Fantastyka · 6 min czytania
Prawo krwi - prolog
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czarno odziana postać, niczym drapieżny ptak, przykucnęła na konarze drzewa, wypatrując ofiary. Zapadał zmierzch i choć mogłoby się wydawać, że w lesie robiło się cicho, ten dopiero zaczynał żyć własnym życiem. Czasem pośród szelestu poruszanych wiatrem liści dało się słyszeć złowieszcze pohukiwanie puchacza i krakanie kruków, to znów odległe wycie kojota przebijało się przez zasłonę ciszy, zapowiadając, iż właśnie wyruszył podjąć swój odwieczny taniec śmierci. Echa leśne nuciły wieczne kołysanki i opowiadały pradawne historie, zbyt straszne, by znieść mogły światło dnia. Bajały o niepodobnych do niczego mieszkańcach gęstwiny, o duchach i zjawach, o prehistorycznych wojnach, które zrosiły krwią żyzne ziemie Harmountu i przedwiecznych zapomnianych bogach, którzy z ukrycia wciąż władali tą ziemią. Uciekaj wędrowcze, syczały gałęziami stare topole, uciekaj póki nie jest za późno! W nocy las nie jest tym samym lasem, ani strumyk tym samym strumieniem. Uciekaj jeźdźcze, skrzypiały dębowe konary, opuść miejsce, które nie należy już do twojego świata! Zginiesz wśród dziwów i demonów, o jakich ci się nawet nie śniło. Nie jesteś bezpieczny w puszczy po zmroku. Uciekaj, bo po zmroku budzą się upiory! Samotny jeździec, podążając wąską ścieżką w stronę strumienia, nerwowo rozejrzał się dookoła. Ani myślał uciekać. Bywał w Dzikim Lesie nie raz i nie dwa, znał jego zarośla jak własną kieszeń i czuł się zbyt dumny, aby odczuwać strach. Starzy ludzie w wiosce go przestrzegali. Strzeż się lasu, mówiła Branna, babka jego narzeczonej. Już niejeden śmiałek wyprawił się w gęstwiny po zmroku i nigdy nie powrócił. Robert, choć z pokorą wysłuchiwał rad starej zielarki, drwił w duchu z wiejskiej zabobonności. Polowania w Dzikim Lesie, odkąd tylko nauczył się dosiadać konia, były jego ulubioną rozrywką. Jednak jak wielu młodych, szybko znudził się tym co znane i spragniony mocnych wrażeń, udał się do lasu po zmroku. To była wyjątkowo ciemna noc. Księżyc w nowiu, niewidoczny na czarnym niebie, nie mógł oświetlić mu drogi. Nikłe światło gwiazd, choć pozwalało dostrzec grube pnie drzew, płatało figle ludzkim niewprawnym oczom. Młodzieniec zadrżał, słysząc szmer kołyszących się liści. Chłodny podmuch zjeżył mu włosy. To tylko wiatr, pomyślał. Prowadząc na lejcach gniadą klacz, ruszył w kierunku strumyka. Przekonany, iż w śpiącym lesie nie ma co szukać rozrywek polowania, postanowił wykąpać się w chłodnej, przejrzystej wodzie. Uwiązał konia przy karłowatej brzozie i pogwizdując, zaczął rozpinać skórzaną kamizelkę, nieświadom śledzącego go wzroku. Zaledwie kilka stóp wyżej, na konarze olbrzymiego dębu, niezauważona czaiła się ognistowłosa postać w czarnym stroju. Jej oczy, płonące żądzą,…