Horror · 19 min czytania
Pozory
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na zewnątrz panował posępny mrok. Siedziałem przy otwartym oknie i paliłem skręta z nadzieją, że matka nie wróci wcześniej do domu. Niecierpliwie wyczekiwałem śniegu. Chciałem, żeby było nieco jaśniej. Poza tym pragnąłem ujrzeć ślady i upewnić się, że ktoś jednak wchodzi do domu obok. Właściciele byli zwyczajnym małżeństwem, które podobno potrzebowało nowego miejsca dla urozmaicenia życia, jednak rok po kupieniu posiadłości otrzymali w spadku inną nieruchomość w lepszym stanie, więc wyjechali. Przez jakiś czas sporadycznie wracali, lecz od niemal roku dom stał kompletnie opuszczony. Tyle dowiedziałem się od sąsiadów. Często miałem wrażenie, że słyszę tam rąbanie w ściany, przeraźliwe łkania i inne, równie przerażające odgłosy. Początkowo myślałem, że to wina wiatru albo słuchowe omamy, ale z każdym dniem utwierdzałem się w przekonaniu, że w tej posiadłości kryje się coś złego. Wprowadziliśmy się do Providence dwa miesiące temu. Zajęliśmy niewielki domek na Angel Street pięćset dziewięćdziesiąt sześć. Dlaczego się przeprowadziliśmy? Mój ojciec był alkoholikiem i furiatem. Po kilkuletniej batalii matka udowodniła wszystko w sądzie i obiecała, że zaczniemy nowe życie z dala od miejsc przypominających tamten smutny okres. Czasem spotykałem się z nim gdzieś na mieście. Wciąż prosił, żebym namówił matkę do powrotu. Przysięgał, że naprawdę się zmienił. Szkoda, że zbyt późno. Nie czułem do niego nienawiści. Może trochę żalu. Powinien pogodzić się z tym, że zabił nasze dobre relacje, a ja nie potrafię ich odbudować albo raczej wskrzesić, bo są kompletnie martwe. Zbyt wiele zrobił złego. Nie odwiedzałem go i nie zrobię tego nigdy. Miałem tam niewielu znajomych, dla których byłoby warto wrócić. Nie zamierzałem budzić niechcianych wspomnień. Dużo bardziej podobało mi się tutaj. Na ulicach widywałem sporo ładnych dziewczyn, a znajomi w szkole okazali się równymi kolesiami. Bez problemu zaopatrywałem się w trawę. Uważałem, że lepiej czasem zapalić na rozluźnienie niż chodzić do tych wszystkich psychologów jak matka. Wciąż była strasznie nerwowa. Przyjmowała coraz więcej leków, lecz nie dostrzegłem żadnej poprawy i ona chyba też nie czuła się ani trochę lepiej jednak wciąż łykała te wszystkie świństwa. Niech robi jak uważa. Ostatnio przestałem się tym przejmować a moje myśli ciągle krążyły wokół sąsiedniego budynku. Czy miejsce to naprawdę kryło jakąś okropną tajemnicę? Postanowiłem, że najlepiej będzie spróbować dostać się do środka i wnikliwie zbadać każdy kąt. Zrobię tak, kiedy zacznie padać pierwszy śnieg, chociaż może nie ma sensu odwlekać i najlepiej wyruszyć jutro albo nawet dziś? Nie. Na szczęście palenie uspokoiło mnie na tyle, że nie miałem nawet ochoty na dalsze myślenie. Zjadłem kolację i poszedłem spać. Zbudziłem się po godzinie w towarzystwie dziwnego niepokoju. Koszmarny sen sprawiał wrażenie wyjątkowo realnego. Stałem w mroku a jakaś niewidzialna istota szeptała coś w okropnie brzmiącym języku. Wokół mej szyi owinęło się coś giętkiego, lepkiego i niezwykle silnego. Mimo odzyskania świadomości miałem wrażenie, że coś rzeczywiście próbowało mnie przed chwilą udusić. Matka już wróciła. Brała kąpiel. Zapaliłem lampkę stojącą na nocnym stoliku. Zajrzałem pod łóżko i do szafy. Nie wiem po co. Zgasiłem światło i podszedłem do okna. Może naprawdę powinienem przestać palić? Pragnąłem ujrzeć coś niesamowitego, aby potwierdzić przypuszczenia. Czy rządna takiego widoku psychika wytworzy upragnioną halucynację? Przez chwilę wydawało mi się, że z ciemności wyłoniła się chmura płomieni. Widok nie był przerażający, więc niezbyt się tym przejąłem. Wróciłem do łóżka. Reszta nocy minęła spokojnie. Rano niechętnie ruszyłem do szkoły, gdzie zacząłem dokładnie planować przeczesanie sąsiedniego domu. Popołudniu stanąłem przed jego frontowymi drzwiami. Nigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek tu wchodził, lecz w pobliżu dostrzegłem sporo śladów w obie strony do samych drzwi, więc ktoś musiał pokonać próg tej cholernej posiadłości . Fakt nie ulegał wątpliwości. Zastanawiało mnie tylko, gdzie tak ubłocił buty. Na dworze było sucho i od dawana nie padało. Wróciłem do domu. Postanowiłem wypytać matkę o sąsiednią posesję. Pewnie nie będzie niczego wiedziała, ale lepsze jakiekolwiek działanie niż bezczynność. Zapomniałem, że pracuje na popołudniowej zmianie. Na stole zostawiła kartkę z wyświechtaną formułką o dobrym dniu oraz informacją o obiedzie. Przed odgrzaniem zupy zapaliłem skręta na lepszy apetyt i poprawę humoru. Może wypytam sąsiadów albo od razu spróbuję wejść do opuszczonego domostwa? Nie wiem. Najpierw zjem i trochę posprzątam. Zacząłem od zbędnej już kartki. Po wrzuceniu jej do śmietnika dojrzałem na drugiej stronie zdanie spisane na czerwono. Wyciągnąłem papier z niemal pustego jeszcze kosza i przeczytałem zdziwiony: „ Nie umarło, co spoczywać w uśpieniu wieki całe może, a czasu upływ i śmierć nawet zmoże”. Głupi żart? Pismo było zupełnie inne niż na drugiej stronie. Od razu pomyślałem o upiornym domostwie. Włożyłem kartkę do kieszeni i niemal pobiegłem w stronę wyjścia. Nie chciałem przebywać sam. Na szczęście było jeszcze jasno. Próbowałem znaleźć jakikolwiek znak na froncie opuszczonej posesji, coś świadczącego o obecności tam kogokolwiek. Nowy brud na poręczy albo schodach prowadzących do frontowych drzwi, czy otwarte okno. Zdawało mi się że, ktoś przesunął zasłonę. Zdawało czy rzeczywiście ktoś był w środku? Jak ten ktoś wszedł do mego domu i dopisał dziwną wiadomość? A może to żart mamy? Nie wiem, ale raczej nie. – Źle się czujesz młody człowieku? Usłyszałem i aż podskoczyłem. Obróciłem się, przekonany, że ujrzę krwiożerczą bestię gotową mnie zaraz rozszarpać. Był to tylko sąsiad. Stary pan Ligotti. – Dzień dobry – rzuciłem z uśmiechem. Widok strasznie pomarszczonej i smutnej twarzy zawsze mnie odrzucał, lecz dziś przyniósł ogromną radość. – Wydawało mi się, że ktoś jest w tym domu – wskazałem opuszczoną posesję. – Jest zima. Ubrałbyś chociaż buty. – Zmierzył mnie groźnym spojrzeniem. – O kurtce nie wspominając. I nie pal więcej tego gówna. Nikogo tam nie ma, to tylko twoje urojenia, a ślady zrobił jakiś pies. – Skąd pan wie, że – zacząłem, lecz pan Ligotti machnął ręką, obrócił się i po prostu sobie poszedł z powrotem do domu. Początkowo chciałem iść za nim, lecz nie miałem odwagi. Pewnie widział przez okno. Tylko skąd wiedział, że to nie papierosy? Skoro jeszcze nie powiedział matce, to może już tego nie zrobi? Oby. Również wróciłem do siebie. Wybiegnięcie w samych kapciach było głupotą. Nie zamknąłem nawet drzwi. Jeszcze raz spojrzałem na kartkę. Napis wciąż tam widniał. Mogłem tylko czekać na powrót mamy. Nie miałem apetytu. Skąd wiedział, że w tamtym budynku na pewno nikogo nie ma? Czyżby działał razem z tajemniczymi istotami? Ostatnimi czasy odgłosy ustały. Podejrzewali, że coś odkryłem? Nie jestem w stanie opisać, jaki ogarnął mnie nastrój. Nie jestem w stanie racjonalnie myśleć ani niczego sensownego zaplanować. Spaliłem jeszcze jednego skręta i zasnąłem. Bez zbędnych snów. Zbudziłem się wypoczęty, lecz niepokój pozostał. Matka była już w domu. Zaraz wszystko się wyjaśni. Zignorowałem wyrzuty o niezjedzonym obiedzie i włożyłem dłoń od kieszeni, gdzie powinna być kartka. Powinna. Sprawdziłem wszystkie kieszenie, a potem wróciłem do łóżka, żeby upewnić się, że zniknęła. Po co w ogóle się kładłem? Byłem na siebie zły. Cholernie zły. Pan Ligotti miał rację, nie powinienem tyle palić. Postanowiłem go odwiedzić i zrobiłem to kolejnego dnia, zaraz po szkole. Drzwi otwarła jego żona. Równie siwa i pomarszczona, jednak jakby bardziej pełna życia. Przynajmniej oczy miała radosne. –Mąż wyjechał trzy dni temu na pogrzeb do Detroit. Mam coś przekazać? W sumie mogę zadzwonić, albo dać ci numer. Może wejdziesz do środka? – Na pewno trzy dni temu? – zapytałem zdziwiony. Staruszka przytaknęła i zaprosiła mnie na herbatę. Grzecznie odmówiłem. Bałem się, że działa z nimi w zmowie i spróbuje mnie otruć. Co teraz pocznę? Co to miało znaczyć? Jak to kurwa wyjechał? Byłem zbyt przerażony na wtargnięcie do opuszczonej posesji, lecz wiedziałem, że muszę to zrobić jak najprędzej, bo niedługo mogę całkowicie postradać zmysły. Przed wejściem do domu ujrzałem błotniste ślady. Niemal te same, co przed opuszczonym domem. Prowadziły prosto do frontowych drzwi. Moich frontowych drzwi! Nikt nie mógł przecież wejść. Mieliśmy tylko dwie pary kluczy. Wyciągnąłem komórkę i drżącymi dłońmi wybrałem matkę z listy kontaktów. Spytałem, czy jest w domu i... – Halo! Kochanie? Przecież wiesz, że jestem w pracy. Coś się stało? Dlaczego cię tak zamurowało? Powiedziałem, że wszystko w porządku, coś mi się przywidziało, ale już wszystko okej. Rozłączyłem się i głośno westchnąłem. Niechętnie otworzyłem drzwi na oścież. Przedpokój był pozbawiony śladów. Cokolwiek chciało się tu dostać, nie zrobiło tego. Chyba. W jaki sposób zniknęła kartka? Naprawdę spotkałem pana Ligottiego? Może był halucynacją, albo żona pomagała im ukrywać tajemnicę opuszczonego domu? Miałem coraz więcej pytań i coraz mniej chęci na zagłębienie spawy. Dlaczego musiało to spotkać właśnie mnie? Ostrożnie rozejrzałem się po przedpokoju. Podbiegłem do kuchni i zabrałem największy nóż. Na wszelki wypadek. Kolejnym…