Kryminał · 29 min czytania
Prawda nie istnieje
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mariusz Sepioło PRAWDA NIE ISTNIEJE I
Życie w tej dzielnicy Nowego Jorku było szybkie, głośne i najczęściej, co stało się pod koniec lat 70. prawdziwą plagą – niezbyt długie. Żyj szybko, umrzyj młodo i zostaw po sobie przystojnego trupa – tej zasadzie młodzi mieszkańcy Tramps hołdowali od dzieciństwa. Młodym chłopcom nauka nie była potrzebna; jedyną książką, którą uznawali, a nawet czytali, była Biblia. Pismo Święte, dla młodych, rygorystycznie wychowanych Włochów z Tramps, było przede wszystkim spisem twardych zasad, według których należało postępować. Giordano, Vincent, czy Mario – każdy chłopak na wyrywki znał fragmenty Starego Testamentu, wzbudzając dumę dziadka, który kiedyś, w trudnych czasach przybył do tego wielkiego kraju za chlebem, założył szanowaną, sycylijską rodzinę, przeżył wojnę, wywołaną między innymi przez niechlubnego krajana Sycylijczyków z Tramps – niejakiego Mussoliniego – i zupełnie przypadkowo, z pucybuta, przerodził się w ojca nieźle prosperującej sycylijskiej mafii, która na ulicach Nowego Jorku radziła sobie o wiele lepiej, niż w ojczyźnie. Ale czasy nie zmieniły się przez następne dwie dekady. Po wojnie, ojcowie założyciele włoskiej emigracji „zarobkowej” we wschodnim Nowym Jorku, zaczęli być persona non grata, w państwie rozszalałego kapitalizmu, który niechętnie dzielił się zyskiem z pogrążonymi w szemranych interesach Włochami. Wszelkie przedsięwzięcia „biznesowe” należało zakończyć lub po prostu – tak odbywało się to w praktyce – zarejestrować interes legalny. I tak, Don Luigi stał się fryzjerem Luigim, Don Vincenzo kierowcą autobusu, a Don Francesco po prostu odszedł na upragnioną, amerykańską emeryturę. Skończyły się lata tłuste i nastały chude. Kult niezwyciężonego Ala Capone, odszedł do lamusa, a sam zainteresowany stał się jedynie bohaterem legend, książek i kiepskich filmów sensacyjnych. Najgorsze przyszło jednak wraz z pojawieniem się w Tramps – dotąd dzielnicy przeznaczonej tylko i wyłącznie dla „naturalizowanych” Amerykanów – pierwszych, rdzennie amerykańskich rodzin. Była to ludność uboga, przesiedlona z innych dzielnic Nowego Jorku, nie płacąca czynszu, jednym słowem uboga. Uczciwi i porządni Włosi, którzy o swój dobytek dbają bardziej niż o cokolwiek innego i bardziej niż ktokolwiek inny w tym kraju, mogli czuć się zagrożeni. To tak, jakby w czasie wojny secesyjnej (o której młody Alessandro dowiedział się na ulicy, słysząc sprzeczkę dwóch, małych Amerykanów, którzy obrzucali się przezwiskiem „jankesie!”) z Karoliny Płd. przesiedlić rodzinę tamtejszego generała do stanu Dakota. Przybysze, bo tak nazywani byli Amerykanie w dzielnicy Tramps, czuli się totalnie wyobcowani, mimo że żyli we własnym kraju. Ta sytuacja rodziła konflikty i bunty, przede wszystkim u młodych Amerykanów, którzy rywalizację z „makaroniarzami” traktowali jak wojnę. Młodzi chłopcy, którzy niedawno kończyli szkołę średnią, organizowali się w grupy, zbroili i tworzyli kontakty, których mogła im pozazdrościć nawet sycylijska starszyzna, naturalizowana po wojnie na „porządnych obywateli”. Włosi to jednak bardzo przedsiębiorczy naród. W myśl starej zasady „jeśli nie możesz ich pokonać, przyłącz się do nich”, początkujący gangsterzy postanowili zaprzyjaźnić z rosnącymi w siłę „białasami”. I tak, w wyniku wieloletnich zawirowań i zmian w społeczności biednej, nowojorskiej dzielnicy, powstał gang z Tramps. Proce ustąpiły miejsca pistoletom, nieśmiałe szarpanie dziewczynek zastąpiły gwałty, a Biblię - nowa wiara, że spokój i euforię daje tylko słynna heroina z Tramps.
II
Było upalne lato 1996 r. Szefem gangu z Tramps był wtedy niejaki Mickey Robinson. Mickey słynął z nienagannej fryzury, którą pielęgnował niezliczonymi ilościami brylantyny, rozprowadzanej przez podręczny, różowy grzebień, ukryty zawsze w tylnej kieszeni spodni, oraz z jednej, bardzo nieprzyjemnej cechy, którą zrażał do siebie przede wszystkim staruszków z dzielnicy. Mickey lubił strzelać do ludzi – zwłaszcza jeśli się tego nie spodziewają. Mickey stał na szczycie hierarchii gangu, która wykrystalizowała się na początku lat 90., kiedy to zmarł ostatni ze „starych” przywódców Tramps – Toni Sedano. Życie w Tramps po śmierci Toniego „Selera” zmieniło się na gorsze nawet dla tych, którzy pamiętają czasy powojenne. Na tron wstąpił Mickey, a wraz z nim, pojawiły się zabójstwa, gwałty i jego słynne narkotykowe tripy, podczas których wszyscy chowali się w swoich domach i barykadowali drzwi, aby uchronić się przed najazdem świty Mickiego. Takie odwiedziny zawsze kończyły się źle. Ale nigdy dla Mickiego. Mickey był człowiekiem bezwzględnym; pochodził z patologicznej rodziny Amerykanów. Otrzymał, delikatnie mówiąc, niepełne wychowanie. Znany był ze swoich drastycznych metod nie tylko w Tramps. Cały przestępczy Nowy Jork znał Mickiego; kobieciarza, pijaka, ćpuna i przede wszystkim bezwzględnego psychopatę, dla którego nie istniała litość. Od zawsze przyciągał typów tak samo pozbawionych sumienia jak on. Jego najbliższym zaufanym, a jednocześnie człowiekiem, na którym Mickey wyżywał się najrzadziej, był irlandzki imigrant Ray O'Hara. Ray również był słynny wśród ludności zamieszkującej obskurne bloki w Tramps. Słynął jednak z innego zamiłowania, które wpędzało go powoli do grobu. Można nawet powiedzieć, iż słabość ta kiedyś dosłownie wpędziła go do grobu, który za niespłacenie długów musiał sobie sam wykopać. Ray był namiętnym hazardzistą, uwielbiał ryzyko i adrenalinę; mawiał nawet, że chętnie zagrałby w rosyjską ruletkę, jeśli tylko Mickey by mu na to pozwolił. Ta dwójka niepodzielnie panowała nad Tramps i okolicami. Mówiło się, że nawet burmistrz Nowego Jorku musiał mieć znajomości z samym Mickim, co było oczywistą nieprawdą, z czasem przekształconą w mit „Mickiego Wszechmogącego”. Jak już wiadomo, kult Biblii został zastąpiony wśród sycylijskiej młodzieży kultem siły. Dlatego teraz w Tramps liczyła się tylko mafia, tylko Mickey. Młodzi chłopcy chcieli być tacy, jak ich idol; żądali od rodziców takich samych ubrań, poruszali się w ten sam sposób, tak samo przeczesywali mokre od brylantyny włosy. Szczególnym wiernym wielbicielem Mickiego był Luca Castellano – potomek Sycylijczyków, który z mlekiem matki wyssał zamiłowanie do interesów nie zawsze zgodnych z prawem. Luca miał dwadzieścia lat, był szczupły, wyglądał bardzo niewinnie i skromnie, co wyróżniało go z grupy wyrostków, z którymi spędzał całe dnie, włócząc się w poszukiwaniu wrażeń i łatwego zarobku. Mimo dosyć nikłej postury miał mocny charakter, bardzo rzadko odczuwał strach, zawsze stawał w obronie swoich „kumpli na śmierć i życie”. Spośród gromady chłopców wyróżniała go jeszcze jedna, ważna cecha – Luca współpracował z Mickim, swoim idolem i idolem tych młodych chłopaków, którzy dzięki temu podziwiali Lucę i uważali go za swojego lidera. Nie mieli wątpliwości kto przejmie schedę po Mickim. Luca od zawsze podziwiał szefa gangu z Tramps. Podziwiał go za odwagę, pewność siebie, no i pieniądze, które wydawał bez zastanowienia. Można nawet powiedzieć, że Luca w pewnym sensie go kochał. Dla biednego chłopaka Mickey był ideałem, mężczyzną zastępującym mu autorytet ojca. Ojca, którego Luca nigdy nie poznał. Chłopak gromadził informacje o Mickim, wiedział o nim wszystko. Dało to możliwość zbliżenia się do idola i pokazania, że Luca też coś potrafi i może być Mickiemu przydatny. Udało się w 1994 r. Luca sprawnie i szybko przewiózł powierzoną mu paczkę do dalekiej dzielnicy miasta i wrócił z całą zapłatą. Odtąd, Mickey stopniowo wciągał „zdolnego” chłopaka do swojej gry, kreując się na dobrotliwego bossa, ale jednocześnie ukrywając swoje prawdziwe oblicze, którego Luca wolał nie znać. Ważne, że pracował dla Mickiego. Pewnego lipcowego dnia, Luca otrzymał od duetu Mickey – Ray propozycję nie do odrzucenia. Miał uczestniczyć w napadzie na bank przy Washington Avenue. Mickey obiecał, że nie padną strzały, potwierdził to też Ray. Obiecał też coś jeszcze. Jeśli Luca wystawi ich do wiatru, albo pójdzie z tym na policję – skończy w foliowym worku. I tak rozpoczął się dramat młodego człowieka, którego losy mogły potoczyć się zupełnie inaczej, i który znalazł się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie i w towarzystwie nieodpowiednich ludzi. Choć kto wie, czy ów dramat nie zaczął się już wtedy, kiedy los rzucił Lucę w otchłań ciemnych, nowojorskich ulic, którymi od pięknych czasów prohibicji rządzą zasady ustalane przez mafię.
III
Był sierpień 1996. Żar lał się z nieba, a poczucie chaosu i zmęczenia zwiększały trąbiące nieustannie samochody, na zatłoczonej i czarnej od dymu Washington Avenue. Drobni biznesmeni stali w kolejkach do sklepów z coca – colą, która tego dnia była jednym z najbardziej pożądanych towarów mieście. Każdy kto zdobył wreszcie zroszoną kroplami zimnej wody puszkę tego rajskiego napoju, wykonywał niezmiennie te same, rytualne gesty: wydobycie puszki z życiodajnego automatu, podniesienie mieniącego się czerwienią przedmiotu do czoła, otarcie pulsujących skroni, szybkie otwarcie puszki i wykonanie pierwszego łyku. Ostatnia czynność, mimo iż najbardziej przyjemna, łączyła się z inną, nieco bardziej męczącą, ale jednocześnie niezbędną – wyszukaniem w ciasnej kieszeni spodni następnych kilkudziesięciu centów, służących do nabycia kolejnej puszki, tym razem będącej jedynie wyrazem zwykłej, ludzkiej zachłanności. Deptak wzdłuż Washington Avenue był dziś niezwykle ruchliwy. Wspomniani biznesmeni torowali sobie drogę czarnymi aktówkami, w której zazwyczaj znajdowało się po prostu drugie śniadanie, wbrew opinii „przyśmietnikowej” biedoty, która uważała, że takie walizki na pewno kryją w sobie jakieś pilnie strzeżone informacje lub niezliczone pliki pieniędzy. Tak więc przechodzili obok siebie bogacz z biedakiem i mierzyli się wzrokiem pełnym urojonych podejrzeń; biedak na pewno chce bogacza okraść, a bogacz niewątpliwie jest w posiadaniu informacji, które na zawsze odmieniłyby los biedaka i całej Ameryki. W rzeczywistości i bogacz, i biedak pragnęli jednego – schronienia przed morderczym upałem, jakiego obaj dawno nie widzieli w Nowym Jorku. Jednak w końcu drogi pijaczków i bogaczy rozdzielały się – biedacy zmierzali w kierunku cienia, bogacze w kierunku firm, redakcji, kancelarii, czy banków. Wszystkie te miejsca były niemiłosiernie rozgrzane i pełne spoconych ludzi, co dodatkowo deprymowało nowojorskich biznesmenów. Przed jednym z takich budynków, w tłumie przechodniów i w promieniach południowego słońca stali ludzie, którzy nie narzekali ani na upał, ani na tłum. Mickey, Ray i Luca przytupywali nerwowo przed gmachem, w którym mieścił się cel ich dzisiejszej podróży – bank Finance Union. Mickey dał znak i rozpoczęło się to, co wkrótce diametralnie zmieniło życie trzech mieszkańców biednej dzielnicy, we wschodnim Nowym Jorku. Drzwi pomieszczenia otworzył Ray – przy wejściu uderzyło go ciężkie, wilgotne powietrze, które wypełniał słodki niczym coca – cola zapach stłoczonych przy okienkach ludzi. Nic tak nie dodawało animuszu – mawiał Ray – jak mocny zapach przerażonych ludzi. Przypominali wtedy zwierzęta stadne, które w momencie zauważenia niebezpieczeństwa zbijają się w kupę, żeby wkrótce rozbiec się w panice na wszystkie strony. Teraz to Ray jest napastnikiem, a klienci banku zwierzyną. I chociaż celem tego polowania były pieniądze, to przyjemność „zawodową”, jaką czerpał z napadu Ray, było zastraszenie tłumu. Tuż za szerokimi plecami Raya szedł Mickey – w razie strzału ochroniarza to Ray będzie tarczą „bossa”. Tym razem, żadnej ochrony nie było. Pod skórzaną kurtką, zupełnie nie pasującą do aury tego dnia, ale za to idealnie dopasowaną do najnowszych spodni, Mickey trzymał małego colta, wbijającego się teraz boleśnie w żebro szefa gangu z Tramps. Rewolwer był tylko zabezpieczeniem; Mickey ustalił, że rewolwer nie zostanie użyty, bez konieczności. Za szefem stąpał ostrożnie Luca, który zastanawiał się teraz, kiedy Mickey uzna, że zaszła owa „konieczność”. Dokładnie po dwóch krokach od wejścia do banku, Mickey, Ray i Luca, również wyposażeni w małe rewolwery, nałożyli skórzane rękawiczki oraz czarne kominiarki na głowy, co wbrew przypuszczeniom Mickiego było błędem. Napastnicy powinie je założyć przed wejściem. Jedna sekunda nagrania z kamery umieszczonej nad drzwiami, pozwoli ustalić tożsamość sprawców. Tego Mickey nie przewidział. Nie przewidział też dalszych wypadków, które posypały się lawiną na głowy rabusiów z Tramps. Do głównego stanowiska podszedł Mickey. Kilkadziesiąt osób, znajdujących się w banku, stało nieruchomo z rękoma w górze, na stanowcze polecenie Raya, który teraz uważnie przyglądał się działającemu Mickiemu. Ten, przełykając głośno ślinę rzucił w kierunku bankowca, który siedział za oddzielonym od przestępcy grubą szybą biurkiem: Żadnych gwałtownych ruchów, a nikomu nie stanie się krzywda - pracownik nie wyglądał jednak na przestraszonego. W tej okolicy napady na jego bank zdarzały się częściej, niż myśli ten zbir, który teraz przed nim stoi i wypycha kieszeń palcem, myśląc, że go łatwo wystraszy. Nic z tych rzeczy. W takich sytuacjach należy zachować spokój i po wstępnym uporaniu się ze stresem (to bankowiec bardzo dobrze pamiętał z kursu „Jak przechytrzyć rabusia”) - wykorzystać mały, czerwony przycisk, ukryty pod blatem biurka i wezwać tym samym najbliższy oddział policji, który wkrótce przejmie kontrolę nad sytuacją. Tak też bankowiec zrobił. A teraz posłuchaj mnie bracie – Mickey miał w zwyczaju zwracać się do nieznajomych „bracie” - masz tu worek, w który teraz włożysz tyle kasy, ile ten rupieć zmieści. I nic więcej, ok? No, to teraz bracie, masz 60 sekund na pakowanie kasy i zmówienie modlitwy. Znasz modlitwę, trwającą 60 sekund? - zaśmiał się Mickey. Kasjer pozostawał spokojny, jakby nic się nie wydarzyło. Wkładał pieniądze do torby i patrzył prosto w oczy Mickiego. Ten zauważył jednak coś dziwnego, co na chwilę oderwało jego uwagę od kasjera. Na ekranie komputera, a właściwie w odbiciu ekranu w lustrze, znajdującym się za fotelem bankowca, Mickey dostrzegł dziwnie migoczący, czerwony napis. Mickey słabo