Horror · 13 min czytania
Powrót
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Mała iskra życia w nicości. Wokół tylko ciemność. Ani góry, ani dołu, bez poczucia ciężaru, czy upływu czasu. Mogła równie dobrze spadać, co tkwić w zawieszeniu. Żadnego punktu odniesienia, tylko ból. Ataki następowały z każdej strony. Czasem pojedynczo, a czasem wiele naraz. Pochłaniali ją cząsteczka po cząsteczce. Istniało jej coraz mniej, a tak bardzo chciała trwać dalej. Nie mogąc uchronić się przed bólem w inny sposób, próbowała rozproszenia. Małe iskiereczki odsuwały się coraz dalej i dalej. Ciemność nie dała się oszukać. Maleńkie punkciki gasły, a ból, mimo że słabszy, dalej dotykał każdej z nich. Pojedyncze umieranie, było gorsze niż wcześniejszy ból. Połączenie zdawało się jedynym wyjściem. Wróciły do siebie. Skupiły się. Ścisnęły tak bardzo, że w swoim istnieniu zdawały się nie istnieć. Przestały czuć nawet pustkę wokół. Otoczone. Przyciągały coraz więcej i więcej. To wszczepiało się w nie. Wciskało w każdą wolną przestrzeń. Łączyło blask i mrok. Kiedy stały się tym i nimi, odezwał się głos. Był przepełniony obietnicą. Nie rozumieli, co mówi, ale było w tym tyle istnienia. Chcieli tego. Pragnęli, jakby to pragnienie było wypalone w nich samych, w każdej cząsteczce. Powolutku wychodzili z ukrycia. Kierując się głosem, wypływali na powierzchnię istnienia. Głos był cierpliwy i nieustannie nimi kierował. Wabił i wzywał. Podsycał pragnienia i obiecywał spełnienie. W końcu zasłona ciemności się uniosła. Widzieli. Czuli się tak słabo. Pozwolili zasłonie opaść, bo nie zagrażała już istnieniu.
Znów głos. Brzmiał inaczej, mniej. Skupili się i wytężyli siły, by zobaczyć. Udało się. Niewyraźne, zamglone kształty wynurzyły się z mroku. Ból poraził, ale nie przerażał, nie zmuszał, żeby się schować. Był dobry, niósł ze sobą życie. Mlasnęli. Pragnęli. Wszystko stało się pragnieniem. Wyparło wszystkie inne myśli. Głos to wyczuł. Zbliżył się. Słyszeli to i czuli. Pojawił się też zapach. Drażniący, metaliczny, a jednocześnie tak słodki i przyzywający. Lepkie pojawiło się na nich. Tak bardzo chcieli pić. Małe krople spływały do wewnątrz. Dodawały siły. Powoli. Za wolno, chcieli więcej i szybciej. Urwało się. Narastała wściekłość. Warknęli. Chwilę później rozległ się śmiech. Dźwięczny, ale jeszcze bardziej rozdrażniający. Nie myśleli o tym. Pragnęli, ale zamglony kształt nie chciał dać więcej, chociaż rozumiał. Gniew rósł, a potem nagle wróciła ciemność.
Hałas. Daleko, ale zbliża się. Podniosła powieki. Znów obraz był zamglony, ale powoli nabierał ostrości. Plamy szarości przekształciły się w ściany i sufit. Po prawej wyłonił się prostokąt stalowych drzwi. W delikatnej poświacie padającej z małego okratowanego okienka nie dostrzegła żadnych mebli, poza łóżkiem na którym leżała. Skupiła się na nim. Twardy materac, zupełnie jakby obciągnąć materiałem deskę. Blade ciało ktoś przykrył jasnym kawałkiem płótna. Czuła je na całej skórze. Była naga. Dwie, dość spore wypukłości poniżej wyraźnie określały płeć cielesnej powłoki. Kobieta. Tak, to było właściwe. Była kobietą, więc też powinni. Spróbowali podnieść rękę. Udało się, ale była ciężka i nie do końca słuchała poleceń. Zamiast ją unosić, postanowili przesunąć po ciele pod przykryciem. Powędrowała od pępka powoli w górę. Pieszczotliwie przejechała po piersi. Skóra była delikatna, jedwabista. Dotyk elektryzował i pobudzał. Zwłaszcza fragmentu na samym wierzchołku wzgórza. Słabość odchodziła, coś się budziło. Mrowienie na skórze stawało się coraz bardziej pobudzające, umysł okrywała mgiełka. Ścisnęli sutka. Przez ciało przeszedł prąd.
Zabawę przerwał blask gołej żarówki zawieszonej na suficie pośrodku pomieszczenia. Towarzyszył mu szczęk zamka. Drzwi się uchyliły. Najpierw pojawiła się w nich nienaturalnie biała, smukła dłoń. Podążał za nią idealnie wyprasowany rękaw czarnej koszuli. Drogie, szczerozłote spinki do mankietów wyraźnie się odznaczały. Na progu widać już było świeżo wypastowany, skórzany but. Czarne jeansy dziwnie nie pasowały. Podtrzymywał je czarny, prosty pasek. Nie było krawata, ani muszki. Koszula była rozpięta pod szyją. I ta twarz, zmysłowe usta, prosty nos, czarne oczy. Patrzył wprost na nią. W policzkach pojawiły się dołeczki razem z drapieżnym uśmiechem wpełzającym na usta.
- Witam z powrotem. Widzę, że przeszkadzam. Ale chyba mi wybaczysz, bo przyszedłem zaspokoić twoją odrobinę inną potrzebę. Jeśli będziesz chciała, z tą również mogę potem pomóc.
W otchłani źrenic błysnęła duma i pewność siebie. Zapragnęła ją zgasić, zdeptać.
- Poradzę sobie...
Głos był zachrypnięty, drugi wyraz poprzedził suchy kaszel. Uśmiech zuchwalca, zamiast zniknąć, jeszcze się poszerzył.
Część 22 / 2
- Jesteś silniejsza. Bardzo dobrze.
Ruszył w jej stronę z gracją drapieżnika. Podziwiała płynność każdego ruchu, grę mięśni. Pozwoliła mu podejść na odległość metra, a potem odsłoniła zęby. Momentalnie się zatrzymał. Uniósł brew w niemym pytaniu.
- Co to jest? - Jedzenie. Za bardzo się staraliśmy, żeby pozwolić ci umrzeć z głodu. - Zostaw i wyjdź. - Tu?
Kiwnęła głową. Postawił tacę na podłodze i odsunął się pod ścianę.
- Powiedziałam, żebyś wyszedł. - Wybacz, ale nie potrafię oprzeć się pokusie zobaczenia ciebie pełzającej nago po podłodze.
Ponownie obnażyła zęby, tym razem nie dało to żadnego efektu. Nie mogła pozwolić mu dalej dominować. Zamknęła na chwilę oczy i spróbowała ocenić zasób sił. Nie było tego dużo, ale jeśli się skupi...
Otworzyła oczy i z całej siły szarpnęła przykrywające ją płótno. Nie poleciało daleko, zaledwie rąbek dotykał tacy. Chichot wypełnił pomieszczenie. Zaczął przeradzać się w śmiech, ale umilkł, kiedy materiał zaczął się poruszać zupełnie jakby ktoś przesuwał pod nim deskę. Szkło zabrzęczało delikatnie, a potem całość podążyła w stronę łóżka, gdzie opadło prawie bezdźwięcznie. Przez cały czas nie spuszczała wzroku z przystojnej, męskiej twarzy. Gdy po około minucie taca wylądowała koło niej, z błyskiem w oku ukłonił się i wyszedł, a ona, całkowicie wyczerpana, z radością powitała ciemność.
Tym razem pojawiły się sny. Samotna dziewczynka huśta się w parku. Jest taka szczęśliwa. Wokół rozbrzmiewa jej śmiech. Wszystko wokół wypełnia życie. Drzewa i krzewy wręcz nim kipią. Nagle słońce chowa się za chmurami. Cień pada prosto na dziecko. Różowa sukienka pokrywa się plamami czerwieni. Zamiast śmiechu rozbrzmiewa płacz. Przypomina…