Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 30 min czytania

Poza krąg (Smocze dziedzictwo II)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Opowiadanie można traktować autonomicznie, jednak sporo traci się, nie czytając części pierwszej. Jeśli coś będzie dla czytelnika niejasne - najprawdopodobniej zostało zawarte w "Niebie nad Nardeną". Zapraszam do komentowania - jeśli tu jesteś, pozostaw ślad :)

Savna przypatrywała się z uwagą pojedynkowi, rozgrywającemu się przed jej oczami. Ani na moment nie odrywała wzroku od dwóch postaci na żółtawo - rdzawym żwirze. Co jakiś czas wdychała głęboko powietrze lub w nagłym zdenerwowaniu drobiła w miejscu stopami. Wczesnowiosenna aura szarpała jej siwiejące włosy agresywnymi podmuchami wichru, ale kobieta zdawała się tego nie dostrzegać. Podobnie nie zwróciła uwagi na szarego, pręgowanego kota, łaszącego się do jej łydek. Walczący nie szczędzili sił. Mimo nie najcieplejszego dnia, twarze obojga spływały błyszczącym w słońcu potem. W zwykłe odgłosy mieszczańskiego zgiełku wdzierały się ciężkie oddechy. Oczy obojga, skoncentrowane, choć zmęczone, skupiły się na ruchach przeciwnika. W walce nie ma chwili na rozprężenie. Savna westchnęła, opierając spracowane dłonie na okalającej żwirowy krąg barykadzie z oszlifowanych desek. Z troską śledziła gesty walczącego mężczyzny. Wiek przemawiał na jego niekorzyść, Terek wszedł właśnie w czwartą dekadę życia. Nawet z jego doświadczeniem i umiejętnościami, trudno było wygrać z gwałtowną siłą i energią młodej przeciwniczki. Krople potu przykleiły jego ciemną, przydługawą grzywkę do czoła, spływały w dół policzków niczym łzy, uwidaczniały grę mięśni na obnażonych ramionach. Coraz niżej pochylał głowę, obserwując ruchy dziewczyny naprzeciwko, dyszał ciężko, starając się dotlenić umęczone ciało. Terek, syn Trega - ten, któremu od urodzenia pisane było być wielkim. Ten, który z niesmakiem odwrócił twarz od swego przeznaczenia i sprzeciwił się losowi. Odnalazł swoją drogę w życiu, kiedy poznał i poślubił Tilevę, córkę Savny. W tym samym czasie urodziła się z ich związku mała, śliczna Saila. Widać jednak nie sprzyjało im niebo. Minęło już sześć lat od dnia, gdy Tileva i Saila straciły życie w płonącym domu. Terek i Savna zostali wówczas jak bezpańskie psy, szukając pociechy u siebie nawzajem. Teraz szare oczy kobiety obserwowały poczynania zięcia. Mężczyzna umiejętnie, choć z coraz większym trudem, uskakiwał przed dzikimi ciosami sprężystych ramion przeciwniczki. Młodziutka, blondwłosa wojowniczka atakowała z niezwykłą prędkością, momentami jej ruchy wręcz umykały wzrokowi. Skórzany kaftanik z krótkimi frędzlami i okolonym futerkiem kołnierzem, oraz podobnie miękkie spodnie nie krępowały jej, toteż chwilami zdawała się bardziej tańczyć, niż walczyć. Jedynie gdy przystawała, można było dostrzec, że opięta skórami klatka piersiowa faluje szybko, a skrzydełka zadartego nosa poruszają się w gwałtownym oddechu wyczerpanego człowieka. Pot pokrywał jej szyję, zlepiając jasne pasma nieomal białych włosów w strąki i przylepiając je do karku. Zmęczenie jednakże nie pokonało jej jeszcze. Krok, doskok, markowany cios z lewej strony, błyskawiczny piruet, by znaleźć się za plecami zdezorientowanego przeciwnika, uderzenie uzbrojonej dłoni, odskok. Terek uniknął ciosu nagłym rzutem ciała. Dwa oddechy i dziewczyna podejmuje atak. Pochyla się niczym kot. Krok, krok, uderzenie z wyskoku. Głuchy szczęk bloku, mężczyzna zdążył się zasłonić. Tym razem to on jest w ofensywie - oręż zamienia się w ramię wiatraka, młóci powietrze dzikimi kołami. Wojowniczka podejmuje taniec z wrogiem, odskakuje i kręci piruety, ostatecznie lądując miękko w sporej odległości od napastnika. Jej oczy błysnęły złowrogo i zwęziły się pod wygiętymi w ostre łuki brwiami. Wykorzystując moment zmęczenia przeciwnika, wślizgiem podcięła mu nogi. Ciało mężczyzny runęło ciężko na żwir, poczuł ucisk na gardle. - Koniec, Terek! - dziewczyna stanęła nad nim w triumfie. Wolną dłonią przeczesała grzywkę i spokojnym ruchem odsunęła drewnianą imitację sztyletu z jego szyi. Savna, która wstrzymała oddech, gdy zięć padł na ziemię, odetchnęła głęboko. Gdyby walka rozgrywała się na serio, już by nie żył! Popierała jego ideę prowadzenia szkoły walki dla chłopców, którzy tylko w ten sposób mogli opuścić biedne domostwa, ale nigdy nie podobał jej się pomysł szkolenia Raiki. Przyjrzała się teraz dziewczynie, wystawiającej twarz na ciepły wiatr i przeczesującej dłońmi świeżo przystrzyżone włosy. Lata zdążyły minąć, odkąd trzy miesiące po śmierci Tilevy i Saili, Terek przyprowadził do jej domu obce, umorusane dziecko. Dziewczynka była wówczas nieufną i małomówną uciekinierką z taboru wędrownych handlarzy, która pozostała w mieście, chcąc odnaleźć brata oddanego przez ojca do "wielkiego domu z kamienia", jak się później okazało - nardeńskiego Uniwersytetu. Dziś kobieta patrzyła na piękną nastolatkę, szczupłą i wysoką. Półdługie, jasne włosy, nigdy nie chcące się podporządkować, opadały jej na śniade czoło i ciemnobrązowe oczy o spojrzeniu równie ostrym, jak rysy trójkątnej twarzy. Savna nieświadomie pokręciła głową - Raika mogłaby mieć całe tłumy zalotników, i to niekoniecznie chłopców z nizin społecznych. Wszystkich odstraszała jednak zamiłowaniem do szczęku broni, blasku metalowych ostrzy... a także arogancją. Gdyby potrafiła czasem pochylić kark, milczeć, kiedy należy! Mogłaby już być szczęśliwą żoną, ozdobą w możnym domu! Jednak nad taką perspektywę przedkładała drewniany model sztyletu i giętki łuk. Od pierwszej chwili, gdy zobaczyła mierzących się na żwirowym kręgu młodzieńców, uparła się, by towarzyszyć im w treningach. Szybko zaczęła wygrywać, a z każdym udanym pchnięciem czy blokiem odwracała się, szukając aprobaty w oczach podziwianego Tereka. Niechby była chłopcem, a wybitne umiejętności posłałyby ją na dwór w Ylitorn... Nie była chłopcem. Założyła teraz fałszywy oręż za pasek na udzie i podała rękę pokonanemu, chcąc pomóc mu podnieść się z ziemi. - Wygrałam kolejny raz, Terek - jej niski głos był mocny, bez problemu dotarł do uszu Savny. - Tak - przyznał niechętnie, wstając całkowicie własnymi siłami. - Cóż, widać nie mogę nauczyć cię już niczego więcej. - Czy, wobec tego... - zawahała się przez moment. - Czy pozwolisz mi jednak wystąpić na Arenie? Mężczyzna ściągnął brwi, zirytowany. Areny Wojowników, istniejące w co większych miastach, również w Nardenie, były miejscem dla młodych zabijaków, szukających sławy i poklasku tłumów. Utalentowani adepci sztuk walki mierzyli się ze sobą ku uciesze gawiedzi, czasem zyskując coś więcej niż złoto w zamian za wygraną. Wybitni zostawali w końcu dostrzeżeni przez straże królewskie i zwerbowani w szeregi. Ale nie piasek Areny przeznaczono Raice! - Nigdy! - dał się ponieść emocjom, pełen pasji schwycił dziewczynę za silne ramiona. - To nie jest miejsce dla ciebie, rozmawialiśmy już o tym! Kobiety - wojowniczki to wybryk natury. Powinny się wstydzić, a nie pokazywać! - Terek! - na żwirze zachrzęściły kroki Savny, napominającej zięcia ostrzegawczym tonem. Mężczyzna nie słyszał jednak jej głosu, szarpnął ramieniem blondynki o zaciętej twarzy. Uwolnił drugą rękę i dłonią o agresywnie wyprostowanych palcach wskazał koło wokół nich. - Przypatrz się! Jeśli musisz walczyć, będziesz tu uczyć najmłodszych chłopców. Nigdy, nigdy nie pozwolę ci wyjść poza ten krąg! Rozumiesz? Wpatrzone w niego ciemne oczy jakby rozjarzyły się wokół źrenic. Upór czaił się w ściągniętych brwiach, nerwowo drgających skrzydełkach nosa i zaciśniętych ustach. Niewysoka Savna z obawą popatrywała raz na jedno, raz na drugie z nich. - Nie rozumiem - syknęła Raika zimno. Ten zwyczaj zachowała od dzieciństwa - wyprowadzona z równowagi, ograniczała słowa do minimum, twardo jednak obstawała przy swoim. Mężczyzna westchnął i puścił dziewczynę. Rozpoznał charakterystyczny ton i wiedział już, że w ten sposób nie wygra, upewni tylko podopieczną co do jej racji. - Dlaczego tak bardzo chcesz walczyć, Raika? - jego głos był zmęczony, wzrok pełen ciepła i troski. Zauważył, że teściowej wyraźnie ulżyło, gdy przestał krzyczeć. Brązowe oczy młodej buntowniczki powędrowały w niebo. Brzegi delikatnych chmurek stroiły się w subtelne róże i fiolety zbliżającego się zachodu słońca. Jedyny zgrzyt w tym błogim pięknie stanowił wiatr, bezlitośnie rozwiewający strzępy obłoków. - Nie chcę przeminąć, jak to barwne widowisko - powiedziała cicho, w rozmarzeniu śledząc tory chmur na nieboskłonie. - Chcę zapisać się w ludzkiej pamięci, tworzyć historię. - Tworzyć historię... - powtórzył Terek ledwie słyszalnie. - Tworzenie historii to bardzo droga zabawa, Raiko. To marzenie tych, którzy odchodzą bez pożegnania... Zaskoczona bólem, dźwięczącym w głosie opiekuna, dziewczyna obserwowała w milczeniu jego odejście. Pod nogami pozostał jej drewniany miecz Tereka, na żwirze widniały głębokie odciski oddalających się stóp. Szary kot miauknął gdzieś w oddali. Wiatr wzmagał się coraz bardziej ponad ich głowami, rozpędzając chmury. - Czy ja... coś powiedziałam, Savno? - spytała Raika, patrząc na plecy postawnego mężczyzny. Nie zatrzymywał się, nie odwracał. - Czy czymś go uraziłam? Szare oczy z troską omiotły odległą już postać, potem spoczęły na ciemnej, młodziutkiej twarzy. - Terek zbyt często traci drogich sobie ludzi - odparła zagadkowo. - Zostawmy go teraz ze wspomnieniami, trzeba mu spokoju. Wracajmy do domu, dziecko, tam opowiem ci o tym, który tworzył historię...

Mężczyzna już od wielu lat nie wpatrywał się w nocne niebo. Nie miał mu nic do przekazania, oprócz wyrzutów za kłody, rzucane mu pod nogi. Rozpamiętywał życie ze spuszczoną głową, zapatrzony we własne kolana i leżące na nich, coraz starsze i bardziej zniszczone dłonie o czarnych półksiężycach pod paznokciami. Miasto nie przeszkadzało mu wspominać. Tu, pod samym murem broniącym Nardeny przed obcymi, panowała cisza, zmącona jedynie czasem odległym dźwiękiem szybkich kroków. Wieczór podobny był właściwie do tego, gdy znalazł małą Raikę. Dziś jego wychowanka wyraziła pragnienie tak wielu młodych i zapalczywych. Jej marzeniem było zapisać się w ludzkiej pamięci i tworzyć historię... Terek skrzywił się z niesmakiem. Wszyscy ci pełni energii idealiści nie zdają sobie sprawy, ile trzeba poświęcić, by spełnić ten sen. On wiedział to aż zbyt dobrze. Urodził się jako pierwszy syn królewskiego strażnika, Trega, spadkobierca siły i zdolności niemal legendarnego ojca. Już w powijakach zdecydowano o jego dalszym życiu - miał stać się wybitnym obrońcą Aldery, kimś, o kim bardowie śpiewają po karczmach. Tak jak Treg, bohaterski ulubieniec tłumów i zaufany samego króla. Mały Terek spełniał nadzieje, z radością pobierał teoretyczne nauki, z zapałem machał drewnianym mieczykiem. Nauczyciele chwalili go, a sławny ojciec głaskał po ciemnej czuprynie, mówiąc "Mój syn, moja krew, przyszły postrach plugawych kreatur!". Uśmiechał się przy tym z dumą i patrzył na chłopca z miłością. Gdy malec osiągnął wiek dziesięciu lat i posiadł niezbędne umiejętności, dołączył do drużyny Trega i począł wraz z nim przemierzać Alderę. Jako posłannicy króla i obrońcy pokoju w krainie, ścigali łotrów, rozbijali bandy opryszków, przeganiali stada wilków czy innych bestii, na oczach Tereka padł z ręki ojca również młody smok, który zapędził się zbyt daleko od swej pieczary w górach. Strażnik Treg tworzył historię... Syn sławnego ojca osiągnął już poważny wiek trzynastu lat i sam wielokrotnie zanurzył ostrze w ciele wroga - zwierzęcia, człowieka czy bestii, kiedy dotarli na daleką północ, do osad u podnóża gór. Do jednej z nich wpadli na rozszalałych rumakach w samym środku najazdu niewielkiej grupy Khunów, zbójeckiej rasy z górskich grot. Młody Terek pozostał na tyłach, w osłupieniu wpatrując się w masywnej budowy monstra o zniekształconych twarzach, potężnych barkach i muskularnych ramionach nadnaturalnej długości. Khunowie bezlitośnie cięli bezbronnych wieśniaków i podpalali kryte strzechą chaty, wyjąc przy tym z głębi swych czarnych gardeł. Wydawali się zaskoczeni przybyciem wojów, i choć twarde pancerze, pokrywające ich ciała, chroniły ich przed lżejszymi uderzeniami, musieli w końcu przegrać walkę ze zbrojnymi w miecze strażnikami. Treg, pokryty własną i wrogą zakrzepłą krwią, zdawał się być zesłanym z niebios bóstwem pogromu. Gdy ostatni z napastników padł, a ogień został wszędzie zduszony, ludność powychodziła ze swych ukrytych schronów. Mężczyźni padali przed strażnikami na kolana, kobiety i dzieci z płaczem rzucały się bohaterom na szyje. Obiecywali pamięć i dozgonną wdzięczność, całowali pokryte kurzem i krwią dłonie. Młody Terek nie był w stanie cieszyć się ze zwycięstwa, ani odczuwać dumy. Otoczony przez dymiące kikuty chat i trupy z wyszczerzonymi zębami, pokryte posoką i pozbawione członków, padł na kolana i wymiotował. Wstrząsany torsjami, jednocześnie wstydził się własnej słabości - wszak były tu dzieci mieszkańców osady, które znosiły ten widok całkiem dobrze. Mało tego, grupa kilkulatków zbliżyła się do martwego Khuna i z ciekawością obserwowała wytrzeszczone oczy potwora! On natomiast, konny i zbrojny spadkobierca legendy, w bólach zwracał śniadanie! - To twoja pierwsza prawdziwa bitwa, synu - powiedział mu wtedy ojciec, kładąc dłoń na wstrząsanych torsjami plecach. - Nie wstydź się reakcji wrażliwego człowieka. To minie, nauczysz się godnie znosić okropieństwa związane z naszą misją. Terek obiecał sobie wtedy, że w następnej walce ruszy do boju w pierwszym rzędzie i wykaże się bohaterstwem, by podziwiany ojciec mógł być z niego dumny. Podniesiony na duchu własnym postanowieniem, mógł dołączyć do drużyny. Straż królewska postanowiła zatrzymać się na noc w wiosce, by odzyskać siły. Ich interwencja uratowała większość domostw, a wdzięczni wieśniacy otworzyli przed nimi drzwi i spiżarnie. Na wspomnienie tamtej nocy dorosły Terek pod murem Nardeny skulił się w sobie i zacisnął pięści na kolanach. Był wtedy taki bezradny! Przed świtem, gdy zmęczeni ucztowaniem i pijaństwem wojowie usnęli spokojnie w domach gospodarzy, osadę najechała większa grupa uzbrojonych w topory Khunów. Widać wieść o pogromie dotarła w góry Dhai-kun i monstra przyszły pomścić towarzyszy. Terek pamiętał tylko mdły blask płomieni, pożerających chałupy, przerażone krzyki ludzi i wściekłe wycie napastników. Chciał wypełnić swoją obietnicę - przełknął strach, chwycił miecz i rzucił się do walki. W kotłującej się grupie napotkał po raz ostatni spojrzenie ojca - Wycofaj się, Terek! - wrzasnął strażnik, a jego twarz zdawała się straszna w czerwonym świetle niszczycielskiego ognia. - To nie jest miejsce dla ciebie! Odepchnął go i zasłonił przed ciosem. Chłopiec poczuł odciągające go w tył ręce jednego z towarzyszy, nic już jednak nie miało dla niego znaczenia. Treg nie zdążył zablokować uderzenia topora, wymierzonego w jego syna. Zdążył jedynie przyjąć je na siebie - żelazo, na trzonku trzymanym przez potężnego Khuna, spadło na głowę strażnika - legendy. Pamięć miłosiernie oszczędziła Terekowi wspomnienia tamtego widoku, pamiętał tylko własny przeraźliwy krzyk i uczucie wszechogarniającej pustki. Niedobitkom drużyny udało się uciec na południe, gdzie zemsta potworów już ich nie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%