Komedia · 5 min czytania
Powrót
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Biel atakująca zmysły chwiała psychiką niczym wiatr czochrający włosy punka. Z góry, z dołu z lewej z prawej i na ukos także. Skąd się wziął w tym dziwnym, emanującym cholernym spokojem miejscu, nie wiedział. Cholera, nic nie mógł sobie przypomnieć, nawet tego, kim jest. Pewnie przeżywałby rozterki wiele dłużej, gdyby nie nagłe pojawienie się dwóch osób. Wyglądali jak Świadkowie Jehowy. Facet w średnim wieku, z ulizanymi włosami na wzór modnisiów z lat dwudziestych. Ubrany w czarny garnitur, białą koszulę i krawat. Czarny. Obok niego stała o głowę niższa starsza pani, wystrojona w biało czarne szaty. Jej twarz była pomarszczona, jak solidnie pomięta gazeta, sporadycznie używana zamiast papieru toaletowego.
– Synu za wcześnie się tu pojawiłeś – powiedział koleś i uśmiechnął się tak jakoś smutno.
– Nie pękaj staruszku – odpowiedział Jan i przypomniał sobie, iż to jego tatko.
Charakterystyczna blizna w kształcie krzyżyka tuż przy lewym oku. Czarne włosy przyprószone siwizną i szczupła twarz nie pozostawiały wątpliwości. Tato w czystej postaci, wyglądający znacznie lepiej niż w trumnie.
– Nawet nie planowałem się tu zjawić. A tak w ogóle, to chata jakaś, czy co?
– Umarłeś Jasiu, jesteś teraz w niebie – powiedziała kobieta i popatrzyła na niego z nieukrywanym smutkiem. Dzieci zostawiłeś i sierotami zostaną.
Patrzył na tę nawiedzoną staruszkę i za cholerę nie mógł sobie przypomnieć, skąd ją zna. Może babcia? Do tego jeszcze te jej wyrzuty i gadka o sierotach.
– Jaja sobie robicie, tak?
Część 22 / 2
Jan rzucił pytanie, mając nadzieję na rzeczową odpowiedź. W zamian usłyszał sześć słów.
– Trzy stówki koleś, jest jeszcze ciepły.
– Jakie trzy stówki, kto z was to powiedział?
Wypowiedziane słowa rozeszły się w powietrzu niczym odgłos fal, uderzających o skalisty brzeg.
– Synu, tutaj w niebie nikt nie mówi o pieniądzach. Przybywamy tutaj, tak jak nas Pan Bóg stworzył.
W tym okrutnym momencie Jan pojął, że jest nagi. Tylko dlaczego u diabła był na golasa, a oni w ubraniach? Coraz mniej podobało mu się to miejsce. Niby błogi spokój, niby wszystko w porządku, a czuł się tam gorzej niż w melinie u Edka. Zapach świeżo skoszonej trawy nie przynosił ukojenia. A tak w ogóle skąd ten zapach, jak wszędzie jest tylko biel waląca po oczach?
– Nie martw się Jasiu, jak byłeś dzieckiem, nieraz widzieliśmy cię nago. Nie musisz się wstydzić – powiedziała staruszka, uśmiechając się dziwnie.
– A wolałbyś, byśmy biegali na golasa?