psychologia · 7 min czytania
Prawdziwy przyjaciel
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Tato, co się z nią teraz dzieje, czy… jest szczęśliwa? -Nie wiem. Sądzę, że ma wszystko, czego jej teraz potrzeba. -Ale czy… tam, gdzie się teraz znajduje, jest ciepło? -Czemu cię to interesuje? -Ale… nie pamiętasz? Ona nie znosiła zimna, robiła się wtedy smutna, narzekała na bóle… -Posłuchaj, ona teraz już nic nie czuje! Jej po prostu niema! Zrozum to w końcu! Nie jesteś już małym dzieckiem, powinieneś pojmować takie rzeczy!! -Ale… -Żadnych "ale"! Idź do siebie! Natychmiast!! Ojciec zapalił papierosa. Nie palił nigdy, do momentu, gdy jego żona zginęła. Był to typowy wypadek samochodowy. Jeden z tych, o których mówią prawie codziennie w wiadomościach. Zazwyczaj zmienia się wtedy kanał, albo wychodzi do łazienki. Jednak on nie mógł zmienić programu, nie mógł po prostu odejść od telewizora i za pomocą jednego przycisku na pilocie wycofać swojej osoby z wydarzeń, które zaszły blisko rok temu, a wciąż bolały, jakby mu ktoś wciąż i wciąż wbijał rozpalony sztylet w żołądek, nawet nie w serce, żeby szybko umarł i nie męczył się, ale w żołądek. Każdym takim sztyletem, każdą krwawiącą raną był widok syna. "To nie jest jego wina. Przecież on nic nie zrobił. Nawet go tam nie było", powtarzał sobie każdego dnia, gdy odejście snu zwiastowało kolejny dzień pełen bólu i trosk. Ale on, jego syn, był tak łudząco podobny do matki, miał jej oczy, jej nos, jej uśmiech… Tego ostatniego nie widział na ustach chłopca od tak dawna i to za sprawą samego siebie. Nie mógł znieść jego widoku i ciągle na niego krzyczał. Z byle powodu, po prostu. A to, bo nie wrócił na czas ze szkoły, a to, bo nie zjadł do końca obiadu, to z kolei dlatego, że nie umył rąk przed kolacją… Nie potrzebny był mu powód. Wystarczyła jedynie okazja. Po jakimś czasie znalazł ukojenie w dręczeniu syna. Nigdy go nie bił. Nigdy. Miał pewne skrupuły, gdy już podnosił na niego rękę widział w jego oczach swoją żonę, to go hamowało i nie pozwalało, aby posunął się za daleko...
Chłopiec wchodził po schodach. Znał to uczucie zbitego psa. Cały się trząsł ze strachu. Jego ojciec wzbudzał w nim tak wielki, wprost paniczny strach, silniejszy od strachu przed bólem fizycznym. Myśli kłębiły się w jego głowie było ich więcej niż mogło się w niej zmieścić. Musiał się nimi z kimś podzielić. I wtedy właśnie jego umysł stworzył coś w rodzaju zapasowego twardego dysku, który przyjmował i analizował każdą pobraną wiadomość. Był jednocześnie najlepszym i jedynym przyjacielem chłopca. Wszystkie żale, obawy i myśli chłopca chłonął jak gąbka. Kiedy chłopiec wszedł do swojego pokoju ten już na niego czekał. -Znów na ciebie krzyczał? - zapytał. Chłopiec tylko pokiwał głową. -Nie powinieneś mu na to pozwalać. On nie może cię tak traktować. -Wiem, ale… boję się go. -Nigdy cię nie uderzył. -Tak, ale to nie to chodzi. Myślę, że gdyby mnie uderzył to by mniej bolało. -Rozumiem. -Czy… ty też się czasem kogoś boisz? - zapytał po chwili chłopiec. -Nie, ale boję się, że twój umysł tego nie wytrzyma. -Czego? - zdziwił się. -Nas dwóch. Szczególnie, że twój ojciec męczy go i nadwyręrza. Dlatego właśnie nie możesz mu na to pozwalać, bo jeśli on zgnębi cię tak bardzo, że się poddasz to ty zwariujesz, a ja umrę i zostaniesz sam. ZNOWU sam. -Znowu sam - powtórzył jak echo. - To znaczy… -Będzie tak jak przedtem - dokończył za niego. - Pozostaniesz sam ze swoimi…