psychologia · 16 min czytania
Powroty - prolog i rozdział 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
* Prolog
Opady ustały. Może tylko na chwilę, może zmieniał się front. Można było odnieść wrażenie, że to wprawny rzeźbiarz, delikatnie i z rozmysłem zanurzył dłonie w sinobiałej glinie, i w zupełnej, nieskazitelnej ciszy opuszkami palców rozgarnął chmury tak, jak się rozpina zamek błyskawiczny puchowej kurtki. Pokazało się niebo. Błękitne, najbłękitniejsze, najpiękniejsze, otoczone koronką z chmur niczym rokokową, bogato zdobioną attyką wieńczącą pasma górskie i korony lasów. Tak czy inaczej, komukolwiek by nie zawdzięczać chwilowej przerwy w zamieci, chmury przerzedziły się. Pozwoliły przed wieczorem, aby słońce na mgnienie oka rozświetliło malowniczą kotlinę w górach orlickich. Cień zszedł powoli ze szczytu Granicznej Góry, zrównał się z Sołtysią Kopą i tyralierą, na całej rozciągłości drogi orlickiej ześliznął się po stoku i wdarł między rozrzucone w dolinie domy. Potem wspiął się delikatnie na niewielkie wzniesienie rozdzielające potok Podgórna od malowniczego dopływu, jednocześnie obejmując czule, lecz stanowczo Przyjacielską Kopę. W końcu przeskoczył strumień u jej podnóża, trochę pomarudził pod lasem, by na koniec wznieść się na szczyty świerków i zniknąć za Ołtarzem. Wieczór nadszedł nieubłaganie. Choć trudno było nazywać wieczorem egipskie ciemności zapadające już przed siedemnastą. Słońce zniknęło. Pozostawiło, przyprowadzoną w ostatnich muśnięciach promieni, nostalgię. Pułapkę na turystów. Pułapkę skuteczną na tyle, że w letnie wieczory nie pozwalała spać i wracała, w chwilach zwątpienia, wspomnieniami pachnącymi mrozem, igliwiem i żywicą. W około panowała niepodzielnie biel. Wszędobylska i wścibska. Rozsiana przez chmury milionem, miliardem, nieskończonością białych płatków. Tu i tam, przed domami na podjazdach, otuleni w puchowe kurtki, krzątali się ludzie. Wymachiwali w pocie czoła łopatami śnieżnymi. Przyświecała wszystkim bez wyjątku dewiza „Odśnieżyć i zdążyć przed kolacją”. Jednak półmetrowa warstwa śniegu, który spadł nim ziemia zrobiła pełny obrót wokół własnej osi, stawiała opór. Kryształki lekkiego puchu odrzucane na boki, na przekór wirowały w powietrzu i przyklejały się do policzków, a niektóre nawet wpadały za kołnierz. Idylliczny zimowy spektakl przerwał pług, torując sobie drogę przez pokrywę śnieżną. Parł przed siebie, wgryzając się wirnikami w lekko zmrożoną szatę i wyrzucał z gardzieli na pobocze biały warkocz. Kierowca sprawnie zawrócił maszynę na końcowym parkingu i po chwili zniknął wraz z nią za zakrętem. Znów zrobiło się cicho. A kiedy ludzie zasiedli do kolacji, zaczęło padać od nowa. Biała cisza, przymuszona grawitacją, ścieliła się bezszelestnie z ciężkich, wolno płynących chmur, które jak się potem okazało, zawisnęły nad kotliną i miały nie opuścić gór przez następnych kilka dni. Dwie pary oczu śledziły z czułością to niekończące się przedstawienie. Siedziały na skórzanych poduszkach, na dębowej ławie ustawionej pod panoramicznym oknem, z którego roztaczał się wspaniały widok na nocne, ośnieżone góry, ubrane w poświatę świątecznych girland mieniących się kolorami tęczy. Kobiety rozmawiały cicho, jakby bały się, że nagle cudowny obraz zniknie i stopi się w czerń. Wtulone w siebie, ginęły w mroku pokoju na parterze. W dłoniach trzymały kieliszki wypełnione {i}Du de Birac{/i}. Z namaszczeniem chłonęły słońce z francuskich winnic, wyciśnięte jesienią z soczystych winogron i zamknięte w każdej, najmniejszej kropli trunku. Półwytrawne wino rozdziewiczało kubki smakowe słomkową delikatnością i grało na zmysłach łagodną, owocową nutą. Za ich plecami, po drugiej stronie salonu, wciśnięte w kąt, w objęciach żeliwnej osłony i żaroodpornej szyby, bukowe drwa paliły się nieśpiesznie. Właściwie, niewielka ilość powietrza, która docierała do paleniska sprawiała, że tylko żarzyły się powoli, oświetlając niewielki skrawek podłogi przed sobą. Czasem słychać było trzask świerkowego drewna, którego grube polano zostało przez jedną z kobiet z rozmysłem umieszczone w kącie pieca. Po całym domu rozpływało się przyjemne ciepło, kontrastujące z lekkim mrozem panującym niepodzielnie tuż za murami. Jedna z kobiet wstała, zanurzyła stopy w grubym dywanie i bezszelestnie, niczym zjawa podążyła do lodówki. Po chwili na parapecie pojawiła się druga butelka wina i drewniana podstawka wypełniona kilkoma gatunkami żółtego sera, pokrojonymi w nieregularną kostkę. Co jakiś czas kobiety karmiły się nawzajem. Unosiły wykałaczki, z nabitymi nań delikatnie kostkami sera i pozwalały, aby usta partnerki, szklące się od wina, zamknęły się wokół mlecznego, słonego smaku, rozpływającego się pod językiem. A cisza tymczasem niepostrzeżenie przeprowadziła wieczór w senną noc. Światła w domostwach zgasły. Gdzieniegdzie zastąpiła je poświata bijąca od telewizorów, ale i ta zniknęła w końcu przed nadejściem północy. Mrok rozjaśniały tylko wspomniane już, pulsujące łańcuchy świateł dodając otoczeniu bajkowego nastroju i tajemnicy. Wybiła północ. I wtedy, na placu przed ośrodkiem wczasowym, cicho zamruczał silnik. Podnóże stoku narciarskiego oświetliły reflektory. Umieszczone na dachu kabiny ratraka, do złudzenia przypominały oczy prehistorycznego pająka, trochę oszołomionego faktem, że obudzono go w środku zimy. Wyrwano z trzewi sudeckiego łupka, z wnętrza najstarszych gór Europy. Wskrzeszono, odtwarzając wszystko prócz gardzieli, z której teraz nie wydobywa się żałosny krzyk. Słychać tylko warkot motoru. Zdawało się, że stwór wytrzeszcza z wysiłkiem oczy, jakby chciał dostrzec tego, który bez uprzedzenia i gwałtownie obudził go z wiecznego snu. Można by przysiąc, że z cienia wyrastały, przybierając coraz to większe rozmiary, rachityczne odnóża i chciały dosięgnąć i ukarać intruza. Ratrak ruszył nieśpiesznie, połykając świeży puch. A stukot lemieszy i łańcuchów do złudzenia przypominał chrobot pancerza i odnóży reliktowego, wspomnianego pajęczaka. Otaczał go nieprzenikniony mrok. Jakby przed nim i za nim nic nie istniało. - Jak ostatni Mohikanin… samotny wśród gór. – wyrwało się z ust do ust na tyle głośno, że zostało usłyszane, potwierdzone i zapisane. Zostawiał za sobą taflę ubitego śniegu, która przywita rano narciarzy. Jasnopomarańczowe światło reflektorów przecinało noc ciepłą poświatą. Było niczym partner do tańca dla ogromnych, białych płatków, które nieprzerwanie opadały w objęcia kotliny. Jedna z kobiet ziewnęła. Szepnęła coś drugiej na ucho. Tamta cichutko się roześmiała. A potem obie wstały z miękkich poduszek i trzymając się za ręce weszły po drewnianych schodach na poddasze. Zniknęły w mroku…
Rozdział 1
Każdemu z nas znaną i oczywistą jest definicja życia. Zbiór uwarunkowań wszelakich. Życzeń i marzeń. Powinności i obowiązków. Przywilejów, praw, etc. i wolności obywatelskich, podkreślanych przez jednostki przy każdej okazji, kiedy trzeba zaznaczyć własne terytorium. Sprawa dla nas Polaków o tyle ważna, że całkiem niedawno staliśmy się demokratycznym i w pełni suwerennym krajem. W końcu, spraw kardiologicznych. Uściślając sercowych. Uczuć, w tym miłości. Poczucia własnej wartości. Tolerancji i akceptacji. Społecznego uznania. Oczywiście każdy wie, czego oczekuje od życia. Dokonuje wyborów prostych, oczywistych. Białych i czarnych. Korzysta z wolności i rozpycha się łokciami, często mylnie ową wolność pojmując. I tak na przykład: Kochamy bezwarunkowo. Pragniemy namiętnie. Uwielbiamy bezkresnie. Oceniamy surowo. W postawie na baczność, stanowczej i zdecydowanej. Nienawidzimy śmiertelnie. Oraz, co smutne i warte uwagi, kategorycznie negujemy, zwłaszcza prawa innych; machamy hasłami o tożsamosci narodowej a nie potrafimy myśleć lokalnie. A wszystko,