Fantastyka · 57 min czytania
Powitanie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
(Valentis)
Powietrze tego poranka zachwycało niesamowitą rześkością, zaśmiecone plaże były jednym z wielu dowodów na przejście tej nocy jednej z typowych dla wyspy burz. Mimo, iż słońce już świeciło nie ogrzewało jak powinno, czego powodem był zimny wschodni wiatr, który rozbijał wściekle fale na czarnych skałach. Bazaltowe mury miasta oddalały się coraz dalej i dalej, a wielki orszak powitalny przemierzał coraz biedniejsze slumsy namokłych ziemianek, chat, leciwo skleconych baraków, ogółem prowizorycznych budowli, które plebs nazywał domami. Szczególnie tu widać jakie zniszczenia poczyniła nocna ulewa. Deszcz i chłód zazwyczaj ogranicza smród, niestety nadmiar wody wypchnął fekalia z dołów, utopił bydło i trzodę, rozprowadzając nieczystości oraz rozdęte truchła zwierząt dosłownie wszędzie, do domów, na ulicę, do studni i życiodajnej rzeki Rathy. Fetor był nie do wytrzymania, Wielki Rajca Świętego Miasta Rathgrad, Valentis Valten młodzieniec o ciemnej typowo południowej cerze i włosach, spadkobierca wielkiej fortuny, zarządca jednej czwartej floty handlowej Rathgradu, trzymał nasączoną w olejek pomarańczowy jedwabną chustkę non stop przy nosie, dla niego straszny smród był nie o wytrzymania, ciągle walczył z podchodzącą pod przełyk treścią żołądka. Valentis był jednym z dwunastu wielkich rajców tego miasta, ale najmłodszym i najlepiej prezentującym się przedstawicielem tej grupy, dlatego właśnie on został wysłany w towarzystwie 40 ciężkozbrojnych halabardzistów, chorążego, tłumacza i jego zaufanego przyjaciela/brata Wergiliusza na powitanie kłopotliwego władcy północy. Nordowie już od roku nękali okręty floty handlowej Rathgradu, wracały tylko wieści o statkach i towarach. Nawet gdy do cenniejszych ładunków dołączano wielkie dromony, nie zniechęcało to ludzi północy od grabieży, drakkary lepiej sprawdzały się jako statki wojenne rozbijając obstawę w drzazgi. Nordowie wcześniej nie napadali tak daleko na południe, nigdy nie spotykano ich smukłych okrętów na Morzu południowym, w obrębie którego pływały galery z Efezjii. Północ rosła w siłę i śmiałość, splądrowali i spalili już nie jedno miasto, bądź nawet państwo. Cechowała ich, nieuchwytność niesamowita mobilność na lądzie i morzu. Jednego dnia na wybrzeże przypływała wataha okrętów, szturmowali, niszczyli, grabili. A gdy nadchodziła odsiecz błyskawicznie znikali. Raz napadli cały kraj, stanęli do otwartej bitwy którą wygrali, los jaki spotkał pokonanych i wziętych do niewoli mroził krew w żyłach, niejednemu małemu państwu, które nie posiadało tak silnej armii by odeprzeć najazd. Właśnie z takim echem, pewnego razu nad Efeziańskie wybrzeże nadciągnął samotny zwiadowczy okręt północnej floty. Rada miejska niezwłocznie wysłała poselstwo na statek, które po czasie wróciło na pobliską plażę, bez kosztownej biżuterii i głów. Oczywiście jak przystało na światłych i rozsądnych rajców, a przede wszystkim logicznie dedukujących ludzi potrafiących dopasowywać do siebie pewne fakty, włodarze Rathgradu uznali dekapitacje ich posłów za rychłe wypowiedzenie wojny. Ale nawet oni nie mogli sobie zdać sprawy z nieobliczalnej Nordyckiej natury, bo gdy do portu wpłynął obwieszony okrągłymi tarczami drakkar z ponoć synem władcy Północy niejakiego Regnara zwanego Łupieżcą, wyczuwali, że oficjalnie przybył by oficjalnie potwierdzić poprzednią wiadomość. Kazali przyprowadzić go przed swoje oblicze, jednak zamiast gróźb padła propozycja - Mój, Pan Ojciec, Regnar drugi tego imienia z rodu Mastahe, Pan całej Północy zebrał flotę i zmierza na południe na wyprawę łupieżczą, przeciwko morskim miastom handlowym, lecz mnie nie wysyła tu bym ogłosił iż przybędzie tu do Rathgradu walczyć mieczem, lecz by skłonić was do negocjacji w sprawie waszej dalszej egzystencji- ogłosił dodając zaraz potem, nim tłumacz skończył swoją robotę- jako zakładników żąda pierworodnego każdego z was, będą oni zabezpieczeniem jego życia podczas negocjacji. Po krótkim monologu barbarzyńskiego dziedzica, dwunastu wspaniałych zaczęło cicho między sobą radzić. W końcu po czasie odezwał się senior. - Drogi…?- Mergerdzie- szybko sprostował zarośnięty na złoto Nord.- Chciałbym zadać Ci tylko dwa pytania. Pierwsze brzmi…- tu staruszek zrobił przerwę, niby na podarowanie tłumaczowi czasu a tak naprawdę na swój własny odpoczynek- Co nam grozi, za odrzucenie tej oferty dialogu?... Drugie, skąd mamy wiedzieć że to nie spisek i nasi synowie pierworodni nie zginą podobnie jak nasze ostatnie poselstwo? Mergerd nie wyglądał na zmartwionego czy stremowanego, odpowiedział chłodno. - Gdy odmówicie, to zginiecie a wasze ciała wyrzucimy do morza, miasto zgrabimy po czym spalimy, kobiety zgwałcimy, co silniejszych z ocalałych po bitwie zamienimy na niewolników być może ich sprzedamy, najpiękniejsze dziewczęta weźmiemy z sobą i uczynimy je pospolitymi kurwami oczywiście jeśli przeżyją podróż podczas której weźmie je kilkakrotnie cała załoga, naszczamy i nasramy na wasze świątynie oraz bogów, małych chłopców wykastrujemy by wasz naród zanikł na wieki. Tak… to zrobimy w razie odmowy. A jako wasze zabezpieczenie mogę być ja, mój Pan Ojciec zawsze dotrzymuje danego słowa, nie obawiam się więc o własne życie, gdyż wasi synowie będą całkowicie bezpieczni, nawet gdy dyplomacja zawiedzie i wybuchnie wojna. Nim padły ostatnie słowa tłumacza, senior czerwony z złości rzucił. - To jest groźba! Jak śmiesz, grozić nam!...- młody barbarzyńca przerwał starcowi - A twe pierwsze pytanie to obelga! Przyjmujesz zaproszenie do rozmów?... Tak czy nie? Nord począł się irytować, zagęścił ruchy szczególnie wokół głowicy miecza. - Jak mamy przyjąć zaproszenie do rozmów jeśli sugerujesz że mamy nóż na gardle i są one tylko wyrazem niczym nie określonej łaski? Kaprysem?- odrzekł ponownie starzec. - To nie kaprys, ani nie jest to sugestia. Czyli nie przyjmujecie naszej oferty?... -PRZYJMUJEMY !- Wykrzyknął tym razem Solis Deremis najbogatszy i najpotężniejszy z rajców, wzbudzając oburzenie pośród pozostałych współrządzących, po czym zaczął mówić dając jednocześnie znak tłumaczowi by akurat jego wypowiedzi nie tłumaczył - Moi drodzy, młody Książe może wykazał się nieumiejętnością, w dyplomacji, ale czy za urażenie naszej dumy musi płacić nasz święty naród? A przedewszystkim nasze interesy? Zobaczmy co ma nam do zaoferowania ich władca! Znów rozgorzała gorąca dyskusja, morze słów w pośród którego stał ubrany w skórzane nie zdobione, lecz dobrze dopasowane ubranie, postawny młody Nord, o długich od dawna nie mytych jak reszta ciała blond włosach. Po prostu tak sobie tam sterczał nie rozumiejąc ani jednego słowa wykrzyczanego przez kłócących się włodarzy w aksamitnych togach i zdobnych długich szatach. Dopiero po wielu minutach kłótni, powolnego dochodzenia do spokoju ponownie głos zabrał najstarszy z wielkich rajców Rathgradu - Zgadzamy się na stawiane warunki- przesączył wbrew swojej woli przez zaciśnięte usta- Nasi pierworodni stawią się w porcie, jutro o świcie. Mergerd przybrał groźny wyraz twarzy kontynuując targ - Stawią się do późnego południa, radzę nie próbować podstępu, ćwierć dnia przed zmierzchem wypływamy, albo z wszystkimi i bez mnie, lub bez żadnego i ze mną na pokładzie.- Po tych słowach odszedł do swej łodzi. Przypominając sobie to zdarzenie Valentis parsknął śmiechem. Tacy prostacy mieli by ich pokonać?! On na miejscu reszty rady wyrzuciłby zuchwałego księcia przez okno do wozu z łajnem i odesłał z powrotem do tatusia, który by przybył tu z swą wielką armią, by rozbić ją o mury wielkiego Rathgradu a flotę straciłby, po pierwszym starciu morskim z flagowymi wojennymi galerami Wielkiej Floty miejskiej. Może w konflikcie ucierpieli by prostaczkowie, ale co z tego! Ich życie jest bezwartościowe, po za tym szybko się rozmnażają, ci nordowie są pewnie jeszcze większymi barbarzyńcami. Przerwał na chwilę swoje rozmyślenia, widok jaki ukazał się jego oczom w tym momencie zawsze cieszył jego wrażliwą na piękno duszę. Poruszali się traktem wśród morza pól, ciągnącego się aż do dalekiego osłoniętego wzgórzami wschodniego brzegu oceanu, na zachód prąc daleko, daleko aż do gór rzemieślniczych, na północy zatrzymując się dopiero na odległych na zmianę porośniętych łąkami i lasami wzgórzach i wielkich górach całkowicie zielonych od bujnej roślinności z dwóch stref klimatycznych. Kierowali się właśnie tam ku podnóżom pasma najwyższych szczytów, w ciasną dolinkę między wzgórzami a dolinami, bo właśnie tam szedł dalej główny trakt, na którego końcu, w okolicach Beliodinii mieli spotkać wielkiego Regnara. Ogółem podróż ciągła się w ciszy; halabardzistom ani chorążemu, lub tłumaczowi nie wolno było się odezwać bez pozwolenia, w obecności takich dostojników jak bracia Valten, ogółem ich obstawa spowalniała marsz, przecież cała delegacja dosiadała pięknych klaczy, jednak obecność czterdziestu halabard dodawała prestiżu i poczucia bezpieczeństwa. Dwójka przyjaciół też nie miała chyba nastroju do rozmów, oboje byli pogrążeni w dziwnym zakłopotaniu, niewiadomo czy chodziło o misję Valentisa czy o poprzednią wspólną noc, co by to nie było i tak podróżowali w milczeniu wsłuchując się w brzęk szczątkowych zbroi halabardzistów i typowych odgłosów przyrody. W końcu Wergiliusz zagaił - Byłeś wczoraj w świątyni? Valentis spokojnie spojrzał się na brata, obcowanie z kapłankami było najlepszą rozrywką Wergiliusza, który nie potrafił sobie wyobrazić że jego żonatemu bratu może wystarczać jedna kobieta. – Rytuał obmycia jest zarezerwowany dla tych którym grozi śmierć, od zaspokajania twoich potrzeb ciała nie są kobiety. Nie hańb piękna, pamiętaj kapłanki to córki Bogiń jak i reszta kobiet.- odrzekł Wielki Rajca. - Jest przecież zagrożenie życia! Pertraktowanie z barbarzyńcami jest niebezpieczne, nie zapominaj co uczynili naszym posłom. Po za tym Valentis pamiętaj co mówił Mergerd, oni nie wyznają tego co my. Za zaspokajanie się z innym mężczyzną może spotkać kogoś śmierć, oni nie traktują kobiet jako bogiń, z którymi zrobienie tego jest skomplikowanym rytuałem, jak chcą to biorą przyjemność, nie przejmując się Boginiami!- Odparł wzburzony Wergiliusz, na co jego bart się oburzył. - Bo są niewierni! Nie widzą w kobietach piękna tylko chęć zaspokojenia swoich rządz! Jedziemy ich przywitać a potem z nimi pertraktować! Nie, się z nimi bratać… Bracie.- przerwał na chwilę badając reakcję po czym dodał- Trzeba znaleźć ci żonę, bo w końcu przesadzisz kiedyś z oczyszczeniem i zetną cię za to na agorze. -Mergerd stwierdził że nasze zwyczaje są chore!...- Valentis jadąc tuż obok brata uderzył go po twarzy rękawicą - Mergerd jest nordem! Nie uznaje naszej wiary w trzy hetery! Jeśli tak bardzo kochasz ich kulturę, ich zasady to się do nich przyłącz zobaczymy ile wytrzymasz na morzach północy. - Bracie, nie podważam zasadności naszych obrządków, chodzi mi tylko o poluźnienie naszych obyczajów, przecież najbardziej nas ciągnie do kobiet.- rzekł spokojnie Wergiliusz nie dając się sprowokować pouczeniom brata, który z trudem zachowując spokój dodał - I jacy są? Co ten twój nordycki Książe zrobił z chłopcem od uciech?... No? Co zrobił? Roztrzaskał mu czaszkę o ścianę tak okrutnie że biedak był nie do poznania, tylko za to że wszedł mu do łoża. Czy o taką moralność ci chodzi? Taką jaką przedstawia się w obliczu barbarzyńcy który obcuje tylko z kobietami? Dobrze że ten niejaki Regnar zabierze już swojego syna bo za dużo z nim czasu spędzałeś. Osobiście mam nadzieję że zażyjemy sakramentu oczyszczenia razem, niedługo. - Liczysz na wojnę Valentis? - Tak liczę na wojnę, nie podoba mi się ich zachowanie, przed bitwą z chęcią oddam się w ręce kapłanki, a tak pozostaje mi żona na święta i chłopcy portowi na co dzień.- krótko odrzekł rajca – Deremis chce z nimi się układać, chodzą słuchy że już korespondencyjnie kontaktował się z Regnarem. Widywano gołębie wylatujące z jego rezydencji lecące na północne wody. - Chce nas sprzedać?!- krzyknął oburzony Wergiliusz- Czemu jeszcze żyje, za zdradę przecież jest tylko jedna kara! - Nic nie możemy mu na razie udowodnić. Na podstawie poszlak i plotek nie można nawet wypowiedzieć na niego sądu to przecież Solis Deremis, najpotężniejszy z rajców. - Ale nie jedyny - Lecz wpływowy. To wystarcza by miał swego rodzaju immunitet. Nawet wiem o co może chodzić. Wiesz że ludzie z północy spotykają coraz silniejszy opór w swych podbojach? - No możliwe. - Po prostu szukają alternatyw w zarobku, oraz ziem do wyżywienia ich narodu, gdyż usłyszałem również, iż co jakiś czas nękają ich klęski nieurodzaju, . - Czyli, sugerujesz że chcą z nami robić interesy i na tym zyskać a jeśli stanie się im to nieopłacalne to nas podbiją?- zapytał się będąc pewnym młodszy brat, na co Valentis cicho zachichotał - Drogi bracie, jesteś za głupi na to. Mówię że chcą nas od siebie uzależnić. Dlatego chcę doprowadzić do wojny, nie mogę doprowadzić by nasz kraj, a przedewszystkim ja stał się czyimś wasalem, parę osób z rady jest za mną, szczególnie- tu ściszył głos i zbliżył się do Wergiliusza- senior Wielkiej rady. - Zamierzasz już działać na wstępie? Bracie to obłęd! – odparł młodszy z Valtenów, powoli zdający sobie sprawę, że uczestniczy w chorej sytuacji, taka polityka nie przypominała mu tej o której opowiadał mu ojciec. Starszy brat znów się zaśmiał i odrzekł - Mały Wergi, nie powitanie odbędzie się znakomicie, jednak dopiero przy stole pokażemy pazurki, na ciebie też liczę. Każda nawet lekko niekorzystna propozycja musi być przez nas bojkotowana, nie martw się nie tylko my jesteśmy zdania że klękanie przed barbarzyńcami nie jest godne Efeziańczyka. No! Teoretycznie jeśli nasz wielki Regnar przybywa tu z prawdziwą propozycją to niech będzie, ale szczerzę w to wątpię. Uśmiechnął się jeszcze szyderczo i pogonił lekko konia wybijając się przed szyk, prawie tratując paru nieuważnych halabardzistów. Czerwono purpurowa szata wielkiego rajcy majestatycznie powiewała podkreślając potęgę jej właściciela, dodając do tego otoczenie zbliżających się gór oraz wielkiej rozległej doliny, osobista duma Valentisa rosła nadając mu sił do realizacji sobie postawionych celów. Nie będzie brudas pluł mu w twarz, nie potrafił doczekać się walki zbrojnej, gdy zakuty w połyskujący pancerz ruszy, na swej wiernej klaczy do boju prowadząc wycieczkę za mury, powalając coraz to kolejnych cuchnących Nordów, już lekko czuł smak ludzkiej krwi na języku, mięśnie naprężały się jakoby do boju, przygotowane na zadawanie mocnych śmiertelnych ciosów a w umyśle znikały obrazy przyrody, przed oczyma uwidaczniał się mu obraz bitwy, płomieni buchających od płąnących kul miotanych przez miejskie katapulty, straszny świat podniecającej rzezi dostarczającej olbrzymiej dawki adrenaliny, słyszał prawie rozpaczliwe wrzaski konających oraz przerażające wręcz potworne okrzyki zadających śmierć wojowników. Tak to miał być jego triumf, Wielkiego Rajcy Miejskiego Valentisa Valenta, przecież nikt nie mógł zagrozić Wspaniałemu miastu Rathgrad, płaszczenie przed barbarzyńcami nie należało do natury światłych ludzi czarnego miasta, wielbiących każdy przejaw piękna, to oni przecie byli wspaniale rozwiniętą cywilizacją ludzie z północy należeli do największych ignorantów, nie myjących się obdartych kretynów wymachujących prymitywnymi toporkami i przydługimi mieczami. Kogo oni przecie pokonali? Niewiele mniej zacofane krainy kontynentu? Cóż to? przecież Efeziańczyków pokonano tylko raz, kiedy musieli uciekać z swego pradawnego miasta właśnie tu, ale jak się ma wielka armia cesarska do hordy jasnowłosych brudasów? Trzeba bronić tej ostatniej ostoi starego ładu nie dotkniętej upadkiem pradawnych mocarstw i ich kultur, podczas wielkiej migracji ludów, przybyłych za dalekiego zagórza, już setki lat temu. Z swoistego transu wyrwał nieoczekiwanie Valentisa jego brat, okazało się iż zajeżdża konia, ciągle przyspieszając oraz zostawiając swą obstawę daleko z tyłu. Przystanęli więc na chwilkę dając odpocząć zdyszanym klaczą, jak i pozwolić dogonić się halabardzistom, a gdy to nastało ruszyli w dalszą drogę coraz wyżej położona trasą, nabierającą coraz więcej wiraży. Dalsze rozmowy nie przybierały tak poważnych tematów, podróżujący arystokraci cieszyli się, rześkim coraz cieplejszym porankiem, w takiej beztroskiej atmosferze dało się zapomnieć o wszystkich dolegliwościach dnia codziennego, trzeba przyznać że nawet zdyscyplinowani zazwyczaj żołnierze pozwolili sobie na luzy w szyku oraz utratę jednolitego kroku. Odkąd szlak skrył się w cieniu Gór Wielkich, stracili słońce, lecz majestatyczny widok na dolinę pełną wzgórz a dalej na horyzoncie kolejne góry skąpane w delikatnych rannych promieniach rekompensował tą lekką utratę ciepła. Valentis ponownie zanurzył się w myślach na temat swej wielkiej misji, oczywistych interesów i sposobów na rozwiązanie spraw swoich przeciwników w radzie, gdy daleko przed sobą ujrzał sporą gromadę ludzi, wytężając wzrok dostrzegając i wybijające się nad nich konie. Szok jaki wtedy przeżył zatrzymał cały tok myślowy. Przeklął i dodał cicho - Nordowie. Zaskoczenie było nie małe mieli przecież przybyć o zachodzie słońca tak przekazał wielki senior rady do którego dotarły gołębie, z wiadomościami. Może to nie oni? Niemożliwe!, co by tak spora grupa ludzi robiła o tej porze na tym trakcie! To szubrawcy, na pewno nie dotrzymali słowa. Dał znak chorążemu, wielki sztandar Rathgradu czarna galera na czerwonym tle załopotała majestatycznie krótka komenda oficera, przywróciła halabardy do równego kroku, kolejna po chwili zmodulowała go do kroku bojowego, który przy tych czterdziestu wydawał się groźny a co dopiero przy całej armii- „może przynajmniej tym pozerstwem przypomnimy tym gnidom z kim mają tak naprawdę do czynienia”- Krótko przeszło przez myśl Valentisowi, Wergiliusz wyglądał na spiętego może ciut podekscytowanego, tłumacz wbił wzrok jakby patrzenie na przybliżającą się gromadę ludzi powodowało przypływ nowych nordyckich słów i zwrotów, ale może po prostu przyglądał się jako jedyny inteligentny z obecnych czy to naprawdę są ci oczekiwani goście, gdyż to on pierwszy spostrzegł - Panie! To nie są Ludzie Północy, to zwykli wiejscy prostaczkowie przed czymś uciekają Wergiliusz już chciał skarcić go za zuchwalstwo i głupotę, lecz bardzo szybko sam spostrzegł i w myślach przyznał tłumaczowi rację, po czym rzekł - Mam nadzieję że nie uciekają przed naszymi gośćmi- uśmiechnął się głupio- Może nasz gaduła coś źle przetłumaczył Mergerda i po prostu mamy wojnę Valentis przywrócił szybko mu powagę, groźnym wzrokiem, i odpowiedział - Miejmy nadzieję że to zwyczajnie jakiś pochód wieśniaków. Po za tym za wcześnie, mieli przybyć późnym wieczorem.- Chciał uwierzyć że to jakiś pochód, to na pewno była ucieczka i to pewne, że przed dzikusami z północy. Przecież tam na miejscu miał przekupić Presta, jednego z niezdecydowanych członków rady, jak postępować z nordami. Tam miała odbyć się wieczerza powitalna, gdzie miał symulować uległość, by ośmielić do nietaktownych żądań stronę przeciwną. Gdy wieśniacy wreszcie stanęli naprzeciw halabard, przepytano ich dokładnie, okazało się, że uciekają przed grupą wielkich, uzbrojonych dzikich ludzi, którzy wylądowali w trzy łodzie w okolicach Bellionidi(Benderhauze) i kierują się na południe w stronę czarnego miasta. Zrelacjonowali także że widziano wśród nich Wielkiego Rajce Rathgradu Elliena Presto, zapytani o liczbę i szkody jakie wyrządzili, odpowiedział najodważniejszy z przestraszonego motłochu, uniżonym głosem, - Panie, z centuria, trochę nie pełna. Nie wiemy czy ktoś z ich winy ucierpiał, ale nawet bramy Bellionidi zostały zamknięte gdy ujrzeli ich. Wergiliusz pokiwał głową i rzekł do brata - Rada Bellionidi została poinformowana o naszych gościach, czemu zamknęli bramy? - A gdybyś ty ujrzał setkę zaciężnych dzikusów co byś uczynił?- odpowiedział retorycznie Valentis, chichocząc pod nosem. Sytuacja nie wyglądała tak źle, nordowie z pewnością chcieli ich zaskoczyć, ale swoim przybyciem i liczbą wystraszyli mieszczan, teraz wystarczy spotkać ich na szlaku, no o ile nie są takimi idiotami że idą traktem nadmorskim, ale nie na pewno, zmierzają prosto na nich przecież jest z nimi Presto. Młody Valten uspokoił się przynajmniej na moment, dopiero później zaczęły do niego docierać wątpliwości i obawy. Setka to duża obstawa nawet jak na wielkiego władcę, potrzebował więcej zbrojnych, bezpieczeństwo przedewszystkim, skinął na brata lekko by się przybliżył - Jak tylko przekroczymy bramy Rathgradu zwołasz dodatkową obstawę. -Dobrze, ale to będą prawie cali nasi zbrojni, może lepiej powołać prostaczków? - Nie.- zdecydowanie zabronił Wielki Rajca- To dopiero na wojnę, muszą być zawodowi żołnierze, tylko hetery wiedzą co możemy się po nich spodziewać, prostaczkowie są za słabi na obstawę. Wergiulusz wyglądał na niezbyt zachwyconego tym pomysłem - Rozumiem że mam od razu dołączyć do ciebie z nowymi. Valentis, czy to nie będzie się zbyt rzucać w oczy?- zadał pytanie oczywiste, na co Valentis nadal śmiertelnie poważny rzekł - Tak dołącz niezwłocznie, ale pamiętaj w wielkiej komnacie tylko ty jesteś moją jedyną obroną. Byli już daleko za uciekającymi wieśniakami, którzy mimo zapewnień nie wierzyli w nawet tymczasowy brak złych zamiarów z strony przybyszów z północy, co nawet wychodziło im puls gdyż nie korkowali coraz to węższego traktu. Spokój podróży nie trwał długo, po około godzinie a było to zaraz po górowaniu słońca, do ich uszu doszło ciche basowe mruczenie, jakby z gór odzywały się grobowymi głosami zjawy poległych tu podróżników, ale to nie były duchy, pomruk powoli przeistaczał się w smutną przewlekłą pieśń nadal słyszaną z oddali co nadawało specyficznego mrocznego efektu, przyprawiającego o gęsią skórkę. Valentis rzucił krótko do dowódcy halabardzistów- Zróbcie hałas trzeba ich jakoś przywitać. I stała się jego wola, padł rozkaz, Efeziańscy żołnierze ponownie przeszli do kroku bojowego, niosąc równy bitewny rytm w odpowiedzi grobowej pieśni. Wreszcie ich ujrzeli, gdy powoli niczym wąż wyłonili się i zaczęli oplatać południowe zbocze Wielkiej Mir. Początkowo oświetleni przez wysoko usytuowane słońce, lekko pobłyskiwali zbrojami i jasnymi blond czuprynami, co było specyficznym zjawiskiem dla śniadych i ciemnowłosych Efezjan. Pobrzmiewały z ich strony jakieś dziwne okrzyki, prawie zwierzęce- ochrypłe, niby nie ludzkie, a jednak. Zadziwiało też to że prawie nie było widać pomiędzy nimi koni a te które były zdawały się zaprzeczać naturze swoimi rozmiarami i krępością. Przybliżając zaczęto dostrzegać szczegóły, w postaci szczątkowych napierśników zbrój na torsach, kolczug i resztek futer wśród chyba możniejszych i prostych lnianych tkanin u biedniejszych, ale co łączyło wszystkich to bród, długi zarost, jasne włosy i totalne zmęczenie ciepłem. Gdy dzieliło ich niecałe trzydzieści metrów, obie kolumny zatrzymały się, a w powietrzu pozostały tylko pojedyncze szmery i dominowały odgłosy natury. Valentis przyglądał się uważnie chorągwią, na jednej widniał czerwony gad z skrzydłami na białym tle- to pewnie ten smok z herbu władcy o którym mówił tyle Mergerd. Na innej widniał wielki szary psi łeb z rozwartym pyskiem i obnażonymi zębiskami wśród zielonego otoczenia dalej dwie o wiele prostsze i bardziej schematyczne czerwone chorągwie. Pierwsza z białym niedźwiedziem, druga z prawdopodobnie wroną, bądź krukiem. Wielki Rajca prócz herbów nieprzyjaciela powiewających na lekkim wietrze, zainteresował się potencjalnym hersztem tej watahy, ale żaden mu na takiego nie wyglądał, nawet zawężając poszukiwania do postaci na koniach, które wyglądały może trochę bardziej dostojnie niż piechurzy. - Jest ich mniej niż centuria, około osiemdziesięciu- cicho zwrócił uwagę Wergiulusz, co Valentis przyjął bez szczególnych emocji, odpowiadając zupełnie nie na temat, nawet nie spoglądając na młodszego brata- Trzeba wreszcie dzikusów przywitać, niech przeklęta będzie kurtuazja- rzekł z goryczą dając znak ręką oficerowi by dał im przejechać, co ten niezwłocznie uczynił rzucając komendę, na którą las ostrzy i haków rozstąpił się, pozwalając ruszyć Wielkiemu Rajcy i jego bratu. Na ich gest z strony przeciwnej niemrawo wystąpiło trzech jeźdźców. Pierwszy najpotężniejszej postury popędził konia jakby do ataku, zatrzymując zwierze gwałtownie bokiem przed Rathgradzkimi dygnitarzami. Porywczy jeździec był najpotężniejszym z ludzi jakich widział Valentis, i na szerokość i na wysokość. Odziany w niekompletną bogato zdobioną emaliowaną zbroję prężył olbrzymie muskuły trzymając równie olbrzymiego jak on szarego ogiera w ryzach. Valentisowi w oczy rzuciła się złota korona przytwierdzona do łańcucha który służył nordowi za swego rodzaju pas. Przybysz rzucił krótko parę wyrazów w niesamowicie twardym i gardłowym języku, zadającym gwałt efeziańskim uszom, niestety słowa te nie były skierowane w stronę tubylców tylko do pozostałej dwójki powoli doganiającej olbrzyma, odpowiedź brzmiała jakoby upomnienie, lub uspokojenie z strony siwego brodacza o pociągłej twarzy, odzianego również w zbroję tylko w tym przypadku kompletną i pozbawioną ozdób. Valentis szybko uznał że to pewnie ów olbrzym jest tym wielkim Regnarem, na połyskującej koronie rozpoznał znaki alfabetu z starego kontynentu, wieszczące iż jej właścicielem jest król Henryk Rotomir władający Istratem, choć raczej od odwiedzin tego mocarza jakieś pięć wiosen temu, w dość brutalny sposób przestał nim być. Jasnowłosy goryl nie bardzo przypominał z opisu Mergerda ,jego ojca, ale jaki ma sens noszenie takiego trofeum przez kogoś innego? Więc gdy dołączyli jego współtowarzysze, Valentis spokojnie i pewnie począł przemawiać w akompaniamencie tłumacza do osoby którą uważał za władcę Nordów. - Witaj Panie! Na naszej pięknej Efezjańskiej ziemi. Przed tobą kłaniam się nisko ja Wielki Rajca Wspaniałego Rathgradu Valentis z rodu Valten syn Ektargiona, bohatera, wybitnego polityka, oraz mój młodszy o pięć wiosen brat Wergiliusz, no i oczywiście moja gwardia przyboczna…- Dalszy monolog urwała trzecia postać, mężczyzny około czterdziestki o kędzierzawych kasztanowych włosach, odzianego w granatowy len. Wypowiedź była pełna oburzenia, skierowana do siwego starca. Poliglota szybko wytłumaczył że Valentis pomylił osobistości, zwracając się do niejakiego lorda Jorga Bearhoffa z herbu białego niedźwiedzia, który w tym momencie gromko się śmiał uradowany uznaniem go za monarchę, ucichł dopiero gdy przemówił spokojnym i dźwięcznym głosem starzec – To ja, jestem Regnar.- uśmiechnął się szczerze i ciepło- Pomyłki się zdarzają nie mam, ci tego za złe Valentisie, choć pytam cię, jak mogłeś uznać takiego tłuka jak Jorg za pana nordów, obecny tu Heiml Hart o wiele lepiej pasuje. Mimo pomyłki Wielki Regnar nie wydawał się być urażony, bo z jakież to racji miano go rozpoznawać gdziekolwiek gdzie się pojawi. Wyglądał na człowieka rozważnego i statecznego, dość małomównego, będącego skrajnym przeciwieństwem swojego wielkiego podchorążego, ale widać w nim było głęboko schowany chłód, jakby lodowe wnętrze ujawniające się od czasu do czasu w mowie czy geście. Bearhoff nie tracąc humoru zwrócił się do Wergiliusza speszonego całą sytuacja jeszcze bardziej niż chcący powiedzieć coś starszy brat. - A du wilgenere wilgerster sah mern? Tłumacz pobladł, trójka nordów zaśmiała się, a bracia wymienili się niepewnymi spojrzeniami. Młodzieniec przełożył na efeziański docinkę Jorga znaczącą dokładnie –„ a ty dziewko wstydzisz się mnie?”. Wergiliusz znany w rathgradzkiej socjecie z porywczości i tym razem nie zmienił zachowania, wyciągnął gładkim, szybkim ruchem krótki miecz, a już w następnej sekundzie w powietrze wzbił się ryk konającego konia który w sam środek łba został trafiony lekkim toporem, rzuconym przez Jorga z taką siłą iż całe ostrze w rżnęło się w czaszkę zwierzęcia. Regnar spokojnym głosem zrugał Bearhoffa, Wergiulusz przygnieciony zdychającą klaczą krzyczał z bólu. Halabardziści drgnęli, czekając tylko na rozkaz do ataku, wystawili ostrza na przed siebie. Valentis pełen oburzenia wykrzyczał - To hańba! To mój rodzony brat! Jakim prawem podnosi się na niego oręż?! Odpowiedział mu Heiml - Takim jakim on podniósł miecz na Jorga, widzę że tu nie znacie się na żartach, choć przyznaję tego psa którego dosiadał trochę szkoda. Lord Jorg zeskoczył z swego olbrzymiego ogiera i pomógł Wergiliuszowi, zepchnąć z siebie już…