Fantastyka · 12 min czytania
Prawo krwi - Rozdział II, część 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
List królewski głosił: Do wszystkich młodzieńców i mężczyzn! Poddani! Przyszedł Wam czas porzucić zagrody i domy, opuścić wsie i miasta. Przyszedł czas pożegnać matki, żony i córki, aby chwycić za miecz. Wróg czai się wszędzie! Chce zagarnąć nasze ziemie i ograbić nas z dóbr. Dziki lud Hakibu, który podstępem odebrał nam ziemie na zachodnim wybrzeżu jeszcze za panowania króla Isolina, dziś chce sięgnąć po więcej. Temogor i Vernion już knują przeciw nam, roszcząc sobie prawa nie tylko do naszych ziem, lecz i bogactw, a nawet korony. I wreszcie krasnoludy, to karłowate plugastwo, które winno zostać pod ziemią, gdzie jego miejsce, zaczęły wychodzić spod ziemi i znów pojawiać się w górach Eregsaru, chcąc przywłaszczyć sobie całe ich pasmo i zagarnąć bogactwa, w które obfituje. Ale my, prawowici mieszkańcy Harmountu, nie pozwolimy się ograbić! Będziemy strzec naszych ziem, by żadna niegodna ręka nie odważyła się po nie sięgnąć! Poddani! Historia już niejednokrotnie dowiodła, że najlepszą obroną jest atak. Nie czekajmy więc, aż Temogorczycy i Verniończycy napłyną z południa, aż Habiku zaatakują nas z zachodu, a z gór, niczym robactwo, zaczną wychodzić mordercze karły. Zaatakujmy pierwsi! W ten sposób nie tylko uchronimy tereny, które posiadamy, lecz także przywrócimy czasy świetności, gdy ziemie Harmountu rozciągały się o wiele szerzej, gdy Harmount obejmował cały kontynent jako jedyne Prawdziwe Królestwo. Wierni poddani Królestwa Harmountu! Taka jest wola bogów, którą raczyli mi objawić! Wzywam Was zatem do walki! Przybądźcie, mężczyźni i młodzieńcy wszelkich stanów, do stolicy królestwa, aby stać się prawdziwymi rycerzami, mężnie broniącymi swojej ojczyzny! Podpisano: Jego Arcykrólewska Mość, z woli bożej Imperator potężnego Królestwa Harmountu.
Armas odłożył pergamin na stary drewniany stół, stojący na środku izby. Przetarł zaspane oczy, wciąż nie wierząc w to, co usłyszał i przeczytał. O wschodzie słońca obudził go dźwięk rogu. Czterech konnych stało przy pręgierzu, na centralnym placu wsi i nawoływało wszystkich mężczyzn do zbiórki. Czarna smocza głowa na czerwonym tle ich tarcz pozwalała rozpoznać w nich królewskie wojsko. Gdy już wszyscy zebrali się na placu, jeden z nich, barczysty mężczyzna o długich czarnych wąsach, głośno odczytał treść odezwy Imperatora. Po zebranych rozszedł się pomruk. Nie było tajemnicą, że popularność samozwańczego, despotycznego króla, zwłaszcza wśród prostego ludu, nie jest najlepsza. Konni puścili oznaki niezadowolenia mimo uszu. - Greg Aderlin, wystąp! – zaordynował wąsacz, po czym wręczył krępemu wieśniakowi zwój pergaminu opatrzony królewską pieczęcią i odhaczył jego nazwisko na spisie poborowych. Po kolei każdy z mieszkańców wsi odbierał przeznaczony dla siebie egzemplarz królewskiej odezwy, a przy jego nazwisku na liście pojawiał się krzyżyk. Brakowało tylko Roberta Gratssona. Armas odebrał swój list, który miał okazać po przybyciu do stolicy i udał się z powrotem do domu. Jako jeden z nielicznych mieszkańców wsi znał podstawy alfabetu i gramatyki, więc postanowił jeszcze raz przeczytać list samodzielnie. Zgadzało się każde słowo. Chłopak westchnął z rezygnacją. Armas miał dwadzieścia trzy lata i od wielu lat mieszkał z samymi kobietami. Jego babka Branna, siwiuteńka, lecz energiczna staruszka, owdowiała wiele lat temu. Była wioskową zielarką, a jej ogród pełen był roślin, leczących każdą przypadłość. Miała dwóch synów: Faitvora, mieszkającego w Tavirze i Magnusa, który ożenił się z Elian, matką Armasa i Sophie. Elian w młodości była bardzo piękną kobietą, lecz porzucenie przez męża i trudy wiejskiego życia odcisnęły piętno na jej szlachetnej twarzy. Przez wiele lat, gdy Armas był jeszcze małym chłopcem, jego matka robiła wszystko to, co w normalnym domu robi mężczyzna: siała, orała, kopała ziemniaki, nosiła wodę z rzeki i rąbała drewno, nie tracąc przy tym swoich niewieścich obowiązków, z których najważniejszym było wychowanie dwójki małych dzieci. Na szczęście teściowa została przy niej i pomagała, jak tylko mogła. Ojciec Armasa, noszący dumne imię Magnus, odszedł gdy dzieci były jeszcze małe. Pewnego dnia po prostu wyjechał bez słowa. Armas jak przez mgłę pamiętał jego długą brodę i płaszcz spinany klamrą w kształcie potrójnie przeplatanego węzła. Sophie w ogóle nie pamiętała ojca. Była młodsza od Armasa o pięć lat i wyjątkowo krnąbrna, rozpieszczona przez dwie kobiety i brata, który na każdym kroku był jej obrońcą. Gdyby nie jego starania i pragnienie, aby zapewnić ukochanej siostrze godną przyszłość, pewnie nigdy nie przyjęłaby oświadczyn Roberta. Sophie, która wyrosła na piękną i zaradną młodą kobietę, w jego oczach wciąż była małą dziewczynką, potrzebującą opieki. Serce ściskało mu się z żalu na myśl o tym, że ma wyruszyć na niesłuszną wojnę i zostawić te trzy najdroższe mu kobiety same. Wciąż zaspany po tym nagłym przebudzeniu wszedł do jadalnej izby i odłożył pergamin na stół. Wyjrzał przez okno. Babka zbierała zioła w ogrodzie. Twierdziła, że poranna rosa nadaje im magiczną moc. Poszukał wzrokiem matki. W przeciwległej części ogrodu doiła krowę, aby przynieść mleko na śniadanie. Brakowało tylko siostry. Armas wszedł po cichu do pokoju sypialnego kobiet, sądząc, że zastanie Sophie śpiącą. - Wstawaj śpiochu! – zakrzyknął. Odpowiedziała mu cisza. Łóżko Sophie było puste. Czyżby nie wróciła na noc? Początkowo zmartwił się, lecz zaraz uśmiechnął się chytrze, wiążąc zniknięcie Sophie z nieobecnością Roberta. Może jego nieprzystępna siostra postanowiła wreszcie okazać nieco łaski swojemu narzeczonemu. Armas wrócił do głównej izby, usiadł na krześle i zaczął się zastanawiać, jak powiedzieć im, że wyrusza na wojnę. Co więcej – na niesłuszną, grabieżczą wojnę. Ani przez chwilę nie wierzył w słowa Imperatora. Obrona? Odzyskanie utraconych ziem? Wola bogów?…