Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 40 min czytania

PRAWDZIWY PRZYJACIEL

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PRAWDZIWY PRZYJACIEL

Petronus z Panonii służył w legionach od ośmiu lat i przez ten czas zdążył awansować na dziesiętnika. Należał do principes - kategorii piechoty w legionie rzymskim, walczącej w trzeciej linii wojsk Cesarstwa. Miał dwadzieścia sześć lat, więc za rok lub dwa powinien zostać przeniesiony do oddziałów triarii, które tworzyli najbardziej doświadczeni weterani, stanowiący linię rezerw, wprowadzanych do walki w krytycznych momentach. Marzyła mu się funkcja centuriona i sądził, że ma szansę ją uzyskać. Dowódcy chwalili tego wyjątkowo rosłego, barczystego blondyna, bo był odważny do szaleństwa, karny i gorliwie podchodził do swoich obowiązków. Często nawet zbyt gorliwie. Tak samo było teraz. Rzym wysłał ich do stłumienia ludowego powstania w Tracji, chcącej oderwać się do Cesarstwa. Skończyło się jak zwykle – pogromem rebeliantów, krwawą jatką, grabieżami, podpaleniami, gwałtami i zabijaniem miejscowej ludności. Petronus czuł się jak ryba w wodzie. Z okrutnym uśmiechem na krzywych ustach i radością w zatwardziałym sercu bardzo aktywnie brał udział w walkach z powstańcami i zabijaniu wspierających ich cywilów. Najbardziej lubił mordować i gwałcić. Nie znał litości, bo sam też nigdy jej nie doświadczył i dlatego nie reagował na takie słowa jak: „łaski”, „oszczędź” i „nie zabijaj”. Petronus należał do V Legionu Macedonica, dowodzonego przez legata Conradusa. Po pokonaniu głównych sił Traków Rzymianie obrali drogę w kierunku Adrianopolis, by rozbić kilka mniejszych oddziałów rebeliantów. Żołnierze byli głodni, bo powstańcy odcięli ich od taborów z prowiantem, więc dowodzący kohortą trybun wojskowy Leksontus wydał rozkaz, by zboczyć półtorej mili od głównego szlaku i zdobyć żywność we wsi Gerbon. Legioniści z doświadczenia wiedzieli, iż wieśniacy bardzo niechętnie pozbywają się swojego żyta, świń, krów i gęsi, więc nawet nie pytali się ich o zdanie, siłą zabierając wszystko, co nadawało się do zjedzenia, zabijając stawiających opór chłopów i przy okazji gwałcąc miejscowe kobiety. Petronus, gdy już zaspokoił pierwszy głód, poczuł rozpierającą go żądzę i postanowił poszukać rozrywki. W poszukiwaniu kobiet wpadł do stodoły i przetrząsnął siano, bo wiedział, że wieśniaczki często chowają się w nim przed legionistami. Już miał wychodzić, gdy kątem oka dostrzegł w półmroku jakiś ruch. Rzucił się w tym kierunku. Kilkunastoletnia, długowłosa dziewczyna wyskoczyła z kupki siana i wypadła na dwór. Pobiegł za nią jak chart, długimi krokami w szybkim tempie zbliżając się do zdobyczy. Dziewczyna wbiegła w wąskie przejście między domem a oborą. Petronus był tuż za nią. Nagle drogę zagrodził mu brodaty, ciemnowłosy i smagłolicy mężczyzna, który pojawił się nie wiadomo skąd i stanął na jego drodze z szeroko rozłożonymi rękoma. Rozpędzony legionista wpadł na niego i odrzucił do tyłu na kilka sążni. Potknął się przy tym o kamień i rozciągnął jak długi. Gdy wstał, nieznajomy też zdążył już się pozbierać i znów zagradzał mu przejście. Dziewczyna zdążyła gdzieś zniknąć, co rozwścieczyło Petronusa. Wpadł w furię. Uderzył mężczyznę pięścią w głowę, powalając go na ziemię. Potem chwycił brodacza za gardło i jedną ręką postawił go na nogi. - Ty psie! Przeszkodziłeś mi! Zaduszę cię za to jak szczura! Obcy był wysoki i muskularny, ale przy mierzącym ponad siedem stóp wzrostu, przerastającym go o głowę Petronusie wyglądał jak mały chłopiec. Legionista był górą mięśni i jeszcze nie spotkał wojownika, który dorównałby mu w ręcznym boju. Zabijał mężów jednym uderzeniem pięści, rozrywał ich na strzępy gołymi rękoma lub dusił morderczym uściskiem. Jego potwornie zniekształcona szczęka, poznaczona krwawymi bliznami twarz i krzywe, poczerniałe zęby sprawiały, iż dzieci na jego widok płakały, kobiety odwracały wzrok, a mężczyźni spluwali i klęli. Oczywiście jeśli tylko byli dostatecznie daleko, żeby uciec przed jego oszczepem lub mieczem gladiusem. - Dlaczego chcesz mnie zabić? - nieznajomy, smagły mężczyzna spytał łagodnym głosem. Był przystojny i miał niespotykanie spokojne, dobre oczy. - Bo ośmieliłeś mi się wejść w drogę! Ogromna dłoń dusiciela z siłą imadła zaczęła zaciskać się na gardle smagłolicego. Petronius swoim zwyczajem wpatrywał się w oczy ofiary. Uwielbiał obserwować, jak z człowieka uchodzi życie i niczym chory, zboczony naukowiec ze złośliwą satysfakcją rejestrował w głowie każdą zmianę na twarzy duszonego człowieka. Ku jego zdziwieniu brodacz nie dość, że nie umierał, to jeszcze uśmiechał się do niego jak do najlepszego przyjaciela. „Co za świr!” - pomyślał Petronus. - „Zabijam go, a on się cieszy, jakbym dał mu sakiewkę ze złotem. Twardy jest, łajdak! Już dawno powinien wywinąć kopyta”. Wzmocnił jeszcze chwyt, ale ciemnowłosy nie zamierzał przenosić się na tamten świat. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a w dodatku spojrzał w oczy Petronusa w dziwny, przejmujący i zastanawiający go sposób. Ktoś już kiedyś patrzył na niego tak samo. Dawno temu, gdy jeszcze był dzieckiem. Pamiętał to jak przez mgłę. Tak, dokładnie to samo spojrzenie. W ten sposób spoglądała na niego jedyna osoba, która kiedykolwiek go kochała. Jego matka. Petronus puścił nieznajomego. - Co się tak gapisz, głupcze?! - spytał z gniewem.- Zaraz zetrę ci z twarzy ten twój kretyński uśmieszek! - Dlaczego chcesz mnie skrzywdzić? Przecież jesteś dobrym człowiekiem. - Nie jestem dobrym człowiekiem, do diabła! Jestem rzymskim legionistą! Żyję z wojny, z zabijania! Rozumiesz? - Nie jestem żołnierzem. Nie musisz mnie zabijać – powiedział brodacz melodyjnym, cichym głosem. - Ale mogę. I zrobię to, bo lubię zapach krwi! Petronus pochylił się nad mężczyzną, niemal dotykając głową jego czoła. Legionista wpatrywał się w jego źrenice, chcąc zobaczyć w nich strach, ale ujrzał tylko spokojną, bezinteresowną miłość. Tak bardzo go to zaskoczyło, że speszony spuścił wzrok. - Kiedyś nie lubiłeś zabijać – odezwał się mężczyzna. - Wolałeś bawić się z dziećmi i chodzić do świątyni. Twoja matka nawet myślała, że zostaniesz kapłanem. - Skąd o tym wiesz?! Znałeś moją matkę? Gadaj! - Petronus potrząsnął nim jak szmacianą lalką. - Znałem. To była bardzo dobra kobieta. Ty też jesteś dobry, tylko że zawsze trafiałeś na złych ludzi i zmieniłeś się pod ich wpływem. Wiem, że życie dało ci w kość. Że było dla ciebie twarde, więc ty też musiałeś być twardy, żeby przeżyć. Że barbarzyńcy w bestialski sposób zamęczyli ci matkę na twoich oczach, gdy miałeś dziesięć lat i od tamtej pory jesteś sam na świecie. - Skąd wiesz to wszystko?! Czytasz w myślach? Słyszysz głosy bogów? Jesteś magiem albo szamanem? - Powiedzmy, że coś w tym rodzaju – brodacz uśmiechnął się dobrotliwie. - Od razu pomyślałem sobie, że nie jesteś normalnym człowiekiem. Nikt nie wytrzymałby takiego duszenia ani nie śmiałby się przy tym. - Petronus cofnął się o krok, czując podświadomy lęk przed nieznanymi mu mocami. - Kim ty jesteś i jak cię zwą? - Jestem pielgrzymem, który zmierza do pewnego miejsca, a po drodze pomaga swoim przyjaciołom. A ciebie jak zwą, dobry człowieku? - Nie jestem dobrym człowiekiem! Mówiłem ci już! I nie zagaduj mnie! - legionista pomyślał, że musi być czujny, bo smagłolicy mężczyzna to pewnie chory psychicznie szaman, który może na niego rzucić urok. - Tylko przeciągasz sprawę. To i tak nie uratuje ci życia! A zwą mnie Petronus albo Krzywy Ryj. - Dlaczego „Krzywy Ryj”? - spytał pielgrzym z niewinną miną. - Kpisz ze mnie?! - warknął Petronus. - Nie widzisz, jaką mam twarz? - wskazał palcem na swoją szkaradną, wykrzywioną pod niespotykanym kątem szczękę. - Nawet psy uciekają z podwiniętym ogonem, gdy się zbliżam. - Nie jesteś wcale taki brzydki. A piękno płynie z wnętrza, a nie z tego, co widać na pierwszy rzut oka. - Nie okłamuj mnie! Wiem, jak wyglądam. - Co ci się stało? - A co cię to obchodzi?! - Pytałem tylko z ciekawości – odpowiedział pielgrzym spokojnym głosem. - Jeśli się wstydzisz, to nie mów. - Gdy miałem dwanaście lat i zdychałem z głodu, połasiłem się na cudze mięso. Złapali mnie na kradzieży, skopali jak psa i wyrzucili na śmietnik, bo myśleli, że zdechłem. Ale cudem wylizałem się z tego. Dwa lata później miałem już ponad sześć stóp wzrostu i ważyłem dwa cetnary. Wtedy to ja zacząłem bić i kopać innych i tak jest do dziś – zarechotał Petronus, dumny ze swych gigantycznych gabarytów. - W głębi duszy wcale nie jesteś taki okrutny. Wierzę w ciebie i wiem, że możesz się zmienić i być szczęśliwy, a nie taki jak teraz – szukający swojego miejsca w życiu i wyżywający się na wszystkich za swoje nieszczęścia. - Ględzisz jak szalony filozof! Zamknij się wreszcie, bo nie mogę znieść twojej pokrętnej mowy! - Petronus! Petronus! - ktoś głośno wołał olbrzyma. - Gdzie jesteś? Znaleźliśmy antałek wina! Chodź, bo wypijemy bez ciebie! - Dobra, tym razem ci się upiekło! - Petronus spojrzał groźnie na brodacza. - Ale nie wchodź mi więcej w drogę! Legionista splunął, odwrócił sie na piecie i ruszył w stronę wołających go kompanów. Pielgrzym spoglądał za nim z łagodnym uśmiechem, a potem zawołał: - Do zobaczenia, przyjacielu! - Lepiej dla ciebie, żebyśmy się już nie spotkali! – Petronus odwrócił się w jego kierunku. - I nie jestem twoim przyjacielem!

***

Olbrzym czasami wspominał swoje spotkanie z tajemniczym i dziwnym pielgrzymem. Zastanawiał się, skąd nieznajomy tak dużo o nim wiedział i dlaczego powtarzał mu, że jest dobrym człowiekiem i że wierzy w niego i w to, że może być szczęśliwy. Petronus nawet sam przed sobą nie przyznawał się do tego, ale ciemnowłosy mężczyzna miał rację – był samotny, nieszczęśliwy i zaślepiony przez chęć odegrania się na całym świecie za to, że los nie uśmiechnął się do niego. Być może w słowach nieznajomego była jakaś prawda, której do końca nie rozumiał. W legioniście zaczęła powoli kiełkować myśl, że może warto spróbować i zmienić coś w swoim życiu. Zaczął od tego, że przestał znęcać się nad cywilną ludnością i zabijać wieśniaków. Rzadziej niż przedtem gwałcił kobiety, chociaż gdy zobaczył młodą i ładną dziewczynę, ciągle nie mógł się opanować, by jej nie posiąść. Dwa tygodnie po opuszczeniu wsi Gerbon legion legata Conradusa dotarł do Adrianopolis. Liczył sobie ponad pięć tysięcy zaprawionych w bojach żołnierzy, więc gdy pod murami miasta starł się z o połowę mniejszym oddziałem powstańców, wybił ich do nogi. Niedobitki rebeliantów szukały schronienia na przedmieściach Adrianopolis, więc legioniści rzucili się za nimi w pogoń. Petronus również brał udział w polowaniu na pozostałych przy życiu Traków. Za jednym z nich wpadł do palącej się świątyni, prawdopodobnie podpalonej przez któregoś z jego kompanów, by wypłoszyć ze środka rebeliantów. Z gladiusem w jednej dłoni i dwumetrowym oszczepem pilum w w drugiej rozglądał się po skromnie urządzonym wnętrzu, pozbawionym jakichkolwiek ławek czy krzeseł. Nie zauważył nigdzie mężczyzny, za którym wbiegł do świątyni, więc wszedł głębiej, nie przejmując się ogniem, który coraz mocniej trawił drewniane ściany. Nagle Petronus usłyszał za sobą ogromny huk. Obejrzał się błyskawicznie. To nadpalone belki, podtrzymujące dach, nie wytrzymały i spadły razem ze stropem. Jedyne wyjście z świątyni zostało zablokowane. Legionista rozejrzał się dookoła w panice. Ściany budynku były gładkie i pozbawione jakichkolwiek elementów, po których można byłoby się wspiąć do wąskich okien, znajdujących się trzy sążnie nad kamienną posadzką. Petronus zaklął głośno i szpetnie. Jego ogromne mięśnie nie mogły mu się do niczego przydać. Czyżby miał się tutaj usmażyć jak szczur wrzucony do beczki ze smołą? - Witam cię, mój przyjacielu – usłyszał za sobą znajomy, melodyjny głos i odwrócił się na pięcie. - Co ty tutaj robisz?! - Petronus był bezgranicznie zdumiony i na chwilę zapomniał o strachu przed śmiercią. - Mówiłem ci już – pomagam moim przyjaciołom. Taką mam misję podczas mojej pielgrzymki – odpowiedział pielgrzym. - Ale ja jestem twoim wrogiem, a nie przyjacielem. Przecież chciałem cię zabić! Nie pamiętasz? - Nie winię cię za to. W gruncie rzeczy nie jesteś zły. Ty tylko nie potrafisz się opanować i odpowiadasz złem na zło. Wiem, że to tylko kwestia czasu, żebyś się zmienił. A gdy to uczynisz, będziesz szczęśliwy. - Zamiast prawić mi morały, wyciągnij mnie z tej matni, do jasnej cholery! Jeśli się tutaj spalimy, to na pewno nie zdążę się zmienić! - Petronus otarł pot z czoła. Ogień był już tak duży, że w środku było gorąco jak w ukropie. - Chodź za mną! Pielgrzym poszedł w stronę ołtarza, a legionista ruszył za nim. Ciemnowłosy wszedł za ołtarz, namacał rączkę w podłodze, szarpnął za nią i podniósł klapę, pod którą ukazały się schody. Zbiegli nimi w dół, potem pomknęli wzdłuż długiego korytarza, by w końcu kolejnymi schodami wydostać się na powierzchnie. Byli dwieście kroków od palącej się świątyni, która na ich oczach zawaliła się jak domek z kart. - Uratowałeś mi życie – cicho powiedział Petronus. - Masz we mnie dłużnika. Może i jestem plugawym łotrem i mordercą, ale swój honor mam. Jeśli kiedyś będziesz w potrzebie albo ktoś ci się w czymś narazi, możesz liczyć na mnie i na mój miecz. - Nic nie jesteś mi winien – równie cicho odpowiedział pielgrzym, spoglądając w przekrwione oczy olbrzyma. - Przyjaciele pomagają sobie bezinteresownie i nie oczekują rewanżu. A ja jestem twoim przyjacielem, chociaż nie chcesz tego przyjąć do wiadomości. Ale jeśli pragniesz mi sprawić przyjemność, postaraj się być tak dobry, jak tylko możesz być. A wiem, że możesz, jeśli tylko będziesz chciał. Smagłolicy położył legioniście dłoń na ramieniu, a potem odwrócił się i zniknął za załomem muru. Petronus ruszył za nim, ale pielgrzyma już nie było. Rozpłynął się w powietrzu jak dym na wietrze.

***

Po stłumieniu rebelii w Tracji rozkazy Rzymu rzuciły legion Conradusa w kierunku Bithynii, by przywrócić porządek w jej stolicy, Nicomedii. Na drodze żołnierzom stanęła Cieśnina Bizantyjska, ale leżące na jej zachodnim brzegu miasto Byzanthium posiadało dwa duże okręty, mogące razem wziąć na pokład trzystu żołnierzy. Kursowały więc tam i z powrotem, żeby przerzucić na drugi brzeg wszystkich legionistów. Gdy na pokład weszła ostatnia już, dwudziesta partia żołnierzy, zapadała już noc. Rzymianie zdążyli odpłynąć od brzegu na pół mili, gdy znienacka uderzyła na nich flotylla kilkunastu statków, mających na swych pokładach łącznie ponad tysiąc piratów, grasujących na wodach Morza Czarnego. Wobec przeważających sił wroga nienawykli do walk na morzu legioniści nie mieli żadnych szans. Szybko zostali wybici, a gdy łupy wojenne wylądowały w ładowniach piratów, statki Byzanthium zostały podpalone. Niedobitki rzymskich żołnierzy próbowały wpław wrócić na zachodni brzeg cieśniny, ale byli dobrze widoczni w świetle palących się okrętów i piraci strzelali do nich z łuków jak do kaczek. Wśród tych, którzy przeżyli, był również Petronus. Gdy tylko znalazł się w wodzie, zzuł buty i zdjął kolczugę, hełm i nagolenniki. Tunika zaczęła nasiąkać wodą, więc pozbył się zbędnego ciężaru i pozostał jedynie w przepasce na biodrach. Potem zanurkował i płynął pod wodą tak długo, na ile starczyło mu tchu w płucach. Był to jedyny sposób, by pozostać niezauważonym przez piratów. Wynurzył się tylko po to, by nabrać powietrza i znów zanurkować. Kilka razy powtórzył ten manewr, aż w końcu oddalił się na tyle od dopalających się i spełniających rolę latarni okrętów, że skrył się w ciemnościach. W świetle księżyca widział już majaczący w ciemnościach brzeg, gdy rozszalał się straszliwy sztorm, który odrzucił Petronusa na pełne morze. Legionista nie mógł się przedrzeć przez olbrzymie bałwany, ciągle przykrywające go tonami wody, odbierające oddech i siły. Wytężył wszystkie siły, ale zamiast przybliżać się do Byzanthium, został wypchnięty na wody Morza Marmara. Brzeg przestał być widoczny i wtedy Petronus całkowicie stracił orientację, nie wiedząc już, w którą stronę ma płynąc. Był kompletnie wyczerpany i czuł, że jeszcze chwila, dwie i pójdzie na dno jak kamień. Wtedy nagle złapała go jakaś dłoń i mocno pociągnęła w górę. Ktoś wciągnął Petronusa na pokład łodzi. Żołnierz chwilę leżał na dnie, ciężko dysząc i dochodząc do siebie. Potem podniósł się i z trudem usiadł, chwytając się ławki. W ciemnościach rozpoznał znajomą postać. - To ty, przyjacielu! Znów mnie uratowałeś! - zawołał legionista, przekrzykując szum wichru i wody. - Od tego ma się przyjaciół, nieprawdaż? - uśmiechnął się pielgrzym. - Jak dałeś radę mnie wciągnąć na łódkę? - spytał Petronus. - Ważę ponad trzy cetnary, a ty zrobiłeś to jedną ręką! Jesteś niesamowicie silny! - Prawdziwa siła tkwi w głowie, a nie w mięśniach. Bierz się za wiadro i wylewaj wodę, a ja postaram się, żeby fale nie wywróciły nam łódki. Sztorm gnał ich w stronę brzegu Bithynii. Smagłolicy mężczyzna trzymał w dłoniach duże wiosła i sterował nimi tak, by łódź nie ustawiła się bokiem do fal, bo wtedy niechybnie znaleźliby się w wodzie. - Dlaczego robisz to wszystko? - spytał Petronus, energicznie wylewając wodę, która strumieniami dostawała się do łódki z każdą kolejną falą. - To znaczy co? - Pomagasz mi i innym w tej twojej tajemniczej pielgrzymce. - Coś ci powiem, przyjacielu – brodacz uśmiechnął sie promiennie. - Wystarczy, że jedna osoba z twojego powodu uśmiechnie się i już nie będzie można powiedzieć, że twoje przyjście na świat było bezsensowne. Dlatego to robię. - Dziwny z ciebie człowiek. Dziwny i dobry. - Przede wszystkim szczęśliwy. Ty też możesz taki być. Jeśli tylko będziesz chciał. - Myślisz, że czyniąc dobro i dając innym przykład jak postępować, uda ci się naprawić świat? Sprowadzisz wszystkich na dobrą drogą? - Nie, wszystkich nie. Ale część z nich na pewno. Nawet jeśli to będzie jedna osoba, będzie warto. Fale szczęśliwie wyrzuciły ich łódkę na piaszczysty brzeg Bithynii. Śmiertelnie zmęczony Petronus z trudem podniósł się i powłócząc nogami wszedł głębiej w ląd i padł zmęczony na ziemię. Pielgrzym wciągnął łódź na piasek i zbliżył się do żołnierza. Pozbierał gałęzie, urwał kilka garści suchej trawy i za pomocą łubki i krzesiwa rozpalił małe ognisko. Petronus nie miał siły mu pomóc, ale gdy zapłonął ogień i ogrzał się w jego cieple, szybko doszedł do siebie. Obserwując krzątającego się, niezłomnego mężczyznę, zauważył straszne rany na jego nadgarstkach. - Pokaż rękę! – Petronus nagle chwycił pioelgrzyma za dłoń i obrócił ją wierzchem do góry. Ciemnowłosy miał wielką, paskudną bliznę na nadgarstku i legionista doskonale wiedział, jak ona powstała. Takie niemożliwe do zagojenia rany powstawały od hufnali - dziesięciocalowych żelaznych gwoździ, jakimi Rzymianie przybijali ludzi do krzyży, by umarli w straszliwszy męczarniach. Petronus często brał udział w ukrzyżowaniach i wbił w nadgarstki i stopy setki takich gwoździ. Żołnierz spojrzał na drugą rękę i stopy brodacza. Tak jak przypuszczał, tam również pielgrzym miał niezagojone rany powstałe od hufnali. Szybko przesunął wzrokiem po ciele swojego wybawiciela i dopiero teraz zauważył, że także na wysokości żeber miał on paskudną ranę, wyglądającą jakby była zadana oszczepem lub włócznią. - Kto ci to zrobił?! - krzyknął Petronus. - Powiedz, to zabiję go jak psa! - Dobrzy ludzie – odpowiedział mężczyzna cichym, łagodnym głosem. - Zwykłe skurwysyny, a nie dobrzy ludzie! - wyrwało się Rzymianinowi. - Dobrzy ludzie, którzy zeszli na złą drogę. Tacy sami jak ty. Powiedz szczerze – czy nigdy nie przybijałeś nikogo do krzyża? Wiem, że to robiłeś. Zawstydzony Petronus spuścił głowę. Pierwszy raz od wielu lat poczuł wyrzuty sumienia. Szukał w pamięci twarzy mężczyzn, których ukrzyżował, mając nadzieję, że nie było wśród nich jego przyjaciela. Jednak nie pamiętał wszystkich. Było ich zbyt wielu. - Nie, to nie ty zadałeś mi te rany – powiedział pielgrzym jakby czytał we jego myślach. - Jak to się stało, że przeżyłeś? - Petronus nieśmiało spojrzał na przyjaciela. - Wisiałem na krzyżu kilka godzin w palącym słońcu, aż gapie znudzili się i odeszli. Zaczęły zlatywać się sępy, aż w

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
PRAWDZIWY PRZYJACIEL — czytnik · opowiadania