Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Środowisko · 26 min czytania

Prawdziwe życie. Prolog

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Widzew Łódź, drużyna nasza, stolicę zasmuci Drużynę stołecznej Legii na kolana rzuci Pokażą klasę chłopaki, zimny prysznic dadzą Na miarę zwycięstwa w lidze, bramkę Legii wsadzą!

Atmosfera była bardzo napięta, a jakby zawieszone w powietrzu emocje, na te kilka sekund opuściły ciała i unosiły się wysoko w górze, by do niego powrócić, gdy tylko to się stanie, kiedy to powie, teraz już wszystko zależało tylko od tego, a on biegł, biegł, biegł, a cała akcja przypominała efekt spowolnienia, żywo wycięty z amerykańskiego filmu, więc wydawać się mogło, że trwa to już w nieskończoność, jednak już był blisko, prawie u celu, wymija przeciwników, jeszcze kilka metrów i… -GOOOOOOOL! – wykrzyknął spiker komentujący cały mecz, a radosny śpiew wybuchł nagle i niósł się echem po stadionie Widzewa, gdy setki ludzi śpiewało w jednym rytmie, a w szczególności cała trybuna D, wypełniona najwierniejszymi kibicami z całej Polski szalała z radości, gdy w doliczonych przez sędziego ostatnich minutach, RTS strzelił bramkę, co zakończyło mecz z Legią Warszawą z wynikiem 1:0 dla gospodarzy. Czerwony znowu triumfował na murawie, co stanowczo nie podobało się przyjezdnym ze stolicy. Nie tylko kibice z Warszawy byli specyficzni, ale też wszyscy jej mieszkańcy, przez co ludzie z innych miast nie bardzo lubili się z nimi zadawać – zbyt wysokie mniemanie o sobie, wygórowane poczucie własnej wartości i ciągłe zadzieranie nosa sprawiło, że obraz Warszawiaków jest taki a nie inny. Teraz swoim buczeniem i odgłosami niezadowolenia starali się zagłuszyć euforyczne wiwaty Widzewiaków, jednak ginęli między nimi jak cichy szept pomiędzy rykiem piły mechanicznej. W tym sezonie drużynie czerwono-biało-czerwonych powodziło się nadzwyczaj dobrze i wszyscy liczyli, że nastanie dla nich dobra passa jak w roku 2006, kiedy byli w pierwszej lidze. Piwo lało się po krzesełkach w klubowych barwach i niejeden kibic był nim przesiąknięty, jednak teraz to ich nie obchodziło, bo ciągle radośnie podskakiwali żegnając schodzących z boiska piłkarzy i dziękując im za tak wspaniałe zwycięstwo. Kto nigdy nie widział czegoś takiego, nie będzie sobie w stanie wyobrazić, co mogło się tam dziać. Tłumy kibiców jak i zwykłych gapiów, którzy od czasu do czasu lubili przyjść i zobaczyć coś zjawiskowego w sobotni wieczór, teraz masami wylewali się na ulice Łodzi, kierowani przez oblegające stadion patrole policji, która postawiła sobie za cel do końca utrzymać porządek w mieście, chociaż równało się to ze sparaliżowaniem całej aglomeracji w ciągu tego wieczoru. Ludzka fala poniosła własną siłą Diabła i już po chwili stracił swoją ekipę z oczu, chociaż zdawało mu się, że trzymają się ciągle razem i są obok, ale dość często zdarzało się to na końcu, kiedy wszyscy pchali się do wyjścia, chociaż tego nie lubił, tym bardziej, że zamiast na Piłsudskiego wyszedł na Tunelowej, jednak poziom jego endorfiny we krwi po wygraniu tak ważnego dla nich meczu był tak wysoki, że grupa ubranych na zielono legionistów wcale nie zrobiła na nim wrażenia do czasu, gdy trzech z nich się nie odłączyło od grupy i nie szło w jego kierunku. Nadchodziła jesień, więc dzień trwał już coraz krócej, a o godzinie 20:30 panowała już prawie całkowita ciemność, jednak Krzyżanowski wszędzie rozpozna tą twarz – Simon, najbardziej zapalony legionista w Łodzi, którego najchętniej by zatłukł własnoręcznie i złożył w ofierze jako innowiercę na ołtarzu RTS-u. Nie bał się, chociaż było ich wielu czekających kilka metrów dalej. To oni dzisiaj zajmowali miejsce przegranych, więc uniósł dodatkowo wysoko brodę, patrząc na zbliżających się przeciwników, z których temu najbardziej przez niego znienawidzonemu złość wychodziła aż uszami, tym bardziej gdy zobaczył dumną minę Marcela, zadowolonego ze zwycięstwa, kolejnego już w tym sezonie. - Po ile się składaliście, żeby wygrać ten mecz? – zapytał drwiąco, zatrzymując się dwa kroki przed nim. Urażone uczucia względem swojego klubu to najgorsze, co może spotkać jego zwolennika, dlatego mimowolnie blondyn zacisnął dłoń w pięść. Doskonale wiedział, że to prowokacja. - Nie musieliśmy, wystarczy, że wy gracie jak cioty – odparował, wytrzymując spojrzenie tamtego. Czuł to już w środku, to podniecenie, które wyprzedzało to, co miało nadejść. Zawsze tak było, to przeczucie. Ręka powoli zaczynała go świerzbić, ale wiedział, ze nie może tego zrobić tutaj, bo był sam, a dookoła zbyt wiele psiarni i w najlepszym przypadku wylądowałby na 48 godzin na komisariacie z bandą przygłupów ze stolicy. - Odwołaj to – warknął ubrany w zielone barwy brunet, który momentalnie poczerwieniał na twarzy. Czyżby Diabeł trafił w czuły punkt? - Gracie – jak – cioty – powiedział wolno i dosadnie z wrednym uśmieszkiem, który wypełzł mu na twarzy i tylko poszerzył się, gdy tamten miał zamiar go uderzyć, jednak stojących dwóch kumpli w pogotowiu go przytrzymało. - Nie daruję ci, dzisiaj o północy koło starych kamienic zobaczymy, czy jesteś taki odważny, czy tylko mocny w gębie – rzucał mu wyzwanie, na które zmysły Widzewiaka się wyostrzyły. Solówka, to było to, co lubił. Sam na sam, bez zbędnych formalności. Odprowadził wzrokiem trzech szalikowców, zawijając się przy tym w kierunku alei, gdzie ruch już trochę się przerzedził. Wyciągnął telefon, wystukując na nim szybko wiadomość i wysyłając do 6 osób naraz. Musiał się z nimi jak najszybciej spotkać, bo nie miał czasu do stracenia, do północy pozostało tylko kilka godzin, a trzeba było jeszcze opić tak wielkie i chlubne zwycięstwo.

~~***~~

„W latach 50-tych rozwinęła się subkultura Chuliganów . w przeciwieństwie do bikiniarzy wywodzili się głównie ze środowisk robotniczych, z rodzin o niskim statusie społecznym. Subkultura grup chuliganów opierała się na grupowej solidności, bezwzględnym posłuszeństwie wobec przyjętego sposobu postępowania wiążącego członków grupy oraz jej przywódcy. Grupa przyjmowała podział na „swoich” i „obcych”. Przy czym obcymi byli wszyscy spoza własnej grupy i spoza innych grup chuligańskich. Obcy zasługują na pogardę i brutalne potraktowanie. Subkultura chuliganów zanikła na początku lat 60-tych, natomiast przetrwał do dziś termin „chuligan” jako synonim dewiacyjnej postaci kultury młodzieżowej.”*

Początkowo artykuł z krzykliwym nagłówkiem „Subkultury! Nowa rzeczywistość” zainteresował go, jednak po przeczytaniu pierwszego akapitu Diabeł wyraźnie rozdrażniony zmiął gazetę i wyrzucił daleko od siebie w kąt, dodatkowo prychając przy tym głośno, akurat w tej samej chwili, gdy do kuchni weszła Kabza, która uniosła do góry brwi widząc chłopaka, który siedział z założonymi nogami położonymi na stole i niezbyt zadowoloną miną mimo wszystko. Fakt, ona też lubiła wygodę, jednak bez przesady, są pewne normy, a przynajmniej ona była takiego zdania a i na rozluźnienie atmosfery się coś przyda. - Nie za wygodnie ci przypadkiem? – zapytała z półuśmieszkiem, podchodząc do blatu, stając do chłopaka tyłem i włączając czajnik z wodą na poranną kawę, chociaż tak wcześnie to znowu nie było – godzina 13 stanowczo rana nie przypominała. Po takich akcjach jak wczorajsza zawsze odsypiała, chociaż zazwyczaj czuła dyskomfort, gdy nie spała u siebie, jednak kilka godzin temu nie było innego wyjścia jak zakończyć całą przygodę na mecie. „Dobrze, że chociaż Borowiec w tej całej ekipie używa mózgu i zostawił nam to mieszkanie” – pomyślała, zalewając sobie kawę, którą właśnie nasypała do pierwszego wyciągniętego z szafki kubka. Gdyby nie to, że każdy z nich ma zapasowe klucze, prawdopodobnie teraz siedzieliby w areszcie albo na jakimś przesłuchaniu. Nawet nie chciała o tym myśleć, głupi miał zawsze szczęście. - Chcesz też? – zapytała, przerywając swoje rozmyślania, nie odwracając się dalej i mieszając, jednak nie doczekała się odpowiedzi, więc odstawiła czajnik na swoje miejsce, odwróciła się i usiadła na jednym z dziesięciu wolnych krzeseł obok chłopaka. Diabeł co prawda zdjął już nogi ze stołu, ale dalej siedział zamyślony, co w jego przypadku nie oznaczało nic dobrego i dziewczyna doskonale o tym wiedziała, bo znali się od dzieciństwa, jednak miała świadomość, że nie może naciskać teraz i dopytywać się, o co chodzi, bo i tak jej nie powie, musiało to samo z niego wyjść, więc upiła łyk kawy, krzywiąc się lekko, kiedy gorąca ciecz swoją temperaturą podrażniła jej podniebienie. - Nie krzyw się tak, bo ci zostanie – rzucił nagle Marcel, uśmiechając się nieco złośliwie. Przeciągnął się i ziewnął. – Nikt nie był tego dnia raczej wyspany ani tym bardziej pełen wigoru i chęci do jakiegokolwiek działania, tym bardziej on. - Tymek podrzucił gazetę przed pracą, nawet nie wiesz, co za głupoty tam pisali – powiedział, wskazując podbródkiem zgnieciony kłęb papierów. – Według jakieś laski chuligani już dawno wyginęli jak dinozaury i zrobiła z nich synów roboli, którzy najwyraźniej nie mieli co robić, pracować im się nie chciało, więc tłuki się na prawo i lewo z każdym, kogo napotkali – powiedział, zaciskając coraz bardziej palce na stole. Brunetka już domyślała się, o co chodzi, ale nie chciała mu przerywać – nie często się zgadzali, ale w tej sprawie miał stanowczą rację. - Wkurza mnie to, że ludzie nic o nas nie wiedzą, a wydają opinię, bo zobaczyli jakiegoś dresa, który wyłudził 5zł od dzieciaka i od razu tylko chuligan, szalikowiec i Pan Bóg wie kto jeszcze. Jak już chcą pisać o tym, to powinni wiedzieć, jaka jest sprawa, a nie na podstawie ogólnej opinii. Ja się nie czuję jak syn roboli, nie mający co robić gówniarz, szwendający się godzinami po ulicach miasta i czyhający tylko na jakieś młode dupy – dodał wzburzony, opuszczając ręce i wyciągając się na krześle. Chyba wszystkie emocje z niego już opadły, a przynajmniej tak mu się zdawało, jednak bolące mięśnie i poobijane żebra jednocześnie dały o sobie znać, więc dalej pozostał nachmurzony. Zazwyczaj nie czytał gazet i teraz żałował, że się o to pokusił. „Cholerne pismaki” – pomyślał, przeklinając wszystkich dziennikarzy w duszy. Zawsze tak było, po każdym meczu telewizja i gazety aż huczały od plotek na ich temat i, nie tylko ich – nie byli przecież jedyną taką grupą w Łodzi, tym bardziej w kraju czy na świecie, ale wszędzie mówiło się o nich tak samo. Fakt, może nie robili nic dobrego i nie wyglądało to tak, jak oni sami czuli, ale dla nich to było ważne i miało sens, a jeśli ktoś tego nie rozumie, nie czuje, to nie musi, nie jego interes. Myślami wrócił do wczorajszej nocy i mimowolnie się uśmiechnął. Gdyby nie przyjaciele nie wiedział, czy by tu siedział teraz beztrosko wręcz, pomimo obolałego ciała i kaca. Zawsze miał zdolność do pakowania się w największe kłopoty, a sam pomysł solówki z Simonem, największym kibolem Legii w Łodzi wydawał się być kiepski, ale Diabeł jak to on miał swoje zasady i przy nim żadna kobieta, która sobie na to nie zasłużyła nie będzie obrażana, a tym bardziej nikt nie podniesie na nią ręki. Mówi się kibol – ale miał od zawsze swój kodeks moralny, w przeciwieństwie do innych. A kiedy umawiał się na solo, oznaczał to solo, a nie ściąganie bandy przykoksowanych kumpli ze sobą. Znowu napiął mięśnie, pomimo bólu. Gdyby nie to, że Anastazja miała jak to ona swoje „przeczucie”, może teraz właśnie by umierał w szpitalu, pieprzeni Warszawiacy zawsze załatwiali sprawę do końca, nie przewidzieli jednak tego, że on też ma swoich braci. Przyszedł na umówione miejsce sam, jednak czekali w pogotowiu, zawsze trzeba było się ubezpieczyć na wypadek czegoś takiego, jednak nie uważał, że będą aż tak głupi – złamanie ogólnie przyjętych zasad wiązało się z rozgłosem na cały kraj i straceniem szacunku. Dlatego oni zawsze grali fair – solo to solo, reguły ustawki istniały też po to, by się do nich dostosować, kto nie chce, z tym się nie bije, rodzinę i kobiety się szanuje. Było ciemno i tylko od czasu do czasu gwiazdy przykryte grubą warstwą chmur, co jesienią nie było rzadkością oświetlały szeroki, stary bulwar, oraz roztaczające dookoła siebie nikły połysk zniszczone latarnie. Nikogo nie było widać, aż zegar wybił odpowiednią godzinę. Z początku Marcel zobaczył tylko jego i kiedy już chciał wymierzyć cios, zza kamienic wypadła reszta, co w odpowiednim czasie zauważyli jego bracia, którzy po tym, jak trójka rzuciła się na niego, ruszyli bezzwłocznie z pomocą, więc na ulicy, pomiędzy starymi kamienicami, z których tynk odpadał przynajmniej już od półwiecza rozegrała się dzika, kompletnie niekontrolowana przez nikogo, niezapowiedziana ustawka. Wszystkie obrazy wracały do niego – podciął go, przez co zaliczył niemiłe spotkanie z twardym i mokrym od deszczu betonem ulicy. Był koniec lata, połowa września, jeszcze dość ciepło, ale od czasu do…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Prawdziwe życie. Prolog — czytnik · opowiadania