Fantastyka · 11 min czytania
Prawo krwi - Rozdział II, część 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dla królowej Gassnaru, przyzwyczajonej do teleportacji, ptasich lotów czy po prostu podróżowania karocą, piesza wędrówka okazała się niezwykle męcząca. Z trudem dotrzymywała kroku swojej towarzyszce. - Już niedaleko. – powiedziała pocieszająco, bardziej do siebie, niż do Rossaline. Elfka spojrzała na nią z wyrazem skupienia na twarzy. - Nie obraź się Helgo, ale ja chyba jednak podążę w swoją stronę. Chcę wrócić do domu, do elfów. - Naprawdę wierzysz, że cię przyjmą? – wyśmiała ją czarodziejka. - Obiecali mi to. - Po jednym zabójstwie! A ile teraz masz ich na za sobą? Dziesiątki? Setki? Nie wierzę, że nadal liczysz na ich przebaczenie! - Przecież zapłacę wielką ceną za swoje winy! Byłam taka młoda, gdy to się stało, nie mogłam nad tym zapanować. Czy przez jeden młodzieńczy błąd muszę całe swoje przeraźliwie długie życie spędzić wśród ludzi? - Rossaline – zaczęła pojednawczo Helga. – jeden błąd młodości to był osiemdziesiąt lat temu. Lecz to, co robiłaś przez te wszystkie lata diametralnie zmienia sytuację. Królowa nie może przyjąć cię z powrotem po złamaniu tylu praw, przecież wiesz o tym. Zresztą nawet gdyby cię przyjęli, czy naprawdę chcesz takiego życia, jakie cię tam czeka? W niewoli? A ja i Stowarzyszenie ofiarujemy ci wolność. Władzę. Moc. Takiej propozycji nie odrzuca się tak łatwo. Zapadło milczenie. Elfka pogrążyła się w myślach, lecz jej pusty wzrok nie zdradzał absolutnie nic. Tymczasem Helga wskazała ręką w lewo i obie zboczyły z gościńca w gęsty las. Przedzierały się przez zarośla tak długo, aż trakt za ich plecami zupełnie zniknął z zasięgu wzroku. Rossaline doskonale zdawała sobie sprawę, że choć są wiele mil dalej, jest to wciąż ten sam las, Dziki Las, w którym zabiła swoją ostatnią ofiarę. Czuła magię tego miejsca, całą sobą odczuwała jego życie. W opuszkach palców wyczuwała krążącą tutaj pradawną Moc. Wytężyła wzrok. Z pozoru wszystko zdawało jej się w lesie zwyczajne, wszystkie drzewa takie same, lecz po chwili dostrzegła dąb wyraźnie starszy od innych, z olbrzymią dziuplą o nietypowym kształcie. W tym momencie Helga wskazała to właśnie drzewo. - To tutaj. – powiedziała. – Portal, który teleportuje nas do zamku Drosrum. Moje przyjaciółki powinny już tam na nas czekać. Czarodziejka stanęła naprzeciw dębu i wyciągnęła rozpostarte dłonie w stronę dziupli. Przybrała majestatyczną postać. Rossaline widziała skupienie w jej piwnych oczach i poczuła rosnące stężenie magii, otaczającej je wraz z drzewem niczym kokon. W chwili, gdy Helga wypowiedziała słowa Mocy, ogromny otwór w pniu zajaśniał białym światłem. Czarodziejka złapała elfkę za nadgarstek i pociągnęła za sobą wprost w jaśniejącą dziuplę. Rossaline zahuczało w głowie. Obrazy przed jej oczami wirowały jak w kalejdoskopie, a żołądek, wciąż jeszcze pełen świeżej krwi, przeszywały bolesne skurcze. Trwało to jednak zaledwie kilka sekund i niemal od razu poczuła pod stopami gładką posadzkę, a jej oczom ukazało się wnętrze zamkowej komnaty. - Witaj w siedzibie Stowarzyszenia Błękitnego Szafiru! – powiedziała z uśmiechem Helga, wygładzając zmiętą suknię. Rossaline spojrzała na nią mętnym wzrokiem, po czym podbiegła do najbliższego okna i zwymiotowała. - No tak. – skwitowała królowa Gassnaru. – Na początku teleportacja bywa dosyć nieprzyjemna. Przyzwyczaisz się. I będziesz musiała nauczyć się sama otwierać portale. Helga poprowadziła swoją towarzyszkę długim, ciemnym korytarzem. Ich kroki odbijały się głośnym echem po kamiennych płytach podłogi. Rossaline czuła słony zapach morza i choć przez wąskie okna nie zdołała zobaczyć nic poza błękitnym niebem, wiedziała, że muszą być bardzo daleko od stałego lądu. Na końcu korytarza znajdowały się wielkie dwuskrzydłowe drzwi bez klamek. Helga otworzyła je ledwie zauważalnym gestem dłoni. Ich oczom ukazała się sporych rozmiarów sala o wyłożonych zielonym aksamitem ścianach i wysokim krzyżowym sklepieniu, ozdobionym zawiłymi symbolami i runicznymi znakami. Część z nich, zapisaną w prastarym języku elfów, Rossaline potrafiła rozszyfrować, większość jednak widziała po raz pierwszy. Pomyślała, że muszą być to jakieś zaklęcia, słowa Mocy, wszystkich kiedykolwiek istniejących ras. Wiedziała, że w zamierzchłych czasach każda rasa posługiwała się własnym językiem, niezrozumiałym dla pozostałych i tak przesyconym magią, że każde, najzwyklejsze nawet słowo, wyzwalało ogromne pokłady Mocy. Stopniowo języki te zostały wyparte przez o wiele prostszą Wspólną Mowę i nie zachowały się nawet ich nazwy, wciąż jednak tylko one mogły tworzyć zaklęcia. Takimi właśnie zaklęciami, z pewnością ochronnymi, pokryty był sufit, zaś na samym jego środku wymalowana została odwrócona ósemka, stylizowana na ogromnego węża, połykającego własny ogon. Wąż Uroboros, pomyślała elfka. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, trwające razem w każdym momencie czasu. Symbol nieskończoności i wszechrzeczy. Wąż zdawał się spoglądać na dół lśniącym, szafirowym okiem. Na środku wielkiej sali stał duży owalny stół otoczony ośmiorgiem rzeźbionych krzeseł. Siedziało przy nim sześć kobiet. Ich reakcja okazała się daleka od serdecznego powitania. Spoglądały na Rossaline z mieszaniną zazdrości i pogardy, za którymi – choć żadna z…