Fantastyka · 12 min czytania
Prawo krwi - Rozdział I, część 3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Wampir to występne zwierze.” Rossaline wielokrotnie słyszała te słowa z ust starców i wioskowych bajarzy. - Wampir to występne zwierze. – mówili, a słuchające dzieci szeroko otwierały oczy ze zdumienia i strachu. – Poluje na ludzi w każdej sekundzie swego istnienia, które nie kończy się nigdy. Czai się na nich za pniami drzew i rogami domostw, zagląda do okien, by zaatakować niepostrzeżenie i zatopić swe obrzydliwe kły w szyi ofiary. By plugawie nasycić się ludzką krwią! Wampir szczególnie upodobał sobie dziewice i niewinnych młodzieńców, których krew, przez wzgląd na ich czystość, jest najwyborniejsza. Lecz gdy wampir już ukąsi, dla nieszczęśnika ratunkiem jest tylko śmierć! Biada temu, z czyjego ciała ten czarci pomiot wypije tyle krwi, by uleciała z niego dusza, pozostawiwszy ostatnie krople krążące w żyłach! Człowiek ten, niby zarażony paskudną chorobą, choć przez czas jakiś wić się będzie w malignie, obudzi się z oczyma o czerwonych źrenicach i sam stanie się krwiopijcą! I tak jak demon, który go stworzył, polował będzie nocami, najsilniejszy wówczas, gdy księżyc stoi w pełni, a za dnia ukrywał się będzie w grotach i jaskiniach, gdyż najlżejszy promyk słońca spalić go może na proch. Rossaline była żywym dowodem nieprawdziwości gminnych legend. Od wielu lat, od dnia wygania, żyła jak zwykli ludzie i wędrowała za dnia, nawet w palącym słońcu, które obchodziło się z nią tak samo, jak ze zwykłymi śmiertelnikami. Słoneczne promienie nie czyniły jej żadnej krzywdy, lecz nie były też w stanie zarumienić jej jasnej skóry, która zawsze pozostawała chłodna i sucha. Rossaline urodziła się wampirem. Żądza krwi, to odbierające rozum i kontrolę nad własnym ciałem pragnienie było uczuciem, które znała od dziecka. Było częścią jej natury, jej dziedzictwem, podobnie jak biała skóra, szkarłatny odcień włosów i bursztynowe oczy. Zwykli ludzie nie byli w stanie rozpoznać jej inności, zbyt zadufani w swoich absurdalnych legendach, wierzący, że wampirem zostaje się poprzez ukąszenie. Naprawdę wampiryzm nie był chorobą ani przekleństwem. Był klątwą. Klątwą rzuconą w zemście. Przede wszystkim jednak wampiry nie były zwierzętami, choć nie były też ludźmi. Zresztą tylko śmiertelnicy używali niechlubnej nazwy „wampir”. Pobratymcy Rossaline nazywali się bowiem Czerwonymi Elfami i istotnie byli przedstawicielami Starszego Ludu, z powodu swej odmienności zepchniętymi do najniższej kasty i odizolowanymi od reszty elfiej społeczności w Mieście Ognia, ukrytym głęboko w gęstych lasach Królestwa Wolnych Elfów. Rossaline szła pieszo gościńcem, nie obarczona jakimkolwiek bagażem. Mijani ludzie spoglądali zdziwieni, że niewiasta podróżuje w taki sposób, bez bagażu, eskorty, wozu, lub przynajmniej konia. Niektórzy chcieli ofiarować pomoc, lecz napotkawszy jej złowieszcze spojrzenie, odwracali wzrok. Szła w stronę wschodzącego słońca, szczelnie otulając się płaszczem, w mglisty, chłodny poranek. Trakt, prowadzący przez Temogor do Państwa Wolnych Elfów, zaczynał żyć. Coraz częściej słychać było na nim ludzkie głosy, stukot kopyt i kół. Pomiędzy gałęziami wysokich topoli, porastających go z obu stron, przebijały się pierwsze słoneczne promienie. Rossaline zmierzała do domu. Choć minęło prawie osiemdziesiąt lat, pamiętała dzień wygnania jakby to było wczoraj. To było jej pierwsze morderstwo. Skończyła wówczas dwadzieścia lat i osiągnęła pierwszy z trzech progów elfiej dorosłości. Przestała być dzieckiem, wolno jej było podróżować po całym Królestwie, uczestniczyć we wszystkich świętach i wziąć sobie kochanków, jeśli tylko zadba o to, by nie począć dziecka. Pamiętała swoje pierwsze Beltane i dzikie tańce wokół ognia, swojego pierwszego kochanka, który wybrał ją tej nocy. Później były kolejne święta, kolejne magiczne obrzędy i kolejni kochankowie, tacy na jedną noc, na kilka dni lub na parę miesięcy. Kilka pierwszych lat dorosłego życia minęło Rossaline pełnych seksu i magii. Chciała czerpać ze swojego elfiego życia wszystko to, co najlepsze. A dla Czerwonego Elfa najlepsza była krew. Ofiara przyszła sama, wpadła prosto w jej ręce – młody goniec przybywający do państwa elfów z listem dla Królowej. Oczywiście uczono ją od urodzenia jak panować nad pragnieniem, jak zachować obojętność wobec zapachu ludzkiej krwi i w żaden sposób nie zdradzić się z tym, kim jest. Jednak w bezpośrednim kontakcie z żywym, pachnącym, apetycznym człowiekiem wszystkie nauki zawiodły. Rossaline już w kilka sekund po zabójstwie żałowała, że straciła kontrolę. Nie było tajemnicą, jaka kara ją za to czeka – dożywotnia banicja. Jednak sędzia z pewnych względów okazał się dla niej łaskawy. - W imieniu Białej Królowej i Rady Starszych Królestwa Wolnych Elfów skazuję ciebie, Rossaline z Czerwonych na banicję i zabraniam przekraczania granic Królestwa. – powiedział wtedy. – Jednak przez wzgląd na twoją młodzieńczą płochość, z której z pewnością wyrośniesz daję ci szansę odkupienia. Gdy skończysz sto lat i osiągniesz pełnię dorosłości, wrócisz tu, by posłusznie poślubić elfa z Białych, którego wybierze dla ciebie Rada. Jeśli spełnisz swoje przeznaczenie, zbrodnia zostanie ci wybaczona. Młodziutka Rossaline, która nie potrafiła wyobrazić sobie życia wśród ludzi, nie widziała innej możliwości, jak na to przystać. Obiecała więc powrót i małżeństwo, choć wiedziała, że w świecie elfów los żony jest równie marny, jak życie na wygnaniu. Elfy nie zawierały małżeństw, tłumacząc, że długowieczność i długotrwałe związki nie idą w parze. Nie wymagały też monogamii od siebie ani swoich partnerów, każdy mógł mieć kochanków, kiedy chciał i ilu chciał, nawet po kilku równocześnie, dla elfów bowiem była to przede wszystkim zabawa. Wyjątek stanowiły, oczywiście, Czerwone Elfy. W najniższej kaście małżeństwo było swojego rodzaju karą, nie tyle dla konkretnego osobnika, co dla całego ich rodu. Karą za to, kim są. Białe Elfy nie nazywały tego nigdy w ten sposób. Mówiły o poświęceniu, które ma przełamać klątwę. W imię tego…