Fantasy · 11 min czytania
Pradawne Zabawki
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wysokie, poszarpane skały przykryte wiecznym lodem wściekle jęczały podmuchami, nie dając przepustu żadnym stworzeniom pragnącym schronienia przed nadchodzącym świtem. Od wieków nie zmienił się tutejszy rytuał natury. Szczelina, na wzór pyska bestii, rozwierała kamienne śliskie kły tak by biały jęzor mógł spokojnie wypłynąć ku południowemu zachodowi. Zarazem wpadające wiatry uderzając ślepo do gardzieli nabierały szybkości, zmieniając się w straszliwe wichury które odłamując sople lodu tworzyły obłoki ostrzy. W momencie wspólne elementy zimy oraz gór jednoczyły swe prawidłowości stając się ostateczną pułapką dla każdej istoty. Kanion ten nazwano Śmiertelnym Uściskiem i była to najszybsza droga wiodąca ku szlakom Odważnych. Gdzieś na bocznej krawędzi od stronie równiny Bereskotu cztery postacie walczyły z czasem oraz śnieżną zawieją. Każda chwila była niezmiernie ważna, bowiem przybliżała powstanie słońc a tym samym roztopów, które naruszą ogromne iglice dla uciechy wiatru. W ciągu minut dziesiątki kawałków zamarzniętego szkła przemienią wszystko co nie jest twardą skałą w walające się resztki. – Nie dotrzemy do pieczar Krzykaczy! Musimy przenocować w jaskiniach Pradawnych. – wywrzeszczał krasnal. Lecz jego towarzysz, chociaż był dwa kroki od niego, prawie nic nie usłyszał. Więc ino kiwnął zgodnie głową i instynktownie szarpnął za linię łączącą grupę, ponaglając tym samym dwóch pozostałych kompanów. Wszystkie Dworwy okryte były grubymi warstwami popielatych futer, na głowach nosiły zdobne maski grzewcze zaś twarze ich nikły pod ogromnymi, przylegającymi ciasno do oczodołów, binoklami. Cała gromada przylegając do ściany przełęczy, przyśpieszyła kroku mimo zmęczenia i obaw. Zgranie zlewające się z zaufaniem było niezwykle ważne w takich chwilach i świadczyło o profesjonalizmie który pozwalał przeżyć. A dzięki temu że wszyscy przepasani byli linami, które mocowano stalowymi kołkami wśród skał, znacznie zmniejszali oni szansę zostania wypchniętym przez podmuchy lub zgubionym w pyle gęstego szarego puchu. Taki układ miał jeszcze jeden aspekt, jako że zacieśniając więzi oraz braterskie konszachty w grupie, budował poczucie bezpieczeństwa i jedności. Bowiem każdy Dworw Podgórski wiedział iż przyjaciel jest ważniejszy niż wszelakie dobro jakie posiadał. Doskonale pamiętając nauki pierwszej wyprawy ze swym towarzyszem. Gdy ino w futrach, z drewnianymi włóczniami o kamiennych grotach, przepasani krótkimi linami, niczym ludzie księżyca, młodzi członkowie klanu zmagali się przez kilka tygodni z przyrodą. Dlatego też lina była synonimem całkowitego poświęcenia jak i bliskości łączącej rodziny a także przyjaciół.
– Sznur znowu nas uchronił! Niech cześć będzie tym którzy go wyrobili w pocie czoła, oraz ich dzieciom które będą kontynuować trud ojców.. – zainkantował znaną modlitwę Dworw, a reszta odparła zgodnie na wezwanie. – ..Tak teraz i w chwili próby. – Następnie krasnale powróciły do swoich obowiązków, a godzinę później całe towarzystwo spało wygodnie w kokonach ze skór i torb grzewczych.
Duszne powietrze wypełniało całą wnękę jaskini, jednej z dziesiątek pozostawionych władzy czasu i lodu. Jednakże ta grota była wyjątkową. Nazywano ją jaskinią Przodków lub Pradawnych a to dlatego że w jej głębi, poza skutą lodem powierzchnią, od niepamiętnych zim tkwiła z poszarpanego iglicami sufitu tajemnicza konstrukcja. Sama w sobie przypominał część jakiegoś zapomnianego Dworwskiego Klasztoru, jak Mern czy Labev, zostawionego za Królestwa Północy gdy jednak przyglądano się jej czarnej, gładkiej szkłem powierzchni, dostrzegano osobliwy nie krasnoludzi charakter budowli z prehistorii. Regh zbudził się. W mroku zauważył delikatną żółtawą poświatę bijącą zza szklanych pojemników obitych zdobionym metalem. Przymknął oczy ale krople potu irytująco spłynęły mu po kościstej twarzy, drażniąc zmysły skóry. Regh szczerze nienawidził takich chwil. Wręcz był przeczulony na tym punkcie. Zwłaszcza teraz, gdy będąc w wieku młodzieńczego przekwitania, jego skóra wchodząc w reakcję z wodą reagowała uczuciem pieczenia przemiennego ze swędem. Wpierw więc pomyślał że niefortunnie ułożył się nad topniejącym kawałkiem lodu, ale szybko zauważył że temperatura na zewnątrz nie powinna być aż tak wysoka, by coś miało się roztapiać. Uchylił wieko „jaja”, jak nazywano skórzany i hydraulicznie ogrzewany śpiwór, przetarł czoło a silny zapach, ten sam który odpychał inne istoty od krasnali, odpowiedział na jego domniemania. Był spocony, od stóp po czubek głowy, tak że nawet jego szara, zdobiona liniami u spodu koszula w której zasnął, przylepiła się do jego ciała. – Niech to wszystko bies pożre! – zaklną głośno nie zważając na sen reszty przyjaciół. – Teraz będę się drapał przez kolejne dni jak zapchlony Hamaida. Parszywa jama. Parszywa sprawa i parszywi.. – tu nie skończył narzekać, bo w półmroku jego wzrok przykuty został delikatnymi ognikami w dali. Zauważył też że niema Cyruartha, którego skórzany kokon niedbale leżał przy reszcie tobołków. Regh nie wiedział ile jeszcze czasu zostało do zachodu słońc, zdawał też sobie sprawę iż nie zaśnie już. A że nie lubił samotności postanowił „przypadkiem” kogoś zbudzić. Podniósł jedną z lamp i odkręciwszy jakiś zawór przy niej, zalał mocniejszym, zielonym światłem Elirę i Fainghawa mając nadzieje że któreś się ocknie. Jednak spokojne twarze śpiących towarzyszy nie reagowały na duchoty, a co dopiero na delikatną łunę. Regh niepocieszony odszedł. – Tak śpijcie sobie, ciesząc się że nie