akcja · 58 min czytania
Powrót Bawołów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Powrót bawołów
Lekuśki nie zdołał uczynić użytku z Muflona, nie doszło do samobójczego konfliktu między Marabutami. Muflon był już zbyt zmęczony, nie dał rady zwaśnić obu stron. Pułkownik, sam zestarzały i schorowany, podkarmiał go, poił, masował, wyczesywał kudłatą sierść. Nie pomogło, zabiegi pozostały bezskuteczne, Ostry był już, aż zanadto wyeksploatowany. Zdechł pewnego dnia, w suterynie, w swej kamienicy przy ulicy Poprzecznej. Nikt go nie żałował. To on był zwiastunem i przyczyną wszystkich nieszczęść, to jego przysłał główny Amarantus, by złamać opór Marabutów. To Muflon zaognił przyjazne niegdyś stosunki, panujące między Marabutami i Gorylami, aż do ostatecznego ich załamania i krwawego wybuchu. To przez Muflona nasze miasto, niegdyś kwitnące i tętniące wesołym gwarem stało się miejscem zaciętych wojen, ogromnych zniszczeń, okrutnych mordów. Dlatego też nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego Lekuśki pod koniec tak troskliwie pielęgnował tego cuchnącego Muflona, tak o niego dbał, głaskał, poklepywał? Tłumaczono to podeszłym wiekiem pułkownika i wspominaniem przez niego swych dawnych bohaterskich czasów, przeżywaniem ich na nowo. Zwłoki Ostrego wyniesiono z suteryny, zawleczono je daleko poza miejskie mury. Straszliwe jego rogi zmurszały, rozsypywały się przy lekkich dotknięciach. Z oczu spadły ciemne okulary. Wówczas stwierdzono, że oczy nie posiadają źrenic, pod powiekami błyszczały puste białka, prawdopodobnie Muflon nic nie widział od urodzenia. Ślepy Muflon? Jaki los przywiódł go do naszego miasta? Dlaczego tyle szkód nam wyrządził? Tyle cierpień, niezgody i płaczu niewinnych ludzi spowodował? Z jakich nieznanych terenów przybył? Gdzie znajduje się północno-zachodni archipelag, na którego jednej z wysp się urodził, gdzie się wychował, spędził dzieciństwo i młodość? Czy żyją tam jeszcze jego bracia, kuzyni, towarzysze zabaw dziecięcych? Czy dużo jest takich Muflonów? Czy pojawią się znowuż, nasłani przez kogoś? Czy też przyjdą sami? A może pojawi się jakiś inny zwierz, zamieszkujący inne krainy, równie okrutny i bezwzględny, przynoszący tragedię i cierpienie, smutek i niezmierzoną głębię nieszczęścia? Czarny garnitur, spod którego wyłaziła wyleniała sierść, był podarty i zabrudzony. Bezwładne, śmierdzące ciało tego zwierza teraz sprawiało wrażenie bezbronnego i łagodnego. Pogrzebali ciało Muflona w skalistej ziemi, daleko za miastem. Wrzucono zwłoki do wydrążonego dołu, zasypano kamieniami, wyrównano teren tak, by niczym nie różnił się od sąsiednich, skalistych pagórków. By w przyszłości nikt, nigdy nie mógł powiedzieć : "Tu leży ten straszliwy morderca". Niedługo potem umarł pułkownik Lekuśki. Czyżby śmierć Ostrego była tego przyczyną? Spowodowała u tego wytrwałego wojownika uczucie zniechęcenia, zwątpienia, bezsensu dalszego życia bez przeciwnika? Ich losy były ze sobą powiązane. W momencie przyjścia Ostrego pojawił się zaraz Lekuśki. Bez Muflona nie byłoby pułkownika? To znaczy byłby, lecz bez Muflona nigdy nie zostałby on bohaterskim pułkownikiem wśród niezłomnych Marabutów. Walczyłby gdzieś indziej, o wolność i niepodległość innych, uciskanych narodów. Zdechł Ostry, umarł Lekuśki. Walentin starał się by pułkownik pozostał w pamięci członków szczepu jako niezłomny i bohaterski wojownik, by obraz ich niedawnego przywódcy nie posiadał jakiejkolwiek rysy. O konflikcie w pieczarze Bawołów nikomu nie wspominał, mało kto też pamiętał związanego pułkownika, leżącego na drabiniastym wozie. Zaraz też po śmierci Lekuśkiego, Walentin zakazał nauki starogreckiego, zamknął duży ceglany kościół. Pogrzeb Lekuśkiego był bardzo podniosły. Towarzyszyły mu fanfary, wystrzały armatnie, za trumną szły setki ludzi. Pochowano go w kamiennym sarkofagu, tuż obok grobów Maksymiliana i Samuela. Uroczyście żegnano swego wodza. Walentin teraz stanął na czele szczepu. Chociaż nie zaniedbywano środków bezpieczeństwa, to nasze miasto w tej chwili nie wydawało się być zagrożone przez jakichkolwiek wrogów. Nie spodziewano się przyjścia w najbliższym czasie nowego Muflona. Po przejściu tylu cierpień, po przeżyciu wielu tragedii i poniesieniu znacznych ofiar, Walentin stwierdził, że sytuacja, w jakiej znalazł się szczep jest bardzo korzystna. Zajmowali całe miasto, nigdy w swej historii całego nie mieli. W mieście obowiązywał jeden język, znajdowała się tylko jedna czynna świątynia. Według Walentina to gwarantowało rozumny rozwój zwartej wspólnoty oraz przyjazne stosunki wewnętrzne. Zacierał ręce. - Teraz mamy niepowtarzalną szansę, musimy ją wykorzystać. Sytuacja ta nie będzie trwała wiecznie - mówił do Marabutów. Postanowił skierować siły szczepu ku budowie nowoczesnego, światłego i bogatego społeczeństwa. Burzono stare, zniszczone domy, poszerzano ulice, konstruowano mosty. Powstawały nowe szkoły, nowe fabryki. Zakłady pracy zatrudniały coraz to większe rzesze pracowników. Nasze miasto znów tętniło pracą, gwarem i śmiechem. Zwracano też uwagę na wydarzenia dziejące się poza miastem. Patrole nieustannie obchodziły mury miejskie, z wież strażniczych dokładnie obserwowano przyległy teren. Walentin wysyłał niewielkie oddziały wojskowe dalej, by orientowały się czy może tam szykuje się coś niebezpiecznego? Był bardzo pedantyczny, każdy podejrzany meldunek polecał kilkakrotnie sprawdzać. Pytającym go Marabutom tłumaczył, że trzeba być uważnym i ostrożnym, czasu wolności należy strzec jak oka w głowie, szczęście i beztroska w każdej chwili mogą zamienić się w niewolę i przygnębienie. Odmienna sytuacja może zaistnieć niezauważenie i niespodziewanie, tak jak niespodziewanie przyszła chwila wyzwolenia, po upiciu się zmęczonego Amarantusa. Dlatego o radosne chwile powinno się szczególnie dbać, pielęgnować, jak najdłużej utrzymywać, by wyrobić wśród ludzi przekonanie, że tak powinno być zawsze, że każdy inny czas będzie czasem zagrożenia, będzie czasem nienaturalnym co musi spowodować należyty odpór. Po okresie wspólnej i wytężonej pracy dały się jednak zauważyć pewne różnice między Marabutami. Część z nich uważała, że olbrzymi kościół należy ponownie udostępnić dla tych co chcą się w nim modlić. W małym, drewnianym kościółku nie wszyscy mogli się pomieścić, chociaż niedzielne msze odprawiano od rana do wieczora. Ci co mieszkali po drugiej stronie rzeki mieli po prostu bliżej do wielkiej, ceglanej świątyni. Niektórzy z Marabutów pragnęli też się uczyć obu języków, greckiego i starogreckiego, gdyż niespodziewanie nawiązano przyjazne kontakty z Kotami Morskimi, którzy porozumiewali się w języku starogreckim.
Wspólnota Kotów Morskich zamieszkiwała miasto należące niegdyś do Centrum, członkowie jej wywodzili się w prostej linii z plemienia Goryli. Jednak nieciekawa przeszłość Goryli, ich haniebne zachowanie się podczas konfliktu w naszym mieście, spowodowały, że nowy przywódca, Nedertal, zdecydowanie odciął się od gorylowych korzeni i przemianował nazwę nowej wspólnoty na Koty Morskie. Nedertal wstydził się czynów swych przodków. W nowej siedzibie ustanowił demokratyczne prawa. W szkołach nauczano szacunku dla innych ludzi, szerzono grzeczne zachowanie, agresję i wojnę odrzucono w niepamięć, w przeszłość. Walentin nie dawał wiary nadchodzącym wiadomościom z miasta zajmowanego przez dawnych wrogów. Nie wierzył, że potomkowie bezlitosnych Goryli mogliby się zamienić w łagodne kotki. Nakazywał Marabutom ostrożność w nawiązywaniu kontaktów. Uważał, że nie ma potrzeby wprowadzać do szkół nauki języka starogreckiego i ponownie otwierać ceglanej, gorylowej świątyni. - Niech Koty Morskie uczą się naszego języka, jeśli im też zależy na dobrych z nami stosunkach. Z resztą języki nasze są do siebie tak podobne, że zawsze się porozumiemy. A kościółek nasz jest wystarczający, pomimo niewygody zmieścimy się w nim wszyscy - Walentin nie wyrażał zgody na żadne ustępstwa. - Język i kościół odróżniają nas od innych plemion - mówił - bez nich stracimy naszą tożsamość, o którą tak zawzięcie walczyliśmy. Staniemy się kimś innym, Bawołami albo Kotami Morskimi, a tego przecież nie pragniemy. Młody Marabut, Bogumił, przedstawiał swoje racje. - Nie tak łatwo z Marabuta zrobić Bawoła czy też Kota Morskiego. Bawoły mają rogi my nie. Koty Morskie mają owłosioną skórę, my nie. Czy nauka drugiego języka , w którm porozumiewa się też wiele innych szczepów, może nam zaszkodzić? Czy otwarcie świątyni, w której część naszych ludzi chce się modlić i do której mają po prostu bliżej może utrudnić nam życie? Takie sprawy nie powinny nas dzielić. Walentina trudno było przekonać. - Stare tradycje są bardzo istotne. Zbyt wiele wysiłków kosztowało nas powrót do nich, by teraz, poprzez jakiekolwiek zmiany narażać się na ich odrzucenie - powtarzał niewzruszenie. Nedertal zaprosił Walentina, by w towarzystwie kilku najbliższych mu Marabutów odwiedził siedzibę Kotów Morskich. Walentin, aczkolwiek niechętnie, zaproszenie przyjął. Przechadzał się po szerokich ulicach nowoczesnego miasta. Przyglądał się wysokim gmachom, kominom licznych przedsiębiorstw, czystym mieszkańcom spacerującym po chodnikach. Nedertal pokazywał, objaśniał, chwalił. - Tu się osiedliliśmy po wypędzeniu, tu urządzaliśmy się powoli. Zajęliśmy się pracą, pracą, pracą. Nie żałujemy. Osiągnęliśmy wysoki standard życia. Okupiliśmy go wytężonym wysiłkiem, znacznymi kosztami. Ale za to żyje nam się wygodnie, przyjemnie i bezpiecznie. Walentin niespodziewanie zapytał. - I co, nie myślicie o powrocie do swego rodzinnego miasta? Nedertal zmieszał się, odpowiedział niepewnie. - A możemy? Walentina zdenerwowała ta odpowiedź. - To jednak myślicie o powrocie! Coś z Goryli w was pozostało. Nedertal nie dał się zbić z tropu. - Dlaczego zadajesz takie pytania? Czy myślimy? Mało kto z nas pamięta nasze rodzinne miasto i jego okolice, lecz w sercach naszych pozostanie ono na zawsze. Nie pragniemy nowych wojen, nie zgadzamy się na gwałty, morderstwa, płacz i krzyk. My też dużo wycierpieliśmy, nikt z nas nie pragnie rozpętywać nowych nieszczęść. Nie chcemy stracić tego, co z takim mozołem teraz osiągnęliśmy. Walentin podkreślił. - Zajęliśmy obie dzielnice miasta. Dobrowolnie ich już nie opuścimy. Miasto w całości należy do szczepu Marabutów. Delegacja powróciła do siebie. Walentin naradzał się z Bogumiłem. - Ostrożnie z nimi. Pod delikatną sierścią Kotów Morskich mogą ukrywać się łaknące zemsty Goryle. Uśmiechać się do nich, przyjaźnić z nimi, równocześnie mieć się na baczności. Na zewnątrz okazywać uśmiech i swobodę, między nami traktować ich nadal z rezerwą. Powinniśmy nawiązywać kontakty, gdyż zauważyłem u nich wiele ciekawych rzeczy, które pozwolą szybko zmodernizować nasze miasto, bez poświęcania czasu na własne, żmudne poszukiwania. - Nie możemy być tak obłudni - oponował Bogumił - wyczują zaraz, że chcemy ich wykorzystać, zerwą kontakty. Powinniśmy być bardziej szczerzy i przyjaźni. - Nie znasz ich dobrze. Urodziłeś się już po krwawej wojnie, nie wiesz do czego byli zdolni. Ulegli Muflonowi. Z przyjaciół nagle przeistoczyli się w krwiożercze bestie. Mordom i gwałtom nie było końca. - To są łagodne Koty Morskie, a nie bezwzględne Goryle. Przecież każdy zauważy różnicę. - Coś z Goryli w nich pozostało. Na razie na czele stoi spokojny Nedertal, później może pojawić się dziki Orangutan lub jakiś inny Szympans. Musimy się pilnować. Widziałeś jaka armata stoi na ich centralnym placu, jaką ma lufę? Wylatujące z niej pociski mogą nas szybko unieszkodliwić. Mam nadzieję, że nigdy przeciwko nam jej nie użyją. Bądźmy ostrożni - Walentin rozłożył mapę, pochylił się nad nią, medytował - powinniśmy zająć się też Zielonymi Bawołami. Co dzieje się u nich? Masz jakieś meldunki od patroli? - Nic o nich nie wiemy. Od czasu pęknięcia Zielonego i opuszczenia przez nich miasta, nie mamy żadnych wiadomości. Wycofali się daleko, na swe odległe pastwiska. - Odwiedzisz ich, sprawdzisz co robią. Brak wiadomości jest niebezpieczny. Może coś knują? Bogumił powątpiewał. - To proste Bawoły, nie należy się ich obawiać. Pewnie pasą się spokojnie. - W ich przypadku też powinniśmy być czujni. Poznali inny styl życia, jakże różniący się od ich skromnej wegetacji. Tego nie możemy lekceważyć, należy mieć oczy i uszy otwarte. Zrób to o co cię proszę.
Bogumił wraz z kilkoma Marabutami wybrali się na bezkresne pastwiska Bawołów. Wędrówka zabrała im sporo czasu, nie znali dobrze tych terenów, nigdy tędy nie przechodzili. Po kilku dniach błądzenia, w blasku wschodzącego słońca, ujrzeli wreszcie stado. Podczołgali się bliżej, skryli za krzakami. Bawoły budzili się, wstawali ociężale ze swych posłań, przeciągali się leniwie. Rozprostowywali nogi, potrząsali łbami. Po chwili porannej toalety przechodzili na wyznaczone kwatery, przystępowali do picia wody i spożywania trawy. Wydawali się cokolwiek zniechęceni i znużeni. Bez wyraźnej radości maczali swe pyski w wodzie, siorbali głośno, opryskiwali się nawzajem. Trawa zdawała się im nie smakować, bo zgarniając jej kępki niechętnie wysuwali swe jęzory. Czkali nieprzyjemnie, odbijało im się głośno w żołądkach. Bogumił wwąchiwał się w nieprzyjemny zapach. To woda w rowach była stęchła i strasznie śmierdziała. Kępki brunatnożółtej, wysuszonej trawy nie wyglądały apetycznie. - Jak oni mogą jeść i pić takie świństwo? - wzdrygnął się. Oni co pewien czas przestawali pić i jeść. Zbierali się wówczas w małe gromadki, zamyślali się niebezpiecznie. Wzdychali, rozglądali się na boki. Te momenty nie trwały długo, rozchodzili się ponownie, wysuwali swe pracowite jęzory zgarniając nimi suchą trawę, moczyli pyski w błotnistych rowach. Te monotonne czynności trwały nieprzerwanie, od rana do wieczora. Gdy słońce kryło się już za widnokręgiem, Bawoły kończyli pracowity dzień. Przygotowywali posłania, zmęczeni układali się do snu. Marabuty opuścili kryjówkę, udali się z powrotem do miasta. Droga powrotna minęła znacznie szybciej. Bogumił zdawał relację Walentinowi, opowiadał o swych wrażeniach. - Niby powolni i ospali, jednak coś niespokojnego w nich drzemie. Stracili już swą intensywną, zieloną barwę, z której tak byli dumni. Są szarzy, tak jak szare i bezbarwne są pastwiska, na których się pasą. Zamyślają się co pewien czas. To wydaje mi się najniebezpieczniejsze. Nie jedzą, nie piją, tylko myślą. Trudno zgadnąć o czym? Potrząsają wówczas niecierpliwie łbami, oczy się błyszczą gwałtownie. Walentin podparł brodę ręką. - To niedobrze, że myślą. Niedobrze, że zbierają się w gromadki. To może oznaczać zbliżający się bunt. Znają już drogę do naszego miasta, mogą powrócić. Pewnie nie mają jeszcze przywódcy. Ale to nie problem, ten zawsze się znajdzie. Nie możemy tracić czasu, sytuacja staje się nieciekawa. Musimy szybko i sprawnie działać. Powrót Bawołów skończy się dla nas tragicznie. Walentin polecił nakosić na pobliskich łąkach trawy, naładować nią kopiaste wozy, napełnić cysterny czystą, źródlaną wodą. Bogumił, z tak uszykowanym konwojem udał się w stronę bezkresnych pastwisk, na których przebywały Szare Bawoły. Przybyli w samą porę. Nad wyjałowionymi łąkami wznosiły się tumany kurzu, panował zgiełk i harmider. Rozemocjonowani członkowie stada skupiali się w coraz to większe gromady, wydawali niebezpieczne pomruki. Do poszczególnych grup podchodził młody Szary Bawół, w rogowych okularach na nosie, z grubymi soczewkami. Był to Obżartuch. Miejscowy, nigdy nienasycony Bawół. Głośnymi wezwaniami przekrzykiwał panujący gwar, wskazywał ręką na nasze miasto, formował szyki. Bogumił odetchnął. - Zdążyliśmy, przyjechaliśmy w samą porę. Marabuty widłami rozrzucali świeżą, skoszoną niedawno, trawę, rowy napełniali czystą wodą z cystern. Ucichły gwary, ustały pomruki. Bawoły nieufnie przyglądali się przybyszom, obwąchiwali trawę, smakowali wodę. Obżartuch rozdziawił pysk, nie wiedział jak zareagować, sytuacja zaskoczyła go. Próby wypadły pomyślnie, trawa, woda zasmakowały Bawołom. Ochoczo zabrali się do spożywania i picia. Po chwili na pastwiskach rozlegało się mlaskanie jęzorów i dźwięk płukanych wodą zaschniętych gardeł. Szybko zapomniano o emocjach i niecierpliwych pomrukach, o wezwaniach do buntu. Zapach trawy i plusk wody zagłuszyły wcześniejsze niezadowolenie. Obżartuch otrząsnął się ze zdumienia, zapytał. - Co to? Skąd to? Dlaczego? - To dla was. Transport od szczepu Marabutów. Domyślamy się jak ciężko żyje się wam w tej dzikiej okolicy, jakie problemy napotykacie na tych wyschniętych łąkach. Jecie to co wyrośnie, pijecie to co napłynie. A to nie zawsze wam odpowiada, pogoda nie zawsze sprzyja. Pragniemy wam pomóc - powiedział Bogumił. Szary Obżartuch zaczerwienił się. Wskazał ręką na stado. - Być może, że ich zaspokoicie. Mnie nie tak łatwo. Bogumił spytał stanowczo. - Czego pragniesz Szary Bawole? Obżartuch śmiało spojrzał mu w twarz. - O moich pragnieniach dowiesz się w odpowiednim czasie. Bogumił z Marabutami opuścili pastwiska Szarych Bawołów. - Może by go jakoś unieszkodliwić? - Bogumił zapytywał później Walentina - wydaje się być przeżarty chorobliwą ambicją. Inni jedzą i piją, on jeden stoi naburmuszony. On jeden zawzięty i zagadkowy. Nawet językiem nie tknął źdźbła naszej trawy, nie spróbował kropli wody. Poprzestał na żółtych, starych kiełkach i brudnych kałużach. Coś zamyśla, w głowie jego jakieś niezrozumiałe pragnienia. Walentin nie bał się Obżartucha. - Jest śmieszny i tyle. Nieszkodliwy, durny Bawół. Pilnuj, by stado miało co jeść i pić. Będzie spokój, gdy żołądki ich będą pełne. Świeża trawa i czysta woda są takim gwarantem. Obżartuch, gdy wieczorem, z zamkniętymi oczami, leżał na posłaniu, to w ciemnościach ukazywał mu się kosmos, widział cały wszechświat. Nocami spacerował pośród gwiazd, pośród nieznanych galaktyk, poruszał planetami, dotykał ich księżyców. On sam. Sam w nieznanej przestrzeni. Sam jeden i cały wszechświat. Rano budził się niechętnie, przecierał oczy, spoglądał na zwyczajną rzeczywistość, szedł leniwie na pastwisko. Już od dzieciństwa rozwijały się w jego umyśle niepokojące pragnienia. Podczas zabaw z rówieśnikami starał się dominować, podporządkowywać inne dzieci swym poleceniom, wydawał rozkazy, pragnął rządzić i kierować. A, że był mały, szary, i do tego w okularach, to nikt nie traktował go poważnie. Szturchano, popychano go, wyśmiewano się z niego, ściągano okulary z nosa, bito. Czerwienił się wówczas, w bezsilnej złości zaciskał zęby by nie płakać. Potajemnie trenował gimnastykę, podnosił ciężary, ćwiczył pompki. Trening nie bardzo pomagał, nadal pozostawał szarą ciamajdą. Uczył się też bardzo słabo, swym sposobem nauki nie mógł znaleźć uznania wśród nauczycieli. Traktowali go z pobłażaniem, on pogardzał nimi. Ledwo, tylko dzięki wychowawcy skończył szkołę. Na uczelnię wyjechał do odległego miasta, studiował bardzo długo. Podobno kilka fakultetów jednocześnie. Psychologię, matematykę, języki obce, historię i wiele jeszcze innych. Nikt z Szarych Bawołów, pasących się na pastwiskach, nie wierzył, że ten mały, chudy osobnik w okularach, o zbyt wygórowanych ambicjach, kiedykolwiek coś w życiu osiągnie. I nadal byli o tym przekonani, gdy zobaczyli go pośród stada, jak pewnego dnia, milczący, powrócił ze studiów na pastwisko. Zajął na nim dawne, swoje miejsce, pasł się spokojnie, co pewien czas tylko podnosił swój łeb i rozglądał się dookoła. Przyglądał się uważnie swym towarzyszom. Wkrótce ożenił się z niezbyt dorodną Bawolicą, miał z nią kilkoro Bawolątek. Kosmiczne sny nigdy nie zniknęły, pojawiały się co noc. On samotny pośród gwiazd, kierujący ruchem planet. Jego skryte pragnienia z dzieciństwa poczęły się ponownie uaktywniać. Pierwsza uległa mu żona, później małe Bawolątka. Posiadł władzę nad nimi. Nie znosił sprzeciwu, musieli być mu posłuszni. Pragnienia rozprzestrzeniały się. Na krąg najbliższych przyjacioł, na sąsiadów z pastwiska, na dalszych znajomych. Coraz więcej Bawołów znajdowało się pod władzą Obżartucha. On nie był zaspokojony, nie nasycił się, pragnął absolutnej władzy. Nad całym stadem. Pracował dniami i nocami, udało się. Po pewnym czasie wszyscy członkowie stada znaleźli się pod jego kontrolą. Z najbardziej mu zaufanych stworzył gwardię Darmozjadów, ślepo posłusznych, wykonujących bez zastrzeżeń wydawane przez niego polecenia. Wydawało się, że Obżartuch jest już zaspokojony, wszyscy mu przecież ulegli. Nie, to nie był jednak koniec pragnień. Kosmiczne sny nie dawały spokoju, planety poruszały się nadal samodzielnie, skryte pragnienia ujawniały się, żądały realizacji. Tylko gdzie? Gdzie miały się realizować i gdzie rozprzestrzeniać, skryte pragnienia Szarego Bawoła? Na rozległych, bezludnych łąkach, na wyjałowionych coraz bardziej pastwiskach, na wysychających rowach? Następną planetą stało się nasze miasto. Obżartuch znał je z opowiadań starszych od niego Bawołów. Zapragnął władzy nad nim. Zwłaszcza, że spokojne dotąd Bawoły zaczęły się denerwować niesmaczną trawą i cuchnącą wodą. Zapowiadał się kolejny bunt Bawołów. Akcja rozwijała się pomyślnie, Obżartuch już kierował stadem, gdy nieoczekiwanie pojawił się Bogumił, z transportem pożywienia i wody. Członkowie stada zapomnieli o swym władcy, rzucili się na świeżą trawę i czystą wodę, zaspakajali pośpiesznie swe żołądki. Darmozjady pierwsi dopadli napełnionych rowów, bronili do nich dostępu, odpychali innych, spragnionych. Wieczorem wszyscy, zmęczeni padli na posłania i błogo zasypiali, nie myśląc o jakimkolwiek buncie. Kopiaste wozy z trawą i cysterny z wodą nie były na rękę Obżartuchowi. Pozbawiały go władzy, do której już zdążył się przyzwyczaić. Ale Szary Bawół nie poddał się. Postanowił poczekać. Czas był jego sprzymierzeńcem. Przekonany był, że euforia zielonej trawy przeminie szybciej, niż myśleli Marabuty. Na razie zagłębił się w rozmyślaniach i medytacjach, to nie koniec marzeń, twierdził. Bawoły w tym czasie zajadali się dostarczaną codziennie, świeżą trawą i żródlaną wodą. - Niebezpieczeństwo minęło - śmiał się Walentin - tak jak mówiłem. Bawoły jak baranki, uspokoiły się zaraz. Ciche, potulne, prawie że z ręki jedzą. Bogumił też był dobrej myśli. - Zamierzamy zbudować wodociąg. Dojazdy z cysternami są męczące, zwłaszcza, że nie ma dobrej drogi na pastwiska. Projekt jest już gotowy, niedługo przystępujemy do budowy. Bawoły sami będą odkręcać krany i nalewać do rowów tyle ile im potrzeba. Mogą pić do woli, w naszych źródłach wody jest pod dostatkiem. Konstruujemy też specjalne paśniki, trawa nie będzie się marnowała. Obecnie są duże straty, gdyż Bawoły zrzucają ją pod nogi i bezmyślnie tratują. Walentin pochwalił szybkie poczynania Bogumiła. - Jeśli tylko mamy taką możliwość, to musimy im pomagać, musimy się dzielić - powiedział - bo jeżeli my tam nie pójdziemy z trawą i wodą, to oni sami do nas po nią przyjdą. Gdy będziesz u nich to sprawdź jeszcze jaka jest możliwość wykopania studni głębinowych, budowy zbiorników retencyjnych, nawodnienia tych terenów. To przecież niemożliwe, by tak urodzajne ziemie nie zaspakajały apetytu członków stada. Gdy to uczynimy to już na zawsze unikniemy niebezpiecznych dla nas skutków ciągłych buntów Bawołów. Marabuty cieszyli się, że niebezpieczeństwo ze strony Szarych Bawołów zostało zażegnane.
Część 22 / 2
Walentin zwrócił uwagę na drugich sąsiadów. - Niepokoję się o nasze stosunki z Kotami Morskimi. Nasi ludzie odwiedzają ich miasto, wracają z podarkami, uczą się starogreckiego, niektórzy zostają na dłużej, zawierają przyjaźnie, w rewanżu zapraszają Koty do siebie, oni penetrują nasze środowisko. Nie prowadzi to do niczego dobrego. Bogumił nie podzielał tych obaw. - Ależ to dobrze, niech się przyjaźnią, niech się nawzajem odwiedzają. Może nowym pokoleniom uda się zapomnieć o dawnych konfliktach i krwawych porachunkach. Przyjazne Koty Morskie i osłabione Bawoły, taka sytuacja jest dla nas bardzo korzystna. - No tak, na razie tak. Ja się jednak obawiam. Może kiedyś Koty Morskie zechcą wrócić do naszego miasta, do swojej byłej dzielnicy, a tu dla nich nie ma już miejsca. - Dlczego by mieli wracać? Mają pięknie urządzone miasto, rozwijają je, są szczęśliwi, zadowoleni. U nas jeszcze zgliszcza i ruiny. Ktoż z nich chciałby poświęcać wygodę i narażać się na niepewność. To nie są Goryle. Oni odrzucili wojnę i przemoc, dali pierwszeństwo przyjaźni i miłości. Przebywając tam odczuwamy to na każdym kroku. - Lepiej jednak się z nimi zbytnio nie spoufalać. Mamy swoje miasto i musimy jego pilnować, doskonalić i o nie dbać. - Ależ Walentin! To nasi przyjaciele, serdeczni i dobroduszni. Są mili i troszczą się o nas. Pewnego dnia Bogumił wędrując po mieście Kotów Morskich wstąpił do kawiarni. Był spragniony, chciał napić się czegoś zimnego. Stary Kot Morski stał za ladą. Spojrzał niechętnie na obcego przybysza. - Czego sobie życzysz, Marabucie? - Chciałbym się napić chłodnego napoju. - Dla ciebie woda ze studni a nie chłodny napój. Wracaj do siebie, zapyziały Marabucie! Bogumił zacisnął palce na blacie kontuaru, żyły na skroniach mu nabrzmiały, krew w nich gwałtownie pulsowała. Stary Kot Morski uśmiechał się bezczelnie, ironicznie spoglądał mu w oczy. Czekał na reakcję, nie bał się, był u siebie. Bogumił powoli opanowywał się, odwrócił się i wyszedł z niegościnnej kawiarni. Następnego dnia Nedertal przekonywał Bogumiła. - To pojedyncze przypadki. Większość z nas jest życzliwie nastawiona do was, panuje przyjazna atmosfera. To jaka ona będzie zależy od nas samych. Powinniśmy zacierać nieprzyjemne wspomnienia, uwypuklać zaś miłe momenty. Każdy wybiera z przeżytych chwil to co mu bliższe, pamięta to co chce zapamiętać. Starajmy się by przeżywane nasze wspólne chwile były jak najradośniejsze i jak najbardziej wesołe.
Pewnego wieczoru, Walentin przygotowując się do snu usłyszał dochodzące z dalekich pastwisk groźne pomruki. - Dlaczego Bawoły mruczą? - zadał pytanie. Bogumił wzruszył ramionami. - Nie wiem. Transporty wysłane. Świeżą trawę i wodę dostarczyliśmy tak jak zawsze, w odpowiednim momencie. Niecierpliwili się lecz zdążyliśmy. Budowa rurociągu już na ukończeniu, niedługo popłynie pierwsza struga wody. Kończymy też badania nad występowaniem podziemnych zwierciadeł wody. Wstępnie wiemy, że ich tereny są bardzo zasobne w wodę. Odpowiednio nawodnione i uprawione pastwiska powinny przynosić wysokie plony. Bawoły mogą stać się samowystarczalne. Trzeba ich pouczyć jak budować studnie, zbiorniki, jak nawadniać. - To dlaczego pomrukują? Bogumił udał się na pastwiska. W czasie drogi stwierdził, że sytuacja nie jest taka jak sobie wyobrażał. Fundamenty pod wodociąg były podkopane, niebezpiecznie chwiały się, groziło to zawaleniem całej nitki rurociągu. Na pastwiskach zastał rozgorączkowanych Bawołów. Darmozjady gestykulowali. Krzyknęli gdy ujrzeli Bogumiła. - W ostatnim transporcie otrzymaliśmy stęchłą trawę i brudną wodę. Nie będziemy jedli takiego świństwa. Myślicie, że my wszystko zjadamy? Chcecie nas wytruć? Bogumił odpowiadał zdziwiony. - Nie wierzę w to. Ale nawet, jakby trawa była stęchła a woda brudna, to i tak to lepsze, niż wszystko co posiadacie na tych łąkach. Cieszcie się, że w ogóle cokolwiek wam dostarczamy. To nie jest nasz obowiązek, robimy to z dobrej woli. Chcemy nauczyć was jak konstruować zapory, jak zatrzymywać wodę opadową, by nie wsiąkała w ziemię, by się nie marnowała. Kto podkopał fundamenty pod wodociąg? Chcecie, żeby się zawalił? Przed Darmozjadów wystąpił Obżartuch. Mówił zdecydowanym głosem. - Tak. Chcemy, by się zawalił! Zabierajcie wasze podarki i wynoście się stąd. Poradzimy sobie sami. Nie potrzebujemy jałmużny ani waszej nauki. Wodociąg, paśniki?! Co to? My dzieci niedorozwinięte? My, potężni, nie będziemy schylać się po wasze śmieszne prezenty, nie będziemy was słuchać. Co wy myślicie? Że podporządkujecie nas sobie? Że będziemy robić to co wy chcecie? Niedoczekanie wasze! Stać nas, byście wy nam służyli. Karłowate, nędzne Marabuty! Wynoście się stąd, ale już! Darmozjady potakiwali, wysuwali swe łby, potrząsali nimi groźnie. Bogumił przestraszony uciekł.
Gdy wrócił do miasta opowiadał. - Obżartuch nienasycony wraz z Darmozjadami opanowują ponownie stado. Chcą sprowokować Bawołów, zbuntować ich i zaatakować nasze miasto. - A Obżartucha nie można porządnie nakarmić? Chyba jest łakomy i lubi zjeść? - wypytywał Walentin. - On nie głodny zwykłego pokarmu. Nie łasy na trawę i wodę. Do przeżycia wystarczy mu kępka zwiędniętej trawy i łyk brudnej wody. On głodny zwycięstw i władzy. Nasza pomoc stała się dla niektórych z nich poniżająca, uwłaczająca bawolej godności. Początkowa wdzięczność przeradza się w nienawiść. Obżartuch wykorzystuje te nastroje. Może niepotrzebnie tak szybko ofiarowaliśmy pomoc? - Przecież musieliśmy coś robić. Szykowali się już do ataku. - Tylko przedłużyliśmy chwile spokoju. - Ah! Tak i tak niedobrze. Nie wiadomo co czynić? - Teraz należy podjąć stanowcze decyzje. Robi się groźnie - Bogumił patrzył z…