Horror · 37 min czytania
Poza światem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
21 marca.
Jesteśmy na jakiejś wyspie. Tylko tyle wiem. Jest tu poza tym cholernie gorąco i jeśli nie znajdziemy jakiejś wody... nasze zapasy skończą się najdalej za pięć dni, może tydzień, jeżeli owoce z wyspy okażą się jadalne. Pieprzone Virgin Atlantic! Wydałem sto dwadzieścia tysięcy na jakąś pieprzoną latającą kupę złomu, która psuje się na wysokości trzech tysięcy stóp w miesiąc po dziewiczym rejsie, chociaż zapewniali, że będzie sprawna co najmniej dwadzieścia lat! Sprzedałem dom, wydałem majątek na ubezpieczenie i drugie tyle na licencję pilota a samolot spada do wody! Błagam, niech ktoś uciszy Lindę. Jeżeli do zmierzchu nie zjawi się pomoc, to oszaleję od słuchania jej płaczu. Nawet Todd jest bardziej opanowany, chociaż ma dopiero sześć lat.
22 marca. Jak widać pomoc wcale nie ma zamiaru nas odwiedzić, więc może dziś wyjaśnię dokładniej naszą sytuację. Tyle z tego pożytku, że kiedy piszę, nie myślę o Lindzie. Mam ochotę ją udusić. Ubezpieczenie będzie ich kosztować majątek cha cha! Linda zapragnęła wakacji na zachodnim wybrzeżu. Pomyślałby kto, że tyram na jej wakacje, ale mniejsza o to. Pojechaliśmy do Kalifornii, buląc kilka tysięcy za przewiezienie awionetki z Arizony, bo jakiś wsiowy specjalista nie zezwolił na przelot nad granicą stanu. Mieliśmy spędzić tam niecałe dwa tygodnie, poleżeć na tarasie w jednym z tych cholernie drogich hoteli, gdzie drinki z lodem zawsze są zmrożone i mają masę kolorowych ozdób przyczepionych do kieliszka, a wieczorami cała śmietanka towarzyska Hollywood bawi się na tarasie, popijając litry alkoholu. Mieliśmy też przelecieć się wzdłuż wybrzeża, tak daleko, aż meksykańskie władze powietrzne zawrócą nas spowrotem za granicę Ameryki. Dobre sobie, Meksykanie przyjeżdżają do nas bez żadnej kontroli, za to nas mają za przestępców, gdy tylko spróbujemy dostać się na ich terytorium! W każdym bądź razie tego dnia warunki pogodowe były idealne, i chyba tylko dzięki temu udało nam się dopłynąć do tej wyspy, żeby zabawić się w Robinsona Cruzoe. W mgle płynęlibyśmy przed siebie, słuchając lamentów Lindy, aż zabrakłoby nam sił. Czy wspomniałem już, że w GlobalFlyerze silnik zaczął się psuć w niecałe pół godziny po starcie? Cha Cha! I ten samolot miał oblecieć Ziemię dookoła? Przelecieliśmy niespełna sto mil, kiedy całkowicie wysiadł. Resztkami sił udało mi się nakierować go, by nie spadł do wody z pełnym impetem (Bogu dzięki za silniki zapasowe, nawet jeśli mają przydać się jedynie na tyle). Zaczął spadać na dobre, kiedy byliśmy jakieś sto sześćdziesiąt stóp nad ziemią i z przerażeniem szukaliśmy spadochronów lub dmuchanej tratwy ratunkowej. Uwierzcie, w samolocie lecącym niemal pionowo w dół atmosfera nie jest za ciekawa. Lindzie udało się znaleźć jedynie kamizelki ratunkowe (zawsze uważałem je za zbędne wyposażenie jak dla samolotu, w powietrzu się przecież nie tonie – chyba czas przyznać się do błędu). Zastanawialiśmy się właśnie, czy założyć je i wyskoczyć, narażając się na niewiadome niebezpieczeństwo, czy czekać z nadmuchaniem ich, aż znajdziemy się w wodzie. Naprawdę, jedno wyjście wydawało się gorsze od drugiego, ale nie mieliśmy przecież zastanawiać się w nieskończoność. Myślę, że podjęliśmy tę decyzję w najwyżej minutę. Właśnie wtedy awionetka trzasnęła o taflę oceanu niczym o beton. Odrzuciło nas w górę, prawym barkiem zahaczyłem o fotel pilota, do tej pory piekielnie boli, mam nadzieję, że żadna kość nie jest złamana. Linda oberwała czymś w głowę, a krew polała się z jej skroni cienką strużką i gdy zobaczyłem ją w wodzie naprawdę myślałam, że może już nie żyła. Przynajmniej Tood jest cały – wydaje mi się, że dzieciaki mają głupie szczęście albo opiekuje się nimi specjalny rodzaj Opatrzności. Czy mam pogrążać Virgin Atlantic pisząc, że ich awionetka przerwała się na pół jak kawał starej szmaty? Nigdy nie uważałem, żeby wakacje z Lindą były czymś ekscytującym, na co człowiek czekałby cały rok, ale do tej pory daleko mi było do nazywania ich koszmarem. Wiem, że można to uznać za nieuczciwe, w końcu to nie ona jest winna temu, że ten złom został nad wyrost nazwany samolotem. Ale to nie ja pchałem się na wybrzeże tą głupią porą – czy naprawdę łudziła się, że w marcu ludzie będą bawić się w najlepsze? Jak tylko się stąd wydostanę, to zabiorę Todda i wynajmę najlepszych prawników. Najpierw załatwię rozwód a później Virgin Atlantic. Linda nie dostanie ani centa z odszkodowania. Przydałyby się jakieś mocne narkotyki.
23 marca. Poszedłem dziś w głąb lądu poszukać jakiegokolwiek jedzenie. Co prawda blisko brzegu rosną ogromne kokosy, które niekiedy spadają z drzew przy najlżejszym podmuchu wiatru. Palmy wręcz oginają się pod ich ciężarem. Ostrzegłem Todda, żeby trzymał się od nich z daleka, ostatnie czego nam teraz trzeba to kalekie dziecko. Jeden kokos daje ponad litr wody (nie smakuje najlepiej, ale w obecnych warunkach ciężko narzekać), ale rozłupanie go ostrymi kamieniami zajmuje z niemała dwie godziny (chociaż mój zegarek od kilku dni leży na dni, szlag by to trafił!). poza tym chciałem mieć choć chwilę spokoju. Mogłem wysłać tam Lindę – może w tym buszu są jakieś żmije gryzące trującym jadem, a na jedną z nich trafiłaby przypadkiem moja żona, che che. W każdym bądź razie gdyby nie fakt, że jesteśmy tu uwięzieni, ta wyspa byłaby niemalże rajem na ziemi. Niespełna dziewięćdziesiąt stóp od brzegu jest niewielki pagórek, który do tej pory jedynie zasłaniał nam widoczność, ale na jego zachodnim zboczu rosną owoce, które znałem jeszcze zza czasów mojego życia wśród cywilizacji. Nazrywałem kilka pomarańczy dla Todda, chociaż wiem, że ich nie znosi, ale życie na bezludnej wyspie nie oznacza od razu, że można zrezygnować ze zdrowego odżywiania. W Arizonie wmuszaliśmy je w niego, polewając je obficie czekoladą. Może jutro uda mi się znaleźć jakieś drzewa kakaowca, powinien chociaż trochę nadawać się do podrabiania pełno mlecznej czekolady. Wziąłem też kilka bananów. Podobno zawierają dużo wody. Bark boli mnie coraz bardziej.
24 marca. Poszedłem dziś spowrotem na wzgórze. Linda upierała się, żebym pokazał jej, gdzie znalazłem owoce, a ona przyniosłaby je na plażę. Powiedziałem jej, żeby pilnowała Todda. Kazałem im ułożyć napis POMOCY, dziwne, że do tej pory jeszcze nikt z nas się tym nie zajął. Nie mogłem jej pozwolić, żeby poszła na wzgórze. Tam jest moje miejsce.
Część 22 / 2
24/25 marca. Udają, że śpią, ale wiem, że coś knują. Todd jest jeszcze dzieckiem, więc w pojedynkę jest dla mnie niegroźny. Ale Linda pilnuje go, kiedy mnie nie ma, i ma czas – o tak, ma bardzo dużo czasu, żeby go nastawić przeciw mnie. Ta suka namawia mojego syna, żeby mnie nienawidził! Wiem, że chcą się zostać za wzgórze. Muszę ich pilnować. Mogłem nie dawać im tych owoców, mogłem udawać, że nic tam nie znalazłem. Teraz Linda nie da mi spokoju, będzie chciała sama iść zobaczyć mój Eden, a jeśli tam pójdzie... Muszę ją powstrzymać.
25 marca. Zatemperowałem ołówek o skraj kamienia. Chyba zaczynam się powoli przystosowywać do życia rytmem tej wyspy. Nie znalazłem co prawda czekolady, ale cudem za wzgórzem znajdowało się drzewo kakaowca. Dwoma kamieniami udało się zetrzeć owoce na słodki proszek i – o dziwo – Todd nawet nie mrugnął. Przypomniał mi się dziś ten film, gdzie Tom Hanks obliczał, jak daleko się znajdował i okazało się, że nie sięga go zakres poszukiwań. Przydałaby mi się ta umiejętność. Przed południem znalazł na wybrzeżu trochę rzeczy z naszego pokładu. Większość do niczego się już nie nada, poza tym wcale nie mieliśmy przy sobie zaopatrzenia, które przydałoby się na bezludnej wyspie, ale może z czasem nadpłynie coś praktyczniejszego. Jak na ironię znalazła się nasza tratwa ratunkowa. Ostrzegłem Todda, żeby uważał na ostre metalowe części. W tym klimacie wyjątkowo łatwo o gangrenę nawet przy najmniejszym skaleczeniu, a wiadomo, że dzieciaki w jego wieku cały czas chodzą pokaleczone. Czasami zazdroszczę Robinsonowi, że był sam. Ja jestem z rodziną, ale ostatecznie chyba też nie powinienem narzekać.
Linda leżała w cieniu jednej z palm. Chciałem na nią nawrzeszczeć, że to niebezpieczne i może narobić nam wszystkim kłopotu. Ale wyglądała tak naturalnie i tak pociągająco, że po raz pierwszy od moich czterdziestych urodzin (założyła wtedy koronkową bieliznę, spod której niemal wszystko prześwitywało), naprawdę mnie podnieciła. Miała na sobie kremowy biustonosz i majtki tego samego koloru, a jej skóra miała delikatnie brązowy kolor. Rana na skroni po uderzeniu wydawała się jedynie dodawać jej uroku. Upewniłem się, czy Todd da sobie radę sam, na szczęście to bystry dzieciak. Mogliśmy spuścić go z oczu na kilka kwadransów i nie dać się o jego zdrowie. Ma sześć lat i właśnie znalazł się w piaskownicy, która miała co najmniej milę wzdłuż, który dzieciak by się nie cieszył? Całe szczęście nie rozpieszczaliśmy go tym mechanicznym chłamem, bo teraz mielibyśmy na głowie rozpieszczonego smarkacza. Zabrałem Lindę na wzgórze, ale nie odważyłem się zaprowadzić jej na zachodnie zbocze. Tam czai się coś złego, a przed tym chciałem ją uchronić. Kochaliśmy się wśród niskich krzaków, których nie pamiętałem nawet z lekcji geografii, mogliśmy zza nich widzieć Todda, kiedy biegał po wydmach. Nie zbliżał się do drzew kokosowych, dobry chłopak, udało nam się go wychować. Linda miała zrozumiałe opory przed uprawianiem seksu nieomal na oczach dziecka, ale Todd wydawał się być najmniej zainteresowany naszym zniknięciem i ani na chwilę nie przestał budować swoich fortec z piasku. Kiedy Linda miała orgazm wydawało mi się, że wstępuje w nią ta tajemnicza siła, która czaiła się dwadzieścia stóp dalej. Czułem, jak z przerażenia temperatura mojego ciała spadła o trzydzieści stopni. Nie mogę jej na to pozwolić. Nikt poza mną nie może przejść na drugą stronę wzniesienia. Pójdę tam nocą.
25/26 marca. Od kiedy zapadł zmrok wsłuchiwałem się w oddech Lindy. Gdyby Todd poszedł za mną, mógłbym sobie z nim jakoś poradzić. Tak przynajmniej uważam. Ale z Lindą mógłbym mieć problemy. Trzydziestodwuletnia kobieta potrafi się zbuntować a co najgorsze – potrafi obronić się sama, raniąc innych, i na pewno gdyby wyczuła zagrożenie z jego strony, nie zawahałaby się przed zadaniem mu śmiertelnego ciosu. Być może to mój ostatni wpis, więc postaram się wyjaśnić wszystko w miarę trzeźwo. O ile jestem w stanie to zrobić. Piszę przy bladym świetle księżyca, trzęsąc się z nerwów za każdym, jak ołówek za głośno skrobie po kartce. Za zachodnim zboczem są nie tylko owoce, jakich nie ma na żadnej zasranej wyspie na całym świecie. Tam naprawdę znajduje się Eden. Ale ten Eden nie jest ogródkiem tego Boga, którego znamy. Jego bram pilnuje inne bóstwo – Apo, bóg góry. Nie wiem, skąd znam jego imię, i to zaczyna mnie przerażać. Strzeże on wejścia na teren znajdujący się za wschodnim zboczem wzgórza, niewidoczny dla świata. Dopiero, gdy ujrzy się to na własne oczy można uwierzyć w ogrom mocy, która kryje się pomiędzy drzewami. Pomiędzy najzwyklejszymi z pozoru owocowymi drzewami, które rosną przecież wzdłuż całego równika, znajdują się trzy ścieżki. Te dwie, z lewej i prawej strony, prowadzą dalej w głąb lądu – tam nie ma żadnego niebezpieczeństwa, może z wyjątkiem much tse tse lub moskitów przenoszących tropikalne choroby, na które umiera rocznie milion małych murzyńskich dzieci, a w Ameryce do końca krótkiego życia siedzi się zamkniętym w izolatce, z rurkami w każdym otworze ciała. Ale te owady są niczym, prawdziwe niebezpieczeństwo kryje się na końcu środkowej drogi, u stóp posągu Apo, wysokiego na prawie sześćdziesiąt stóp i w całości zbudowanego ze złota. Gdy zobaczyłem go z daleka zacząłem obawiać się, że na wyspie nie jesteśmy sami i że mogą mieszkać tu kanibale. W końcu gdzieś muszą żyć, skoro tyle się o nich mówi, prawda? Nigdy nie wiadomo, gdzie człowieka rzuci, a faceci w trawiastych spódniczkach zjadający siebie nawzajem niekoniecznie muszą być przyjaźnie nastawieni na turystów, zwłaszcza, gdy postanowili zostać ich sąsiadami na czas nieograniczony. Im bliżej byłem posągu apo, tym więcej widziałem kości. Ludzkich kości. Raz nawet nadepnąłem na leżący w trawie piszczel. Chciałem krzyczeć, ale głas wiązł mi w gardle, więc parłem przed siebie z determinacją, której nigdy bym się po sobie nie spodziewał. Całe życie trzymałem się daleko od problemów, a teraz miałem wrażenie, że dobrowolnie pakuję się w oko cyklonu. Robiło mi się niedobrze na widok tych chaotycznie porozrzucanych szkieletów. Na samym środku udeptanej niegdyś na piasku drogi, której brzegi powoli zarastały bujnymi tropikalnymi trawami, leżał szkielet dziecka młodszego od Todda. Możliwe, że miało dwa lata, ale może mniej. Korpus wbrew wszelkim prawom natury był nietknięty, wszystkie kości były ze sobą ściśle spojone, chociaż ten groteskowy pomnik śmierci powinien rozpaść się po rozłożeniu się ostatniego ścięgna. Kości rąk i nóg leżały obok, nie były przymocowane do korpusu, ale wyglądało to, jakby (przed śmiercią) ktoś chciał wykręcić je wszystkie, by jak najbardziej zabolało. Nie mogło tego zrobić zwierzę, nawet najdziksze. Ono zostawiłoby z dziecka strzępy, zrównało ze ścierwem przejechanego na drodze zwierzęcia, ale tylko człowiek ma tak skoordynowane ruchy, aby skręcić wszystkie kości (swojemu) małemu dziecku, nie uszkadzając kręgosłupa na żadnym odcinku ani niczego przy tym nie łamiąc. Szkielet był prawie kompletny. Brakowało w nim jedynie głowy, a właściwie tego, co kiedyś nią było. Moje płuca mieściły w sobie tak ogromny ładunek energii, że chciałem wrzeszczeć tak długo i tak głośno, aż usłyszeliby ludzie na najbliższym lądzie i zabrali nas jak najdalej z tego piekła, ale z moich ust wydobywał się jedynie cienki pisk i gardłowy charchot zbliżony do oddechu starego palacza. Szedłem więc przed siebie, choć nogi mi drżały i były jak jedna wielka wibracja, a od nie wyzwolonego krzyku i pyłu moje gardło stało się tarką, na której nie było ani kropli śliny. Parłem naprzeciw, oszołomiony i opętany myślami o Apo jednocześnie. Przed oczami skakały mi czarne plamki, irytująco pulsowały mi skronie, ale musiałem zobaczyć co kryje się za tajemniczym monumentem, ukrytym w środku dżungli na opuszczonej wyspie, opuszczonym przez oczy ludzkie. Z bliska wydawał się być jeszcze potężniejszy. Możecie uznać mnie za wariata ( bo w końcu kto widząc ludzkie kości, zapuszcza się dalej?), ale z tego pomnika biła siła i charyzma, której nie można było odmówić. Na po łydkach Apo pozostały ciemnobrązowe smugi po zaschniętej krwi, która spływała niegdyś, ciągnąc się przez kostki, zahaczając o złota bransoletę z wygrawerowanymi napisami w jednym z tych pradawnych języków, aż do stóp, i tonąc w gorącym piasku. Dotknąłem go, aby sprawdzić, czy nie jest jedynie moją wyobraźnią. I wtedy zobaczyłem coś, co zatrzymało mi serce w biegu i zmroziło krew o dwadzieścia stopni. Widziałem młode, piękne kobiety, wijące się w lubieżnym tańcu przed tym posągiem i mężczyzn, którzy odurzali je palonymi ziołami, aby zmuszać je później do poddania się ich woli, do oddania swoich ciał w ręce przerażających, szkaradnych mężczyzn, którzy panowali nad nimi za pomocą tych magicznych oparów. Dziewczyny były naprawdę piękne, a ich piękno stawało się ich przekleństwem. Ręce jednego z mężczyzn były pokryte pękającymi wrzodami, z których płynęła gęsta ropa, jego twarz była niemal niewidoczna pod gnijącą skórą, a usta były czarną jamą wypełnioną spróchniałymi zębami. Jedną z dziewcząt gwałciło dwóch młodych chłopców, ciało jednego z nich było w całości pokryte ciemnymi znamionami, z których wyrastały długie kręcone włosy. Ona była chyba najpiękniejsza z nich wszystkich. Mogłaby mieć każdego mężczyznę, o którym by zamarzyła, gdy tymczasem nieświadomie padła ofiarą wyuzdanych potworów stworzonych na kształt człowieka. Na koniec została zabita, a jej ciało powoli rozczłonkowano – brali w tym udział wszyscy obecni, a była ich chyba setka. Krzyczeli podnieceni, rysując wokół ogniska swoje pogańskie znaki, używając do tego jej krwi. Widziałem też ogromny blask bijący z posągu, który kazał ludziom zabijać w ofierze własne dzieci i oddawać ich krew w ręce Apo. Matki z przerażającą obojętnością wykręcały karki swoim nowonarodzonym dzieciom, niektóre z nich przyprowadziły na miejsce tego krwawego rytuału dwójkę a nawet trójkę swoich dzieci. Te starsze przyglądały się, jak zabijano ich młodszych braci i siostry, jak spuszczano z ich ciał krew, którą wlewano do glinianych mis, które kobiety zanosiły później pod posąg, by natrzeć go ciemnoczerwoną cieczą, która spływała z ich rąk. Piasek wokół stał się wielką, czarną plamą. Później wracały, aby dokończyć dzieła z kolejnymi synami. Oderwałem rękę od posagu i obrazy znikły, jakby nigdy niebyłe. Głęboko westchnąłem, jakbym przez ostatnie kilka (godzin) minut nie oddychał. Bałem się obejrzeć za siebie, żeby nie przypomnieć sobie miejsca, gdzie dokonywano takich masakr. Musiałem jednak zawrócić na ścieżkę, aby wrócić do Lindy i Todda i nakazać im, rozkazać, jeszcze będę musiał to nawet ich zwiąże, byleby tylko żadne z nich nie zbliżało się do tego przeklętego miejsca. Biegłem po kościach tych niewinnych dziewczyn, małych dzieci, ofiar matek morderczyń i plugawych ojców, depcząc je i krusząc pod podeszwami moich butów. Uciekałem na ślepo, łapiąc zbyt rzadkie i zbyt głębokie oddechy i potykając się o wystające z ziemi korzenie, których – mógłbym przysiąc – wcześniej tam nie było. Gdy tylko zobaczyłem drzewa kokosowe, te, na których rosną tak ogromne owoce, zwolniłem. Upadłem w cieniu jednego z nich, rozkoszując się miękkim, nieskażonym pogańską krwią piasku. Nie miałem sił, żeby powiedzieć Lindzie, żeby trzymała się z dala od nieznanej strony wyspy.
Ocknąłem się po kilku godzinach. Może nawet kilkunastu, słońce zachodziło właśnie za horyzontem, a przecież nie poszedłem za wzgórze później niż w południe. Nie wiem, co się działo, kiedy moja świadomość broniła się przed obrazami, której wcześniej mi ukazała. Gdybym był lepszy z historii, może mógłbym wyjaśnić choć trochę dokładniej, skąd Apo wziął się na tej wyspie. Ale wiem jedynie, że był tu – był wszędzie – na długo, zanim pojawiliśmy się my albo inni ludzie. I on ma moc, która zmusza ludzi do robienia złych rzeczy innym. Może w ten sposób udało się