Filozofia · 10 min czytania
Prawo Kanta
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Deszcz zacinał niemiłosiernie. Gówniana widoczność, pomyślał Kant. - Słuchaj, Derrida! To już koniec! Odłóż palnik i oddaj mi książkę! - Nie, Kant! Znasz zasady, wiesz jak się w to gra! Wszystko, albo nic! Stali na dachu ogromnego gmachu biblioteki miejskiej. Z czarnego, nocnego nieba wciąż lały się potoki kwaśnego deszczu. Krążące nad nimi policyjne autoloty oświetlały ich trupio bladym światłem, silnikami wywołując porywisty wiatr. Ledwo się słyszeli. Gówniana sytuacja. Kant milczał, koncentrując się na zbieżności muszki ze środkiem czoła Derridy. Uśmiechnął się, bo znów przypomniał sobie, że na szkoleniu kłamali. To nieprawda, że w ferworze akcji wszystko dzieje się tak szybko, że nie można myśleć i można tylko reagować. Zdążył przypomnieć sobie dokładnie, jak to wszystko się zaczęło.
Za trzy minuty zadzwoni budzik. Nienawidził go, prezent rocznicowy od byłej żony. Ale czuł do niego coś w rodzaju sentymentu. Miał dzięki niemu motywację, żeby otwierać oczy wcześniej i wyłączać go nim zaskrzeczy. Jej głosem, powtarzające się w kółko „wstawaj kochanie, już pora!” Obudził się więc o tej samej godzinie co zwykle. Usiadł na łóżku, zapalił papierosa. To śniadanie. Przyglądał się chwilę upiornie trzęsącej się dłoni. Tej samej co zwykle, prawej. Chciał się przekonać, czy aby dziś nie trzęsie się już bardziej. Bardziej niż zwykle. Krótki prysznic. Ciepła woda krążąca w rurach nie zdążyła nawet wznieść się na wysokość jego mieszkania na siedemnastym piętrze, gdy już się wycierał. Myślał o zimnym deszczu. Lubił deszcz. Szybkie golenie. Niezbyt dokładne, ale wystarczy żeby nikt się nie czepiał. Resztę piany ścierał ręcznikiem. Jak na filmach o twardzielach. Tym razem trochę dłużej to trwało niż zwykle, bo musiał dziś zgolić widocznie już odrastające włosy. Szklanka wódki. Jeszcze jedna. Dopiero przy trzeciej ręka przestaje się trząść. No to może jeszcze czwarta, dla pewności. Biała koszula, szelki z kaburą pod pachą, czarny krawat, czarny służbowy garnitur. Przeładował berettę, odruchowo przymierzył do lustra, sprawdzając ustawienie muszki. Widział siebie z lufą na nosie. Potem założył ciemne okulary. Do pracy metrem. Wsiadał na smutnej, secesyjnej stacji. Zdobione kraty i finezyjne filary w starym stylu, porośnięte staromodną pajęczyną, pomiędzy nimi hologramy reklam i przekazów propagandowych. Na peronie dziwni ludzie, którzy dawno już przestali go dziwić. Ujemna strona liberalizmu. Stał obok siedzącego, starszego dżentelmena w cylindrze. Zaglądał mu przez ramię, bo cylinder czytał wideogazetę. Stacja przy ulicy Bohaterów Arkham, wysiadł. Na ulicy zastał go deszcz. Zastanawiał się czy zwykły, czy znów kwaśny. Dwa skrzyżowania i już był na schodach gmachu. Powolnym krokiem szedł korytarzem, mijał skupionych, oczekujących w kolejce ludzi. Potem zszedł schodami, na sam dół. Minął tabliczkę „tylko dla personelu”, przeszedł pomyślnie przez drzwi zabezpieczone zamkiem z identyfikacją tęczówki, potem znów w dół schodami i już prosto, aż do samego Wydziału Egzekucji. Nacisnął klamkę. Znów kanały wewnętrznego, ciemnego korytarza, parę milczących ukłonów, trzy podania ręki, znajomy pokój z tabliczką nr 42. Za biurkiem Derrida, jego partner. Zamiast zwykłego „cześć”, usłyszał: - Ty, zakochałem się. Derrida był parę lat młodszy, przyszedł do firmy zaraz po studiach prawniczych i krótkim szkoleniu na szkółce. Jeden z najlepszych absolwentów. Prywatnie mało pragmatyczny melancholik. Może nawet wierzył jeszcze w miłość. Jasne. - Zaszalałeś wieczorem? Może ci się zdaje? - Nie, znam ją już jakiś czas. Chcę być z nią. Złożyłem dzisiaj rano w Urzędzie Stanu Cywilnego podanie o założenie rodziny. – Derrida pocierał skroń. - Nie dadzą ci. Wiesz ilu czeka na zezwolenie? Powiedziałeś jej czym się zajmujesz? - Powiedziałem, że pracuję w bibliotece. - Świetnie. Myślisz, że się nie wyda? To się źle skończy. - Słuchaj, Kant. Ja mam dość. Chcę mieć dom z ogródkiem i dzieci. Wieczory spędzać przed hologramem, z żoną u boku, w kapciach. Ja chcę mieć znowu swoje nazwisko. Patrzył z pobłażliwym uśmieszkiem na Derridę. Zamiast własnych imion i nazwisk, posługiwali się kryptonimami, nazwiskami zmarłych filozofów. On sam nie pamiętał już swojego prawdziwego nazwiska. Naprawdę. Kant, to wszystko co mógł wyczytać w legitymacji i cała tożsamość, z jaką się identyfikował. - Zapomnij. - To odejdę. Z firmy się nie odchodzi. Każdy to wie. Do pokoju wpadł agent Hegel. - Zbierajcie się, chłopaki! Jedziecie na interwencję. Pojawił się wreszcie wasz ptaszek. Mieszkanie ptaszka było na podsłuchu od tygodnia. Obserwacja dwadzieścia