Fantastyka · 19 min czytania
Preludium
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Odkąd sięgam pamięcią lęk stanowił uczucie dominujące w mojej cichej, nieśmiałej egzystencji. Już jako małe dziecko, w momentach szczególnie dla mnie przykrych, lubiłem chować się pod łóżkiem, aby tam, w całkowitej ciemności, ukryć się przed zewnętrznym światem, który ówcześnie jawił mi się jako potężna siła, taranująca wszystko co spotka na swej drodze. To musiało, oczywiście, przytłaczać osobę, która miała się za tak nieistotną i pozbawioną większego znaczenia jak ja tamtymi czasy. Co gorsza, wraz z upływem czasu owa skłonność nie zaniknęła i jeszcze przez wiele lat znajdowałem sporo radości w leżeniu pod kanapą, bądź wersalką. Muszę z niejakim wstydem wspomnieć, iż nawet teraz, u schyłku moich dni, ogarnia mnie czasem nieodparta chęć wpełźnięcia pod moją szpitalną pryczę i jeśli tego nie czynię, to tylko z powodu mego starczego, cierpiącego na niemały reumatyzm, ciała. Nie myślcie, proszę, że był to naiwny strach przed potworami, czy jakimiś innymi imaginacjami dziecięcego umysłu – jakoś tak się po prostu złożyło, iż zawsze rzeczy realne, namacalne przerażały mnie w sposób wystarczający, toteż nigdy nie miałem już siły, by obawiać się tych urojonych, co do których miałem wątpliwości, czy w ogóle istnieją. Wielokrotnie w ciągu mego długiego życia zastanawiałem się co wywoływało u mnie ten olbrzymi lęk, jednak do tej pory muszę zadowolić się jedynie mętnymi domysłami. Mój dawny serdeczny przyjaciel, z zawodu psycholog, twierdził, że musiałem zbyt wcześnie uzyskać świadomość swojego Ja, a co za tym idzie, naturalną reakcją przed przygniatającą mnie ówcześnie Rzeczywistością, czy też może raczej Grozą Istnienia był eskapizm, który u mnie, dość prozaicznie, przejawiał się w leżeniu pod łóżkiem. Nigdy do końca nie zgodziłem się z jego teorią (mimo jej prawdopodobnej słuszności) i zawsze próbowałem go przekonać, że czynnik decydujący stanowiło Poczucie Nieważności, które pojawiło się w chwili uświadomienia sobie nieprzebranego mrowia innych jednostek podobnych do mnie. Bardzo również możliwe, iż rzecz przedstawia się zgoła odmiennie, ale jak konkretnie – tego nie potrafię powiedzieć. Myślę, że w chwili obecnej niemożliwością jest dokładnie wyjaśnić przyczyny mojego dziecięcego postępowania, wiem tylko, iż uczucie strachu zdeterminowało całe moje istnienie. Daleko mi w tym momencie do rozczulania się nad sobą - wręcz przeciwnie - pragnę powiedzieć, że nie mam do nikogo i niczego żalu, bowiem ów lęk, tak wyszydzany przez wielu, był jednak moim, bezapelacyjnie własnym lękiem, który w pewnym sensie stanowił potwierdzenie mej egzystencji. Bać się znaczyło Istnieć. To uczucie nadało memu życiu pewnego kolorytu, wzbogacając je o pewne, nieuchwytne i bardzo mgliste ze swej natury, wartości, których nawet teraz, po tylu latach, nie jestem w stanie opisać. I nawet jeśli nacechowało moje istnienie smutkiem, to był to smutek dobry, uszlachetniający, który wzbogacił mnie duchowo, co zewnętrznie widoczne jest ponoć w dostojnych rysach mego oblicza (nawet tutejsze pielęgniarki zwracają na to uwagę) – ja niestety nigdy nie jestem w stanie tego dojrzeć - w lustrzę widzę jedynie starą, zmęczoną i pooraną zmarszczkami twarz. W tym momencie skłonny jestem skończyć te psychologiczne dywagacje, aby przejść do tematu bardziej mnie interesującego – to jest tamtego, pamiętnego, jesiennego dnia, który do tej pory wspominam z największą czułością jako jeden z najwspanialszych momentów mego życia.
Obudziłem się o zwykłej godzinie, to jest wcześnie rano – zgodnie z dobrym zwyczajem panującym w naszej krainie. Wszystko toczyło się swoim zwyczajnym torem i nic nie zapowiadało tego, co miało przyjść. Teraz wiem, że tak właśnie musiało być, ponieważ rzeczy niezwykłe zawsze stają się bez zapowiedzi – możliwe, iż właśnie dlatego są one tak wyjątkowe. Zresztą, czasem myślę, że to co mnie spotkało nie było jakąś niesłychaną dziwnością – przynajmniej obiektywnie zapatrując się na tę kwestię, bowiem w mym odczuciu owe niedługie chwile stały się prawdziwym przełomem w moim młodzieńczym życiu i niespodziewanym zaczątkiem mego upadku. Korzystając z powszechnego rozgardiaszu jaki zazwyczaj panował o tej porze w naszej małej społeczności, wymknąłem się z wioski i oddałem się spacerowaniu po okolicznych lasach, by móc nacieszyć się wolnością i otwartymi przestrzeniami, których mi zawsze brakowało w naszym niewielkim państwie. Owo obcowanie z Naturą spełniało ponadto funkcję terapeutyczną – pozwalało mi zapomnieć. Zapomnieć o problemach, obowiązkach, zobowiązaniach, obietnicach, osobach, rzeczach, wspomnieniach – słowem, o wszystkim co mnie łączyło ze światem materialnym. Umożliwiało mi to również, choć na krótką chwilę, zerwanie wszelkich więzi, którymi, jako istota społeczna, byłem krępowany. A przynajmniej dawało mi złudne przeświadczenie, że je zrywam i nawet jeśli czasem czułem, iż ulegam złudzeniu to nie protestowałem, ponieważ było mi dobrze, a cóż jest ważniejszego ponad to, by człowiek był szczęśliwy? W każdym razie, oprócz tego wszystkiego, tamtego dnia istniał jeszcze jeden cel, dla którego wyszedłem na długą, pieszą wędrówkę po górzystej krainie, która znajdowała się w bliskim sąsiedztwie od naszego, beznadziejnie płaskiego, kraju. Była nim roślina zwana Malpeto, a właściwie jej owoce, które to zawierają pewną psychotropową substancję o nieznanej mi nazwie. Nie bierzcie mnie, proszę, za osobnika zdegenerowanego - owszem, przyznaję, czasami zażywałem tego specyfiku w ilości przekraczającej zdrowy rozsądek, jednak zazwyczaj sięgałem po niego wyłącznie w chwilach największej depresji, a wiedzieć Wam trzeba, że właśnie tamtego dnia czułem się wyjątkowo podle. Po spożyciu niewielkiej ilości owych owoców skręciłem w kierunku zachodnim, aby dojść na pewien nieodległy szczyt, z którego rozciąga się niezapomniany widok na całą naszą krainę, a nawet, przy dobrej widoczności, na Ocean. Ścieżka prowadząca na wierzchołek przebiegała przez niewielką polankę i właśnie tam, przy akompaniamencie płochliwych czuchaczy i bardziej muzykalnych od nich fastyli, ujrzałem…Ją.
Polana zajmuje niewielką powierzchnię, otoczoną z trzech stron potężnymi drzewami, a jej środek wypełniony jest kłosami późnodojrzewającego cierżu, które, jako skąpane we wczesnowieczornych promieniach słonecznych nieznacznie rozproszonych przez cienką warstwę chmur, swoją soczystą złocistością nadają całej scenerii baśniowy koloryt. Pośród zboża stoi Ona, a ciało Jej jest śliczne i lico Jej też jest śliczne, i cała Ona jest śliczna. - Soyhà – wyrywa mi się bezwiednie, co w języku naszego plemienia oznacza: „Śliczna Pani”. Pośród zboża stoi Ona, ciało Jej powleczone jest w białą suknię, lico Jej anielskim się zdaje, a od Niej całej promieniuje magiczne ciepło i nadnaturalny blask. Tkwię zauroczony i nie wiem co robić. Ogarnia mnie nieziemski żar i w tej samej chwili uświadamiam sobie, że Ją kocham, a całe moje przyszłe życie będzie związane właśnie z Nią.
Zrywa się pierwszy podmuch wiatru. Zrzuca on kolorowe, wczesnojesienne liście z drzew, które, spadając pomiędzy Nią a mną, sprawiają, iż cały ten nieznaczny wycinek Rzeczywistości, w którym się znalazłem, staje się jeszcze piękniejszy. Boję się, że ta chwila przeminie zbyt szybko, albo że Ona jest wytworem mej wyobraźni, czy też jakimś niepojętym, efemerycznym istnieniem, które gotów rozpłynąć się w Niebycie w każdym momencie i pod byle pretekstem. Zrywa się drugi podmuch wiatru. Jest on o niebo dziwniejszy od poprzedniego. Zwiewa on bowiem nie liście, ale kolory wszelakie. Po kilku sekundach jesteśmy zawieszeni w czarno-białej rzeczywistości, w której nie ma barw, a tylko różne odcienie szarości. I nie jest to ani lepsze, ani gorsze od normalnie postrzeganego świata.
Choć, dla mnie, w tamtych minutach, było to prawdziwsze. Zdawało mi się, że dopiero wówczas, gdy kolory zostały usunięte, można dostrzec prawdziwą naturę rzeczy. Właśnie wtedy, nigdy przedtem, ani nigdy potem, nie ujrzałem drzew jako dumnych, a pokornie milczących w swoim pędzie ku słońcu, magicznych istot, a owe łany zboża tylko wówczas jawiły mi się jako zgromadzenie indywidualnych, różniących się od siebie i rozumnych, kłosów.
Przed moimi oczyma rozpościera się zgoła odmienny świat, w którym toczy się nieustanna oraz subtelna gra światła i cienia. Również Ona przedstawia się zupełnie inaczej. Rysy Jej twarzy stają się jeszcze delikatniejsze, Jej ciało zaś jeszcze bardziej zwiewne. Nareszcie jestem w stanie dojrzeć Jej oczy, spojrzeć weń i ujrzeć w nich Głębię. I, nieco paradoksalnie, dopiero teraz, gdy nie ma kolorów, widzę wyraźnie, że Jej oczy, Jej wesoło-smutne oczy, w których odbija się Metafizyka, są zielone i odkrycie to, na pozór błahe, staje się początkiem mojej gwałtownej i, niestety, nieodwracalnej przemiany. Czuję bowiem, iż kończy się pewien etap w moim życiu, a zaczyna kolejny, niemniej bolesny od poprzedniego. Jednocześnie, w moim sercu, obok smutku za odchodzącą częścią mojego żywota, gości radosne oczekiwanie na to, co przytrafi mi się w ciągu tego nowego okresu, który tak niespodziewanie rozpoczął się przed chwilą. Zrywa się trzeci podmuch wiatru. Przynosi on ze sobą Muzykę. Początkowo powoli, a potem coraz szybciej i szybciej dookoła polany zaczynają wirować niezwykle harmonijne dźwięki, które swoim melodyjnym brzmieniem wprowadzają mnie w niespodziewanie dobry humor. I dzieje się w tym momencie rzecz, bez wątpienia, dziwna. Czuję bowiem, jak na mojej twarzy, która zazwyczaj pozostaje bez wyrazu, pojawia się uśmiech. Początkowo