Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 22 min czytania

Pracoholicy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PRACOHOLICY

Z takimi decyzjami było jak z rzucaniem palenia. Łatwo pomyśleć, trudniej zrealizować. Tym razem stawka była zupełnie inna niż w walce z nałogiem. O wiele większa. Musiał być bardziej stanowczy i pragnął właśnie takim być. Powinien zmienić pracę. Natychmiast. Szczerze mówiąc, Gordon już od dawna nie potrzebował zarobkować, ale tak jak nie wyobrażał sobie dnia bez papierosa, tak nie widział swego życia pozbawionego dotychczasowego zajęcia. Nie wiedział, czym mógłby zastąpić dreszczyk emocji towarzyszący planowaniu, przygotowywaniu i wreszcie realizowaniu kolejnego kontraktu. Każdy z nich był inny i jedyny w swoim rodzaju, nie groziła mu monotonia, na którą narzeka gros pracujących. W dodatku niewiele więcej umiał. Był wyjątkowo wąsko wyspecjalizowany. I co z tego? Wszystkie te argumenty bladły w obecności Rhondy. Trafiło go. Mocno. Zawsze uważał, że jest odporny i nieprzemakalny. Tego typu zauroczenia miał za wymysł nawiedzonych romantyków. Myślał, nie bez powodu zresztą, że jest twardzielem, ale okazało się, że na każdy pancerz znajdzie się odpowiednie ostrze. Nie widział innego rozwiązania. Musiał zmienić pracę.

Rhonda weszła do kuchni. Obserwował ją uważnie, nigdy nie syty jej widoku. Spojrzała na niego ukradkiem. Pomyślał, że pewnie było jej trochę głupio z powodu wczorajszego wieczoru. Niepotrzebnie. To jemu było przykro. Cholernie. Usiadła naprzeciwko. Skubnęła jednym zębem tosta. W końcu podniosła wzrok na mężczyznę. - Gniewasz się? Już wiedział. Bambi. Miała oczy filmowego jelonka. Ogromne i niewinne. Oczywiście, o ile istniała niebieskooka wersja zwierzaka. Utopił się w tym lazurowym spojrzeniu bez najmniejszych szans ratunku. Psiakrew, na starość stawał się poetą. I to nie za wysokich lotów. - Ani trochę – nie był wylewny. Pewnie z powodu trybu życia. Nigdy mu to nie przeszkadzało, a i jego pracodawcy bardzo cenili ten rys charakteru Gordona. - Okropnie mi głupio, że tak na ciebie wczoraj naskoczyłam. Nie wiedziałam, że też będę musiała wyjechać – w przeciwieństwie do partnera rzadko potrafiła zachować ciszę. To również w niej kochał. – Tak chciałam to zobaczyć. I znowu nam nie wyszło. - Za rok też jest luty. Nie przypuszczam, żeby mieli odwołać karnawał – planowali wyjazd do Rio. Już dawno jej to obiecał. Sam też nigdy nie był w Brazylii. Rzadko wyjeżdżał za granicę. Wolał prowadzić interesy w kraju. Beztroskie projekty spaliły na panewce. Zburzył je poprzedniego wieczoru jeden e-mail. Gordon nie spodziewał się, że aktualny kontrahent tak szybko i bez targów zaakceptuje warunki umowy. Widać sprawa nie cierpiała zwłoki. Nie miał wyjścia musiał przystąpić do realizacji projektu. Był na to gotowy, wstępne zabiegi rozpoczął już jakiś czas temu. Nie myślał jednak, że decyzje zapadną tak nagle. Rhonda nie była zadowolona. Nic dziwnego, dziewczyna już do kilku dni siedziała na walizkach. Co prawda obeszło się bez jałowych tyrad, ale na cały wieczór zapadła ciężka cisza. Rzecz u niej nietypowa i szalenie deprymująca Gordona. Nie spodziewał się, że brak jej nieustającej paplaniny tak go zdołuje. - Wrócę szybko, to najwyżej kilka dni. Skoczymy gdzieś na Karaiby – poczuł potrzebę zadośćuczynienia za sprawiony zawód. – Albo do Europy. Skrzywiła się naburmuszona jak mała dziewczynka której odmówiono lizaka. Wzruszyła ramionami. - No to do Nepalu – wystrzelił w ciemno. Wybałuszyła na niego oczy. - No, teraz to wymyśliłeś! Zimy i śniegu mam wystarczająco dużo tutaj – wskazała nosem widok za oknem. Faktycznie. Trawiaste stoki i wrzosowiska Vermontu grubo pokryła warstwa białego puchu. Stare klony, aż przygarbiły się pod ciężarem śnieżnych czap. Było pięknie. Oczywiście, dla kogoś kto lubi zimę. Rhonda nie była jedną z tych dziwnych osób.

- Miałeś rację. Powinniśmy gdzieś pojechać. Tylko praca i praca – siorbnęła odrobinę mleka z kartonu. – Zrób mi kawy. Muszę się ubrać. Wyszła zrzucając po drodze koszulę Gordona. Zawsze w niej spała gdy się poprztykali. Zazwyczaj występowała w sypialni w czymś bardziej frywolnym. Nigdy jej nie powiedział, że żadne z tych zabawnych przebrań nie kręciło go tak, jak jej widok właśnie w jednej z jego koszul. Wyszła z kuchni kołysząc biodrami. Nie było w tym niczego wyzywającego, ani prowokującego. Ta nagość była tak naturalna i niewinna, jak każde inne z jej zachowań. Taka po prostu była. Zwykła dziewczyna z zagubionej w łanach kukurydzy farmy, gdzieś na środkowym zachodzie. - Dokąd cię teraz wysyłają? – Gordon nalewał ostrożnie kawę. - Do Cincinnati. Mamy obsługiwać jakiś wielki zjazd przemysłowców. Rhonda po przyjeździe na wschodnie wybrzeże próbowała sił w różnych branżach. Bez powodzenia. Nie została modelką, aktorką, ani tancerką. Także stewardesą. Może nie potrafiła się w odpowiedni sposób wylansować. I bardzo dobrze. Udało się jej w końcu zatrudnić w wielkiej i renomowanej agencji hostess. Pracowała na terenie całego kraju i nie tylko. Zarabiała znakomicie. - Podrzucę cię do Bostonu – zaproponował ostrożnie, mając nadzieję, że nie skorzysta z propozycji. Gdyby ją przyjęła trochę skomplikowałoby mu to plany. - Dzięki, ale przyjadą po mnie Kate i Raquel. Z Bostonu polecimy samolotem. Przy okazji wpadnę do domu. Tak naprawdę nie mieszkali razem. Każde z nich miało swoje cztery kąty. Gordon nawet kilka ich zestawów, ale Rhonda nie miała o tym pojęcia. Bywała tylko w jego bostońskim lokum, a dom w zacisznym Vermoncie przedstawił jej jako spadek po dziadkach. W rzeczywistości jego rodzina pochodziła z głębokiego południa i Gordon nie dałby centa za to, że jego antenaci w ogóle widzieli śnieg. Może właśnie dlatego kupił tę niewielką posiadłość, by spędzać w niej mroźne poranki i długie zimowe wieczory, ciągle zafascynowany widokiem pokrytych białym puchem wzgórz. Uwielbiał to miejsce. Za to coraz mniej podobało mu się ich osobne życie. Nie chciał widywać się z Rhondą tylko podczas weekendów i krótkich chwil, gdy akurat nie byli zajęci pracą. Jak nigdy do tej pory miał dosyć samotniczej wegetacji. - Długo tam będziesz? – zbierała do wielkiej torby niezliczone drobiazgi, bez których nie potrafiła się obyć. Przeznaczenie większości z nich pozostawało dla Gordona zagadką. - Nie wiem dokładnie, ale pewnie dwa, trzy dni. Zorientuję się na miejscu i zadzwonię do ciebie. Będzie próbowała, ale z pewnością się jej to nie uda. Choćby dlatego, że nie będzie miał ze sobą telefonu. - Wątpię, czy będzie tam zasięg. Spojrzała na niego z zainteresowaniem. - Właściwie, to gdzie cię tym razem wysyłają? Spodziewał się tego pytania. Uśmiechnął się tajemniczo. - Chcesz wyciągnąć ze mnie tajemnice służbowe? Wzruszyła ostentacyjnie ramionami. - Jeśli nie możesz, to nie mów. - Daj spokój. Nie pracuję przecież w CIA. Uśmiechnęła się przekornie. - A kto cię tam wie – wbiła w Gordona błękitne spojrzenie. – No więc gdzie? Ciężko mu było kłamać pod taką presją. Nikt nie powiedział, że będzie lekko. Lata praktyki zrobiły jednak swoje. - Do Minnesoty, park Chippewa. - Znów wyzdychały jakieś żuczki, albo ktoś wyciął rzadką choinkę? – Rhonda przekonana była, że Gordon pracuje dla Agencji Ochrony Środowiska. I tak miało być. To była wygodna tożsamość. Właśnie niej używał najczęściej. - Przecież wiesz, że nie zajmuję się takimi rzeczami – udał, że poczuł się dotknięty jej lekceważącym tonem. Wiedział jak dumna była z jego domniemanej działalności i pracy, aż trochę było mu szkoda, że były fikcją. Uniosła się lekko. Pocałowała go delikatnie w usta. - No już dobrze, wiem, wiem. Jedź ratować Matkę Ziemię. Opadła z powrotem na kolana powracając do pakowania. Patrzył jak upychała fatałaszki bez ładu i składu. Dla takiego perfekcjonisty jak on było to nie do pojęcia, ale o dziwo jej bałaganiarstwo wcale go nie irytowało. Zmarszczyła śmiesznie nos spoglądając na kłębek pomieszanych pończoch. Zaczęła je po kolei naciągać na dłoń sprawdzając uważnie ich stan. - Wyrzuć to. Kupię ci nowe – wzruszył ramionami. Parsknęła zniecierpliwiona. - Głupi. To jedwabne pończochy. Milioner się znalazł. Może by się i znalazł. - Chodzisz do pracy w jedwabnych pończochach? Popatrzyła na niego z ubolewaniem. - A ty biegasz po swoich lasach w papuciach i domowym pulowerku? - Nie, ale nie zakładam garnituru z Savile Row. - To mój strój roboczy. W moim zawodzie mam być nie tylko opiekuńcza i wzbudzać zaufanie, ale też powinnam wyglądać szykownie i …seksownie – zachichotała. Poczuł ukłucie irracjonalnej zazdrości. Pogroził jej palcem. - Najseksowniej wyglądasz w tym swoim firmowym mundurku. Masz go tu? - Po co miałam go przywozić? Jest w Bostonie. Zabiorę go po drodze. - Naprawdę wyglądasz w nim jak stewardesa – wypalił i natychmiast ugryzł się w język. Posmutniała. To było jej wielkie marzenie i wielka porażka. - Jak na stewardesę nisko latam… Gordon objął ją niezdarnie ramieniem. Kiepski był w okazywaniu uczuć. Jeszcze gorszy w pocieszaniu. - Kiedyś polecisz. Możesz znowu spróbować – wydukał. - Nie mogę. Nie chcę – już bez słowa wróciła do swoich dotychczasowych czynności. – Idź już. Też powinieneś się spakować. Nie musiał. Zawsze był spakowany. W niewielkiej sportowej torbie miał zmianę ubrania i miejsce na kilka drobiazgów, na przykład ulubionego Glocka. Posiadał go zupełnie legalnie. Urzędnikowi państwowej agencji przysługiwała broń służbowa. Wszedł do salonu. Ogień w kominku przygasał. Chciał dorzucić do paleniska, gdy kątem oka zauważył rozświetlony ekran laptopa. Przyszła wiadomość. Wpisał skomplikowany kod. Otworzył pocztę. Przez chwilę wpatrywał się bez ruchu w treść przesyłki. Chyba nie będzie już musiał dokładać do ognia. Kontrahent uruchomił część ustalonych środków finansowych, a to oznaczało, że musiał przystąpić do realizacji zamówienia. Najbliższa okazja by je sfinalizować nadarzała się już pojutrze, a to oznaczało, że powinien natychmiast ruszać. Wrócił do sypialni. Rhonda siedziała na łóżku obok nie do końca spakowanej torby. Ukryła twarz w dłoniach rąk opartych na kolanach. Płakała? Widział tylko szopę blond włosów zasłaniających całkowicie jej oblicze. Zatrzymał się zaskoczony. Czyżby się czegoś dowiedziała? Domyślała? Niemożliwe. Powie-działaby. Była szczera i bezpośrednia; aż do bólu. Czasem zastanawiał się, czy w ogóle potrafiła kłamać. Ufał jej jak nigdy nikomu. Było to uczucie zupełnie mu dotąd nieznane. W jego zawodzie absolutnie niedopuszczalne, wręcz samobójcze, jednak ku swemu zdumieniu czuł się dobrze z tym nowo nabytym doświadczeniem. Za nic nie chciał zawieść jej zaufania. A zawodził. Codziennie. Tak jak teraz. Wycofał się cicho. Musiał zapalić. Ubrał się i wyszedł na zewnątrz. Słońce powoli podnosiło się ponad wierzchołki drzew, nadal zbyt słabe, aby oślepiać odbitym od śniegu blaskiem, ale już wystarczająco potężne by rozświetlić niebo złotem. Powietrze traciło z wolna krzepkość nocnego mrozu. Było cicho, najmniejszy powiew nie poruszał konarami drzew brzemiennych śnieżnymi czapami. Zapowiadał się piękny dzień.

Do Filadelfii dojechał późnym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%