Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 44 min czytania

PRECZ Z RZYMIANAMI!

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PRECZ Z RZYMIANAMI

- Jak ja nienawidzę tych pieprzonych Rzymian! – powiedział gruby jak wieprz Sasza Gromkopierdiejew, rozpierając się na stołku i biorąc łyk piwa. - Powinno się ich wszystkich pozabijać! – dodał Maćko Ruchałowski, potężny blondyn o niebieskich oczach. - Panoszą się tu jakbyśmy im coś zawdzięczali. A nie wymyślili nic oprócz śruby rzymskiej! - Co racja, to racja, bo te swoje drogi, akwedukty i prawo mogą sobie w dupę wsadzić - poparł go Zdenek Sipka, wysoki i chudy brunet. – Jak nie było prawa, to była większa sprawiedliwość! - Albo prawo, albo sprawiedliwość, nie może być równocześnie prawa i sprawiedliwości, tak samo jak nie może rządzić dwóch cesarzy, choćby nawet byli bliźniakami! – Sasza walnął w stół tłustą, wielgachną pięścią. - Ale nie przejmujcie się, chłopacy – uspokajał Ruchałowski. Czytałem w necie, że ich beznadziejne imperium rozpadnie się z hukiem w 476 roku, gdy zaatakują ich barbarzyńcy i cesarz Romulus Augustulus zostanie obalony przez germańskiego wodza Odoakra. Rok ten tradycyjnie zostanie uznany za koniec starożytności i początek średniowiecza. - O ja cię, Ruchałowski, jaki ty jesteś mądry! – zadziwił się Sipka. – Skąd to wszystko wiesz? - Z wikipedii! - Dobrze, że mamy chociaż tego neta. - I mp3. - Ale tak w ogóle to nie ma się z czego cieszyć, przecież mamy dopiero 184 rok, więc raczej nie doczekamy upadku Rzymu! – słusznie zauważył Gromkopierdiejew i głośno pierdnął. - Idę po piwo! Wziąć wam też? - No a jak! Głupio pytasz! – oburzył się Maćko. Sasza wstał i wolnym krukiem ruszył przez ciemną karczmę w stronę baru, z którym stała piersiasta, długowłosa dziewczyna w lnianej koszuli z dużym dekoltem. Uśmiechnął się do niej, a ta odpowiedziała podejrzliwym, pełnym dezaprobaty spojrzeniem. - Czego? Pan sobie życzy? – spytała nieudolnie próbując być uprzejmą. - Słuchaj no, złotko, w sumie to mam trzy życzenia… - W dupę nie dam! – odpowiedziała ostro. - Hm, trudno… No dobrze, to mam dwa życzenia… - Do buzi też nie wezmę! - Co za niefart. W takim razie mam jedno życzenie, ale trzy razy… - Ja tu jestem od nalewania piwa, a nie od spełniania twoich zboczonych zachcianek, ty obleśny grubasie! - wydarła się niego wniebogłosy. - Jakich zboczonych życzeń? Nie powiedziałem nawet słowa o seksie! - Ale sugerowałeś! - Nic podobnego! To, że się gapiłem na twój biust nie oznacza wcale, że chciałbym cię od razy wydupczyć. Chociaż nie mówię, żebym niej chciał. - Na biust? To znaczy, że na co się gapiłeś? Na cycki, tak? - Tak. - No właśnie, tak mnie zdenerwowałeś, że aż mi się przez ciebie cycki spociły. Zobacz, są całe mokre – wyciągnęła piersi na wierzch i podstawiła je pod oczy Gromkopierdiejewa. - Faktycznie, calusieńkie mokre! – zdziwił się Sasza i odruchowo złapał ją za cycka. – I takie jakieś miękkie się zrobiły… - ścisnął lekko piersi. - Miękkie? – dziewczyna zaczęła sobie obmacywać biust. - No! Miękkie i w dodatku nie symetryczne. - Hę? - To znaczy, że nie są równe. Lewy jest większy. - Od którego lewy jest większy? – długowłosa najwyraźniej nie była mistrzem intelektu. Sasza z trudem ukrywając rozbawienie obserwował pełną konsternacji minę dziewczyny. Jasnowłosa przez chwilę milczała, a potem – jakby zapomniała o tym, iż nie jest w karczmie sama – wyciągnęła spod koszuli drugą pierś. Z uwagą oglądała sobie oba cycki, macając, drapiąc i głaskając to jednego, to drugiego. W końcu nie wytrzymała i spytała z bezradnością w głosie. - No nie bądź taki! Powiedz mi w końcu, od którego lewy cycek jest większy? - No od prawego, - Aha! I co teraz będzie? - biuściasta blondynka miała strach w oczach. - Idzie coś z tym zrobić? - Idzie. Mogę ci w tym pomóc. Ale to będzie drogo kosztować. - Dobrze, ale nie będę musiała brać do buzi? - Na razie nie. A tak w ogóle, dlaczego tak się bronisz przed zrobieniem laski? Masz z tym związane jakieś złe wspomnienia? - zaciekawił się Sasza. - Można tak powiedzieć... Kiedyś taki jeden gnojek wybił mi w trakcie kilka zębów – odpowiedziała dziewczyna chowając piersi pod koszulę. - Co za brutal! Kto to był? Rzymianin? - Pewnie, że Rzymianin! Danus Gigakutasus. Ale trzeba przyznać, że miał czym sikać – z rozmarzeniem wspominała dziewczyna. - Wszędzie ci cholerni Rzymianie! Śmierć Rzymianom! Sasza splunął na ziemię i podeptał miejsce, na które spadła ślina. Powtórzył tę czynność trzy razy, a potem podrapał się po jądrach, podłubał w nosie, wyciągnął z niego zeschniętego smarka, ścisnął w garści i rzucił za siebie przez jedno ramię. Wymamrotał pod nosem tylko sobie znane zaklęcie i prawdopodobnie uznając, że urok został już odczyniony, powrócił do rozmowy z Cycoliną. - Ale słuchaj, mała, jakoś nie widzę, że byś miała braki w uzębieniu? - Bo wybił mi zęby mądrości. W sumienie niepotrzebne, bo do czego mi ta głupia mądrość, nie? - Pewnie. Ale tak między nami, to daleko musiał sięgnąć! - Tam sięgał, gdzie wzrok nie sięga. Łamał, czego rozum nie złamie – z uznaniem cmoknęła dziewczyna. - A co ci takiego złamał? - Właściwie to nie złamał, ale ciężko kontuzjował. Potem przez kilka dni miałam problemy z chodzeniem. - Możesz mi pokazać tę kontuzjowaną część ciała? - Sasza miał coraz mocniej rozszerzone źrenice. - Nie będę się tu teraz przez tobą rozkraczać! W pracy jestem jeszcze przez 3 klepsydry! Zwłaszcza, ze idzie klient. Masz tu trzy piwa i sio! - Dobrze, ale jak masz na imię, o piękna? - Verona Cycolina. A ty? - Szasza Gromkopierdiejew. - Też ładnie. I jak romantycznie. Sasza wziął z lady cynowe kufle wypełnione spienionym, żółtawym płynem i zaniósł je do stolika, obracając się co chwilę na Cycolinę. Jego kompani podążyli wzrokiem w tę samą stronę. Dziewczyna najwidoczniej znów przeniosła się do swojego własnego świata, którego była jedynym mieszkańcem. Znów wyciągnęła na wierzch piersi i zapamiętale studiowała ich budowę, ściskając w dłoniach, zbliżając i oddalając je od siebie. Najwidoczniej szukanie różnic nie szło jej zbyt dobrze, bo po dłuższej chwili schowała biust i siedziała z zasępioną miną, podpierając głowę na zaciśniętej pięści. Wtedy dopiero mężczyźni przestali ją obserwować, niezadowoleni, żer darmowy spektakl już się skończył. - I co, i co? Zarwałeś dupeczkę? - dopytywał się Maćko Ruchaczewski. - Prawie, prawie. Jestem na dobrej drodze. Wieczorem będzie gorąco. - Jak zbajerowałeś panienkę? - Powiedziałem, że zrobię jej z dupy jesień średniowiecza. - A co to jest średniowiecze? - zaciekawił się Sipka. - Nie wiem, przeczytałem ten tekst w necie. Ważne, że podziałało. - Znaczy się, to średniowiecze to musi być coś zajebistego! - Pewnie tak, jak sex on the beach – odparł Gromkopierdiejew. - O, widzę, że gawarisz w obcych językach! - No a jak! Czyta się te papirusy wieczorami, nie? Ich rozmowę przerwało wejście wąsatego jegomościa ubranego w półpancerz. Nigdy przedtem go nie widzieli, więc dokładnie zlustrowali przybysza, w milczeniu rozmyślając o jego parszywym pochodzeniu. Przybysz wolnym krokiem podszedł do baru, zachłannie spojrzał na wylewający się z koszuli biust Cycoliny i powiedział: - To co zawsze! - Oczywiście – Verona postawiła na ladzie dwa wielkie bukłaki czerwonego wina. - Dzisiaj wezmę jeden. Wozem jestem. - Pieprzony Rzymianin – Zdenek Sipka splunął z obrzydzeniem na podłogę. - Mówiłem ci już, że jestem kuzynem Danusa Gigakutasusa? - wąsacz pochylił się w stronę dziewczyny. - Geny mamy praktycznie te same. Wiesz, co to znaczy? - Naprawdę jesteś jego kuzynem? - Cycolina zaśmiała się i odruchowo zakryła buzie dłonią. - No pewnie. Nie wiedziałaś? Zwą mnie Remus Wielkopałus. - Ojej! - dziewczyna instynktownie zakryła drugą dłonią łono. - Chciałabym, ale się boję. - Chłopaki, zaśpiewajmy naszą piosenkę – zaproponował Maćko swoim towarzyszom. - Dobra. - „Przecz z Rzy! Z Rzy-mia-na! Z Rzy-mia-na-mi! Precz! - zaskandowała cała wesoła trójka. Remus nazywający się Wielkopałusem spojrzał na nich groźnie, ale wobec przewagi liczebnej przeciwnika na razie zrezygnował z interwencji. Zamiast tego kontynuował rozmowę z białogłową, co jakiś czas odwracając się i spoglądając ze złością na wesołą kompanię żłopiącą piwo. - A ciebie jak zwą? - Cycolina. Verona Cycolina. - Bardzo trafny nick. Bardzo – powiedział Danus z uznaniem w glosie. - W czym robisz, Wielkopałusie? - W przemyśle budowlanym. - A konkretnie? - zainteresowała się dziewczyna. - Jestem biczownikiem na budowie pałacu konsula Artusa Glonojadusa. To bardzo poważne stanowisko. Mam pod sobą dwudziestu ludzi. - Łał! To chyba dobrze płatna praca? - Tak, ale też i ciężka. Mówię ci, nie ma lekko. Te ciągłe napieprzanie batem, aż mnie czasem ręka boli i muszę uderzać lewą. W dodatku non stop strajki pracowników, bez przerwy ich narzekania na byle co! A to domagają się mniej batów, a to rzemyki za cienkie, a to za grube, a to za ciepło i się pocą, a to za zimno i marzną! W głowach im się poprzewracało od tego dobrobytu! Kto to widział, żeby niewolnikom płacić za dniówkę ćwierć bochenka chleba?! Rozumiem, że jest inflacja, ale do jasnej cholery, nie aż tak duża! Zdenerwowany Remus uderzył pięścią w stół. Chyba zbyt mocno, bo aż syknął z bólu i zaczął sobie rozcierać pięść. Verona spoglądała na niego ze współczuciem, co chwilę spuszczając wzrok na jego krocze. Chociaż wiedziała, że to nie przystoi porządnej dziewczynie, trudno jej było przestać patrzeć na spodnie wypychane od środka przez potężnego członka. W końcu Rzymianin doszedł do siebie, a tedy Cycolina wróciła do rozmowy: - No tak, w sumie masz rację z tą dniówką. Słyszałam, że kiedyś zarabiali ćwierć bochenka za trzy dni harówki. - Tak, ale nie przesadzałbym z tą harówką. Teraz dzień jest krótszy, więc od świtu do zmierzchu zapieprzają jedyne niecałe czternaście godzin. Ale mniejsza o tych nygusów. Powiedz mi coś o sobie. Jak ci się tutaj pracuje? Klienci nie siurają po stołach? Szef nie dupczy za często? - Nie, jest całkiem w porządku, jestem zadowolona. Dupczy przeważnie tylko trzy, cztery razy dziennie, a jak któryś klient gdzieś naleje albo puści pawia to szybko sprzątnę i spoko wodza. - A klienci cię nie dupczą? - drążył temat Wielkopałus. - Jak trzeźwi to przeważnie nie. No chyba, że nie mam jak wydać reszty, ale to normalne w tym zawodzie. Wiesz, że już od dziecka marzyłam, żeby być barmanką w karczmie? - Naprawdę? - Tak! Moja mama była barmanką. Często przychodziłam do niej do pracy i przyglądałam się, co robi. Ile było śmiechu, jak ją czasem brali na stole albo jak wydawała resztę legionistom. Złote czasy, aż się łza w oku kręci... - dziewczyna ukradkiem otarła oczy. - A macie tu ochronę? - „Przecz z Rzy! Z Rzy-mia-na! Z Rzy-mia-na-mi! Precz! - znów zaśpiewała grupka przyjaciół. - Zamknąć mordy, świńskie ryje! - krzyknął do nich Wielkopałus. - Jak ryje mogą mieć mordy? - Sipka zwrócił uwagę na oczywisty absurd w wypowiedzi Rzymianina. - Jebać rzymian, jebać! - dodał od siebie Ruchałowski. - Toście się doigrali, barbarzyńcy! Macie teraz przesrane jak w ruskim czołgu! Remus dobył gladiusa i zaszarżował jak wściekły dzik. Myślał, że mężczyźni uciekną na sam widok Rzymianina z mieczem w dłoni, jednak srodze się rozczarował. Sipka sprytnie podstawił mu nogę, a gdy Wielkopałus gruchnął o podłogę, Gromkopierdiejew przy pomocy Maćka Ruchałowskiego wdrapał się na stół i skoczył na Rzymianina całą masą swojego ważącego blisko cztery cetnary cielska. - Brawo! Jak Hulk Hogan! - krzyknął zachwycony Sipka. - A co to za jeden, ten Pogan? - spytał Maćko. - Nie Pogan, tylko Hogan. Zapaśnik, czytałem o nim w necie. - Co tu się dzieje, do jasnej cholery?! Znowu ci cholerni Rzymianie wszczynają awantury?! - na salę wpadł Jaroslawus Nygus, niski, brzuchaty jegomość, piastujący w karczmie „Pod rozdeptaną, w żyć kopniętą ropuchą” jakże szczytną funkcję ochroniarza. - O, jest cieć, jest cieć! - ucieszył się Zdenek Sipka. - Tak, panie cieciu, to znowu Rzymianie! Trzeba z nimi zrobić porządek, bo rozwalą wam tę w dupę kopaną melinę! - Nie cieć, tylko starszy specjalista do spraw ochrony i utrzymania porządku w lokalu gastronomicznym! - poprawił Sipkę imć Nygus. - Proszę o tym pamiętać, panie Cipka, bo ciągle wyzywa mnie pan od cieci. - O wypraszam sobie, nie tylko. Mam bardzo szerokie spektrum zainteresowań. Pasjonują mnie też cycuszki, dupeczki, usteczka... - Nie Cipka, tylko Sipka! Nazywam się Sipka! – zaperzył się Zdenek. - Tylko panu cipki w głowie, panie Nygusie! - Zamknij się, cieciu! Czyń swoją powinność i wynoś grubasa! - Zaraz, zaraz! Wiem, co należy do moich licznych obowiązków. Najpierw musimy zrobić jego podobiznę do gablotki. - Jakiej gablotki? „Pieprzonych Rzymian?” - Nie - „Tych klientów nie obsługujemy”. Panie Stanislawusie, panie Stanislawusie Skrybusie! Prosimy! Po chwili pojawił się wysoki, chudy jak szczapa blondyn w komży z papirusem i kawałkiem węgla w ręku. Kazał podnieść z ziemi ledwo żywego Wielkopałusa i trzymać mu nieruchomo głowę. Wprawnymi ruchami szybko naszkicował dwa portrety Rzymianina – z profilu i en face – a potem przybił je do korkowej tablicy, wiszącej przy drzwiach wejściowych. Spojrzał na koślawy napis, głoszący, iż „Tych w żyć chędożonych klientów nie obsługujemy” i autorytarnie stwierdził: - Świetny pomysł miałem z tą tablicą. A tak w ogóle to trzeba dać też napis nad wejściem, że wpuszczamy tylko klientów bez zbroi. - A dlaczego? - zdziwił się się Jaroslawus Nygus, szeroko rozdziewając gębę. - Bo klient bez zbroi jest mniej awanturujący się. - No tak, co słuszna racja to słuszna racja. To ja może wyniosę delikwenta? Albo raczej wyciągnę, bo nie dam rady dźwignąć tego grubasa... - To może my wywalimy na kopach tego cholernego Rzymianina? - spytał Ruchałowski. - Nie mam nic naprzeciw, a wręcz przeciwnie – odrzekł Jaroslawus. - Czyli, że co? Możemy czy nie możemy? - Możemy. To znaczy możecie go wywalić na zbity pysk. - Dzięki, cięciu! - Nie cięciu, tylko starszy specjalista do spraw ochrony i utrzymania porządku w lokalu gastronomicznym! Ile razy mam powtarzać? - Dobra, dobra. Bierzemy tego malinowego gościa, chłopczyka z pompką w nosie tam gdzie jego miejsce – powiedział Maćko. - To znaczy gdzie? - Na bruk! Bierzcie go za ręce. Maćko chwycił Wielkopałusa z jednej strony, Sasza z drugiej, a Zdenek złapał go za skórzany pas. Prowadzili go w trójkę w stronę drzwi, a Sipka cały czas kopał Rzymianina w jego wielki, tłusty tyłek. - Tylko nie po jajach! Ani nie po kutasie! - krzyknęła Cycolina. - A to niby dlaczego nie? - niepomiernie zdziwił się Sipka.- Bo to barbarzyństwo! Pomyśl o tych wszystkich biednych kobietach, których nie mógłby już przelecieć, gdyby coś mu się stało z tym jego wielkim kutasem. - A tam, Rzymianek mi nie żal! - Ale są jeszcze inne, piękne, mądre i uczciwe kobiety! - Jakie niby.? Nie znam żadnych – odpowiedział Sasza. - No na przykład karczmarki, fryzjerki, kucharki, karczmarki, praczki, karczmarki... - Powiedziałaś trzy razy karczmarki. - Wydawało ci się. Jesteś uprzedzony do karczmarek? - Tylko do tych, które nie chcą spełniać trzech życzeń. - Powiedziałam już, że w dupę nie dam! - O co ci chodzi? To nie była wcale insynuacja do ciebie. - odgryzł się Gromkopierdiejew. - Nie wiem teraz, czy mi teraz ubliżasz z tą srebityzacją, ale i tak nie dam! - Poczekajcie chwilę! Jeszcze ja, jeszcze ja! Jarosławus Nygus dogonił grupkę wyprowadzającą Rzymianina już w drzwiach. Odsunął Sipkę i zasadził Wielkopałusowi takiego kopniaka w żyć, że ten wytoczył się na dwór wraz z podtrzymującymi go mężczyznami. Jęknął głucho, a puszczony przez Maćka i Saszę padł w środek rynsztoka jak kłoda drzewa. - Co? Myśleliście, że możecie wyprowadzić na kopach Rzymianina z szacownej karczmy „Pod rozdeptaną, w żyć kopniętą ropuchą” bez mojego udziału? Po moim trupie! Ja zawsze muszę dołożyć kopa do każdej rzymskiej, śmierdzącej dupy! - I słusznie! Chodźmy się za to napić. Mężczyźni zostawili Remusa na dworze i wrócili do karczmy, siadając przy barze i zamawiając po kolejnym piwie. Verona szybko nalała im alkohol i spytała zaniepokojona: - Ale nie kopaliście go z przodu? - Nie, no chyba nie. Chociaż... - Muszę to sprawdzić. Żal byłoby biedaczka. I tych wszystkich biednych, niezaspokojonych karczmarek... Dziewczyna wybiegła w tę pędy na ulicę, zostawiając zdziwionych mężów przy pieniących się cynowych kuflach. Stanislawus Skrybus spojrzał na Maćka, zmarszczył czoło i spytał: - My się chyba znamy, nieprawdaż? - A prawdaż, prawdaż. Byliśmy ze dwa lata w tym samym zamtuzie, kiedy ci – pfu! Pfu! - pieprzeni Rzymianie zrobili nalot. Pamiętam, że wywalili nas wtedy wszystkich na kopach. Nawet nie zdążyłem ubrać gaci. No a potem zamknęli do kozy na dwa tygodnie za ten, no, nierząd i nieobyczajne zachowanie. - Tak, dokładnie! Teraz sobie przypominam! No i co tam słychać, stary ochlapusie? Jak ci żyje? Dobrze? - Nie można jednoznacznie i obiektywnie odpowiedzieć, czy dobrze, czy też może niedobrze... Gdybym miał powiedzieć co cenię w życiu najbardziej, powiedziałbym, że ludzi. Wspaniałych ludzi, którzy lubią pić piwo. Tych, którzy podali mi pomocną dłoń z kuflem piwa, kiedy sobie nie radziłem i nie mogłem o własnych siłach podejść do lady, albo kiedy byłem sam bez kropli piwa, a pić się chciało, oj chciało, chciało się jak cholera… A co najciekawsze i najbardziej zdumiewające, to właśnie przypadkowe spotkania przy piwie wpływają na nasze życie, a zwłaszcza na jego jakość. Chciałem przez to wyrazić i uzewnętrznić to, iż kiedy wyznaje się pewne wartości, nawet pozornie uniwersalne i ponadczasowe, bywa, że nie znajduje się zrozumienia, które, by tak rzec, które pomaga się nam rozwijać i wnosić się na wyższy poziom duchowej egzystencji. Osobiście miałem niesamowite szczęście, jeśli mogę się tak wyrazić, ponieważ je znalazłem. I dziękuję życiu, dziękuję mu. Tak, dziękuję ci, życie! Życie to śpiew, życie to picie piwa, życie to taniec, piwo, życie to miłość... Codziennie wielu ludzi pyta mnie o tę samą kwestię, mówiąc: "przepraszam najmocniej za zabieranie tak cennego czasu tak wspaniałemu i niepowtarzalnemu człowiekowi, ale jak pan to robi, skąd pan czerpie tę radość?" A ja wówczas odpowiadam z głębi mego szlachetnego serca, że to proste! To umiłowanie życia, to właśnie ono sprawia, że dzisiaj na przykład rozprawiam z wami przy piwie na temat ideologii sensu życia i istnienia wszechświata, a jutro, zaprawdę powiadam wam, któż to wie, dlaczego by nie, oddam się pracy społecznej i będę ot choćby kopać buraki... - Co ty tam pierdolisz? Sam jesteś burak! - Sipka brutalnie przerwał wywód kolegi. - Znowu ci się pogorszyło? Krowa ci na łeb usiadła czy co? - Nie pierdolę, tylko wyrażam swoje zdanie, ćwoku! To człowiek podaje serce na dłoni, wyznaje swoje sekrety, zwierza się… - Jakiego zwierza? Nie widzę tu żadnego zwierza! - Zamknij się, bucu! Ty chamie niemyty, piwożłopie niedorobiony! - Niedorobiony?! Zaraz to odszczekasz! Ja ci dam niedorobionego! Ich kłótnie przerwał powrót Verony Cycoliny. Dziewczyna była wyraźnie uspokojona. Szła mocno kręcąc biodrami i z lubieżnym półuśmieszkiem na ustach. Stanęła za ladą i ciągle uśmiechając się do siebie, kręciła placem we włosach i cicho nuciła jakąś wesołą, frywolną piosenkę. Przerwał jej Zdenek, pytając głośno: - I co tam z Rzymianinem? Wyciągnął kopyta? - Nie, wszystko z nim w porządku! - Tak ci powiedział? - Nie, nie musiał. Nawet nie był w stanie. Ale obraz jest jak tysiąc słów. A zwłaszcza dotyk. - Dotykałaś tego śmierdziela? - zdziwił się Sipka. - Okazało się, że to naprawdę był Wielkopałus, kuzyn Gigakutasusa! Co za wielki... mężczyzna. - Natychmiast idź umyć ręce! - krzyknął Jarosławus. - Właśnie! - dołączył się Sasza. - Nie będą nalewać nam piwa ręce, które dotykały pały zawszawiałego Rzymianina. - Choćby nawet to była pała Wielkopałusa. - Tak zwana wielkopała! Zawstydzona Cycolina poszła na zaplecze, by wrócić po krótkiej chwili. Wytarła mokre dłonie w fartuch i oparła się o blat lady, kładąc na nią swoje imponujące piersi i przysłuchując się rozmowie prowadzonej przy stole. - Za co najbardziej nienawidzicie Rzymian? - spytał Sipka. - Ja za to, że zawsze pierdzą jak mnie posuwają od tyłu. Mówię wam, zero kultury! - powiedziała karczmarka. - A ja za to, że przeklinają i plują gdzie popadnie – wyznał Maćko Ruchałowski, - Przecież ty też przeklinasz i plujesz gdzie popadnie, a w dodatku załatwiasz potrzeby fizjologiczne w miejscach publicznych - zauważył Gromkopierdiejew. - Że co niby robię? - zdenerwował się Maćko. - Ano srasz i lejesz tam gdzie stoisz, ot co! Jak jakiś zwierzak! - Może i tak, ale robię to w sposób pełen godności, a nie z tą ostentacyjną pogardą charakterystyczną dla Rzymian! Taka jest między nami pierdolona różnica! Różnica przepaści kulturalnej. - A ja nienawidzę Rzymian za to, że sobie nie podcierają tyłków i śmierdzi im z dupy! - A ty może sobie podcierasz? - Jak mam czym to podcieram. A że przeważnie nie mam czym, więc co zrobię? To nie moja wina, że zawsze jakiś kutas ukradnie trawę i liście z wychodka! Co oni z tym robią? Żrą to jak kozy czy jakieś jebane króliki? - Jebane króliki? W życiu nie jebałem królików! Kozę to tak, albo jakąś ładną owieczkę. Ale królika? Ty to jednak jesteś ale zboczony – zaśmiał się Maćko Ruchałowski. - Ty kozojebco! - Ty królikojebco! - Kozo i owcojebco! - Cicho, zboki! - wrzasnał Sipka. - Co to za frajer wszedł do karczmy? Wygląda mi na Rzymianina! Wszyscy obrócili się jak jeden mąż i spojrzeli na przybysza. Był nim średniej budowy łysiejący blondyn o orlim nosie i dumnym spojrzeniu. Zatrzymał się chwilę na progu i obrzucił wszystkich lekceważącym spojrzeniem. Potem bezceremonialnie rozpychając się podszedł do baru i nie zważając na dobiegające od stołu pomruki dezaprobaty podniósł w górę jeden palec. - Znaczy się: jedno piwo? - spytała Ciciolina W odpowiedzi kiwnął potakująco głową. - Jak się zwiesz, panie? - zagadał Maćko. - Antonus Niewylewajtus – odpowiedział nieoglądając się za siebie.. - Rzymianin? - Skądże. Grek. - A wyglądasz mi na Rzymianina. - A ty mi wyglądasz na wieprza. - A teraz to

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
PRECZ Z RZYMIANAMI! — czytnik · opowiadania