Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 14 min czytania

Powrót: koszmar w Darwin (Prolog)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Prolog: Wcześniej

Oskar siedział w ciemności nocy na wychodzonej trawie, podpierając się lewym łokciem o swe zgięte, lewe kolano. Drugą ręką trzymał za rękojeść połyskliwego miecza, niedbale posuwając osełką po jego gładkim ostrzu. - W dupie żeś był, gówno żeś widział – dobiegł jego ucha ochrypły głos z gromadki osób, siedzących w kręgu jednego z wielu wielkich ognisk, rozpalonych na potrzeby dbania o morale wojska, w czasie trwania – jak to nazywał pan generał - „czasu snów”. - Mówię szczerą prawdę, Udren. Widziałem trzy dziewice! Chyba dołączyły do nas po wczorajszym pobycie w mieście! Pewnie zdążyły się już przebrać za... - Ty idioto! - krzyknął ktoś z lewej strony Oskara – skąd niby wiesz, że dziewice? Oskar podniósł wzrok ze swego ostrza, choć naostrzonego jak żyleta, to i tak z przyzwyczajenia nie przestając o niego pocierać. Kąt padania gał ocznych Skupił na mężczyźnie, zabierającym ostatni głos. Tak jak pomyślał, był to Kartos. Wysoki, niezwykle umięśniony człek, z długimi i brązowymi włosami. Kolor oczu przypominał jego umiłowanie do piwa, a czarna, jak zbroja broda zakrywała grymas, jaki zapewne zawitał na jego obliczu. Któż nie poznałby charakterystycznego sposobu wypowiadania się Kartosa: wypowiedzenia obelgi do rozmówcy, następnie uzasadniając ją dobrym argumentem, często w formie pytania. Co prawda nie obrażał wszystkich na prawo i lewo, jednak Oskar nie za bardzo przepadał za tym typem. Darzył go jednak czymś, czym wszyscy musieli go traktować – szacunkiem. Był to jeden z najbardziej zaufanych ludzi ich generała i wspaniałego człowieka, którego wrogowie nazywali „Łeb na wroga”. Może i dziwny pseudonim, lecz uzasadniony genialnymi strategiami, owocującymi prawie zawsze w zwycięstwo. Mógł go zawdzięczać jeszcze z jednego powodu: walczył z plemionami wędrownymi, charakterystycznie zwących każdą rozpoznawalną osobę. Oni sami zwali go Albertem, tak jak wszyscy w Armandii, – w ich rodzinnym kraju - choć rozsiane były plotki o ukrywaniu swego prawdziwego mienia z prywatnych powodów. Szczerze, to zdziwił się, że Kartos zagościł tutaj, do zwykłych żołdaków. Nie chodziło o jego pogardę dla niższej rangi ludzi, co po pierwsze nie do końca było prawdą, gdyż każdy z żołnierzy czwartego pułku nosił tytuł elity, uznawanego temu, kto przeżył wiele lat na służbie, lub dokonał czegoś wielkiego w krótkim czasie. Co prawda dochodzili do tego medycy, kucharze, szpiedzy i wiele innych odmian zawodowców wspomagających głównego zalążka elity, jednak nikt nikogo nie uważał tutaj za gorszego. Po drugie Kartos - jak każdy z obecnych wiedział – słynął z dystansu do siebie. Miał w nosie całe zaszczyty, a spoliczkowałby każdego, kto by przed nim klęknął. Razem z generałem często prowadzili otwarte rozmowy przy ludziach na rozluźniające ich tematy od codziennych obmyślań, popijając przy tym miód pitny. Oskara zdziwiło coś innego. Rozbili obóz na otwartym terenie w trakcie drogi ku twierdzy Dretmond, w której mieli spędzić kilka dni, a następnie w końcu, po kilkunastu miesiącach czekania wyruszyć do swojego kraju. Miejsce bronienia kolonii przed zagrożeniem miał zająć pułk ósmy, czyli od wielu lat przeznaczony do tego zadania. Ich z państwa przenieśli z nagłego powodu – plemię „Żelaźni najeźdźcy” zaczęli przenosić się na wschód, przez mrożącą krew w żyłach zimę stulecia, jaka ponoć zaczęła się formować na zachodzie. Byli twardymi skurczysynami, a więc król wysłał nieugiętego generała, mogącego obronić miejscowe wsie i folwarki. Dziś w nocy, przez całą pełnię miało odbywać się wielkie zebranie w namiocie dowódcy z powodu jakiegoś posła, który przysłał zapewne wiadomość generałowi dzisiejszego wieczoru. Od kogo? Nie mu dane było to wiedzieć. Pytanie brzmi: dlaczego Kartos wyszedł z połowy tak ważnego zdarzenia? Żeby nazwać kogoś idiotą? Nie... musiał być w tym jakiś głębszy powód. Po spojrzeniach jego towarzyszy stwierdził, że nie on jeden się zdziwił. Prawie każdy zaczął się na niego wpatrywać. Niektórzy jeszcze chichrając się z jego obelgi skierowanej do żołdaka, który obecnie zalał się wielkim rumieńcem, bojąc się, lub nie umiejąc odpowiedzieć na rzucone wyzwanie. - Coś się stało, Kartosie? - zapytał niepewnie żołnierz, trzymający kufel miodu pitnego. - Owszem. Generał potrzebuje dwóch ochotników – oznajmił, krzyżując ręce. Nastąpiła chwila ciszy, spowodowanej na wyczekanie większych informacji. Ale cóż można było się spodziewać po Kartosie? Walił prosto z mostu to, co chciał powiedzieć, nie częstując drobiazgami. - Może jakieś szczegóły? - rzucił się w ucho Oskarowi głos z daleka. - Gówno powiedział. To kto chętny? - zapytał, po czym zawrzały śmiechy i chichy. Może i niewiele wyjawił szczegółów, ale od razu wszyscy po wyśmianiu się – w tym Oskar niedbałym podniesieniem ręki – zaczęli potwierdzać swoją kandydaturę. Kartos jednak zawahał się i niewerbalnie dał znak rękoma, aby wszyscy ucichli. - Zapomniałem dodać, że ochotników ja sam mam wybrać. Bez ich zgody. Większość zaś parsknęła śmiechem, inni nie zareagowali, a co bo niektórzy otwarcie okazywali niezadowolenie na taki obrót spraw. Kartos nie przejął się tym w żadnym stopniu. Zamiast tego obrzucił całą gromadkę elitarnych wojsk swym sokolim wzrokiem. Jego spojrzenie zatrzymało się na człeku, który siedział z daleka od innych, ostrząc oręż. Na Oskarze... - Po jakiego to pocierasz? Chcesz mieć klingę tak ostrą, by przecinać wrogów bez dotknięcia stalą? - Zapytał retorycznie, śmiejąc się z innymi z własnego dowcipu. Oskar wbił w niego zaskoczony wzrok, po czym odpowiedział z wahaniem, starając się nie zwracać uwagi na reakcje tłumu: - Nie. Ja... ja... - Po kija drugie ja? No chyba że chcesz powiedzieć, że jaja cię bolą, co nie tłumaczyłoby mojej pierwszej uwagi – przerwał mu Kartos sarkastycznym tonem głosu, a w tle zawrzał już po raz któryś akompaniament śmiechu. - Daj mu spokój, stary – odezwał się – jak zauważył po zmarszczkach speszony Oskar – jeden z najbardziej doświadczonych żołdaków, ale także z miną zdradzającą wcześniejszy chichot do bólu – to żółtodziób. Syn Senrika. Tu mogło zdziwić niektórych, jak bardzo Kartos jest pamiętliwy do imion legionistów – a było ich sporo. Trochę spoważniał, kiwając głową w zrozumieniu i wpatrując się w Oskara. Oskar miał ojca, będącego żołnierzem tego zgrupowania, który niedawno stracił głowę, w czasie niewoli u „ludzi lasu” - czyli inaczej ludzi plemion. Odziedziczył po nim umiejętności władania mieczem, które wyćwiczyli razem w czasie codziennych, obowiązkowych ćwiczeń dla jednostki - dla niego zabaw. Generał pozwalał mu być w swojej armii ze względu na brak kogokolwiek innego, niż ojca. Służył cały czas jako pomocnik, a teraz miał

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Powrót: koszmar w Darwin (Prolog) — czytnik · opowiadania