Filozofia · 26 min czytania
Powieści rodział II. Przygotowania.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
ROZDZIAŁ II. Przygotowania.
Jeśli myślicie, że po tamtym, przypadkowym spotkaniu nieustannie dumałem o Pięknej Pani, to jesteście w błędzie. Przez długie miesiące myśl o Niej nie znajdowała żadnego dojścia do mego umysłu, który w tym okresie sprawiał wrażenie raczej obojętnego na jakiekolwiek wiadomości z zewnątrz. Po części spowodowane to było, bez wątpienia, intensywną pracą, jaką zawsze jesienią młodzi mężczyźni z naszej krainy musieli wykonywać. Całe dnie upływały mi bądź to na mechanicznym przegiewaniu łodyg cierżu, bądź to na bezmyślnym droszeniu jego ziaren. Wieczorami, gdy wracałem do domu, byłem tak potwornie zmęczony, że od razu kładłem się spać – sami więc rozumiecie, że nie miałem czasu na żadne głębsze rozmyślania. Był to okres bardzo dla mnie przykry – nie mogłem wymykać się na tak umiłowane przeze mnie spacery po naszej krainie. Nie pozwalała mi na to nawet pozycja mego ojca - wysokiego urzędnika państwowego - dzięki której mogłem, zazwyczaj, bezkarnie wałęsać się godzinami po okolicznych lasach. Ten dziwny stan umysłowej impotencji niechybnie trwałby dłużej, gdyby nie to, iż pewnej nocy nie mogłem zasnąć - dręczył mnie jakiś niepokój. Nic w tym jeszcze nie byłoby wyjątkowego, bowiem dość często miewałem kłopoty z zasypaniem – między innymi dlatego tak chętnie uciekałem nocą w świat marzeń. Kłopot polegał na tym, że tamtej nocy nie mogłem uczynić nawet tego! Leniwie podniosłem się na łóżku (w tamtejszym okresie sypiałem na posłaniu, a nie pod nim jak to zwyczajowo czyniłem) i powoli przekręciłem głowę na lewą stronę. Otworzyłem oczy i dotarło do mnie naraz z całą mocą, iż śpię samemu. Stwierdzenie tego prozaicznego faktu było bardzo bolesne – uświadomiłem sobie wtedy bezmiar mojej Samotności. Innymi słowy, zrobiło mi się niezmiernie smutno, iż obok mnie nie leży żadna bliska mi istota. W tamtej chwili nie miałem żadnych wyuzdanych pragnień, łaknąłem po prostu bliskości, pragnąłem, aby spała przy mnie ukochana dziewczyna, życzyłem sobie zasypiać ze świadomością, iż nad ranem, kiedy się obudzę, ujrzę tuż obok kobietę moich marzeń. Wtedy przypominam sobie o Ślicznej Pannie. - Chcę Cię kochać – szepczę bezwiednie. Cicho, niemal bezgłośnie, płaczę. Łzy ciekną mi po policzkach, lecz nie zmienia to faktu, iż jestem sam. Absolutnie i nieodwołalnie samotny. Czuję się beznadziejnie bezradny. A Ona tańczy na polanie, wypatrując mnie, czekając na moment, w którym będę dostatecznie silny, by przyjść i zatańczyć z Nią, czekając na moment, który nigdy nie nadejdzie. - Chcę, byś mnie kochała – mimowolnie wymawiam moje podświadome marzenie. Łzy ciekną mi po policzkach. Zasypiam. Nie wiem do końca jak to się stało i czasami łamię sobie jeszcze nad tym głowę, ale rano obudziłem się z silnym postanowieniem spędzenia z Nią reszty mego życia. Zadanie to przedstawiało się jako beznadziejnie trudne, bowiem, jak już wspomniałem, była Ona cudzoziemką. W tym miejscu muszę słów kilka powiedzieć o naszej krainie. Usytuowana jest ona na stosunkowo niewielkich rozmiarów półwyspie; od Północy i Zachodu otacza ją Ocean, natomiast od południowych sąsiadów oddziela nas wysokie pasmo potężnych gór – ponoć jeszcze nikomu nie udało się przez nie przejść. Tak więc, Niezwykła Dziewoja musiała pochodzić ze Wschodu. Była Obca – to wszystko komplikowało. Mieszkańcom mojego kraju nie wolno, bowiem, go opuszczać. Jest o tyle dziwne, że państwo nasze słynie na cały Wschód z olbrzymiej Wolności, jaką cieszą się jego obywatele. Nie wiedząc co czynić udałem się do mego Ojca po radę. Wszedłem do skromnego budynku państwowego, w którym pracował i niepewnie zacząłem: - Ojcze… Skierował głowę w moją stronę. Początkowo na jego twarzy zobaczyć można było bezmierne zdziwienie (nieczęsto inicjowałem rozmowę, a już prawie nigdy nie zdarzyło mi się to czynić w Urzędzie), lecz relatywnie szybko ustąpiło ono miejsca nieśmiałemu zadowoleniu. - Tak, mój Synu? – spytał łagodnie. Zawahałem się. Nic niezwykłego. Zwyczajowo odczuwałem lęk związany z rozmowami. Nie lubiłem ich prowadzić, a obecność Ojca dodatkowo mnie deprymowała. Miałem skłonność do „zacinania się” w konwersacjach z osobami, przy których czułem się niepewnie. Zawsze mnie więc zastanawiało czemu moja wada wymowy ujawnia się również w dialogach z Ojcem. Wziąłem głęboki oddech i wyrzuciłem jednym tchem: - Czemu obywatele naszej krainy nie mogą jej opuszczać? Pytanie moje zaskoczyło go pozytywnie - aż cały pokraśniał z radości. - Synu mój! Jakże się cieszę, że zwracasz się do mnie z tym zagadnieniem! – wykrzyknął wielce szczęśliwy, a ja uświadomiłem sobie, że oto zaczęła się kolejna z jego długich i niezmiernie patetycznych tyrad, które tak uwielbiał przede mną wygłaszać. - Synu mój! Pytanie Twoje jest oczywistym i bardzo łatwo czytelnym świadectwem tego, iż z młodzieńca stałeś się mężczyzną! Nawet nie podejrzewasz jak bardzo moje serce raduje się z faktu, iż nareszcie dojrzałeś! Interesowanie się sprawami społeczno-politycznymi jest niewątpliwą oznaką tego, że wreszcie przestały Cię zajmować te dziecinne eskapady po okolicznych lasach i bardzo niezdrowe oddawanie się bezproduktywnym marzeniom! Jakże się cieszę, że stałeś się dorosły! – przemówił pogrążony w euforii. Śpieszę wyjaśnić, że w naszej krainie chłopcy stają się mężczyznami mając szesnaście lat – sami więc rozumiecie, iż przez nader długi okres (liczyłem sobie bowiem wtedy osiemnaście wiosen) byłem prawdziwym utrapieniem dla mego Ojca i, z pewnością, skazywałem go na złośliwe uwagi ze strony jego kolegów-urzędników, którzy zazdrościli mu jego wysokiej pozycji. Co prawda, nigdy nie powiedział mi wprost, że uważa mnie za niedojrzałego, dziwnego chłopaka, który powinien był już dawno dorosnąć - jednak ja wiedziałem, iż w głębi duszy trochę się mnie wstydzi i czeka z utęsknieniem dnia, w którym stanę się mężczyzną. Z pewnością darzył mnie miłością – co do tego nigdy nie miałem żadnych wątpliwości, aczkolwiek widząc z jaką czułą zazdrością spoglądał na innych młodzieńców w moim wieku albo jaki bolesny grymas malował mu się na twarzy za każdym razem, gdy widział mnie leżącego pod łóżkiem czułem, że wolałby mieć innego, bardziej normalnego syna, a gdy uświadomiłem sobie ten fakt, wiedziałem, iż wszelkie trwałe porozumienie pomiędzy nami jest, pod każdym względem, wykluczone. Oczywiście, nie miałem mu tego za złe (lub tylko trochę) – sam bowiem często marzyłem o tym, aby być inną osobą, rzekłbym - bardziej normalną. - Wreszcie będziesz mógł zająć się poważnymi zajęciami! Przed Tobą stoi otworem nowy, wspaniały świat ludzi dorosłych! W końcu znajdziesz się w głównym nurcie życia społecznego! Jakaż to dla mnie radość! – kontynuował swoje entuzjastyczne przemówienie. - Ojcze, ale czemu obywatele naszej krainy nie mogą jej opuszczać? – przerwałem jego wywód, by przypomnieć o moim pytaniu. Lekko zbił się z tropu i, minimalnie zasmucony, że mu przeszkodziłem w przemowie, jął odpowiadać na me zapytanie: - Synu mój! Jak wiesz, kraina nasza jest niewielka i niezbyt potężna. Nie posiada żadnych znaczących surowców, a technologicznie jesteśmy daleko w tyle za innymi państwami. Jednakże kraj nasz wyróżnia się pośród pozostałych niespotykaną nigdzie indziej Wolnością Jednostki. Podatki są minimalne i każdy płaci taką samą stawkę – za to, że po prostu istnieje i jest obywatelem, nie za dochód, który jest jego prywatną sprawą. Urzędników jest niebywale mało i nie wtrącają się oni w życie mieszkańców. Nakazów jest bardzo niewiele. Nie lubimy przymusu – każdy może robić co chce – byle tylko nie krzywdził innych. - Więc czemuż, Ojcze, nie wolno naszym ziomkom przekraczać granic? – spytałem, z charakterystyczną dla kogoś kto znalazł subtelny kruczek prawny w skomplikowanej umowie, wyniosłością. Spojrzał na mnie ponurym wzrokiem, w którym przyjemne zaskoczenie moją odwagą mieszało się z subtelną dozą uprzejmego lekceważenia typową dla ludzi, którym wydaje się, że wiedzą wszystko najlepiej. Przez krótką chwilę było wyraźnie widać, iż zastanawia się co mi odpowiedzieć. - Synu mój, być może przyjdzie taka chwila, w której wyjawię Ci Tajemnicę, opowiem o Dawnej Przystani… - Przecież mamy przystań! – przerwałem bystro. - Tak, ale jest ona nieporównywalnie odmienna od tamtej, pierwszej, o wiele większej od obecnej. Kontynuując, liczę na to, że nadejdzie taki czas, w którym odsłonię przed Tobą historię Sekretnej Przełęczy, czy Nieznanej Technologii i opowiem o wielu, wielu innych rzeczach, o których nawet Ci się nie śniło, jednak nie mogę tego uczynić teraz, gdy dopiero co wyłoniłeś się z Ciemności. Jeśli do Niej nie wrócisz i ciężką, systematyczną pracą udowodnisz swoją dojrzałość, swoją wartość, swoją przydatność - to wiedz, iż, dzięki mojej protekcji, masz zapewnioną świetlaną przyszłość w Urzędzie – a gdy już w nim się znajdziesz, to siłą rzeczy będziesz musiał poznać pewne, nieznane szerszej publiczności, sprawy. Przerwał na chwilę, a potem wyglądał tak, jak gdyby dogłębnie rozważał dalsze słowa, które powinien wypowiedzieć. Po kilku minutach spytał się uroczyście: - Obiecasz mi, że nie pogrążysz się znowu w Mroku i będziesz, już na zawsze, dojrzałym, dorosłym mężczyzną, który nie żyje w oderwaniu od Rzeczywistości i nie marzy o jakichś dziwnych chimerach? Zapanowało milczenie. Ojciec wymagał ode mnie zbyt dużo. Nie mogłem mu tego obiecać, bowiem, bałem się Jasności, do której próbował mnie przyciągnąć. To właśnie Cień był moim przyjacielem. Dopiero zakryty całunem Ciemności czułem się naprawdę bezpiecznie. Cisza. Wyczekiwanie Ojca. Nerwowo przekłada z miejsca na miejsca jakieś dokumenty. Wciąż milczę. Obserwuję jak patrzy na mnie z nadzieją w oczach i jestem bez mała pewien, że widzi mnie już w duchu jako normalnego młodzieńca idącego razem z nim i innymi mężczyznami na polowanie, za którym przecież, ku jego nieomal rozpaczy, nigdy nie przepadałem. Robi mi się smutno, że muszę go zawieść. Nie wytrzymuję w końcu tej dusznej atmosfery, więc wychodzę ze spuszczoną głową z budynku i po cichu, z wyrzutami sumienia, oddalam się w stronę mego domostwa, a za sobą pozostawiam stłumiony płacz Ojca, który nie potrafił znaleźć klucza do mojej duszy. Przez kilka następnych dni włóczyłem się bez celu po okolicy i choć przez cały ten czas rozpamiętywałem niedawną rozmowę to moje myśli krążyły raczej bezwładnie i nie doszedłem do żadnych konstruktywnych przemyśleń. Dopiero gdy wkroczyłem w Las, głęboko, głęboko i natknąłem się na leniwy strumień, umysł mój, w typowy dla siebie sposób, skojarzył owe niewielkie źródło, które przez większość dnia (ze względu na poszycie leśne) znajdowało się pogrążone w cieniu, z Przystanią, a gdy dokonał tego dzieła, wiedziałem od razu, co przyszło mi dalej czynić. Stoję pod wielkimi, pradawnymi drzewami, strumień płynący pode mną delikatne szemrze, a przez listowie przedostaje się niewielka, skromna smuga popołudniowego światła, które sprawia, że Ja, człowiek, który przed momentem uświadomił sobie, iż musi udać się do portu, wsiąść na statek i udać się przez Ocean do Innego Świata, gorąco wierzę, że wiedza ta została mi objawiona w jakiś cudowny, niepojęty, sposób. Proszę, nie posądzajcie mnie o ciemny, zabobonny, średniowieczny mistycyzm, jednak jeśli mam być szczery, to muszę przyznać się, że tak - doznałem wtedy czegoś na miarę mistycznego doznania, czy, wypowiadając to innymi słowy - otarłem się o Metafizykę. Oczywiście, wszystko trwało to tylko moment, po czym ciemne obłoki na powrót przesłoniły słońce, a w Lesie ponownie zapanowała szarość i bylejakość pochmurnego dnia. Bywa, że całym sobą nienawidzę takich ulotnych chwil (mimo ich bezapelacyjnej piękności) – trwają one bowiem tak krótko, iż nigdy nie jestem pewien, czy miały one w ogóle miejsce. Wracałem do domu wielce rad z faktu, iż nareszcie, po tylu bezowocnych dniach, wiem co mam czynić, aby przybliżyć się Pięknej Nieznajomej, a na tafli mego szczęścia widniała tylko jedna rysa – Ojciec. Bywa tak, że jeszcze teraz, gdy odpowiednio wytężę słuch, słyszę jego tłumiony szloch, szloch człowieka, który marzył o innym, bardziej normalnym synu, który tak jak Odwieczny Porządek nakazywał, powinien czerpać radość z wykonywanej pracy, natomiast w czasie wolnym od niej bawić się oraz weselić wśród znajomych, lubować się w sporcie i polowaniu, flirtować z dziewczętami, a po osiągnięciu pewnego wieku ustatkować się i założyć rodzinę. Byłbym nieuczciwy, gdybym nie wspomniał, że wiele było chwil takich, w których ja sam marzyłem o tym, aby ten świat, świat zwykłych ludzi i codziennych przyjemności był mi dostępny – rzecz jasna, na ogół byłem dumny z mojej odmienności i czułem się przez to lepszy od innych osób, jednakże ten stan, efemerycznego w gruncie rzeczy, zadowolenia z siebie i życia przerywany był okresami głębokiego smutku i jeszcze głębszej samotności. Gdy nachodziły mnie takie momenty, w których jedyne czego pragnąłem to wejść pod łóżko i spać, spać, spać, czyli, po prostu, nie istnieć…