Inne · 1 godz. 11 min czytania
Prawdziwe Życie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Jesień, kilka miesięcy przed wypadkiem Lidki w „Małym Księciu”
"Lało jak z cebra. Burza zbierała się już od wczesnego wieczora, jednak dopiero nocą wichura i grzmoty rozszalały się na dobre. Drzwi do osiedlowego baru otworzyły się. Ze środka dobiegły krzyki i muzyka. Światło rozlało się po najbliższej okolicy. Ze środka wyszedł mężczyzna w wieku około trzydziestu lat, na sobie miał nieco wyniszczone ubranie, a zarost już od dłuższego czasu był zaniedbywany. Zamknął drzwi i ruszył chwiejąc się na boki. Zatoczył łuk i dotarł do samochodu. Pogrzebał ręką w kieszeni, a ze środka wysypały się jakieś drobniaki, klucze od samochodu i zużyte chusteczki. Zaśmiał się jak dziecko do samego siebie, po czym schylił się i zaczął gmerać w błocie. -Gdzieście sobie poszły jebane klucze? – spytał z uśmiechem. Jego ręka w końcu natrafiła na zgubę. - Mam was! Ładnie to tak uciekać, no no! – podniósł się i zaczął próbować trafić w otwór od drzwi. Po kilku nie udanych próbach i zostawieniu widocznego śladu po kluczach, zapatrzył się w drzwi. -Haha! Przecież ja mam autoblokadę – wcisnął guzik przy kluczach i zamek przeskoczył. Mężczyzna wsiadł do środka i odpalił samochód. Deszcz wciąż padał gdy jechał już ciemną drogą w stronę domu. Wtem, przed jego oczami pojawił się jakiś mały chłopiec. Stał na ulicy. Mężczyzna skręcił by go wyminąć, ale nie udało mu się opanować samochodu i wpadł na drzewo. W nogach poczuł ból nie do opisania, czuł też kłucie w boku. Nie mógł się poruszyć. -Cholera! – zdążył tylko szepnąć. - Ja umieram – i zamknął oczy. Zaczęła go ogarniać ciemność, aż ktoś zapalił światło i znalazł się w jakimś białym pokoju. Spojrzał na siebie. Nic mu nie było. Ale był cały ubrany na biało. -Co do... – zaczął. -Witaj Adamie – usłyszał jakiś niski głos. -Kto to powiedział? – próbował dostrzec kogoś poza nim w pomieszczeniu, ale nie widział nikogo. Pokój, w którym przebywał był pusty. -Ja – rzekł tylko głos. -A gdzie ty jesteś co? Nie życzę sobie żadnego eksperymentu! Rozumiesz? Co to ma być? -Jestem tutaj, spójrz na dół – przed nim siedział ten sam chłopiec, którego przed chwilą widział na ulicy. Teraz mały bawił się małą karetką trzymaną w ręku Przed chwilą? Ile on leżał w szpitalu? I gdzie on jest. -Nie jesteś w szpitalu – rzekł chłopiec tym nienaturalnie niskim głosem. - A teraz powiedz mi Adamie, czy chciałbyś się zmienić? -Nie rozumiem... -Adamie, uległeś śmiertelnemu wypadkowi przez własną głupotę, zmarnowałeś tyle życia na picie i dobrą zabawę, nie masz żony, dzieci... -Chwila, chwila, jaką moją głupotę, to ty mi się wpakowałeś pod koła! -Czy chcesz żyć? -A co ty, Bóg jesteś, że się mnie o to pytasz? -A wierzysz w Boga? -Nie, kto by teraz wierzył w... -Czemu więc twierdzisz, że jestem Bogiem, skoro dla ciebie Boga nie ma? - tego pytania się nie spodziewał. Wszystko co do tej pory robił miało sens. A może wcale nie? -Chyba źle żyłem... -Czy chciałbyś więc żyć? Czy chciałbyś dostać szansę odkupienia? -Teraz nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą, tak wiele we mnie było złego. -Tak. Było. Ale teraz dostajesz nową szansę. Niedługo ześlę Ci anioła do pomocy, teraz zmienisz swoje życie – karetka dojechała do jakiegoś samochodu do złudzenia przypominający samochód Adama. - A więc do zobaczenia. -A więc ty jesteś... - nie zdążył dokończyć pytania. Znów ogarnęła go ciemność. Potem zaczął słyszeć krzyki ludzi. -Mamy go! -Ciśnienie? -Wraca do normy. -No wygląda na to, że będzie żył. -Tylko szkoda tego kota, którego potrącił. -Ehh, Majka, ty się przejmujesz zwierzakiem, a nam tu prawie człowiek zjechał – Adam usłyszał śmiech. Potem znów wróciła ciemności. I nadszedł sen." Na ekranie pojawiło się czarne tło i napis „Prawdziwe życie, odcinek 1” -I jak się podobało panie Piotrze?-spytał się mnie reżyser. -Jest dobrze, myślę, że mogłem jeszcze ciut poprawić tą scenę przy barze, gdy pada, ale może być, nie przemęczajmy już ekipy panie Antoni. -Świetnie, świetnie, jutro idę zanieść ten odcinek do telewizji, zobaczymy jak im się spodoba, ale myślę, że będą pod wrażeniem. Naprawdę panu dziękuje, panie Piotrze, że się pan zgodził. To zaszczyt, to wielki zaszczyt... -Bez przesady panie Antoni. Czy jestem dziś do czegoś jeszcze potrzebny? -Och nie, dziś już jesteś wolny, wolny tak! Widzimy się pojutrze! Jeszcze wyślę Ci esemeska albo zadzwonię, a na dziś jesteś wolny, tak! Miłego dnia, miłego. -Do widzenia – powiedziałem i wyszedłem z biura. Serial zapowiadał się naprawdę ciekawie. Od dawna nie miałem roli, aż w końcu się udało i to od razu coś ciekawego. Tak, trzeba to dziś uczcić.
Kiedy byłem jeszcze małym dzieciakiem rodzice zabierali mnie często do dziadków, którzy mieszkali na wsi. Szczególnie lubiłem wyjazdy w lecie, bo wtedy wszystkie owoce dojrzewały, a gałęzie aż się uginały pod ich ciężarem. Wdrapywałem się wtedy na czereśnie, na najwyższe części drzewa, gdzie pełna czerwień stawała się tu już kolorem ciemnego bordo. Słodycz tych owoców była przeogromna. Jedyną wadą jaka była w ich samym środku były pestki. Zawsze trzeba było je wypluć i ze zwykłego lenistwa strasznie mnie to męczyło. Uważałem, że skoro tak się natrudziłem, żeby wejść na drzewo, to chyba wystarczy by rozkoszować się jedzeniem. Jednak plułem gdzie popadnie (wielokrotnie wtedy pestka lądowała na głowie mojej siostry czy taty) mając mniemanie, że jeśli jej nie wypluje stanie się coś złego. Aż pewnego dnia zapomniałem się i połknąłem. To było straszne! Przez kilka następnych dni chodziłem ze strachem, że już za chwile z mojego brzucha zaczną wyrastać małe gałązki a za parę lat to ja będę leżał na ziemi, a małe dzieci będą chodzić po mnie i jeść owoce. Aż pewnego dnia usłyszałem rozmowę babci z dziadkiem na temat zakupu nowych drzewek. Wtedy to dowiedziałem się, że nadaremnie żyłem w strachu przez tyle tygodni. Czy to nie dziwne? Człowiek potrafi wyobrażać sobie najgorsze historie, robi tyle rzeczy, żeby ukryć przed kimś swoją porażkę czy strach. Jakie to głupie, bo im dłużej kłamiemy tym trudniej później to wszystko odkręcić i zamiast wychodzić z bagna tylko wchodzimy głębiej i głębiej ufając, że tylko tak możemy się uratować. Rozległo się pukanie do drzwi. Ruszyłem w rozpiętej koszuli by otworzyć. -Piotruś!-krzyknął Maciek, gdy otworzyłem już drzwi. - Miło cię widzieć, idź się ubierz, a ja poczekam w aucie. Maciek był moim przyjacielem jeszcze z podstawówki. Razem graliśmy w nogę, razem chodziliśmy na piwo, jak to kumple. Był nieco spokojnym, troszkę nadwrażliwym, zapracowanym specjalistą od PR (cały czas nie mógł zrozumieć dlaczego nie chcę przyjąć jego oferty opieki nad moją karierą aktorską) Jedyną rzeczą, która wyróżniała go spośród tłumu podobnych „młodych, zdolnych w garniturach” było chyba tylko to, że w czasie, gdy ja flirtowałem z kelnerką, Maciek wolał zachwycać się barmanem i puszczać do niego oczka. Maciek był gejem, ale jak to kiedyś powiedział „nie muszę się go bać, bo jestem nie w jego typie”. Przyznam szczerze, że nie wiedziałem wtedy, czy to dobrze, czy źle. Ponieważ były dwie możliwości. Albo po prostu coś mu we mnie nie pasowało, albo (tej opcji uczepiłem się bardzo mocno) byłem jakimś strasznym, zapryszczonym, chudym jak patyk bądź grubym jak beczka, nudnym i płaczącym po kątach pasztetem o wyglądzie Frankensteina a może i jeszcze gorzej. To chyba bycie „środkowym dzieckiem” sprawiło, że miałem takie marne poczucie własnej wartości. Ale liczba kobiet, które się wtedy we mnie podkochiwały pozwoliła mi bardzo szybko wyjść z tej iluzji, dobitnie pokazując mi każdego dnia, że rozpalam ich zmysły, jestem głównym tematem ich plotek, a nawet marzeń, czyli innymi słowy jestem niezwykle pociągający. Dzięki tej jakże mocnej kampanii na rzecz podniesienia mojego poziomu własnej wartości, teraz jestem narcystycznym dupkiem. Nie ma to jak popaść ze skrajności w skrajność. No, ale nie znam na świecie faceta, który mógłby się im przeciwstawić. Nawet na Maćku zrobiłyby one wrażenie. Tak, tak, ale to było dawno temu, chyba jeszcze w czasach, gdy dinozaury chodziły po ziemi. Teraz stary (Ha! Ha! Jaki stary? Dwudziestosiedmioletni dopiero) myśliwy porzucił łowy, na rzecz stabilnego życia, pracując zawodowo jako aktor. Pokończyłem szkoły, zacząłem pracę, a w tym czasie moje „stadko” rozpierzchło się na wieść o końcu mego panowania i tak zostałem z niczym. Ale tak czasem bywa. Jak śpiewał Janowski w filmie „Kto nigdy nie żył” - Nic nie utraci ten kto nie miał nic. Zarzuciłem marynarkę na luźną koszulę i tak przyodziany jeszcze w dżinsy świetnie wpasowywałem się w wizerunek dżentelmena-luzaka. Z klasą, manierami, ale i humorem oraz luzikiem-zero sztywniactwa. Powinni kiedyś wymyślić takiego superbohatera i nadawać o nim serial, gdy się już skończy Moda na sukces (niedoczekanie moje). Założę się, że całe generacje kobiet z ogromną ochotą zasiadłyby przed telewizorami oglądając losy mężczyzny idealnego (oczywiście idealnego dla kobiet-a to duża różnica wbrew pozorom drodzy panowie!). Bo dotychczas była to jedynie główna rola męska w każdym z Harlequinów. Można by go jeszcze jakoś fajnie nazwać. Na przykład Dżemluz man, albo krócej Dżeman, chociaż to już podchodzi pod tematykę spożywczą, a nie społeczną. Pamiętam jak kiedyś widziałem na internecie skecz pewnego brzuchomówcy o geju-superbohaterze (po angielsku brzmi jeszcze lepiej – gey superhero). Zwał on się Geyman. Jeśli ktoś Wam kiedyś poleci oglądanie jednego ze skeczy Jeffa Dunhama nie odmawiajcie. Ten bohater za to na pewno spodobałby się Maćkowi. Wyszedłem i wsiadłem do samochodu, w którym siedział już mój przyjaciel. Nerwowo palił papierosa strzepują popiół za szybę. -Ty palisz? - rzuciłem zdziwiony. -Och, przepraszam. Wiem, że to źle działa na cerę, już kończę. -Nie o to chodzi. -O to, że psują się od nich paznokcie? -Dalej -Można mieć raka, impotencję? -Nie. Żadne z tych. Po prostu właśnie rzucam fajki. -Ooo... a więc o to chodzi... - rzekł i docisnął papierosa do bocznego lusterka. -No właśnie – powiedziałem, gdy tylko wyrzucił zgaszonego peta za okno. -Zapnij pas – ruszył nieco zbyt mocno jak na niego. -Ty się denerwujesz. -Nie skąd, wydaje ci się Piotruniu. -Stary, nie pitol mi tu. Znamy się od dzieciaka. Wiem, kiedy się denerwujesz i teraz właśnie tak jest. Masz randkę? -Poznaliśmy się przez internet, to nasze pierwsze spotkanie na żywo. -No, no, ładnie ładnie. -I powiedziałem mu o tobie, że się znamy. Żeby nie był zazdrosny. Powiedział, że się cieszy, i twój debiut w tym filmie o złodziejach był dobry. Sam film też mu się podobał. On się interesuje kinem i gokartami. Chodzi na siłownie i... -Dziękuję Maciuś. Rozumiem o co chodzi. No może i ja dziś znajdę jakąś ładną sztukę. -Trzymam za ciebie kciuki przyjacielu. -Ja za ciebie też, powodzenia.
Sala jak zawsze była pełna przede wszystkim dymu tytoniowego i ludzi chcących na chwilę uciec od trosk codzienności. Usiadłem przy barze i zamówiłem sok pomarańczowy. Umówiliśmy się z Maćkiem, że w razie potrzeby odwiozę go do domu. Gdy barman podał mi już szklankę, obróciłem się na salę, by sprawdzić jak idzie Maćkowi. Siedział w umówionym miejscu przebierając nerwowo rękoma. Nic się nie działo, postanowiłem dokonać więc spisu ludności znajdującego się dziś w dyskotece. Pierwsza grupa znajdowała się na parkiecie, gdzie jak to to zwykle bywa w takich klubach toczyła się najbardziej niemoralna gra, jaką wymyślił człowiek. I na mój mały męski rozumek to ta gra nie miała nic wspólnego z tańcem. Galiński z Tyszkiewicz daliby po -1, nie mówiąc już o „Czarnej Mambie”, a wiem co mówię, bo otarłem się o jedną z kolejnych edycji Tańca z Gwiazdami. Ale podziękowałem, odpowiadając, że mam zbyt dużo pracy, choć w rzeczywistość to zrezygnowałem jedynie z powodu sztucznego pompowania kariery na takim czymś. Jestem aktorem, nie tancerzem i za to mi płacą. Lekcje tańca, za które dają mi kasę, a na koniec mogę wygrać czadowe sportowe auto! Komercha i tyle. Chociaż ja osobiście udałbym się tam jeśli zmieniliby tytuł programu na Spicie się w Trzy Dupy z Gwiazdami. Ciekawe czy mieliby wtedy tę samą komisję sędziowską? Zawsze marzyłem o rozmowie ze szklaneczką z Wodeckim. No i przede wszystkim ludzie zobaczyliby, że ich megaukochane gwiazdki są zwykłe i normalne tak jak oni, a niezwykli są tylko bohaterowie, których próbują grać. Poza tymi jednostkami, które są prawdziwymi aktorami żyjącymi w sławie, ale i w szacunku. Wracając do gości lokalu to drugą grupą ludzi była grupa, którą nazwałem Znikającymi w Mrokach Cieni. Były to pary z pierwszej grupy, które rozpoczęły tam swoją grę wstępną wspomaganą litrami alkoholu i zachowując jeszcze resztki człowieczeństwa postanowiły ją kontynuować chowając się po kontach, bądź też czasem nawet łazienkach i czyniąc tam rzeczy, które zainspirowałyby pewnie nie jednego scenarzystę pornosów. Ale, bo przecież musi być jakieś ale, muszą ewidentnie pokazać gdzie się udają i w jakim celu, obściskując się i całując w drodze na miejsce wzajemnej konsumpcji seksualnej. Ochyda! I gdzie tu romantyzm? Gdzie boscy bohaterowie harlequinów? Poczułem, jakbym trochę znajdował się nie na miejscu w swym stroju dżentelmena-luzaka. Ach, no i trzecia grupa! Moi ulubieńcy, zwani przeze mnie Malowniczo Zamyśleni, zastanawiający się nad swoim życiem i istotą ogólną ludzkości, jak też innymi, najprzeróżniejszymi sprawami ( na przykład, czy gdyby kura była pierwsza, to czy by się pochwaliła?) z głową dziwnie blisko znajdującą się barowego blatu (dokładna odległość, to powierzchnia mieszaniny potu, kurzu i jeszcze kilku ciekawych specyfików znajdujących się pomiędzy drewnem a pomarszczonym pewnie od tego ciężkiego wysiłku umysłowego czołem). Można by w nich rzucać paluszkami, wykałaczkami z resztkami jedzenia, nawet własnymi smarkami świeżo wydłubanymi z nosa, a i tak nie zareagują. Mogliby dorabiać sporą kasę w Anglii, jako ci żołnierze w czerwonych kubraczkach, co na nic nie reagują, a oni tu, w kraju, za darmo pomagają ci w pozbyciu się nadmiaru złych emocji. To bohaterowie! -Przepraszam... - usłyszałem kobiecy głos. Cholera, fanki-psychopatki, to o nich zapomniałem w mym spisie! Teraz pewnie mi to wypomną. - Moja koleżanka mówi, że cię zna z wakacji. Może ją pamiętasz? Uff. Widać jedna poważna rola w filmie, to jeszcze nie powód, by chodzić bez dowodu osobistego, bo i tak każdy cię rozpozna. Spojrzałem na dziewczynę i stojącą obok niej koleżankę. Blodyna i brunetka, sukienki odsłaniały wystarczająco dużo, bym nie musiał im odmawiać, jeśli mnie o coś więcej później poproszą, miały czym oddychać, a i bioderka były w całkiem ładnych kształtach. -Może gdybyście się przedstawiły... - zacząłem. -Anita – powiedziała wskazując na koleżankę brunetka. - A ja jestem Kasia. -Nie byłeś przypadkiem w dziewięćdziesiątym ósmym na wakacjach w Krynicy Morskiej? - wypaliła blondynka. Czuć było, że już trochę wypiła. -Obawiam się, że niestety nie – odparłem po chwili namysłu. - Byłem wtedy w Borach Tucholskich. -Szkoda – powiedziała trochę zasmucona. - Tam pierwszy raz się kochałam z facetem. Szkoda, że to nie byłeś ty przystojniaku, bo to był najlepszy seks jaki miałam z mężczyzną! -Może chcecie coś do picia? - spytałem. -Nie powiem nie – odparła Kasia. - Przepraszam za koleżankę, ma już trochę. Ale miała rację, przystojniaczek z ciebie – dodała i puściła oko. -Polewaj... - zaczęła Anita. - Jak ty masz na imię? -Piotr -Polewaj Piotruś! - krzyknęła z jeszcze większym animuszem. - Barman, pan będzie dla nas zamawiał!
Część 22 / 2
Na ekranie pojawił się obraz, w tle słychać było jeden z kawałków Raya Charlesa. „Prawdziwe życie” „W każdej bajce jest ziarnko prawdy” "Stary low-rider zajechał pod hotel. Był już późny wieczór, jednak letnie słońce wciąż jeszcze wisiało na niebie, teraz jednak coraz szybciej zbliżając się do linii horyzontu. Bryza znad morza poruszyła włosy młodej kobiety siedzącej za kierownicą. -Och, jak ja kocham morze! - powiedziała i uśmiechnęła się jak dziecko, które właśnie dostało do rąk swoją ulubioną zabawkę. -Czasem nasza robota ma też swoje plusy, trzeba przyznać – stwierdził jej pasażer przeciągając się leniwie na siedzeniu. Kobieta spojrzała na niego z wyrzutem. -Czasem?! Ciesz się, że Szef nas nie słyszy. -A mówią o nim wszystkowidzący – zaśmiał się. - Obyś miała rację. Bo inaczej straciła byś robotę. Pamiętasz jeszcze chyba, że odpowiadasz za mnie? -Więc mamy tu czekać na dalsze instrukcje? - zmieniła temat, udając, że nie dosłyszała jego pytania. -Ta, Gabriel miał być tu jakieś dwie minuty temu – powiedział spoglądając na zegarek. - Ale znając życie to... -Gabriela nie będzie – usłyszeli nagle. Odskoczyli na bok, przez co kobieta przewróciła się na swojego pasażera. Obok drzwi kierowcy stała czarnoskóra, starszawa już kobieta w stroju listonosza. - Och nie musicie się tak obściskiwać na mój widok – powiedziała widząc ich reakcję. Natychmiast wrócili na swoje miejsca i obrócili głowy w jej stronę. -Marry! - krzyknęła kobieta. -Hej Moniko, witaj Adasiu, Gabriel przeprasza, ale ma ostatnio dużo pracy. Jak zawsze zresztą. A co chciałeś powiedzieć Adasiu? -Och, chciałem tylko powiedzieć, że znając życie to znów będziemy mieli niewypowiedzianą przyjemność spotkać się z tobą i oto jesteś. -Nie igraj ze mną, już jedno życie straciłeś, chcesz to zrobić jeszcze raz? - uśmiechnęła się do niego złowieszczo. Pozwoliła mu kilka sekund potrwać w niepewności, po czym zaśmiała się i sięgnęła ręką do torby. - Tu macie zlecenie. Wszystko jest w środku. Jakieś pytania? -Ja mam jedno. Nie mogłaś po prostu udać wędrowca, czy pojawić się normalnie koło nas, bez tego jakże urzekającego stroju? -A czy to nie wydałoby ci się dziwne? -Na pewno o wiele mniej, niż murzynka w stroju listonosza na Polskim wybrzeżu. -Mój drogi Adasiu, sztukę kamuflażu opanowałam do perfekcji. A poza tym przemawiają za mną lata doświadczeń. Nie mam czasu na takie czcze dyskusje. Żegnajcie. – powiedziała, po czym skinęła głową i znikła. Po prostu i jak zwykle. -To pożegnanie mogło wypaść lepiej – stwierdziła Monika. -Lata doświadczeń, ale w USA! Widać to po niej. Myśli, że co u niej to i na całym świecie. -Czyżbym słyszała dźwięk słodkiej zazdrości w twoim głosie? Kompleks gorszego, co? - złośliwie zauważyła Monika. -Nie no po prostu... – zaczął Adam. -...zrzędzisz, wiem – dokończyła za niego kobieta. -To kogo dziś mamy? – tym razem to on zmienił temat. -Jacek Wróbel – powiedziała przyglądając się wyciągniętej z koperty kartce. - Pijaczyna, dość nietypowy właściciel łajby „Bursztynowy Bursztyn”, kawaler, samotnik, papiery na temat jego życia dziecięcego zaginęły. -Zaginęły? -A no zdarza się. -To co my tu mamy do roboty? -Też chciałabym to wiedzieć. Jechali już ku nadbrzeżnej mieścinie, hotel znikł jak i Marry, a w w jego miejscu znów pojawiły się pola okolicznych mieszkańców. Złota pszenica mieniła się niesamowicie w zachodzącym słońcu uzyskując delikatny odcień czerwieni. -Bursztynowy Bursztyn? Co to za nazwa. Mógł chociaż dać inny kolor – zamarudził znów Adam wywołując śmiech u Moniki. * * * -Panie Wróbel? Jest pan tu? - krzyknęła Monika. Przed nimi roztaczał się obraz nędzy i rozpaczy. Adres, który im podano w wiosce okazał się starym portem, a miejsce zamieszkania Jacka Wróbla okazało się najgorzej zaniedbaną częścią tej ruiny. Stali więc teraz przed przeróżnymi częściami statków poukładanych w kupki, zapewne ktoś musiał tu mieć kiedyś złomowisko. Za nim znajdowała się już zatoka, w której kiedyś cumowały statki. Noc nadeszła szybko i tylko jasne niebo na zachodzie wspominało już o minionym dniu. -Chyba nie słyszał – rzekła. -Lub nie żyje – stwierdził zimno z uśmiechem. -Jesteś okrutny. Czy pytałam się już ciebie, dlaczego szef dał ci drugą szansę? -Tak. Dziewięć razy – powiedział z dumą. - Jeszcze jeden i będziemy mieli swój mały jubileusz. Zastanawiam się, jak byśmy mogli to świętować? -Ty w lewo, ja w prawo. -Ehh, nawet pogadać z tobą nie można – udał, że zastanawia się nad czymś. - Chyba poproszę o przeniesienie. -Bo jak cię trzepnę... -Ja w lewo? Ach, to powodzenia – umknął szybko, szczęśliwy z dogryzienia partnerce. Wszędzie były śmieci. W jednej z opon znalazł nawet gumową papugę. Przycisnął ją na brzuchu i ze zdziwieniem odkrył, że skrzeczy równie obrzydliwie jak prawdziwa. Zapakował znalezisko do kieszeni i udał się w stronę pomostu. Stała tam jakaś przestarzała łódź, i chyba tylko sam Najwyższy wiedział, jakim cudem utrzymywała się jeszcze na wodzie. Wszędzie odchodziła farba, żagiel był porwany w kilku miejscach, a ilością dziur mogła zawstydzić nie jeden ser szwajcarski. -Że to jeszcze pływa – zdziwił się Adam. Obok pomostu stała przewrócona na bok drewniana beczka. Do brzegu przytwierdzony był zardzewiały już kinkiet ze świeczką zamontowaną na samej górze. Światło dawało poświatę na pobliską okolicę. Z jednego z otworów beczki wystawały czyjeś nogi, z drugiej dobiegało głośne chrapanie. Adam schylił się i zobaczył twarz zaniedbanego, zarośniętego mężczyzny po czterdziestce z chustą na głowie. W ustach ssał swój własny kciuk. Reszta ciała była niewidoczna w tym świetle. -Pan Jacek Wróbel? - spytał Adam. Mężczyzna przestał ssać kciuk, wyjął go, otworzył oczy i z przedziwnym grymasem na twarzy rzekł: -Nie. Diogenes z Synopy! Chłopak odskoczył na bok. Monika wyszła właśnie z drugiej strony. Adam podniósł się i otrząsnął z ziemi, tymczasem mieszkaniec beczki wyszedł ze środka i wygładził ubranie, po czym sięgnął do beczki i wyciągnął z niej zgnieciony kapelusz. Spojrzał na niego ze smutkiem i zaczął przywracać go do dawnego kształtu uderzając raz po raz w środek. -Jacek Wróbel? - spytała dziewczyna. -Kapitan Jacek Wróbel, młoda damo. Miło mi poznać – podszedł do niej, złapał za rękę i ucałował w dłoń, po czym zwrócił się do Adama i skłonił się z zamaszystym machnięciem kapeluszem – I ciebie również chłopcze budzący poczciwych ludzi o przedziwnych porach – założył kapelusz na głowę. - A teraz w czym mogę służyć? -Monika Piotrowicz, kontrola statków i kutrów rybackich, a to Adam Chomik. -Witam – rzucił tylko chłopak w myślach zostawiając jednak słowa podzięki skierowane do swojej partnerki za wymyślenie mu tak beznadziejnego nazwiska. -Rozmawialiśmy z tutejszymi mieszkańcami – kontynuowała Monika. - I powiedzieli nam o panu wiele ciekawego... -Och, nie wierzcie im – przerwał jej kapitan. - Ja tak naprawdę nie zjadłem tego kota, przyrzekam, jakem Jacek Wróbel. -Jakiego kota? - spytał z zdziwieniem Adam. Monika wydała się również zaskoczona. -Och... więc o tym wam nie powiedzieli? Dobrze, dobrze... tak między nami, to wy jesteście parką? -Chcielibyśmy zapytać o pańską łódź... - zaczęła Monika. -Czyli jesteście! Och, jakie to słodkie – przechylił głowę na bok i zatrzepotał rzęsami. Nagle obrócił się. - Moja łódź... tak... hmm, gdzieś tu była – włożył palec do buzi, po czym wyjął i wystawił na wiatr. Chwilę trwali w milczeniu, lecz w końcu palec opadł na bok. - W tę stronę! I nie czekając na nich ruszył we wskazanym kierunku. Zniknął za górą złomu. Po chwili usłyszeli łomot spadających części. Zaraz potem wyłonił się Jacek z garnkiem na nodze. -Nic mi nie jest – rzucił na wstępie. - To tylko wypadek przy pracy, ale przecież wypadki się zdarzają. Nie można być wciąż idealnym. To by było strasznie nudne. Zero zaskoczenia – spojrzał na chwilę na nich - Zechcesz pomóc mi z tym tu naczyniem używając swojej siły... Chomik? - wystawił do niego nogę. Adam złapał i zaczął ciągnąć za naczynie. Nie chciało jednak zejść. -Mieszka pan tu sam? - spytała w międzyczasie Monika. -Hmm, niech pomyślę. Moja załoga, to będzie tak, osiemdziesiąty czwarty czterech – zaczął liczyć na palcach. Na chwilę się zamyślił. - O tak, to były czasy, no ale idźmy dalej, dziewięćdziesiąty piąty dziewięciu... dziewięciu? Ech, mogę? - I nie czekając na zgodę złapał dłonie Moniki. - Tak, na czym to ja... ach, dziewięciu, dwa tysiące trzeci do Anglii dwóch, dwa tysiące piętnaście... dwa tysiące piętnaście? - podrapał się po głowie. - Przecież on jeszcze nie nastąpił. Więc wychodzi, że tak, jestem sam – przechylił się delikatnie w jej stronę i szepnął. - A chciałabyś to zmienić? Jeśli chodzi o niego to da się jakoś załatwić, nie bój nic. -Żadnego przyjaciela, rodziny... zwierzaka? -Halina! - krzyknął, aż Adam i Monika odskoczyli na bok. Chłopak zorientował się, że w jego ręku spoczywa garnek, z którym tak długo walczył. Tymczasem Kapitan Jacek poszedł znów pomiędzy góry śmieci pokrzykując co chwilę głośne „Halina!”. -Teraz już rozumiem co mieli na myśli pisząc „dość nietypowy” - stwierdziła Monika. -Wariat było by krótsze, a równie trafne – podsumował to Adam i ruszyli za kapitanem. * * * -Nie widzieliście może takiej małej papugi? - spytał, gdy znaleźli go grzebiącego w śmieciach. -Pan ma papugę? -Sherlocku, jak na to wpadłeś? Nie, nie mów! Sam zgadnę... -Taką papugę? - przerwał mu Adam wyciągając z kieszeni swoje znalezisko. -Halina! - krzyknął i niemal ją wyrwał z rąk chłopaka. - Mój skarbie – szepnął i postawił ją na swoim ramieniu, w miejscu, gdzie najwyraźniej wcześniej zrobił jakąś blokadę utrzymującą pluszaka nieruchomo. Spojrzał na nich. -Nic tu nie zaszło – rzucił patrząc spode łba. -Nic – rzekli zgodnie. -Dobrze, dobrze. Hmm... A tak! Chcieliście zobaczyć mój statek...załoga! Za mną – rzekł po czym ruszył w stronę pomostu. Deski zajęczały doniośle, gdy weszli na pokład, przerywając ciszę zakłócaną wcześniej jedynie przez drobne skrzypienie wilgotnego drewna i uderzenia delikatnych fal o burtę. -Jak widzicie, mój statek jest, pokusiłbym się tu o stwierdzenie w prawie że idealnym stanie...-mówił kapitan, gdy jego goście obchodzili jego statek. Adam złapał za drzwi od kajuty, lecz próbując je otworzyć wyrwał je z futryny. -Poza drzwiami – skomentował to błyskawicznie Jacek. Monika rozwinęła żagiel. A raczej próbowała rozwinąć, bo najpierw siłowała się masztem, a chwilę później żagiel zwinął się i nie chciał znów się rozłożyć. -No i żaglem – stwierdził kapitan. Spojrzał w stronę Adama i krzyknął nagle zdenerwowany: -Nie ta.. TRZASK! -I wypadałoby naprawić podłogę – szepnął już tylko delikatnie Jacek. -Panie Wróbel, spytam tak, bo w ten sposób najwidoczniej będzie szybciej. Czy cokolwiek działa na pańskim statku, co można by sprzedać na części, czy będziemy musieli oddać to próchno na wykałaczki? -Nie strasz mnie chłopcze, bo morda nie szklanka... Ja może zademonstruje działanie statku. Wiatr lekko wpłynął do portu i uderzył podmuchem w świeżo co rozciągnięty przed chwilą przez kapitana żagiel nadając statkowi pęd. Łódź ruszyła gwałtownie wydostając się z portu i wpływając na morze. -Kryjcie się szczury lądowe! Oto nadchodzi kapitan Wróbel! - krzyknął kapitan stojąc na małym bocianim gnieździe. -On nie wie czego chce – stwierdził Adam. -Wiedzieć, wie, ale nie wie gdzie to znaleźć. -Możemy mu jakoś pomóc? -Myślę, że tak – powiedziała Monika z drobnym uśmiechem. * * * -Kompas pokazujący mu gdzie jest to, czego on chce? Dobry pomysł – stwierdził Adam, po czym wziął do ręki truskawkę z miski i ugryzł kawałek. Siedzieli z Moniką na ławce przed jakimś wielkim multipleksem. -Myślisz, że teraz będzie mu lepiej? -Będzie w swoim żywiole. Ale czy będzie mu lepiej? -Zastanawiam się, czy to było to co chciał od nas szef. -Nie zastanawiając się za dużo – powiedziała stojąca za nim Marry. -Mam nadzieje, że dziś nie jesteś w stroju listonosza. -Ach Boże, ach Boże, czemu tak się dzieje, że tylko głupi ma matkę nadzieję? - Odparowała mu. - To Stautinger. Poczytaj w wolnej chwili. -A wiecie, że on mi kogoś przypominał – stwierdziła Monika. -Tak. Dla mnie, to on by się świetnie odnalazł w „Piratach z Karaibów”. -Szkoda, że go wysłałeś na te dawne Karaiby... -Dlaczego? -Mielibyśmy kino na żywo – powiedziała, po czym cała trójka roześmiała się głośno."
Wyszliśmy z baru grubo po północy. Maciek chwiał się lekko. Jego randka się nie odbyła, bo ten facet nie przyszedł i nie dał w ogóle znaku życia, przez co mój drogi przyjaciel popadł w lekko depresję wspomaganą alkoholem pitym „na pocieszenie” Była to mieszanka wybuchowa w jego przypadku, bo uciszyła go na dobre i gdy wracaliśmy do domu gapił się tylko w okno nie odzywając się do mnie. Nagle jednak, obrócił się w moją stronę i z uśmiechem rzekł: -Lesbijki! -Przepraszam, co? -To były lesbijki, tam na sali, lesbijki-żmijki – ostatnie słowo dodał już tylko szeptem do siebie pod nosem. -Nie wiedziałem. -Jednak powiedzenie głupi ma szczęście tu całkowicie pasuje. -Dlaczego? -One chciały się zabawić w trójkącik, a tu nic! Ha! A może ty też jesteś taki niezwykły jak ja, co? -Były zbyt pijane. -No właśnie. Co z ciebie za facet? Każdy kretyn wykorzystałby taką sytuację! -Widocznie nie jestem kretynem. -Stary, nie chcesz się ruchać to idź do zakonu, tam będzie z ciebie większy pożytek! -Przecież wiesz, że jestem niewierzącym. -No to weź zrób coś innego. Nieużywany organ zanika! Jak go nie chcesz do chociaż oddaj komuś komu się przyda. -Nie mam ochoty uprawiać seks z jakąś laską tylko dla wspólnej przyjemności. Nie chcę być darmową dziwką, tak? Seks to przede wszystkim uczucie, które chcesz wyrazić w tej przyjemności. -Gadasz jak pijany. -Chcesz to się zamienimy. Sam poprowadzisz, skoro jesteś taki mądry i trzeźwy. -Wyluzuj Piotruś. Gdybyś był laską, obstawiałbym że dostałeś dziś okresu. Po prostu nie rozumiem tego twojego zakichanego kodeksu moralnego. Kobiety cię oblegają, a ty nic. -Odezwał się specjalista od kobiet. -Ty wiesz czego chcesz chłopie? -Widzieć, wiem. Ale nie wiem gdzie to jest. -To kup se kompas – rzucił Maciek i znów zaczął gapić się w szybę i nie odzywał się już do końca podróży. Wprowadziłem go do domu i posadziłem na łóżku. -Poradzisz sobie? - spytałem. -Wiem, że obecnie wyglądam i rozmawiam, jak gdyby moja edukacja zakończyła się na obejrzeniu kilku odcinków Domowego Przedszkola, ale ta głowa przeżyła już wiele gorszych nocy, więc nie musisz się martwić. -Trzymaj się i daj znać jutro czy żyjesz – powiedziałem wychodząc. -Tak, tak, dobranoc – rzucił na odchodnym. Wyszedłem na dwór i naciągnąłem rękawy na dłonie, po czym ruszyłem ku mojej przystani. Noc była zimna.
Ostatnio znalazłem takie coś: No powiedz mi jak mam dalej żyć, skoro wokół nie zostało już nic. Tylko setki twarzy, które zraniły tak, a ja pytam wciąż dlaczego ja? Był to tekst młodej, nikomu nieznanej dziewczyny, który znalazłem krążąc po internecie. To tylko jeden z kawałków, ale miała też inne piosenki, całkiem dobre i napisane z głową. Jej teksty nie były łatwe i to właśnie mi się spodobało. Bo odnoszę takie wrażenie, że teraz w wielu rzeczach sprawiamy sobie łatwiejsze życie. Biegniemy z wywalonym ozorem za naszym postępem ludzkości i ułatwiamy wszystko, bo nie mamy już czasu na nic. Ułatwiane są nasze uczucia i emocje, ułatwiamy nasze życie rozmawiając z naszymi przyjaciółmi przez telefon w pracy zamiast spotkać się z nimi gdzieś na mieście. Teraz miłość to seks, a seks to przyjemność i coś co powinien przeżyć każdy nastolatek w liceum, „no bo siara”. Tu nie ma czasu na łzy czy smutek, muszą wystarczyć Ci chwile wzruszeń na kiczowatych komediach romantycznych. Niedługo nasze zegarki zaczną za nas jeść, komórki w swym standardowym zaopatrzeniu będą miały płuca o objętości 32 litrów powietrza, 64, a nawet 128, a komputery będą mogły za nas myśleć. Czyż to nie będzie luksus? Nic nie będziemy musieli robić! Nawet żyć, bo i to za nas będzie robił kto inny. Gdy oglądałem film Wall-E wiedziałem, że to jedyna z dwóch opcji, które czekają naszą ziemię. Drugą jest magiczny atomowy guzik. Szkoda, że my tylko umiemy psuć. A co do Wall-Ego, to jak napisał pewien redaktor w gazecie „Jeżeli miałby po nas zostać na ziemi jakiś robot, to niech to będzie Wall-E”. A ja, mimo mego ateizmu, dodał bym jeszcze apostrofę „Panie Boże”, bo już chyba tylko on może to teraz zatrzymać. Wszystko z umiarem, jak mawiali Grecy.
Czasem żałuje, że szmatławców gazetowych nie drukują na aksamicie, albo chociaż na delikatnym papierze trójwarstwowym o zapachu truskawki. Mógłbym wtedy z wielką przyjemnością pokazać wszystkim wydawcom tych rzetelnych pism gdzie ich mam, podcierając się kawałkami ich „dzieł”. Przeglądając prasę znalazłem w „Tylko prawdzie” artykuł o tym jak to ja we własnej osobie marnuję swój czas włócząc się po barach. No i ogromniaste zdjęcie z podpisem „Aktor popija prawdopodobnie jakiegoś drinka”(to był sok, ćwoki!)”Panie Piotrze, tak nie znajdzie pan miłości do kobiety, a jedynie do kieliszka”. Pierdolcie się pieprzeni specjaliści od życia! I jaki alkohol? Czasem czuję się jakby wokół mnie żyli sami nieszczęśliwcy. To że twoja żona/kochanka/pies (niepotrzebne skreślić) udaje orgazm gdy znów ruchasz się tylko dla własnej przyjemności to powód by zainteresować się własnym życiem i ewentualnie pójść z nią do lekarza (lub weterynarza, jeśli to pies, ty zboczony zoofilu! Przy okazji, odwiedź niezwłocznie najbliższego psychiatrę!), a nie szukaniu małych potknięć w życiu innych i wmawianie sobie, że twoje problemy są niczym w porównaniu z czyimiś i nie musisz się zajmować swoimi. To jest takie sztuczne! Ciągła gra przed innymi, ubieranie maski, okłamywanie i niszczenie drugiego człowieka tylko po to, by samemu nie być wyśmianym. Aż tak boisz się przegranej? Zachciało się nam cywilizacji sukcesu. Ta cała moda na sukces jest głupia i beznadziejna jak jej serialowy odpowiednik i tak jak ona cały czas trwa. Swoją drogą, to zawsze się zastanawiałem, czy jakbym przypadkiem dostał się do pokoju scenarzystów Bold and Beautiful, to czy zastałbym tam taką wielką tablicę z imionami bohaterów połączonymi mnóstwem linii. A tytuł nad nią brzmiałby „Kto się z kim kochał, a kto tylko bzykał?” To by było niesłychanie praktyczne. W cywilizacji sukcesu mamy nieodłączny postęp ludzkości, który jest po stronie zwycięzców. Mimo to, wciąż oglądamy nasze odmóżdżacze, które nie wymagają od nas niczego. Gdyby w trumnach zainstalowano telewizory, a wśród trupków przeprowadzono by ranking oglądalności, odmóżdżacze bez problemów opanowałyby pierwszą dziesiątkę. Kreuje się nam więc obraz człowieka, dla którego nie ważne co się dzieje. Ważne, że się dzieje, ale nie u mnie. Ważne, by nikt nie dostrzegł moich wad. By nikt nie zauważył, że świat nigdy nie był, nie jest i nie będzie doskonały, choćbym nie wiem jak się starali. Po co życie po śmierci, skoro na ziemi mamy raj? Raj tylko dla elit, ze specjalną wejściówką i kontem w Szwajcarii na co najmniej dziewięć oczek. A wracając do początku, o ile jakikolwiek on by nie był i czy w ogóle był, to znów siedziałem przy barze. Maciek miał drugie podejście, dziś przyjechaliśmy razem z Izą, moją koleżanką z planu, z którą kiedyś spędziłem nawet kilka upojnych nocy, dziś świetna znajoma, do tego seksownie ubrana i budząca zazdrość u innych, gdy wchodzisz z nią na sale. -I znów się spotykamy – usłyszałem za plecami znajomy głos. To była Kasia, ta sama dziewczyna, którą ostatnio spotkałem z jej blond przyjaciółką w barze. -Dziś bez koleżanki?- spytałem odsuwając dla niej krzesło obok mojego. - Usiądź. -Dziękuję. Niestety, Anita nie mogła przyjść. A zmieniając temat, to coś często tu bywasz ostatnio. -Nie tak często jak bym chciał. -Jesteś inni niż stali bywalcy tego lokalu. Nie pijesz na umór, nie zarywasz lasek pomimo tego, że są one gotowe na kiwnięcie twojego palca rozebrać się przed Pałacem Prezydenckim. -Kobiety nie są…