Inne · 40 min czytania
Prawda nie jest prawdą
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Na przystanku pod hotelem Novotel zatrzymała się „pięćset siedemnastka” i nastąpiła wymiana pasażerów: jedna masa wylała się na chodnik, a druga zajęła jej miejsce, w myśl zasady, iż natura nie znosi próżni. Zdyszana Nadzieja w ostatniej chwili wskoczyła do pojazdu; drzwi zamknęły się z piskiem i autobus pełen znużonych życiem ludzi ruszył.
Minąwszy palmę na Rondzie de Gaulle’a, dawny Dom Partii, przystanek Muzeum Narodowe, Muzeum Wojska Polskiego, delikatnie migoczącą światłami miasta Wisłę, Kebab Faraon, przystanek Rondo Waszyngtona, Stadion Narodowy, zachodnią ścianę Skaryszaka, przystanek Aleja Zieleniecka, Teatr Powszechny, i zostawiwszy w tyle most Średnicowy, po którym mozolnie sunął jakiś pociąg Kolei Mazowieckich, autobus po raz kolejny zatrzymał się. Przystanek Kijowska.
Nadzieja machinalnie wcisnęła przycisk otwierania drzwi i odwróciła się twarzą do wyjścia; nagle zdębiała, jakby ktoś wymierzył do niej z pistoletu. Drzwi otworzyły się. Na przystanku stała tylko jedna osoba: był to pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna, masywny, ze szpakowatym zarostem na twarzy, w granatowym polarze i ze skórzaną saszetką przy pasie. Przyglądała mu się ostrym wzrokiem niby pełnym żyletek, a on uśmiechał się do niej, odsłaniając swój komplet zębów uzupełniony idealnie dopasowaną protezą.
- Cześć, słonko – wybąkał po chwili.
Nadzieja nic nie odpowiedziała; stała, niczym uliczna latarnia, blokując wyjście z autobusu. W końcu jakaś babcia z powypychanymi siatami szturchnęła ją w plecy i ze złością w głosie burknęła:
- No wychodzi pani czy nie?
Nadzieja odpowiedziała babci czynem, to jest pośpiesznie opuściła autobus. Minęła mężczyznę w polarze, poprawiła przewieszoną przez ramię torbę i skręciła w Mackiewicza, udając się do wynajmowanego mieszkania.
*
W zamku zgrzytnęły klucze i do mieszkania wszedł wysoki, szczupły chłopak w okularach w zielonej oprawie na nosie. Rozebrał się i usiadł na kanapie obok Nadziei, która przeglądała fejsbuka.
- Cześć kochanie – przywitał się, całując ją.
- Hej – odparła Nadzieja i postawiła laptop na niewielkim stoliku. – Jak już jesteś, to coś do jedzenia zrobię. Na co masz ochotę?
- Bez znaczenia – odpowiedział chłopak. – Przecież wiesz, że wszystko zjem.
Chłopak uśmiechnął się i wzrokiem odprowadził piękną, drobną brunetkę do kuchni; następnie wziął do rąk tablet, położył się na kanapie i zaczął przeglądać wydarzenia z dnia.
Dziewczyna wyjęła z szafki dwa garnki; do jednego wlała zimną wodę, a do drugiego olej; oba postawiła na kuchenkę, ten z wodą przykryła pokrywką i włączyła palniki. Z zamrażalnika wyjęła mieszankę mrożonych warzyw i wsypała pół torebki do garnka z rozgrzanym olejem; pomieszała i skwierczenie ustało. Kiedy woda zaczęła bulgotać, wsypała do niej makaron w kształcie świderków i zabrała się za przyprawianie warzyw.
Po dwunastu minutach obiad był już gotowy.
- Kornel – krzyknęła do chłopaka. – Chodź już jest. Nałożone masz.
Część 22 / 6
Chłopak wstał i z tabletem w ręku wszedł do małej kuchenki, w której ledwo mieścił się stoliczek dla dwóch osób. Usiadł naprzeciwko Nadziei i zaczął szamać gorący makaron oblany pomidorowo-warzywnym sosem.
- Widziałaś to? – mruknął, przełykając kolejny kęs i wskazując na tablet.
Nadzieja rzuciła okiem na ekran urządzenia.
- Nie, jeszcze nie zdążyłam przeczytać – odparła.
- To słuchaj – bełkotał przez pełne usta. – Przeczytam ci.
Szybko wsunął makaron i zaczął czytać:
- „Warszawski Sąd oddalił wniosek przeciwko wydawcy niemieckiego dziennika Die Welt za użycie na łamach tego pisma nazwy >>polskie obozy<< […]”.
Kiedy skończył czytać artykuł, dodał:
- Widzisz to? Powiedz, kim są ci ludzie? Sami najemnicy Niemca i Ruska w tej władzy, kurwa. Niemce zakłamują historię, manipulują na łamach swoich gazetek, a polskie, tfu, jakie one polskie, a sądy w Polsce tylko oddalają wnioski. Przecież, to kurwa jak przyzwolenie na dalsze kłamstwa. Co to za sędzia? Jawne germańskie służalstwo sobą reprezentuje; skurwysyństwo i zdrada. Ukraińcy se z nas kpią, czcząc tego zbrodniarza Diaczenkę, co Polaków na Czerniakowie mordował w czasie Powstania, a dziś Niemce właściwie krzyczą, że to my holocaust zrobiliśmy. No, a pseudo polskie władze oczywiście milczą. No tak, bo w końcu premierostwo niemieckie, a prezydenctwo ruskie, to, co ich obchodzi Polska. I czemu ja się dziwię, dla nich wszystko jest okej. To się w głowie nie mieści, w jakim kraju my żyjemy; tfu, co ja mówię, kraj jest dobry, tylko ci rządzący, ci wszyscy przy korycie, to zwykłe chuje i zdrajcy narodu. Skurwysyny, no. Ze wschodu i z zachodu plują nam prosto w twarz, a oni wystawiają tylko mordę do nieba, udając, że to wiosenny kapuśniaczek kropi. Sprzedawczyki. Skurwiele.
Nadzieja milczała, spoglądając na wzburzonego chłopaka. Kornel znów zaczął śmigać palcami po ekranie tableta, przeglądając kolejne wiadomości.
- O i tą genderowską konwencje o zapobieganiu przemocy przegłosowali, senackie chuje – krzyknął po chwili. – Teraz tylko prezydent swoim łapskiem podpisze i załatwione… Boże, co oni robią z tym krajem, no powiedz? I sześciolatki też przegłosowali; odrzucili ten projekt ustawy Elbanowskich; no tak w końcu rok wcześniej skończą szkołę, to rok wcześniej zaczną podatki płacić. Mamy tak proobywatelski kraj, że ho, ho. Normalnie kpina z narodu.
- Daj spokój – odparła Nadzieja; wstała i włożyła puste talerze do zlewu. – Nie nakręcaj się tak, bo i tak nic nie zrobisz. Ja mam nadzieję, że oni wkrótce sami się wyniszczą. Nerwy tylko wrzody hodują, a powiedz, kto cię będzie potem z tego leczył? Ta służba zdrowia: „Najbliższy termin mamy za pięć lat”? Od NFZ-u nie doczekasz się pomocy, a na prywatną z pensji tysiąc dwieście, stać cię nie będzie.
- Może masz rację – mruknął Kornel. – W robocie stres, po robocie jak dowiaduję się, co z tym krajem nawyrabiali kolejny stres, całą dobę tylko stres. Oni chcą nas wszystkich chyba wykończyć, jakiś nowy sposób na zagładę polskiego narodu. W końcu nic tak nie zabija jak następstwa stresu – urwał. – Chociaż ja nie mogę, nie czytać. No, bo przecież to i tak się dzieje, a jak już się dzieje, to, chociaż chcę być świadomy tego.
- Ty nawet nie wiesz jak mało świadomy jesteś – mruknęła Nadzieja pod nosem.
- Co mówisz?
Część 33 / 6
- Nie nic. Mówię tylko, że nie o wszystkim piszą.
Kornel wstał i poszedł do pokoju. Tablet położył na stoliku i sięgnął po laptop Nadziei.
- Weź po piwku z lodówki – zwrócił się do niej, przeglądając jakąś stronę z filmami – i chodź. Włączę coś na odcięcie się od rzeczywistości.
Nadzieja wyjęła dwie butelki piwa, wzięła otwieracz, zgasiła światło w kuchni i w pokoju, i usiadła obok Kornela, który puścił „Chłopaki nie płaczą”.
*
- Ale ile mnie to wszystko wyniesie? – charczał głos w słuchawkach. Nadzieja siedziała w wydzielonym boksie niczym psi kojec, a ekran monitora wyświetlał szczegóły oferty sprzedaży. Słuchała charczącego głosu i cierpliwie odpowiadała mu wyuczonym i przewałkowanym już tysiące razy tekstem. Obok niej, przed nią i za nią siedziały dziesiątki osób, wykonujących dokładnie te same czynności, co ona. Stado mrówek, które bzyczą jak pszczoły. A to wszystko tylko po to, aby złowić szprotkę na kuchenne gnioty, nazywane dla zmylenia przeciwnika: sprzętem wysokiej jakości i klasy.
- Jest to oferta promocyjna skierowana specjalnie dla pana – wyklepała w odpowiedzi charczącemu głosu. – Ekonomiczny, nowoczesny bezprzewodowy czajnik wykonany ze stali nierdzewnej za jedyne czterdzieści dziewięć dziewięćdziesiąt. Tym sposobem oszczędza pan, aż sto pięćdziesiąt złotych, a jeśli pan zdecyduje się, to specjalnie dla pana mogę dołożyć rewelacyjny mikser: siedem prędkości, wydajny silnik, wymienne końcówki, do ubijania oraz wyrabiania ciast; w promocyjnej cenie za jedyne trzydzieści dziewięć dziewięćdziesiąt i tym sposobem zaoszczędzi pan w sumie, aż dwieście dwadzieścia złotych.
- Dwieście dwadzieścia złotych zaoszczędzę, mówi pani? – charczał głos.
- Dokładnie tak, dwieście dwadzieścia złotych zostanie u pana w kieszeni.
- A nie oszukuje mnie pani? No, bo to przez te telefony, to ja tak, no nie wiem… Wie pani, sąsiada mego już tak oszukali. Na telefon mówili, że wszystko darmowe będzie, na jakieś przedstawienie chodził, garnki pokazywali, wszystko miało być darmo, a koniec końców po sądach go ciągali, bo niby kupił jakieś gary i nie zapłacił. Tylko, że on tych garów nawet na oczy nie widział, bo wyszedł przed końcem.
- Rozumiem, ale gwarantuję panu, że nasza firma ma głęboko w sercu etykę i nigdy nie posunęłaby się do tak nieuczciwej zagrywki. U nas kupuje pan jak w sklepie, tylko, że bez wychodzenia z domu i dużo, dużo taniej.
- Mówi pani – odparł charczący głos. – Ale ja na sam pierw żony muszę się spytać, co ona o tym sądzi. Niech pani jutro do mnie zadzwoni.
- Niestety panie Marianie, bardzo mi przykro, ale ta oferta obowiązuje jedynie w dniu dzisiejszym i została przygotowana specjalnie dla pana. Jutro owszem, również może pan zakupić ten zestaw, ale już po normalnej cenie, to jest za trzysta dziewięć złotych i osiemdziesiąt groszy.
- Trzysta dziewięć złotych – w charczącym głosie można było wyczuć przerażenie doprawione zmartwieniem. – To mnie nie stać, żeby aż tyle. Matko.
- I dlatego proponuję panu dzisiaj ten zestaw za jedyne osiemdziesiąt dziewięć złotych, osiemdziesiąt groszy i tym sposobem zaoszczędzi pan całe dwieście dwadzieścia złotych. Tylko musi się pan już teraz zdecydować.
Część 44 / 6
- No tak, no tak… – charczał głos w słuchawkach. – No dobrze, kochana pani – dodał, po chwili zastanowienia – to ja wezmę, to ja wezmę. Niech już tak będzie.
- W takim razie gratuluję świetnego wyboru. Paczkę ze sprzętem wyślemy panu w poniedziałek. Oczywiście kwotę osiemdziesiąt dziewięć złotych i osiemdziesiąt groszy, tak jak mówiłam wcześniej, należy uiścić kurierowi przy odbiorze.
- Dobrze, dobrze.
- Jeszcze raz gratuluję i dziękuję za miłą rozmowę. Do usłyszenia.
Nadzieja rozłączyła się i ciężko westchnęła. Zerknęła w prawy dolny róg monitora, aby sprawdzić godzinę. Było kilka minut po siedemnastej. Zdjęła słuchawki i wyłączyła komputer. Wstała. Z oparcia obrotowego krzesła wzięła kurtkę, chwyciła torebkę i przechodząc przez stek kłamstw, które wylatywały z ust mrówko-pszczół, namawiających do nader intratnej propozycji odświeżenia elektronicznych zasobów kuchennych, skierowała się do wyjścia. Tam podpisała listę obecności, założyła kurtkę i już miała wychodzić, kiedy zatrzymała ją szefowa.
- Pani Nadziejo – zwróciła się do niej korpulentna kobieta z tlenionymi lokami opadającymi na grubą, mocno wytapetowaną twarz. – Proszę jutro przyjść do pracy.
- Ale ja jutro nie dam rady – odparła Nadzieja.
- Chyba się nie zrozumiałyśmy. Ja się pani nie pytam, czy pani przyjdzie, tylko oznajmiam, że ma pani jutro punkt dziewiąta stawić się w biurze. Rozumiemy się?
- Ale ja naprawdę nie dam rady – powiedziała ponownie Nadzieja. – Mam matkę chorą i jutro jadę do niej – dodała po chwili.
- Ja wszystko rozumiem, ale myślę, że pani mnie również zrozumie – odparła szefowa z wyższością i pogardą w głosie, patrząc na nią zimno. – Niech pani pomyśli o swojej chorej matce. Jest mi naprawdę bardzo przykro z tego powodu, ale proszę spojrzeć na to trochę inaczej. Na pewno będą jej teraz potrzebne pieniądze na leki i niech mi pani wierzy, nie chciałaby pani stracić tej pracy. To, że nie jest łatwo znaleźć coś przyzwoitego tak na szybko, to chyba pani wie. Do mamy pojedzie sobie pani w niedzielę, a jutro musimy nadgonić wyniki, bo inaczej nici z premii. Chyba nie muszę pani dłużej przekonywać, prawda?
- Dobrze będę – burknęła Nadzieja i wściekła wyszła z siedziby firmy, mrucząc pod nosem: - Co za zołza z tej baby… Dobrze, że nie mam chorej matki, bo wcześniej w kalendarz kopnęłaby, niż ja bym do niej dojechała. Tylko praca, praca i praca, i to już nawet w weekendy.
Z przekleństwami kotłującymi się w głowie, pomaszerowała wzdłuż szumiącej i pachnącej spalinami Marszałkowskiej. Po kilku minutach dotarła na przystanek obok hotelu Novotel. Oparła się ze zrezygnowaniem o brudną wiatę przystanku i zaczęła się rozglądać, czy nie nadjeżdża „pięćset siedemnastka” i wtedy znów go zobaczyła. Stał uśmiechnięty obok przejścia podziemnego i się jej przyglądał. Mężczyzna w granatowym polarze ze skórzaną saszetką przy pasie pomachał do niej. Nadzieja odwróciła wzrok, nie reagując na jego zaczepki. W tym samym momencie, niczym przywołana winda, nadjechał autobus linii pięćset siedemnaście; wsiadła do niego, zostawiając mężczyznę w polarze, jak zły dzień za sobą.
Po dwudziestu pięciu minutach była już w domu.
- Cześć Kornel – przywitała się z chłopakiem.
- Cześć kochanie – odpowiedział Kornel, oderwany od internetowej lektury wydarzeń z dnia. – Jak tam było w pracy?
Część 55 / 6
Nadzieja powiesiła kurtkę i zdjęła buty.
- A daj spokój – odparła. – Dzień, jak co dzień. Jeden frajer złapany, parę obelg wysłuchanych i stos asertywnych klientów, którzy nawet nie chcieli mnie wysłuchać. A na dodatek jutro muszę iść znowu tyrać. Mówię ci rzucę tę robotę, tylko znajdę coś innego z dala od tego telemarketingowego gówna.
- Nie przejmuj się tak – powiedział Kornel. Wstał i podszedł do Nadziei; pocałował ją. – Ja też jutro mam roboczą sobotę i to pewnie jeszcze z nadgodzinami. Dwunastogodzinna harówa jak nic.
- Dobra, nie gadajmy już o pracy – powiedziała Nadzieja, siadając na kanapie. – Teraz muszę, choć na chwilę o niej zapomnieć, bo inaczej do jutra zwariuję.
- Się rozumie, kochanie – odparł Kornel. – To ja chyba mam pomysł. Najpierw zrobimy sobie ciepłą kąpiel, a potem zamówię pizzę, żeby już dziś nie babrać się z garami. Zjemy, posłuchamy muzyki, a dalej się zobaczy – uśmiechnął się znacząco.
- Nawet nie mam siły oponować – odparła Nadzieja, a na jej zmęczonej i zmartwionej twarzy pojawił się lekki grymas uśmiechu.
*
Było już po osiemnastej, gdy Nadzieja przekroczyła bramę cmentarza Bródnowskiego. Dłuższą chwilę szła główną aleją; mijała łyse drzewa i ciche groby skąpane w mroku marcowego wieczoru; na niektórych z nich, niczym delfiny, skakały pojedyncze płomyczki, które nawet nie były kroplą w morzu pierwszolistopadowych pożarów. Minąwszy stary, solidny grobowiec, skręciła w prawo, następnie zrobiwszy kilka kroków, ponownie odbiła w prawo w wydeptaną ścieżkę pomiędzy grobami. Zatrzymała się przed skromnym nagrobkiem. Była to dwudziesta szósta rocznica urodzin Romka, jej poprzedniego chłopaka. Na grobie stał bukiet jakiś sztucznych kwiatów i paliły się trzy lampki; obok nich postawiła mały czerwony znicz, który ze sobą przyniosła. Zapaliła go i pomodliła się.
Chwilkę stała w milczeniu, przyglądając się skaczącym płomieniom; potem odwróciła się w stronę, z której przyszła. Lecz nie zdążyła zrobić nawet dwóch kroków, kiedy ktoś od tyłu do niej podbiegł i mocno ją chwycił, jedną ręką przyduszając, a drugą zasłaniając usta, by nikt nie mógł usłyszeć jej krzyku, choć poza mocno śpiącymi lokatorami nikogo w pobliżu nie było. Nadzieja zaczęła się wyrywać, chciała kopnąć napastnika, lecz mężczyzna natychmiast ją pchnął i upadła niczym piłka lekarska, twarzą do ziemi. Napastnik położył się na niej i ponownie zasłonił jej usta dłonią. Nadzieja próbowała jeszcze się wyrwać i krzyczeć, ale mężczyzna był na tyle silny, że bez większych problemów opanował jej rozpaczliwe próby oswobodzenia się. Leżała jak pet pod butem, nie mogąc się ruszyć; z trudem łapała powietrze, które pachniało nim – papierosami, whisky i morską perfumom.
- Odkąd cię poznałem, chciałem to zrobić, a teraz to zrobię właściwie na jego oczach, dokładnie w dzień jego urodzin. Taki swoisty prezent – mężczyzna zaśmiał się jej prosto do ucha. – Piękniejszej scenerii żaden scenograf by mi nie stworzył, ani żaden scenopisarz nie wymyśliłby mi takiej sceny – powiedział, zerkając kątem oka na rozświetlony grób zmarłego chłopaka Nadziei i pewnymi ruchami ręki zsunął z niej spodnie i majtki.
*
- Boże, co ci się stało? – wykrzyknął Kornel, kiedy Nadzieja weszła do mieszkania cała brudna i podrapana. Dochodziła trzecia nad ranem.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, tylko skulona usiadła na podłodze pod drzwiami. Kornel przykucnął obok niej i chwycił ją delikatnie za ramię. Odtrąciła jego rękę. Poczuł lekką woń alkoholu.
- Nadzieja, co się stało? – dopytywał się. – Kurwa jego mać, no powiedz, co się stało? Gdzie ty byłaś przez pół nocy? Czemu nie odbierałaś? Okradli cię?
- Bo ty nic nie wiesz – cicho wybełkotała.
Część 66 / 6
- No właśnie – powiedział wkurzony Kornel. – Powiedz mi, co się stało. Ktoś cię napadł?
- Ty nic nie wiesz – powtórzyła Nadzieja.
- Dlatego powiedz mi co się stało. Kto cię tak urządził? Powiedz mi, a załatwię własnoręcznie tego sukinsyna, obiecuję.
- Kornel… ty naprawdę nic nie wiesz… Ja wiem, źle zrobiłam, bo powinnam była ci wszystko znacznie wcześniej powiedzieć…
- Ale co? Proszę cię, no mów wreszcie, o co do cholery chodzi – nalegał zdenerwowany chłopak.
- Powiem ci – odparła Nadzieja. – Opowiem ci wszystko… Postanowiłam to i od razu przyszłam… Tylko nie przerywaj, proszę, bo to nie jest łatwe… i dla mnie i dla ciebie…
- Mów.
Wzięła głęboki wdech.
- Posłuchaj – zaczęła, nie patrząc na Kornela, który już zupełnie nie wiedział, jak ma się zachować. – Pięć miesięcy temu zmarł Romek, mój chłopak…
- Co, kurwa?! – krzyknął zdziwiony, wybałuszając schowane za okularami brązowe niczym kapelusz starego borowika oczy. – Jaki Romek?
- Mój chłopak… Miałeś mi nie przerywać… Uwierz, to nie jest dla mnie łatwe… naprawdę… Próbowałam o tym zapomnieć, zacząć życie od nowa, ale nawet jeśli my zapomnimy i zostawimy przeszłość w tyle, to przecież inni nam o niej przypomną, inni nas do niej z powrotem wpakują… Od tego co było nie da się uciec, nie ma takiego miejsca… Życie ma jeden początek i jeden koniec… Przekonałam się o tym… Szczególnie po tym, co się wczoraj stało…
Nadzieja drgnęła na samo wspomnienie, zamilkła i zwiesiła głowę.
- No dobra, mów dalej, co z tym Romkiem i co właściwie ten Romek ma do tego, że nie było cię w domu przez pół nocy i wyglądasz jak jakiś kiepski piłkarz po treningu – burknął złośliwie.
Nadzieja spojrzała na wściekłego chłopaka i wziąwszy ponownie głęboki wdech, kontynuowała:
- Pięć miesięcy temu zmarł Romek. Powiesił się. W więzieniu. Dostał dożywocie za zabójstwo Karola, swojego kumpla, dziennikarza śledczego. Ale nie, nie, on go nie zabił, on został w to wrobiony, precyzyjnie wrobiony. Karola zabił... Skowron... były esbek, teraz wysoko postawiony glina. Karol miał pisać artykuł o wicepremierze – ministrze sprawiedliwości, miał, to być podobno bardzo mocny artykuł, jakieś przekręty, nieprawidłowości, łapówki, wyjawianie tajemnicy państwowej, ogólnie działalność z premedytacją na niekorzyść państwa. W ten deseń, konkretów nie znam; ale ten artykuł niewątpliwie mógł wicepremierowi skomplikować życie, a nawet całkowicie zepchnąć go w polityczny niebyt. To byłby koniec jego kariery; a tak naprawdę, to powinien stanąć przed Trybunałem Stanu i pójść siedzieć, ale w tym kraju takie rzeczy się nie zdarzają, więc o to jedno mógł być spokojny. Wcześniej to Karol poszedłby za kraty. W końcu prawda nie jest mile widziana. Ale tak się nie stało. Minister dowiedział się o tym, że jest szykowany bardzo niekorzystny dla niego materiał i zwrócił się z tym do fachowca, swojego dobrego kolegi, do Skowrona, żeby to on, korzystając z dostępnych mu sił i środków, zapobiegł publikacji. Skowron nie pierdolił się w tańcu i mając wolną rękę od samego wicepremiera, zaczął proces zastraszania Karola; groził mu i takie tam, ale Karol był nieugięty i w końcu Skowron przeszedł od słów do czynów. Któregoś dnia wszedł mu do mieszkania, zrobił straszny burdel i powiesił mu psa na żyrandolu. To miało być ostatnie ostrzeżenie; ale Karol nie dał się zastraszyć, dalej szlifował artykuł i miał już ustaloną datę publikacji. No i wtedy, na dwa dni przed tym właśnie dniem, Karol znika, a następnego dnia znajdują jego ciało w Jeziorku Kamionkowskim. Całe poszatkowane… wielki worek, a w nim ciało, które wygląda niczym poporcjowane mięso zza sklepowej lady. Zaczyna się śledztwo w sprawie zabójstwa, śledztwo prowadzi…