Środowisko · 36 min czytania
Prawdziwe życie. Rozdział 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Piątek był jedynym, najlepszym dniem „roboczego tygodnia”, na którego czekał każdy, zwłaszcza, kiedy chodziło się do pracy, lub co gorsza szkoły, w której przygotowywałeś się już od pierwszych tygodni trzeciej klasy liceum do matury, a nauczyciele, którzy przez wcześniejsze dwa lata nie robili nic zupełnie w kierunku, żeby cię powoli wprowadzać w potrzebną do jej zdania wiedzę, teraz nagle dostają zrywu i nakładają na ciebie tony prac domowych, a twój kalendarz zajęty jest codziennie wyłącznie przez sprawdziany i zaliczenia, więc nie ma mowy, żeby sobie odpuścić, o czym Wiśnia doskonale wiedziała, odmawiając spotkań z niezadowolonymi z tego faktu przyjaciółmi. Miała świadomość, że będzie to najgorszy rok jej edukacji, w którym będzie musiała się chociaż trochę powstrzymać od przyjemności i zabawy. Nie była najlepszą uczennicą, ale większych problemów z przejściem do następnej klasy również nie miała, jednak wydarzenia ostatnich miesięcy bardziej, niż chęć imprezowania ukształtowały w niej potrzebę wyrwania się z zacofanego pół-światka Polskiej Rzeczypospolitej, która najwyraźniej żyła jeszcze dawno skończoną już erą PRL-u. Potrząsnęła głową, a jej czarne włosy zafalowały – zbyt dużo nauki i każdą rzecz na świecie zaczynasz tłumaczyć przedmiotem, nad którym ostatnio siedziałeś. Wysiadła z żółto-czerwonego autobusu MKP, który zatrzymywał się na przystanku przy początku ulicy Łagiewnickiej. Wielka przeprowadzka z wieżowca warszawskiego do domku jednorodzinnego przy Łagiewnikach podziałała uspokajająco na Julkę i musiała mimowolnie stwierdzić, że nawet jej się tutaj podoba, chociaż początkowy pomysł wyprowadzenia się wyśmiała, nie akceptując go w żadnym wypadku. Zaczęła szukać w granatowej torbie kluczy, co wcale nie było taką łatwą rzeczą, bo powszechnie jest wiadome, że kobieca torebka nie jest po to, żeby coś w niej odszukać, ale po to, by mieć tam wszystko, co może wydać się potrzebne. Idąc powoli chodnikiem ku białemu wejściu, wyciągając z pewną dumą upragniony przedmiot, próbowała wsadzić go do zamku i jakie było jej zdziwienie, gdy się okazało, że drzwi są otwarte. Z lekkim wahaniem nacisnęła klamkę, a kiedy upewniła się, że nie czyha za nimi seryjny morderca pragnący ją zabić, zatrzasnęła je czym prędzej, wchodząc po wąskich schodach na górę, kierując się przy tym do swojego pokoju, który przy małym korytarzyku mieścił się jako ostatni na lewo. Wchodząc, rzuciła torbę w kąt, a sama położyła się na stojącym nieopodal łóżku, równo zasłanym kołdrą w zielonej poszewce. Gdyby zrobić przekrój przez to pomieszczenie, prawdopodobnie była to jedyna rzecz zachowana we względnym ładzie – ubrania porozrzucane były nie tylko po podłodze, w szafie, ale również zajmowały dwa stojące pod oknem krzesła, a jedna z koszulek robiła za podwójny abażur nocnej lampki. Książkowy chodnik ciągnął się od biurka i żeby lepiej prześledzić jego dalszą trasę, Wiśniewska przekręciła się na brzuch, patrząc, jak wije się koło jej posłania, zakręcając i kierując się w stronę regału z innymi podręcznikami, kiedy niespodziewanie… Zadzwonił telefon? - Halo? – zapytała dalej zaabsorbowana chaosem brunetka. W słuchawce odpowiedziało jej ciche chrząknięcie które było znakiem, że nieznany rozmówca (dziewczyna nawet nie sprawdziła, kto się do niej dobijał), był dość zdenerwowany, a ona właśnie zawiesiła wzrok na zeszycie, na którym stał kubek z jej wczorajszą kawą, jak się domyśliła. Niestety postawiła go na krawędzi biurka a wiatr wpadający przez okno powyżej niebezpiecznie nim bujał… - Cześć Julka, tutaj ja, Gruby, to znaczy Marek, pamiętasz mnie jeszcze, prawda? No i ostatnio jak się mnie pytałaś, czy, wiesz no.. – urwał na chwilę, czekając na jej reakcję, jednak w tym samym momencie jesienne powietrze wezbrało tak na sile, że żółte, ceramiczne naczynie bez żadnego ostrzeżenia spadło wraz z brulionem na podłogę wywołując tym samym głuche stuknięcie, a cała jego brązowo-czarna zawartość, wylądowała na małym, kremowym dywaniku koło biurka. Dziewczyna skrzywiła się oceniając stan swojego zielono-biało-żółtego pokoju – było to jedna, wielka katastrofa. - Boże, wypadałoby by chyba w najbliższej przyszłości posprzątać.. – mruknęła wreszcie, nie zdając sobie zbytnio sprawy, że jest ciągle „na linii”, dalej leżąc na swoim miejscu z szeroko otwartymi, ciemnymi oczami, patrolując okolicę w poszukiwaniu kolejnych, niebezpiecznych dla higieny pomieszczenia klęsk. - Słucham? – zbity z tropu rozmówca zapewne spojrzał na swój telefon, sprawdzając, czy zadzwonił pod dobry numer i zastanawiając się, czy rozmówczyni nie podała mu fałszywych namiarów. Jednak to był ona i wyrwana tą uwagą ze swoich rozmyślań, spoglądając na wyświetlacz telefonu, zarumieniła się lekko. - Oh tak, tak, jasne, że pamiętam – powiedziała w końcu, lekko zażenowana swoją postawą. – Przepraszam, ale dopiero wróciłam i właśnie byłam świadkiem ostatecznej katastrofy ekologicznej miejsca, w którym mieszkam. Każdy, kto znał Grubego wiedział, że jego stosunki z kobietami są raczej znikome, dlatego uznał, że była to prawdopodobnie chęć zniechęcenia go, ale z racji, ze nie potrafił taktownie zakończyć rozmowy i nie za bardzo wiedział, co Julka miała na myśli, postanowił kontynuować, tym bardziej, ze zadeklarowała się, że pamięta go i może ich niedawne spotkanie również.. - Mówiłaś ostatnio, że jak będzie jakaś impreza, żebym cię poinformował, dzisiaj kumple na Grodzieńskiej coś robią no i.. Obiecałaś, to znaczy ja zaproponowałem, że jeśli może masz czas dzisiaj o 18, to jakbyś chciała, to wiesz, że ja zawsze mogę i jestem bardzo chętny bo podoba.. to znaczy lubię cię bardzo i jeśli tylko masz ochotę to ja jestem gotowy, bo wiesz, mówiłaś, ze chcesz poznać nowych ludzi, a to będzie świetna okazja, ale jak jesteś zmęczona, bo dopiero wróciłaś, tak? Tak, pewnie ze szkoły, no ale wiesz, ze jak masz ochotę, to mogę cię zaprowadzić, tylko mi powiedz, to przecież damy rade się zgadać, nie musimy być na początku, jeśli oczywiście chcesz ze mną iść, bo jak nie, to zrozumiem, ale może jednak jakbyś chciała, to ja zawsze.. - Oh, to super, może wpadnij po mnie tak koło 18.45, hm? – przerwała mu dziewczyna, trochę rozbawiona tym, że chłopak się tak stresuje i dostał takiego słowotoku, ale doświadczyła tego już na ich ostatniej „randce”, jak to lubił nazywać, chociaż dla niej to było.. A zresztą. Słysząc, jak chłopak spuszcza z siebie powietrze w geście ulgi, uśmiechnęła się jeszcze szerzej do telefonu. Nie słysząc odpowiedzi uznała, że godzina mu pasuje i nie ma zamiaru niczego zmieniać – W takim razie, do zobaczenia! – dorzuciła tylko, rozłączając się. Lubiła tego chłopaka, jak na kibica był bardzo sympatyczny, chociaż może ona sama również wykształciła sobie zdanie na ich temat pod wpływem mediów i stereotypów? Nigdy wcześniej nie znała ludzi z tej subkultury, a ci tutaj wydawali się być całkiem w porządku.. Usiadła na łóżku po turecku, mrużąc oczy. Miała dwie godziny, żeby się naszykować, więc niczym dziki kot skoczyła w stronę największej sterty ciuchów, przegrzebując je w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego, co w takiej sytuacji nie było wcale łatwe. Rzuciła krótkie spojrzenie w kierunku okna – wrzesień, dość ciepło, ale wiał wiatr, więc lepiej nie ryzykować. W końcu wyciągnęła z szafy szarą, dopasowaną sukienkę i buty na dość niskiej szpilce i naszykowała sobie płaszcz, żeby nie zmarznąć, chociaż z rozbawieniem stwierdziła, że Marek na pewno by o to zadbał, żeby nie było jej zbyt zimno. Z dobrym humorem, udała się do łazienki, po „krótkie odświeżenie” i wszystko byłoby dobrze, gdyby kąpanie, mycie, czesanie i malowanie nie zajęło jej trzech czwartych czasu, więc kiedy w końcu wybiła godzina 18.30, pakując pośpiesznie torebkę zbiegła na dół po schodach, uważając jednak, by nie połamać obie obcasów albo co gorsza nóg, coś jednak zatrzymało ją przed samym wyjściem… Odgłosy pochrapywania z salonu. Idąc na palcach, by szpilkami nie pukać o panele i nie zdradzić tym swojej obecności, schowała się za ścianą, nieśmiało zaglądając do pomieszczenia, gdzie jednak na kanapie zobaczyła.. Wszystkie emocje, całe napięcie w niej opadło a radość, którą czuła chyba uleciała z niej z prędkością światła. Nigdy nie była wyrodną córką, a przynajmniej takie miała o sobie zdanie. Na czarnej sofie półprzytomna leżała Grażyna Wiśniewska, matka Julki i gdyby tą pierwszą odmłodzić o kilka lat, prawdopodobnie byłyby zabójczo podobne. Przez zamglone oczy widząc 19-latkę matka podniosła się, lustrując ją pijanym wzrokiem. - Wychodzę na imprezę do znajomych – powiedziała czarnowłosa całkowicie obojętnie, może jedynie z nutą goryczy w głosie. Starsza kobieta spojrzała na nią, chichocząc w dość przerażający sposób. - Idź się kurwić, a ja posprzątam – powiedziała i to był ostateczny impuls, żeby młoda wyszła z domu, trzaskając drzwiami. Łzy złości napłynęły jej powoli do oczu, tak jak powróciły wszystkie wspomnienia. Ojciec je zostawił, kiedy Wiśnia zaczynała liceum, znalazł sobie jej rówieśniczkę, którą można było pobrykać, pochwalić się w towarzystwie, pożyczyć koledze na jedną noc. Matka nie była mu potrzebna, córka, która nie chciała przespać się z jego kolegą też. Mówiło się „szef wydziału banku, to taki porządny człowiek” – nigdy, nie oceniajcie po pozorach. Od zawsze brakowało jej męskiego wzorca w rodzinie, kobiecego w końcu też zabrakło, kiedy to wyprowadziły się, a matka zaczęła pić. Wtedy w ataku złości, kiedy znowu ją zostawiała powiedziała to, co ona teraz wypomniała jej. Samotna łza spłynęła brunetce po policzku. - Powiedz mi, kto ci to zrobił, to zaraz go zabiję! – powiedział jakiś wyjątkowo śmiały jak na taką sytuację Gruby, którego Wiśniewska nie zauważyła wcześniej. Przytuliła go na chwilę, czując, że jej nieco lepiej. Uśmiechnęła się blado. - Nie, wiesz, to kolejna katastrofa higieniczna mojego pokoju, wszystko dobrze, chodźmy.
~~***~~
Sąsiedzi od zawsze narzekali na lokatorów z 7 piętra, ale jak do tej pory, nie znalazł się nikt odważny, kto zwróciłby im uwagę, dlatego swoisty nierząd odbywał się tam praktycznie w każdy piątek, od późnego popołudnia czasami nawet do rana, niekiedy z małymi przerwami, gdy nikogo tam nie było, lub wszyscy przebywali na meczu wyjazdowym, a zostawała jedna osoba, zajmująca się wszystkim, czyli podlewaniem kwiatków, jak tłumaczyli sobie lokatorzy z tego samego piętra, którzy nie byli uświadomieni w tym, że takowych tam nie ma. Zazwyczaj to w małych miejscowościach każdy wie wszystko o wszystkich, jednak ludzie w wieżowcach potrafili być równie wścibscy, dlatego mieszkańcy lokalu numer 37 często odpłacali się pięknym za nadobne, jak przykładowo dzisiaj, gdzie muzyka grała na tyle głośno, że okna drżały już niebezpiecznie, co im samym osobiście nie przeszkadzało, a psa sąsiadki doprowadzało do apogeum wściekłości, bo biegał po całym domu szczekając i wyjąc. Marcel siedział na kanapie wpatrując się w nią z całkowitym, ironicznym rozbawieniem, które maskowało to, że najchętniej wyrwałby jej te blond kudły z głowy. To nie był normalny związek i oboje o tym wiedzieli, zresztą, pewnie nie tylko oni, ale to nie upoważniało jej też do tego, by go poniżała i traktowała jak… Oh, sam nawet nie wiedział, jak kogo, ale nie pozwoli jej na to, zresztą nie tylko jej, znał swoją wartość i wiedział, ze nie zasłużył sobie na takie traktowanie, a ona z krzywą miną stała przed nim opierając się o blat stołu, kiedy ludzi przybywało coraz to więcej i kłótnia stawała się coraz mniej komfortowym rozwiązaniem, ale miał świadomość tego, że jeśli odłożą to na potem, to emocje w nim opadną, a w tej chwili miał jej zaskakująco wiele rzeczy do powiedzenia. W ostatnim czasie stała się nieznośna i ktoś powinien ją w tym wreszcie uświadomić, bo on osobiście dłużej tego nie będzie wytrzymywać. Spojrzał w te jej wyzywające, ciemnobrązowe oczy, które tak bardzo kontrastowały z jasnymi włosami i to, co w nich zobaczył miało taki efekt, że reakcja była natychmiastowa. Jakby podłożyć zapałkę do ulatniającego się metanu. Wielki wybuch! - Nie będziesz się prowadzać z żadnym lalusiem po mieście, kiedy ja kurwa tutaj siedzę i czekam, bo ty musisz niby iść do kosmetyczki i nie możesz z łaski przyjechać, kiedy cię o to proszę – warknął, a wszyscy, którzy znajdowali się dookoła, umknęli w drugi koniec pokoju, żeby nie zostać przypadkową ofiarą. Miał dobre znajomości na mieście, dlatego wiedział, co się z nią dzieje, kiedy on nie nadaje się do życia. Tym bardziej go to denerwowało – leżał cały poobijany, a ona się puszczała. Stanowczo cała ta sytuacja nie wyglądała zbyt bezpiecznie, jednak blondynka, o której zachowanie się tutaj rozchodziło, dalej stała z raczej obojętnym wyrazem twarzy, myśląc tylko o tym, że musi znaleźć pilniczek i zrobić coś z pękniętym paznokciem, który bardzo jej w tej chwili zawadzał. Wiedziała, że zrobiła „źle” i Diabeł będzie się teraz wciekać, ale prędzej czy później mu przejdzie i wszystko wróci do normy, bo nie był głupi, potrzebował jej tak mocno, jak jego rodzina potrzebowała forsy i tego, by się nią zajął, mimo wszystko widząc, że czeka na jej odpowiedź rzuciła mu lekko znudzone spojrzenie. - Ale jak mnie nie ma, a ty się zabawiasz ze Szpyrą, to jest dobrze – fuknęła, patrząc z ukosa na blondynkę, która kręciła się gdzieś w pobliżu jak hiena, czekając tylko z nadzieją na jakiś skrawek, który mogłaby pożreć. Nie tym razem jednak. Chłopak również spojrzał w kierunku blondyny, która od czasu do czasu im się przyglądała i skrzywił się mimowolnie. - Ale o co ci znowu chodzi? To było zupełnie coś innego i już to przerabialiśmy, więc nie odwracaj mojej uwagi, ok? Zmieniłaś się ostatnio, to, że możesz mieć cokolwiek, co ci się tylko spodoba bo twoim starym się ułożyło, to nie znaczy, że wszystkich innych możesz traktować jak nic niewarte szmaty, księżniczko – dokończył, odpalając papierosa i nawet nie fatygując się, by iść z nim na balkon lub klatkę, był teraz zbyt zdenerwowany. Wiedział, że Lidia jest królewną, ale stanowczo zaczęła przesadzać. Spojrzała na niego mrużąc oczy, a potem odwróciła się, odchodząc w drugą stronę. Uniósł brwi do góry. - Świetnie. Wcale nie miał humoru, żeby siedzieć na tej imprezie. Powoli swoimi niebieskimi tęczówkami lustrował każdą postać, która się koło niego przewinęła, od czasu do czasu zaciągając się tytoniowym dymem i wypuszczając go wprost na przechodzących ludzi. Za oknem pomału się ściemniało, muzyka grała, a małolaty piły piwo po kątach, jakby zerwały się ze smyczy, bo pierwszy raz się wyrwały spod opieki mamuśki. Sięgnął po swój browar, który stał przy sofie. Coraz trudniej było o normalną dziewczynę. Albo puszcza się, kiedy ciebie nie ma – tutaj spojrzał w kierunku elity princessek, które gestykulowały rozmawiając na najwyraźniej jakiś burzliwy temat, którego się domyślał po śladowych spojrzeniach rzucanych mu przez Romę, która stała najbliżej. „Głupie suczki” – pomyślał, patrząc dalej i pociągając łyka. Nie było już zimne, a półciepłe całkowicie traciło w jego oczach na wartości, jednak teraz mu to nie przeszkadzało, jak już tutaj był, to chciał się chociaż zabawić na poprawę humoru, jednak nie widział nikogo ciekawego. Podniósł się, gasząc w szklanej popielniczce fajkę, w drugiej trzymając butelkę i tą już oswobodzoną, starając się wygładzić ubranie. Kibic nie kibic, wyglądać jakoś trzeba, a koszulka klubowa to już całkowita świętość, zwłaszcza dla niego. Przeciskając się pomiędzy ludźmi, których znał, widywał, albo dopiero co miał poznać – jego wzrok napotkał Tymka, który zagadywał jedną z lasek, które spotkali wcześniej w windzie, choć ciekawe, czy przyszła sama, chociaż, druga nie wyglądała na zbyt zachwyconą ich towarzystwem. Pewnie kolejna młoda panna której rodzice nagadali, żeby omijała stadiony w dniu meczów, podwozili ją do szkoły i ostrzegali przed złymi, zakapturzonymi ludźmi. Przywykł już do takiej opinii, aczkolwiek wkurzało go to, bo wcale nie miało to nic wspólnego z prawdą. Nie kolekcjonował krzesełek powyrywanych z trybun, zdartych koszulek innych kiboli czy szalików tych pobitych i ku zdziwieniu innych, połowy jego pokoju nie zajmował ołtarz kibica, miał tylko kilka kradzionych flag schowanych w szafie i szalik RTS-u nad łóżkiem. Dla niego chodzenie na mecze było tak normalne, jak dla Lizki do kosmetyczki. Skrzywił się, wchodząc do kuchni i rozglądając za czymś do jedzenia, gdy nagle ktoś na niego wpadł. Spojrzał w dół, bo na jego linii oczu widniały tylko czarne, lekko pofalowane włosy, a nieco poniżej dojrzał twarz nieco zażenowanej całą sytuacją dziewczyny. Krzyżanowskiego przykuła jej uroda, całkiem inna, niż wszystkich dziewczyn, jakie znał – dość wąskie usta, ale ładnie wykrojone, ciemne oczy, włosy, rzęsy, ale karnacja niezbyt śniada, wyjątkowo blada też nie była. Zwyczajna i może to właśnie jej prostota i czarne jak węgle oczy przykuwały uwagę. Spojrzał na swoją koszulkę, na której rozmaślone było po całości winogrono. A dopiero co myślał o szanowaniu rzeczy, które oddają umiłowanie do klubu. Kolejna fantastyczna rzecz, która go dzisiaj spotkała, jednak widząc przerażenie w oczach brunetki postanowił, że okaże trochę serca i na nią nie nakrzyczy, bo prawdę mówiąc był już całkowicie zrezygnowany beznadziejnością otaczającego go świata. - Przepraszam, nie chciałam, to przez nieuwagę, serio – wydukała nieco onieśmielona, co poprawiło mu humor. Ludzie zawsze czuli przy nim respekt, może nawet się go bali, co pozwalało mu straszyć wkurzającą dzieciarnie spod bloku, która rzucała kasztanami w gołębie. - Spoko, zaraz się coś z tym zrobi, ale chyba nie widziałem cię tutaj wcześniej – powiedział, skupiając nieco wzrok na jej postaci. – Marcel – dorzucił, wyciągając rękę, którą ona lekko uścisnęła z wyrazem ulgi na twarzy, że jednak jej się nie oberwie za ten występek. - Julka, dopiero niedawno przeprowadziłam się