziło. Moja siostra, choć nigdy się do tego nie przyzna, jest do mnie podobna pod wieloma względami. Tak jak ja jest niecierpliwa, szybko się denerwuje i ma cięty język. Jednak w jednej sprawie muszę jej przyznać zwycięstwo – nigdy nie wyszła za mąż. Nie to, żeby było z nią coś nie tak, jest bardzo atrakcyjna, to kolejna łącząca nas cecha. Nigdy nie chciała się wiązać z nikim na stałe w myśl swojej zasady, że człowiek nie może być całe życie z jedną osobą. Teraz żałuję, że nie doceniałem jej mądrości, ale obiecuję, że już zawsze będę jej słuchać. Oczywiście nie we wszystkim. Zdjąłem z ręki zegarek i położyłem go na szafce nocnej. Idealnie równo przy brzegu, zawsze leży w tym samym miejscu. Nie pytajcie dlaczego, sam chciałbym wiedzieć. Położyłem się spać i zasnąłem niemal od razu, widząc już oczami wyobraźni ten piękny krajobraz, gdzie wkrótce będę mieszkać i minę Clare kiedy jej o tym mówię. * - Co to znaczy, że się przeprowadzasz? To jakiś żart?! – Clare wrzasnęła na mnie z energią, która mogłaby posłużyć za wysadzenie kilku miast. Mam poczucie humoru, ale dobrze wiedziała, że ten żart nie byłby w moim stylu. - Po prostu chcę coś zmienić w swoim życiu, nie tkwić w jednym miejscu, odkrywać nowe obszary – zabrzmiało to naprawdę komicznie. - Może od razu kup sobie lunetę i okręt i wtedy ruszaj na podbój nowych lądów – wywróciła charakterystycznie swoimi niebieskimi oczami dając mi do zrozumienia, że nie akceptuje mego pomysłu. Przemilczałem tą uwagę, a ona wyglądała jakby się poważnie nad czymś zastanawiała. Zacząłem nerwowo wygładzać róg kwadratowej podkładki leżącej na kuchennym stole. Clare strąciła szybkim ruchem moją rękę, która i tak zaraz powróciła w to samo miejsce. To, że ją denerwowały moje tiki, działało negatywnie na mój mózg, który uparcie wmawiał mi, że ta podkładka leży krzywo. - Gdzie chcesz wyjechać? - Jeszcze nie wiem. Ale raczej nigdzie daleko. Westchnęła cicho i znowu przybrała zadumaną minę, by zaraz przemówić. - Przecież całe życie mieszkasz w San Francisco, jak sobie wyobrażasz taką zmianę? - Że niby nie wytrzymam bez tych wieżowców, ruchu, tłoku i smrodu? Uwierz mi, wytrzymam. Ponowne westchnięcie z jej strony. Jakby to jej przesadne wdychanie i wydychanie powietrza nosem miało mnie zatrzymać. - Ale czemu nagle taka decyzja? Czemu akurat teraz zachciało ci się wszystko zmienić? – oparła brodę na rękach i patrzyła na mnie z żalem. Pięknie może niech jeszcze powie, że jestem za stary żeby móc wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Że w wieku trzydziestu ośmiu lat powinno się siedzieć w domu, a nie podbijać świat. Właściwie zapędziliśmy się trochę. Bo ja nie mam zamiaru niczego odkrywać, bardziej schować się gdzieś daleko w samotności z nadzieją, że nie będzie tam żadnych ludzi, z którymi będę musiał się kontaktować. A tym bardziej nie marzę już o jakichś wielkich podróżach. Czyżby ona znowu miała rację? - Szczerze to mam nadzieję, że tam w końcu uda mi się coś napisać. - Nie musisz się od razu przeprowadzać, możesz wyjechać na jakiś odpoczynek. Może na Florydę? Czy ja tego wcześniej nie zauważyłem, że Clare i Alyson zawsze myślą tak samo? Po jakimś czasie udało mi się w końcu przekonać ją do mojej racji. Nie było to łatwe, bo moja siostra jest tak samo uparta jak ja. Dałem jej jednak jasno do zrozumienia, że to moja decyzja i ona nie ma tu prawa głosu. Mimo to widziałem w jej oczach, że trudno było jej się z tym pogodzić. - Chyba chciałaś ze mną o czymś porozmawiać – powiedziałem nagle. - A, daj spokój – machnęła na mnie ręką. – Przez ten twój głupi pomysł już zapomniałam o czym. I tak się domyślałem. Clare nigdy nie wpadała na pomysł, żeby tak po prostu mnie odwiedzić, bo wiedziała, że może się natknąć wtedy tylko na mój zły humor. Nie robiła tego zwłaszcza teraz, gdy cierpiałem na, jak to ona mówiła, zastój weny twórczej i każdy najdrobniejszy szczegół mnie denerwował. Nie chciała się narażać. Musiała to robić w jakimś wyższym celu. - Co się stało? – spytałem, starając się przybrać najbardziej przyjazny głos jaki potrafiłem. - Rozstałam się z Charlsem. - A on nie miał na imię Perry? Spojrzała na mnie złowrogo, nie wiem czemu akurat ten żart nie wydał jej się zabawny. Mógłbym przysiąc, że to był Perry, przynajmniej jeszcze trzy tygodnie temu. To, że teraz nazywał się Charlse, wskazywało na to, że była z nim jakieś dwa tygodnie. Czyli nie jest w wielkiej rozpaczy. - Nie martw się – powiedziałem, sam nie wiedząc po co. - Przecież ja się nie martwię – rzuciła i obojętnie wzruszyła ramionami. Oczywiście, że się nie martwiła. Clare nie miała zwyczaju przejmować się takimi głupstwami. Albo to ona była taka nie stała w uczuciach, albo jej partnerzy. Widać było, że krótkie związki jej służyły. - Powiedz przynajmniej, czy był dobry w łóżku. - Przestań! Nie będę ci opowiadać o takich rzeczach – oburzyła się, ukazując jedną ze swoich najsłodszych min jakie znałem. * Wokół wysokich skał, umieszczonych przy samej wodzie rozciągał się piękny widok równo rosnących drzew. Jakby ktoś chciał umieścić wszystkie najpiękniejsze widoki świata w jednym miejscu. Wbrew pozorom nie mam duszy romantyka, ale uwielbiam, kocham wręcz takie krajobrazy. Dlatego, gdy tylko to ujrzałem, usłyszałem wewnętrzny głos krzyczący gorliwie „Tak! Chcę tu zostać!”. Stromy brzeg porośnięty trawą mienił się zachęcająco od słońca, które padało akurat w tamtą stronę. Fale odbijały się od skał kołysane w stałym, nie zaburzonym rytmie. To jedno z tych miejsc, z których, gdy wejdziesz na szczyt, widać cały świat. Przynajmniej tą jego więcej znaczącą część. Nie wątpiłem, że tam na górze człowiek może czuć się jakby był królem świata, jednak musiałem się o tym przekonać jak najszybciej. W porównaniu z tym co zobaczyłem, perspektywa mojego nowego domu już nie wydawała mi się taka pilna. Miałem wrażenie, że przyjechałem właśnie po to, by ujrzeć ten widok, reszta nie miała już znaczenia. Nawet zmęczenie po kilkugodzinnej podróży, nie było już tak ciążące, nagle całkiem zniknęło. Właściciel domu był miłym, starszym panem, przez co wyglądał na porządnego. Ocena jego była dla mnie bardzo ważna, po nim mogłem poznać, że dom był w dobrym stanie, jeszcze zanim go zobaczyłem. Prezentował się naprawdę sympatycznie. Nie tak jak na zdjęciach, które przecież zawsze wyglądają lepiej. Ale nie było takiej niespodzianki, jak to w tych folderach turystycznych, gdzie widać pięciogwiazdkowy hotel, a po dotarciu na miejsce okazuje się, że to jakiś podrzędny motel. Dom był całkiem nieduży, z jednym piętrem. Dokoła roztaczał się dywan utkany z zieleni, przeplatany drzewami. Ogrodzony był drewnianym płotem, który był zdecydowanie za niski jak na człowieka, który ceni sobie prywatność, jak ja. Natomiast przy wejściu znajdowało się coś o czym każdy marzy – weranda. Z huśtawką ogrodową, chyba ręcznie robioną. Jak z obrazka. Właściciel podszedł do drzwi, włożył do zamka klucz i szepcząc marudnie coś pod nosem, wyjął go i włożył drugi. Ten z lekkim chrzęstem dał się przekręcić i oto wrota się otworzyły. Pomyślałem sobie, że to szczęście, że miał tylko dwa klucze, może inaczej stalibyśmy tam kilka godzin. W końcu znalazłem się w środku, rozejrzałem się, wziąłem głęboki oddech, czując przy tym charakterystyczny dla domu, który został już ogołocony ze wszystkich mebli, zapach drewna. Wiedziałem – zostaję tu. * Wszystkie sprawy związane z przeprowadzką trwały około miesiąca. W tym czasie zdążyłem oswoić się z myślą zmiany całego swojego życia, spróbować przekonać do tej myśli Clare i Alyson oraz napisać całą jedną stronę nowej książki. Niestety taki postęp mnie wcale nie satysfakcjonował. Jednak było coś co poprawiło mi humor - mój nowy związek z piękną Lucy, który trwał pięć dni. I jedyne co o niej wiedziałem to jej imię oraz to, że była o prawie połowę młodsza ode mnie. Bynajmniej mi to nie przeszkadzało, czy w ogóle powinno? Każdy ma prawo do miłości, nawet tej trwającej pięć dni. Tak wyglądało moje życie przed małżeństwem i tak samo wyglądało teraz, po rozwodzie. Szczęście dają mi wyłącznie krótkie, przelotne związki. Po swoich doświadczeniach wiem, że inne się w ogóle nie sprawdzają. Uważam, że nie ma sensu poświęcać na takie rzeczy więcej czasu, niż to potrzebne. Kiedy w końcu nadszedł czas przeprowadzki, dotarło do mnie co zrobiłem. Chciałem zostawić całe swoje życie, znajomych, których nie było tak wiele i dom. Myśl o tym wbiła się w moje serce, oznajmiając, że to nie była dobra decyzja. Że jestem za stary i niegotowy na tak wielkie zmiany. Że będę tęsknił. Czy ja w ogóle kiedyś za czymś tęskniłem? Spróbowałem sięgnąć pamięcią wstecz, a potem jeszcze dalej wstecz. Nigdy nie przywiązywałem się do rzeczy, ludzi miejsc, toteż tęsknota była dla mnie pojęciem abstrakcyjnym. Jednak patrząc na mój dom, mój duży kawałek życia, uświadomiłem sobie: tak, będę tęsknić. I już niemal to czułem, prawie próbowałem ten smak żalu. I właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że nie ma już odwrotu. Po raz ostatni w tym mieszkaniu wstałem rano o godzinie ósmej, jak zawsze. Umyłem zęby w swój skomplikowany, znany tylko mi sposób. Trzymam szczoteczkę w prawej ręce, a pastę w drugiej, potem odkręcam tubkę pasty prawą ręką, trzymam nią nakrętkę i lewą ręką nakładam pastę. Najpierw zęby z przodu, potem te dalej, następnie od wewnątrz i z powrotem tak samo. Łącznie zajmuje to około dziesięć minut, ale każda z tych czynności jest obowiązkowa. Następnie zrobiłem sobie herbatę. Wyjąłem szklankę z szafki i obejrzałem ją uważnie, czy nie ma żadnych zacieków. To nie ważne, że sprawdzam je dokładnie po umyciu i czasem po podwójnym myciu. Nalałem wody do czajnika, trzymając go z lewej strony kranu, chociaż z prawej byłoby wygodniej i włączyłem go. Gdy odezwał się szum, wrzuciłem do szklanki torebkę herbaty i usiadłem przy stole, czekając aż woda się zagotuje. Zastanawiałem się, czy w moim nowym domu moje zachowania się zmienią. Może pojawią się jakieś nowe. Byłem ciekaw, czy znajdę tam wygodne dla siebie miejsce przy nowym stole. Ile kroków będę miał od łóżka do szafy, tak by nie zakłóciło to żadnego z moich codziennych rytuałów. Czy moje zaburzenia obsesyjno-kompulsywne znajdą tam swoją własną przestrzeń i zadomowią się, tak jak tu. * Usiadłem na plastikowym krześle przed domem i obserwowałem, jak robotnicy wnoszą meble do środka. Mieli już dość moich uwag co do ich pracy i kazali mi się nie wtrącać. Bezczelni. Tak mnie drażniło, gdy widziałem jak usilnie próbowali zmieścić moją piękną, starą szafę, na różne sposoby we framudze drzwi. Nie mogłem znieść myśli, że pojawi się na niej choćby jedna kolejna, zbędna rysa. Zauważyłem, że skończyli wnosić meble i wzięli się za tekturowe pudła. Tego już musiałem dopilnować sam. Wstałem i czym prędzej podbiegłem do nich. - Ostrożnie – powiedziałem, a ich szef spojrzał na mnie ze zrezygnowaniem. Wszedłem szybko za nimi do środka domu. Stawiali właśnie pierwsze pudło na stole, który stał na razie w holu. Rzucili je tak, że aż czułem jak podłoga się zatrzęsła. Żadnego szacunku dla czyichś rzeczy. - Mówiłem, ostrożnie! – upomniałem go ponownie. - Spokojnie. Co tam jest w środku, szkło? Posłałem mu tylko srogie spojrzenie i chyba już darował sobie zadawanie niegrzecznych pytań. Otworzyłem karton, wyjąłem ze środka książkę pierwszą z góry i przetarłem jej okładkę. Rzuciłem okiem na resztę, wyglądało na to, że nic im nie było. Włożyłem przedmiot delikatnie z powrotem i przymknąłem tekturowe wieko. Jak można nie mieć żadnego poszanowania dla literatury. Te przedmioty są dla mnie cenniejsze niż jakieś skarby. Robotnik przyniósł drugi karton i postawił go obok tamtego. Zauważyłem jak z ciekawością zerka do pierwszego. - Ciężkie, tu też są książki? – powiedział z zamierzoną ironią, jednak widząc mój wzrok trochę się zmieszał. - Dużo czytam. Po jego minie można było wywnioskować, że przedmiot z kartkami i drukiem jest dla niego czymś abstrakcyjnym. - To całkiem miłe zajęcie, mógłby pan czasem spróbować – dodałem i odszedłem. Zdenerwował mnie na tyle, że odpuściłem to nadzorowanie pracy. Wyszedłem z domu i postanowiłem porozglądać się trochę po okolicy. Naprzeciwko mojego miejsca zamieszkania znajdował się duży biały dom. Od początku mi się nie spodobał. Był tak przesadzony, wszystkiego tam było w nadmiarze. Jakby właściciele specjalnie epatowali bogactwem. To spowodowało, że od razu miałem złe zdanie o swoich sąsiadach, chociaż jeszcze ich nie znałem. Nie dobrze. Po obu stronach mojego domu rosły rzędy drzew. Po prawej ciągnęła się polanka, za nią mały lasek i główna droga. Natomiast po lewej tuż za drzewami znajdował się kolejny dom. W ogródku stał dmuchany basen i huśtawka dziecięca. To bardzo niedobrze! Najgorsze co może być to biegające i wrzeszczące dzieci. Ale spokojnie, przecież to wytrzymam. One chyba też kiedyś odpoczywają. Poszedłem trochę dalej, oglądając tutejsze widoki. San Gregorio to jednak całkiem spore miasteczko. Tym lepiej. Nie będę musiał z nikim utrzymywać ścisłych kontaktów. Za to właśnie nie lubię wiosek. Każdy interesuje się życiem wszystkich dookoła tylko nie swoim. A ja bardzo cenię sobie swoją prywatność. Poza tym nie mógłbym żyć na całkowitym bezludziu. Muszę mieć blisko do różnych sklepów i takich tam. Po prostu jestem stworzony do życia w mieście. Tutaj mam tylko kilka minut jazdy samochodem i będę w samym centrum. A do tego nie muszę słuchać tego ciągłego hałasu i wdychać spalin, bo mieszkam na krańcu miasta. Przecież to brzmi wręcz idyllicznie. Jakież to szczęście, że znalazłem dom tak blisko wybrzeża. Dosłownie pół mili spaceru i mogę podziwiać te widoki. Coś cudownego. Wiedziałem, że to właśnie tam będę spędzał większość czasu. Wpatrując się w ten krajobraz, słuchając szumu fal rozbijających się o skały. Byłem pewien, że zacznę pisać. Na tym mi właśnie zależało najbardziej. Żeby w końcu napisać chociaż kilka stron. * Pierwsze poważne problemy związane z przeprowadzką pojawiły się już na drugi dzień. Nie wiedziałem, gdzie powiesić obrazy. Nie to żeby w całym domu nie było dla nich miejsca, tylko jakoś żadne mnie nie przekonywało. Symetria to jeden z podstawowych warunków mojego funkcjonowania. Kolejnym jest porządek. Przez te obrazy nie mogłem spełnić żadnego z nich. Ten sam problem miałem z meblami. Każdy przedmiot mnie irytował. W moim poprzednim mieszkaniu wszystko miało swoje stałe miejsce. Tutaj musiałem się do wszystkiego przyzwyczajać od nowa. W końcu zrezygnowałem. Wziąłem swój laptop i wyszedłem do ogródka. Usiadłem w cieniu na huśtawce na tarasie. Od razu otworzyłem plik z moją nową książką. Przeczytałem ostatnie zdanie, by przypomnieć sobie na czym skończyłem i zastanowić się czy mam jakiś pomysł. Nie miałem. Zamknąłem dokument, z myślą, że zaraz do niego wrócę, tylko załatwię inne sprawy. Zawsze tak robię, nic dziwnego, że napisałem dopiero jedną stronę. Zajrzałem na pocztę, była nowa wiadomość od mojego agenta. Jak zwykle, pytał się kiedy napiszę pierwszy rozdział tej książki, bo wydawca się niecierpliwi. Przecież ja nawet nie wiem o czym ma ona być! To znaczy, mam ogólny zarys, ale to za mało. Odpisałem mu „niedługo”. Gdy wysyłałem wiadomość, zauważyłem jak z domu naprzeciwko wychodzi kobieta. Stanęła przed drzwiami rozglądając się wokoło. Zobaczyła mnie i nie wiem jak zareagowała, ponieważ schyliłem głowę, zasłaniając twarz laptopem i udając bardzo pochłoniętego pracą. Ten sygnał chyba do niej nie przemówił, bo za chwilę stała, opierając się o moją bramkę i patrzyła prosto na mnie. Zrezygnowany podniosłem wzrok. - Tak? – zacząłem. - Nie przywitałeś się pierwszy, więc ja muszę to zrobić. Zaraz potem znalazła się już na mojej posiadłości. A ja modliłem się żeby to przywitanie nie trwało długo. Chociaż musiałem przyznać, że była całkiem ładna. Miała długie, brązowe włosy i obcisły top, który przyciągał wzrok. Zauważyłem również, że była gdzieś w moim wieku. Kiedy ostatni raz umawiałem się z kobietą w moim wieku?! - Carrin – powiedziała, wyciągając do mnie rękę. Westchnąłem ciężko, chyba to zauważyła, ale mimo to, nie odpuściła. - Terry – podałem jej rękę, nie wstając z miejsca. Usiadła obok mnie. Zauważyłem jak odruchowo spojrzała w ekran laptopa, jednak nie zamknąłem go, mając nadzieję, że jak zauważy, iż jestem bardzo zajęty, da sobie spokój. - Więc, będziesz tu mieszkać? – spytała. - Widocznie. Zmarszczyła lekko brwi, przyglądając mi się uważniej, ale kontynuowała. - Gdzie mieszkałeś wcześniej? - W San Francisco. - Yhm – mruknęła z zamyśleniem. – Dla wszystkich jesteś taki niemiły? Podniosłem na nią wzrok i odparłem z półuśmiechem: - Skądże, ty jesteś wyjątkowa. Odchyliła lekko głowę, chyba ze zdziwienia. Zauważyłem, że na jej czole pojawiło się kilka zmarszczek, świadczących o jej zdenerwowaniu. - Jak chcesz. – Szybkim ruchem podniosła się i stanęła nade mną. – Ale tutaj nie uda ci się unikać ludzi. - Co za pech, a taki właśnie miałem plan. Odeszła szybkim krokiem, a ja miałem okazję zauważyć, jak ładnie wyglądała z tyłu. Naprawdę tak było. Chyba nie zrobiłem dobrego pierwszego wrażenia. Ale czego ona oczekiwała, że się zaprzyjaźnimy? Nie przyjechałem tu, by zawierać nowe znajomości. Z drugiej strony powinienem mieć dobre stosunki z moimi sąsiadami. A co, jeśli nagle bardzo pilnie będę potrzebował pożyczyć szklankę cukru? Co się wtedy ze mną stanie? Może jednak przeżyję. Nie napisałem ani jednego zdania. Ani jednego choćby zupełnie pozbawionego sensu zdania mojej nowej powieści. Przynajmniej mogłem usprawiedliwić się przed samym sobą. Ta kobieta mnie rozproszyła. Wkroczyła tu i przegoniła moje wszystkie pomysły. Zamknąłem komputer. Spróbuję kiedy indziej.

II Część Po południu w spontanicznej decyzji wsiadłem w samochód i udałem się do centrum. Nie miałem żadnego konkretnego celu. Może po prostu chciałem się zapoznać z okolicą, albo zobaczyć jacy są tu ludzie. O dziwo, na pierwszy rzut oka, byli tacy sami jak w San Francisco. Zaparkowałem gdzieś w środku miasta. Zamknąłem samochód pilotem automatycznym, jak zawsze, stojąc obok, by jeszcze raz się upewnić. Rozejrzałem się dokoła, w oczy rzuciła mi się księgarnia. Wszedłem do środka, nie wiedząc w jakim celu. Chyba nie ma nic złego w tym, kiedy znana osoba, przeglądając gazetę, zaczyna od szukania informacji na swój temat. Ja wchodząc do księgarni, całkiem przypadkiem, zawsze przechodzę obok działu, gdzie powinna znajdować się moja książka i sprawdzam, czy tam jest. Była. Nawet kilka sztuk. Pewnie nikt ich tu nie kupuje. Z resztą, tak jak wszędzie. Idąc dalej mija się półki z działu „psychologia” „poradniki” dalej książki historyczne. No i w końcu te najczęściej kupowane. Zabawne, że zawsze na pierwszym miejscu są jakieś kiepskie romansidła, głupawe książki dla nastolatków, lub pamiętniki i biografie, wypromowane przez i tak już znanych ludzi, które nie koniecznie są warte tej pozycji. Podniosłem lekko brwi ze zdziwienia, gdy ujrzałem swoją książkę na dziesiątym miejscu. Chyba dawno nie aktualizowali tej listy. Znajdowała się na niej dawno temu i według moich spostrzeżeń nie powinno jej już tam być. A może jest lepiej niż myślałem. Spostrzegłem młodą kobietę o nienagannej figurze z bardzo długimi nogami, przyodzianymi w krótkie szorty. Chwyciłem swoją książkę i podszedłem bliżej niej. Granie intelektualisty często skutkuje, chociaż ona nie wyglądała na taką, której by to imponowało. Właściwie nie musiałem się wcale wysilać, bo już jakieś pół godziny później znajdowaliśmy razem w moich mieszkaniu. Siedziałem na skórzanej sofie z kieliszkiem wina w ręku. Dziewczyna rozejrzała się z podziwem po mojej półce z kolekcją płyt, po czym podeszła do wieży, kołysząc kusząco biodrami i już po chwili usłyszałem nastrojową nutę, płynącą z głośników. - Ile masz właściwie lat? – spytałem z czystej ciekawości. - Co to za pytanie – zdziwiła się lekko. Stanęła patrząc na mnie, podpierała się jedną ręką boku, w drugiej trzymała kieliszek u samej góry i przechylała go to w jedną to w drugą stronę. - Po prostu wolałbym wiedzieć. - Nie bój się, jestem pełnoletnia. - Od kiedy? - Od dwóch miesięcy. Czułem do niej zaufanie, takie jakie można czuć do dopiero co poznanej osoby, więc nie zadawałem już więcej pytań. * Szczęście jest pojęciem bardzo względnym. Każdy się zastanawia co ono znaczy dla niego. Czy jestem szczęśliwy? Nigdy nie byłem i pewnie nie będę. Nie zależy to od danego położenia człowieka, jego obecnej sytuacji, ale nastawienia do życia i świata. Śmieszą mnie ludzie, którzy znaleźli sobie tą drugą osobę, tą na zawsze i twierdzą, że będą z nią szczęśliwi do końca życia. Przecież wszystko się kiedyś kończy. Przyjaźń, miłość, to wszystko kiedyś znika. Dlatego, że ludzie się zmieniają. Najgorsze w nich jest to, że nie zdają sobie z tego sprawy. Każdy z nas się zmienia co kilka lat, co rok. Ma na to wpływ środowisko, inni ludzie, wszystko. A kiedy dwójka ludzi się zmienia, nagle zdają sobie sprawę, że to już nie to. Nie da się tak dopasować dwóch ludzi, by zmieniali się wspólnie i ciągle do siebie pasowali. Życie wygląda jak jedna wielka zagadka matematyczna. Dlatego przez tyle lat nauczyłem się, że nie wolno się przywiązywać do ludzi. To nie prowadzi do niczego dobrego. Jedynie do bólu, przy rozstaniu. Nie warto. To wbrew pozorom nie jest takie łatwe i wymaga wielu lat praktyki. Kiedy poznajesz wspaniałą osobę, spędzacie razem czas, nie myślisz, że kiedyś to wszystko może się zepsuć i będzie ci cholernie żal. Żyjesz chwilą, myślisz, że już zawsze będzie tak pięknie. To jeden z największych błędów jakie popełniają ludzie. Brną w to chwilowe szczęście, powodując wzrost cierpienia w przyszłości. Bez sensu. Po latach doświadczeń nauczyłem się tego, że nie warto się przywiązywać do ludzi. Każdy prędzej, czy później odchodzi. Naprawdę o wiele lepiej się żyje z dystansem do wszystkich. Nawet kiedy poznaję wspaniałą osobę, z którą dogadujemy się świetnie i nie mam powodów do niepokoju, staram się traktować to jako stan chwilowy. Jeśli nauczysz się być sam przy innych, będziesz ci łatwiej, kiedy naprawdę wszyscy odejdą. Jak dotąd moja taktyka mnie nie zawiodła. * Siedziałem w swojej nowej kuchni przy stole, pijąc poranną kawę. Od samego rana czułem dziwny, wewnętrzny niepokój. Trochę z tego powodu, że każda poranna czynność musiała wyglądać inaczej niż w poprzednim domu. Łazienka znajdowała się na prawo zamiast lewo, w kuchni szafki stoją nie po tej stronie co powinny. Zastanawiałem się

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Powieść (+ dalszy ciąg) — czytnik · opowiadania