Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 1 godz. 46 min czytania

Prezent

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Prezent Filip Szarliński

Warszawa 2016

Dla L.

Metaliczny dźwięk dzwonka przeszył gmach od kotłowni po dach i budząc z sennego letargu ospałe głowy, otworzył drzwi do klas, z których prosto na rozgrzany czerwcowym słońcem korytarz wylała się fala radosnego krzyku, przybrana w białe koszule i granatowe spódnice. Dzieci powoli wychodziły ze szkoły, prowadząc ożywione rozmowy dotyczące nadchodzących dni wolności i odpoczynku, pozostawiając w niepamięci cały miniony rok, a także zawieszając gdzieś w nieokreślonej przestrzeni myśl, że za kilka tygodni, w tym samym składzie i w tych samych odświętnych strojach stawią się tu z poczuciem odmienienia na skutek wakacyjnych przeżyć i przystąpią do nauki w kolejnej klasie, czując na spalonych karkach zimny oddech dojrzałości. Myśl o dwóch miesiącach odpoczynku zajmowała także, a może zwłaszcza głowy ciała pedagogicznego, które wycieńczone całorocznymi staraniami wychowania i wyedukowania młodzieży wedle ogólnie przyjętych zasad programowych, miało wyciągnąć swoje stare kości i w tak rzadkiej dla tej profesji ciszy, przeczekać do września, by na nowo rozpocząć niekończący się cykl ich życia. Myśl ta nie była tak przysłaniająca dla ich świadomości, jak dla rozbieganych dzieci, jednakże rozpływała się delikatną mgłą po ich planach i problemach przysłaniając je uczuciem dobrze wykonanego obowiązku, podsycanego kwiatami i czekoladą, które pakowali teraz do toreb i kartonów, planując komu przekażą nadmiar daniny wdzięczności. W ostatniej sali, znajdującej się w końcu korytarza na pierwszym piętrze, podobnie jak inni, młoda nauczycielka języka polskiego pakowała do torby prezenty od swoich uczniów. Roznamiętniona ich wdzięcznością, zupełnie nie zauważyła, że torba nie będzie w stanie pomieścić już choćby tabliczki czekolady więcej, a nie zapakowała jeszcze nawet połowy darów, nie licząc przy tym kwiatów, których kolorowy dywan zajmował pierwsze trzy ławki środkowego rzędu, a soczysty zapach, który wypełniał całe pomieszczenie, budził zazdrość wśród uschniętych doniczkowych roślin stojących na parapecie. Nauczycielka odstawiła torbę na bok, i opadając na swój fotel przebiegła błękitnymi oczami po pustej sali. W przeciwieństwie do swoich starszych kolegów, czuła teraz smutek i ukłucie nostalgii na myśl o tak długiej rozłące ze swoimi wychowankami, których roześmiane twarze nadal tkwiły przed nią w pomieszczeniu gdzie każde krzesło miało swoje imię a każdy przedmiot epatował wspomnieniem jej pierwszego roku wychowawstwa. Oparła twarz na smukłej dłoni, i podnosząc owalne okulary w cienkich oprawkach, przetarła oczy dłonią. Czuła jak powraca do niej uczucie pustki, które markowane przez zajęcia z dziećmi siedziało ukryte gdzieś we wnętrzu jej ciała, a teraz z nową siłą wraca do dawnego panowania na jej myślami, rozlewając się z głowy do zaciśniętego przełyku, skąd kropla po kropli wypełniało ją całą drętwym uczuciem bezsilności. Ścisnęła oczy mocniej i ciemność wypełniły białe, migoczące fraktale, które układając się w finezyjne wzory tworzyły prawdziwy świetlny pokaz gdzieś na styku świata i jej wyobraźni. Robiła to zawsze, gdy nachodziły ją ciemne myśli; po prostu rozświetlała głowę teatrem imaginacji z którym powracała dziecięca radość i prostota. - Przepraszam, Pani Lulu… Z pokazu wywołał ją cienki głosik dochodzący od progu sali. - Oh Igor, proszę – uradowała się na jego widok – wejdź, wejdź, w czym mogę Ci pomóc mój drogi? Chłopiec nieśmiało wszedł do klasy. Jego pyzata buzia na którą spadały jasne, niemal białe loki kryła napięcie zwarte pod młodą skórą. Igor był jej ulubionym uczniem. Ciekawy, elokwentny, zawsze przygotowany do zajęć, a przy tym wygadany i radosny wyróżniał się na tle swoich rówieśników niezwykle świadomą postawą, która w uroczy sposób kontrastowała z jego dziesięcioletnim ciałem. - Ja, ja… - ściągnął wąskie usta i zmarszczył czoło przypominając sobie słowa, które ułożył wcześniej w głowie – chciałem Pani bardzo podziękować za ten rok i… i za to, że jest Pani taka fajna proszę Pani i… i chciałem… Patrzyła na niego z niekrytą przyjemnością. Uśmiechnęła się i złapała go za drobną dłoń, spoglądając w zielone oczy. Z jego twarzy zniknął grymas zdenerwowania; swoim uśmiechem potrafiła zdziałać naprawdę wiele. - Co byś chciał Igor? - Chciałem się zapytać, czy mogłaby Pani polecić mi jakąś ciekawą książkę na wakacje, coś, co Pani lubi czytać – głos miał spokojny, i jedynie czerwone uszy zdradzały powagę tego pytania - Oh z wielką przyjemnością! Pomyślmy, co by tu… oh! Może „Przygody Tomka Sawyera” Twaina, znasz? - O! Tata mówił mi kiedyś o tej książce - To dosyć znana pozycja, ale uważam, że każdy młody chłopak powinien ją przeczytać. Twain ma świetny styl i potrafi powiedzieć wiele rzeczy między słowami - Świetnie! Wypożyczę ją i zabiorę ze sobą na Mazury. Będziemy pływać z tatą żaglówką – powiedział z dumą - Myślę więc, że przygody Tomka będą w sam raz Pożegnali się drugi raz w ciągu tego dnia i mimo iż znów została sama poczuła chęć do działania, którą w sztuczny sposób podsyciła niespodziewana wizyta. Zapakowała resztę prezentów i obejmując tyle kwiatów ile tylko zdołała zmieścić w łańcuchu jednej ręki wyszła z sali. Nie chciała się odwracać przy pożegnaniu, wolała do końca widzieć klasę swoimi podskórnymi oczami, ukrytymi pod gładką linią czoła, których nieuchwytne kształty miotały się gdzieś pomiędzy słowem a obrazem. Przeszła spokojnym krokiem przez korytarz i zatrzymała się na chwilę przy pokoju nauczycielskim. W środku, mimo iż po szkole kręciło się jeszcze trochę dzieci, panowała jublowa atmosfera, której duszne opary pachnące potem i mdławą wonią alkoholu gryzły już od drzwi wejściowych. - Pani Lauro! – wykrzyknął niski i łysiejący nauczyciel geografii, którego okrągła twarz zawsze obdarzała Laurę ciepłym słowem – zapraszamy do nas! Obdarowała ich jedynie uśmiechem i spojrzeniem spod wąskich, zaciśniętych powiek i niejako wykręcając się poszła dalej. Zupełnie nie miała ochoty na sztuczną celebrację w rozgrzanym pokoju, z ludźmi którzy, jak sądziła nie pałali do niej specjalną sympatią, była bowiem młoda i ambitna; nauczycielka z powołania i misji, jak się mawia, a takie są zawsze podejrzane. Jej odmowa nie wywołała wielkiego poruszenia wśród zgromadzonych, może poza nieco zawiedzionym nauczycielem geografii oraz wysokim i barczystym brunetem który prowadził zajęcia wychowania fizycznego a który przez cały rok starał się zbliżyć do Laury, ku czemu zaczął nawet czytywać poezję w wolnych chwilach oraz układać włosy na żel, zaczesując je nieco do góry, lekko w bok, niby niedbale, wedle mody obowiązującej wszystkich amantów na przestrzeni wieków. Spoglądał na nią ukradkowo, starając się nie zdradzić myśli kołatających się po jego głowie i by pokazać, że jej obecność lub nie, jest mu zupełnie obojętna. Laura widziała to wszystko. Życie obdarzyło ją niezwykle wyczulonym zmysłem obserwacji, który połączony z latami nauki i ciężkiej pracy, sprawiał, że wystarczało jej jedno spojrzenie w oczy, by wiedzieć o czym dana osoba myśli, co czuje i kim jest. Teraz jednak, zupełnie zaaferowana myślami o nadchodzących szybkimi krokami planach puściła wszystko bokiem i wyszła na pachnącą latem ulicę. Mocne, czerwcowe słońce zaczynało palić miasto, dając przedsmak nadchodzących upałów, które męczyć będą stęsknionych za odrobiną orzeźwienia mieszkańców wetkniętych w miękki i topliwy asfalt. Teraz jednak grzało przyjemnie i Laura wyciągnęła swoją smukłą szyję kierując twarz w stronę promieni, niczym słonecznik łapczywie chwytający każde spojrzenie dnia. Pozwoliła by sytuacja wywołała na jej twarzy uśmiech, mimowolny i naturalny, zupełnie nie podszyty myślą, po czym skierowała kroki w stronę domu. Szła powoli, wąskim chodnikiem, poprzecinanym skośnymi cieniami drzew układających się w świetlaną mozaikę, która tańczyła u jej stóp wybijających rytm podróży ciemnymi sandałami na jasnym, sznurkowanym koturnie. Filigranowe kostki łączyły je z mocnymi i kształtnymi nogami, które tańczyły lekko pod jasną, zwiewną sukienką ozdobioną delikatnym kwiatowym ornamentem. Proste plecy i uniesiona do góry głowa, spoczywająca na długiej szyi z miejsca zdradzały jej profesję, a spięte w kok płowe, blond włosy w kolorze przepalonej, sierpniowej pszenicy przywodziły na myśl obraz pani Czechowskiej z płótna Modiglianina. Droga do domu upłynęła niezwykle szybko, i już po paru chwilach znalazła się w chłodnych objęciach ciemnego korytarza, którego strome schody prowadziły ją do mieszkania na trzecim piętrze starej kamienicy. Przekręciła klucz w zamku i znalazła się w niewielkiej, ciemnej kawalerce, której jedyne okno wychodziło na ceglany mur przeciwległego budynku. Zostawiła torbę przy drzwiach i przeszła do pokoju, w którym znajdowało się jedynie łóżko, szafa i ustawione przy oknie biurko. Przebiegła wzrokiem po swoich sprawach, które już za chwilę zostaną pozostawione same sobie na nadchodzące miesiące, po czym rzuciła na biurko kwiaty, a sama usiadła na skraju łóżka. Pokój wypełniony był przeróżnymi obrazami i ozdobami, którymi starała się zamarkować jego posępny nastrój. Biurko, które teraz tonęło w zieleni usłane było najróżniejszymi bibelotami, od muszli po obrazy świętych, przez biżuterię po przedmioty do pisania, aż do guzików i innych pozornie bezużytecznych drobnostek, które zbierała skrupulatnie jako trofea swoich wspomnień. Rozebrała się, odwiesiła sukienkę do szafy, po czym przeszła do łazienki i zamknęła się w półokrągłej kabinie prysznicowej. Odkręciła kurek i poczuła na miękkiej skórze ostre igiełki zimnej wody, które uderzały w ciało wywołując przyjemny dreszcz przeszywający ją wzdłuż pleców. Stała tak chwilę z zamkniętymi oczami, po czym zamknęła strumień, owinęła się białym, puchatym ręcznikiem i czym prędzej wyszła z ciasnej, białobłękitnej łazienki, której szczerze nie znosiła. Wysuszyła włosy i ubrała się w zwiewne, błękitne spodnie, białą koszulkę z długim rękawem podzieloną ciemnymi, poziomymi paskami; na stopy wsunęła białe espadryle. Uporządkowała pokój po czym podeszła do stojącego przy oknie wysokiego, chudego drzewka z kilkoma rozłożystymi liśćmi przywodzącego na myśl miniaturową wersję palmy. Pogłaskała go po liściach, po czym nalała do doniczki solidną porcję wody z butelki po winie stojącej na parapecie. Była już w zasadzie gotowa. Wyciągnęła z torby kilka czekolad i dużą, wystawną bombonierkę, chwyciła je dłonią, po czym pod ramię zapakowała ścięte kwiaty. Doniczkę z palmą objęła czule drugą ręką, po czym wyszła z mieszkania i zapukała do drzwi naprzeciwko. Otworzyła jej niewielka, przygarbiona staruszka o siwych, krótkich włosach i pomarszczonej, szarej twarzy, której życzliwe spojrzenie mieszało się ze zdziwieniem i pewną nieufnością, taksującą Laurę zza grubych okularów, w oprawkach nieproporcjonalnie dużych do jej niewielkiej twarzy - O, o… witam pani Lolu, witam – zaskrzeczała bardziej niż powiedziała - Lula, nie Lola pani Basiu – powiedziała spokojnie – przyniosłam moją pachirę, pamięta Pani? – dodała nieco głośniej - A pamiętam, pamiętam, co mam nie pamiętać… a co to za kwiaty? - Dla pani, i czekolada - Czekolada mmm… a co to za kwiatek? - To jest właśnie pachira, trzeba jej dużo wody pani Basiu - Wody, wody… napijesz się Złotko? - To dla kwiatka, nie dla mnie - Mmm mhm… a ty gdzieś wyjeżdżasz tak? - Tak pani Basiu, nad morze - Może, może… wy młodzi to nigdy nic pewnego, ciągłe zmiany aj jajaj Lula weszła do mieszkania i zostawiła pachirę na niewielkim stołku w otoczeniu innych kwiatów; prezenty pozostawiła w kuchni. Wiedziała, że choć pani Basia zapomni o pochodzeniu nowego gościa, to na pewno będzie miał zapewnioną godziwą opiekę w towarzystwie innych roślin. Wyszła z mieszkania i pożegnały się w progu. Wróciła do siebie i spojrzała na zegarek. Do odjazdu pociągu została już tylko godzina, uznała więc, że spokojnie można już wychodzić. Wolała spędzić więcej czasu na dworcu, niż w mieszkaniu, od którego tak bardzo chciała się uwolnić. Duża walizka i podróżny plecak już od wczoraj stały przy drzwiach w oczekiwaniu podróży i teraz, gdy przyszedł czas, dumnym krokiem wyszły razem z Laurą na korytarz, gdzie stukając radośnie kółeczkami i z podnieceniem szeleszcząc paskami poczuły się znów potrzebne i niezwykle ważne w swojej roli. Zamknęła mieszkanie, schowała klucz do torebki i właśnie wtedy poczuła błogie uczucie spokoju, które ogarnęło ją na widok zamkniętych drzwi i poczuła, jak zostawia swoje miejskie wcielenie w środku mieszkania, a sama staje się kimś zupełnie innym, i choć nie mogła jeszcze dokładnie określić na czym ta zmiana polega, to czuła ją kiełkującą w głębi swego ciała i ogarniał ją głód na myśl soczystych owoców, które zbierze z jej drzewa. * Granatowe ramiona mroku objęły już niemal cały widnokrąg i jedynie majacząca w oddali pomarańczowa smuga świtała przechodząca w zielonkawobłękitny pasek rozciągający się na bezchmurnym niebie niosła wspomnienie minionego dnia. Wieczór był ciepły a powietrze stało w smętnym zawieszeniu, aż do chwili, gdy przeszyła je drżąca wibracja wtaczającego się powoli na stację pociągu. Ciężkie, żeliwne koła zakłóciły ciszę miasteczka przeciągłym metalicznym piskiem, kiedy skład zatrzymywał się przy burcie peronu. Z sykiem otworzyły się drzwi a rześkie nadmorskie powietrze wdarło się do wnętrza wagonów niczym pasażer bez biletu i rozeszło się po korytarzu, zaglądając do wszystkich przedziałów, budząc przy tym pasażerów z letargu długiej podróży. Wyszła na peron i rozejrzała się wokoło. Była jedyną osobą wysiadającą na tej stacji, co w żadnym wypadku jej nie dziwiło, bowiem miejscowość, choć umieszczona na głównym szlaku turystycznym, słynęła ze spokoju i małej ilości odwiedzających. Spojrzała przed siebie i przebiegła powoli wzrokiem po białej tablicy na której litery namalowane niebieską farbą układały się w nazwę „Kuźnica”. Dreszcz radości przebiegł przez zastałe po podróży ciało, przywracając mu ożywczą świeżość, tak charakterystyczną dla odwiedzin w dobrze znanym miejscu. Ciszę przeszył gwizdek konduktora, po czym pociąg sapiąc ociężale wytoczył się ze stacji, pozostawiając za sobą jedynie czerwone światło reflektorów niknące miarowo w mroku dalszej podróży. Stała tam jeszcze chwilę pozwalając by subtelny, niemal bezsilny dotyk wiatru gładził ją po twarzy i smakowała gamy zapachowe które niósł ze sobą, a w których rozpoznawała mulisty zapach zatoki, zimną, wieczorną rosę i słony zapach ryb, przyrządzanych w pobliskiej smażalni. Ruszyła powoli w stronę wyjścia przy akompaniamencie grzechoczących o brukową kostkę kółek od walizki. Przechodząc obok budynku stacji spostrzegła brodatego starca siedzącego na krzesełku pod ścianą. Spojrzała w jego czerwoną twarz, chcąc obdarzyć ją uśmiechem, jednak pusty wzrok mężczyzny wlepiony w szarą przestrzeń nie zarejestrował jej obecności. Minęła stację i zeskoczyła na torowisko. Przeszła gładko po nasypie i znalazła się na ciemnej drodze prowadzącej w głąb lasu. Zimne wyziewy nocy niosły ze sobą szum załamujących się za linią drzew morskich fal, a ona, na przekór sobie zagłębiła się w ścieżkę. Choć doskonale znała drogę, i nie raz chadzała tędy nocą, to ciemny, pusty las zawsze napełniał ją trwogą, budząc w jej dziecięcej wyobraźni mary, których kształty i demoniczne zachcianki mógł uchwycić jedynie uwięziony w swym szaleństwie Goia. Po kilkunastu minutach wytężonej wędrówki w końcu dotarła do upragnionego celu podróży. Na niewielkiej polanie, otoczonej sosnowym lasem stała drewniana chatka, osadzona na ceglanej podmurówce. Dwuspadowy dach, pokryty ciemną, opatuloną przez mech dachówką wyciągał swe ramiona ponad dwie werandy, które zagarniając pobliską przestrzeń starały się rozszerzyć panowanie domu nadając mu bardziej doniosłej formy. Otworzyła drewniana furtkę i znalazła się na porośniętej drzewami i wysoką trawą posesji, której stan zdradzał, że dom stoi zupełnie pusty. Przeszła kamiennym chodnikiem do drzwi i wchodząc po skrzypiących, drewnianych schodach na ganek odetchnęła z ulgą, kiedy po przekręceniu klucza drzwi wpuściły ją do środka. Znalazła się w ciemnym, pachnącym kurzem i zatęchłym powietrzem wnętrzu, po czym niejako po omacku wymuskała kształt murowanego kominka, nad którym w równym rządzie stały ustawione świece. Zapaliła je leżącymi obok zapałkami i w drgającej poświacie migocących płomyczków rozejrzała się po wnętrzu. Wszystko wyglądało tak, jak wtedy, kiedy opuszczała swoje letnie schronienie rok temu. Boże, już rok minął od mojej ostatniej wizyty, pomyślała, kontemplując przez chwile ulotność czasu i jego przyspieszającego wraz z jej wiekiem biegu. Do Kuźnicy przyjeżdżała od najmłodszych lat, najpierw w odwiedziny do starego wujka, który siedząc z fajką przy kominku zabawiał ją morskimi opowieściami i legendami a później, po jego śmieci, kiedy odziedziczyła domek w spadku, sama, aby znaleźć wytchnienie i znów poczuć słodką atmosferę młodości, która przesiąkała stare ściany i unosiła się bezwiednie czekając na jej kolejną wizytę. W wystroju domu nic się nie zmieniło od tamtych czasów, czego bardzo skrupulatnie pilnowała, mimo, iż zgodnie ze swoją manierą dobierała do wnętrza coraz to nowe ozdoby i upiększacze. Gorąco pragnęła, aby dom stanowił ostoję dawnych lat i swoisty pomnik pamięci ukochanego wuja. Na ciemnej, drewnianej podłodze, w rogu izby stał niewielki, czteroosobowy stolik ozdobiony białymi serwetami w kaszubskie wzory. Po prawej znajdowała się rozkładana wersalka z szorstkiej, czerwonej plecionki a obok niej regał z książkami i stara, nieco chybotliwa witrynka z której dumnie spoglądała porcelanowa zastawa i kryształowe kieliszki. Za izbą, w przejściu obok kominka mieściła się niewielka kuchnia, której puste pułki ziały smutnym przypomnieniem głodu. Na piętrze znajdowała się sypialnia, jednakże Laura wolała sypiać na wersalce, w kojącym towarzystwie kominka, który odpalała nawet w najcieplejsze sierpniowe noce. Dziś jednak musiała obejść się bez ognia jak i bez prądu, bowiem zarówno po drewno, jak i do skrzynki z korkami należało udać się przez właz w podłodze, do chłodnej, murowanej piwnicy znajdującej się pod kuchnią, a na to zupełnie nie miała odwagi. Pierwsza noc zawsze stanowiła dla niej ogromne wyzwanie, bowiem dręczona chłodem i ciemnością, długo nie mogła zasnąć, nasłuchując za oknem najmniejszych szmerów i z trwogą tłumacząc sobie ich błahe znaczenia, które rozrastały się po jej głowie gęstym, gryzącym bluszczem zasnuwającym jasność myśli. Pościeliła wersalkę i ułożyła się do snu tak jak stała, było jej cieplej, a ubranie dawało odrobinę złudnego uczucia bezpieczeństwa. Wtuliła różowy policzek w poduszkę i zamknęła oczy. Wiatr smętnie wył w kominku, wnosząc do wnętrza zapach nocy i starej sadzy. Szum drzew mieszał się z regularnymi tąpnięciami morskich fal, a dom skrzypiał jak łajba bujana z burty na burtę leniwymi ramionami wody. Zasypiała i przebudzała się na zmianę, aż w końcu zupełnie zatraciła granice pomiędzy jednym światem a drugim, miotając się bezsilnie we wnętrzu własnej głowy starała się wypłynąć na powierzchnię, by zaczerpnąć ożywczy oddech spokoju, jednakże ktoś silną ręką o skostniałych, lodowatych palcach ściągał ją w dół, prosto w ciemną otchłań. Wyrwała się i stojąc na jasnej polanie otoczonej gęstym, mrocznym lasem wsłuchiwała się w głosy dobiegające ją z każdej strony, ludzkie głosy, jednakże brzmiące tak obco, tak sykliwie i niemal zwierzęco, że nie sposób było rozszyfrować choćby słowa. Szmery narastały, stawały się głośne, osaczały ją jak rój komarów pragnących ciepłej, słodkiej krwi, aż usłyszała głośny trzask pękającej gałęzi i ciche kroki za swoimi plecami. Odwróciła się machinalnie i dostrzegła żółtą, niemal świecącą parę oczu, które szybko rozmyły się w ciemności. Ruszyła powoli w ich stronę, nogi z trudem przesuwały się po kłującej, suchej trawie, aż dotarła na skraj lasu. Szmery ucichły, a ziejąca otchłań napełniała uszy gęstą ciszą, zrobiła krok, gdy nagle poczuła na swoim ramieniu mocny uścisk lodowatej dłoni, który z prędkością swobodnego lotu rzucił nią do tyłu. Obudziła się, łapczywie chwytając powietrze przez otwarte usta. Wilgotne od potu ubrania nieprzyjemnie oblepiały ciało a jasna kołdra leżała stulona na podłodze. W pierwszej chwili nie poznała wnętrza domu, wodząc półprzytomnie oczami po drewnianych ścianach, jednakże widok ostrych, słonecznych promieni wpadających przez okno rozświetlił jej głowę i puścił w niepamięć katusze minionej nocy. Zaparzyła kawę w małym, włoskim ekspresie, po czym wyszła na skąpaną porankiem werandę. Usiadła przy okrągłym stoliczku, stojącym przy drewnianej balustradzie i pociągając głęboki, ożywczy łyk gorącego napoju przymknęła oczy. Kawa przyjemnie rozgrzewała jej pusty żołądek, unosząc się rozbudzającym dreszczykiem wprost do głowy, gdzie z każdym uderzeniem serca czuła coraz bardziej błogi smak wakacyjnych dni. Rozciągnęła się w fotelu i pozwoliła by krzywe, nieco pokraczne promienie, zaglądające nieśmiało do jej przybytku musnęły jej ciało swoimi palcami. Ciepło było subtelne, może nawet zbyt delikatne, i rozgrzewało ją powoli, jak lekka kołdra. Twarz ukryta w cieniu pozostawała niejako poza wydarzeniami dnia i niczym sufler mogła doglądać wydarzeń, by w ciszy śledzić ich bieg. Otworzyła oczy i jej uwagę z miejsca przykuła drewniana furtka do posesji, która stała otwarta na swoich chybotliwych zawiasach. Wąskie brwi zbiegły się w nerwowym grymasie i łypiąc spod nich na przejście w płocie szukała w głowie sensownego wyjaśnienia. Istniała oczywiście możliwość, że wczoraj, obarczona bagażami i zmęczona podróżą nie domknęła drzwi, którymi później bawił się wiatr, ale znała swoje skrupulatne podejście do prywatności i mogła przysiąc, że zawsze zamyka drzwi, nierzadko upewniając się przy tym dwa razy. Może stary zamek słabo trzyma i wystarczyło muśnięcie wiatru by je otworzyć? A może kot w poszukiwaniu nocnej ofiary pchnął je łapą, albo nawet nacisnął klamkę przechodząc górą i przestraszony swoim czynem uciekł w krzaki chowając się przed żałosny jękiem zawiasów. Szukała w głowie wszelkich wyjaśnień, trzymając gdzieś daleko na końcu swojej świadomości możliwość, że furtkę mógł otworzyć jakiś człowiek, który z niewiadomym zamiarem chciał dostać się na jej posesję. Dopiła kawę i starając się zapomnieć o otwartej furtce wróciła do domu. Założyła kostium kąpielowy, który okryła zwiewną, letnią sukienką, po czym spakowawszy do dużej, plażowej torby w paski niezbędne rzeczy wyszła na zewnątrz. Wychodząc z posesji sprawdziła, czy wszystko działa jak należy. Zamek trzymał. Silnym szarpnięciem upewniła się, że furtka jest zamknięta, po czym wolnym krokiem wyszła na zieloną, leśną ścieżkę prowadząca nad morze. * Nigdzie w Polsce, a może i na całym świecie nie ma tak urokliwych i charakterystycznych plaż jak na półwyspie. Długi, wąski pas białego lądu ciągnął się niczym mleczna droga wzdłuż ciemnozielonej wody zimnego Bałtyku, a okalany chmurami lasu od strony lądu chował się przed wiatrem i w dostojnej ciszy czekał na odwiedzających. Zdjęła espadryle i pozwoliła stopą zatopić się w ciepłym, miałkim piasku, który niezmącony śladem ludzkiej stopy rozlewał się przed nią gładką taflą. Rozejrzała się w około i ku swojej uciesze nie dostrzegła nikogo, poza kilkoma mewami siedzącymi na porośniętych glonami palach falochronów wgryzających się w głąb morza. Ruszyła w stronę wody wsłuchując się w swoje kroki, których ciche skrzypienie przywodziło na myśl spacer po świeżo spadłym śniegu. Już nie ma dzikich plaż… Zaintonowała w głowie dawny przebój Ireny Santor i rozglądając się po pustym horyzoncie roześmiała się na głos. Stanęła na ciemnym pasku wilgotnego piasku i pozwoliła, by fala polizała jej stopy. Woda była zimna, niemal przeszywająca, ale jej dotyk sprawił Laurze przyjemność. Wiedziała, że z tygodnia na tydzień morze będzie stawać się cieplejsze, ale na razie północne pływy skutecznie odstraszały amatorów kąpieli. Odwróciła się i skierowała w górę plaży, na wydmy. Taką już miała manierę, że zawsze rozkładała się na wydmach, najlepiej w przyjemnym dołku, do którego nie zaglądał wiatr ani wścibskie oczy postronnych. Teraz, choć plaża była pusta, przyzwyczajenie wzięło górę i już po chwili leżała wyciągnięta na czerwonym ręczniku plażowym w miejscu, gdzie tylko słońce mogło ją zobaczyć. Nieskrępowana niczyją obecnością, zrzuciła z siebie sukienkę i wyciągnęła się na swoim legowisku, prężąc ciało niczym kot. Długie promienie rozłożyły się na jej jasnej, delikatnej skórze, kłując nieco nachalnie, ale przyjemnie, tak jak robi to pierwszy, letni upał. Miała ze sobą książkę, jednak leniwy nastrój zamknął jej oczy i czuła, jak powoli odpływają myśli i zmartwienia. Wyciągnęła ręce za głowę i pozwoliła niebu spoglądać na swoje malowane delikatnymi, miękkimi ruchami ciało. Spływające w dół barki przechodziły płynną linią we wklęsłą talię, nie szerszą niż u jednej z jej uczennic, by następnie rozszerzyć się na biodrach, z których niczym dwie kolumny wychodziły silne i pełne nogi zwieńczone drobnymi, wąskimi stopami. Cały jej kształt, obły i płynny, pełen krągłości i detali godnych barokowych budowli był tak dostojny w swej filigranowej prostocie, że jedynie słońce, niebo i morze mogły spoglądać na nią bez krępującej pożądliwości. Robiło się coraz goręcej, a ona z każdą minutą czuła, jak przeszywające ciepło kumuluje się w jej organizmie. To było więcej niż sama słoneczna kąpiel. Przechodzące przez skórę promienie utykały gdzieś w środku, odkładały się na wysokości brzucha, skąd emanowały życiem po całym jej ciele. Czuła się jak obserwator, jak ktoś stojący z boku wydarzeń, które teraz z tak niepohamowaną siłą działy się we wnętrzu jej istnienia, i nie mogąc pojąć stanu który przejmował nad nią kontrolę, oddała mu się, puściła za nim i popłynęła na falach gorącej ekstazy prosto w świetliste ramiona niewytłumaczalnych przyjemności. Obudziły ją chłodne cieniste dłonie, które łaskocząc ją swoimi długimi palcami przypominały o upływającym dniu. Wstała i pozbierała wszystkie rzeczy do torby, po czym ruszyła ciężkim i zmęczonym krokiem w stronę domu. Przepalona słońcem głowa bujała się miękko na szyi, a przymknięte oczy rozmywały kontury drogi nadając jej nierzeczywistych kształtów. Czuła, że przesadziła z pierwszym słonecznym kontaktem, ale czuła także inną przyczynę swojego stanu – głód. Ściśnięty żołądek uporczywie dopominał się zwrócenia na niego uwagi, męcząc i jęcząc żałośnie. Szła skupiona na drodze, starając się nie dać instynktom władzy na swoim życiem, ale nim spostrzegła, minęła dom, i prowadzona dalej nogami, które teraz wędrowały własnym życiem dotarła do miasta. Usiadła w ogródku niedużej restauracji znajdującej się w pobliżu portu i złożyła zamówienie. Ku zdziwieniu obsługi, nie była to ryba, a zwykły dwudaniowy obiad, który stanowił prawdziwą rzadkość wyboru w przybytku starego Dawida, który słynął na całych Kaszubach ze swojej niezwykle delikatnej flądry gotowanej na parze. Trzeba jednak było znać Laurę, by wiedzieć, że ta poukładana i twardo stąpająca po ziemi kobieta pełna była sprzeczności i paradoksów, a jedną z nich była wrodzona niechęć do ryb, zarówno żywych jak i tych podanych na talerzu, przy całej miłości do wody, morza i fal. Siedziała w cieniu, czując jak ciepło wychodzi przez jej lekko zaczerwienioną skórę. Statki bujały się leniwie na smętnej wodzie zatoki, idealnie wpisując się w nastrój sennego oczekiwania na posiłek. Wodziła oczami po brzegu, kiedy jej uwagę przykuła kolorowa plama odcinająca się na szarym tle betonu. Plamą ów była staromodna, pasiasta koszula wisząca na grzbiecie chudego chłopaka, który siedząc przygarbiony na krawędzi kei starał się swoimi cienkimi rękami zawiązać węzeł na grubych linach cum. Wpatrywała się w niego półprzytomnie, trochę jak we śnie, czując jak każdy ruch jego dłoni na cumie przenosi ją w inny świat, jakby zaraz miała odpłynąć w daleki rejs, a on jest sprawcą, odrzuca liny i uwalnia statek puszczając go na dalekie wody. Siedziała dość daleko, ukryta w restauracyjnym ogródku, a jednak wydawało jej się, że i on śledzi ją wzrokiem, mimo iż oczy ukryte miał za ciemnymi okularami. - Zupa pomidorowa dla pani Biała koszula kelnera mignęła jej przed oczami, jak pierwszy promień poranka i już po chwili, aromatyczna mgiełka zupy połaskotała ją po nosie. Odwróciła się w stronę portu, ale pasiata plama zniknęła, zupełnie jakby była majakiem, chwilą rozrywki w oczekiwaniu na posiłek. Dobrze, pomyślała. Dawno już straciła chęci na ukradkowe spojrzenia na mężczyzn i ciężkie westchnienia zza białej chusteczki. Jako niezwykle atrakcyjna kobieta mogłaby mieć każdego, mogłaby w nich przebierać i odrzucać, ale zupełnie straciła ochotę. Chłodny umysł zaciekle strzegł jej przed jakąkolwiek uczuciową relacją, widząc w nich jedynie zaspokojenie zwierzęcych instynktów i późniejsze kłopoty. Pochyliła się nad talerzem i wyciszając myśli kołatające się po głowie, pociągnęła pierwszy, kojący łyk. Szary wieczór osadzał się kropelkami rosy na wysokiej trawie okalającej dom, kiedy podłożyła ogień w kominku, pozwalając, by ciepło rozlało się po wnętrzu. Teraz, kiedy ogniki tańczyły na suchym drewnie, poczuła się prawdziwie jak u siebie, poczuła ten sam błogi stan, jak wtedy, gdy po całym dniu zabaw, siadała z wujkiem przy ogniu i popijając gorące kakao, przygotowane ze świeżego mleka, które dostawał od zaprzyjaźnionej sąsiadki, mogła przenieść się w dalekie zamorskie krainy razem z mieszkańcami tropikalnych wysp, lub smagana zimnym wiatrem podążać żaglowcem w nieznane. Od kiedy tylko pamiętała miała niezwykle bujną i obrazową wyobraźnię, która po zamknięciu oczu pozwalała jej znaleźć się w dowolnym miejscu, gdzie nie tylko widziała, ale również czuła, słyszała każdy detal i przeżywała historię na własnej skórze, nierzadko prosząc wujka by przerwał opowieść w najbardziej dramatycznym momencie, w którym przeczucie podpowiadało jej, że może stać się coś złego; jakby krzywda wyrządzona w głowie, miała przenieść się na żywe ciało spoczywające na puchatym dywanie przy kominku. Tęskniła za tymi podróżami. Tęskniła tym bardziej, że teraz stonowana głowa rzadko pozwalała jej na takie malownicze wyprawy, a wyobraźnia, choć silna jak przed laty budziła się zazwyczaj w chwilach strachu i kryzysów, pozostawiając swoje radosne oblicze na półce, obok sterty przeczytanych i przykurzonych książek. Wpatrywała się w ogień, widząc w nim jedynie płonące drewno, efekt gwałtownego utleniania materiału na skutek wysokiej temperatury i nagle, cały nastrój radosnych wspomnień uleciał z dymem, pozostawiając ją samą, w pustym domu z kieliszkiem wina w dłoni. To uczucie pustki, nawiedzało ją często, może nawet zbyt często. Walczyła z nim chwytając się pracy, nauki i przeróżnych zajęć, bowiem tylko wtedy, gdy działanie wypełniało jej głowę, mogła przez chwilę poczuć się wolna od ciernistych myśli. Wypełniła usta winem i odstawiła pusty kieliszek na blat. Rozebrała się i zakopała głęboko w chłodnej pościeli. Ogień grzał ją w stopy, a kołdra powoli wypełniała się ciepłem. Leżała zwinięta w kłębek, jak jeż kulący łapy do miękkiego brzucha i wsłuchiwała się w trzask płonących polan. Dźwięk był miękki, usypiający, i choć przez chwilę wydawało jej się, że słyszy czyjeś kroki na werandzie, nawet nie podniosła głowy, pozwalając by sen ukrócił jej troski. * Przyszedł lipiec, a wraz z nim pierwsze załamanie pogody, tak charakterystyczne dla letnich miesięcy nad Bałtykiem. Stalowe chmury snuły się po niebie i dopiero teraz Kuźnica ukazywała swoje najpiękniejsze oblicze. Długa ulica okalana niskimi akacjami przecinała miasto na pół, dzieląc je na część morską i tą starszą, nad zatoką. Strzelisty neogotycki kościół o nieproporcjonalnie wysokiej wierzy górował nad główną częścią miasta porośniętą starymi, ceglanymi chatami, które pocięte wąskimi uliczkami sprawiały wrażenie porozrzucanych niechlujnie na wąskim pasie ziemi. Dalej w stronę Jastarni, pojawiały się nowsze domy, nierzadko przekształcone na pensjonaty, jednak żaden szanujący się mieszkaniec nie zapuszczał się w tamte strony. Nie robiła tego również Laura, która korzystając z braku pogody spacerowała nieznanymi przejściami, zaglądając w bielone wapnem okna i rozmawiając z podwórkowymi kotami, które krążyły między portem a swoimi przybytkami napełniając wiecznie puste brzuchy to mlekiem to rybami. Jeden kot, czarny, z białym krawatem szczególnie ją intrygował swoim miałczeniem i przenikliwym, rozumnym spojrzeniem i gdy tylko miała okazję, chadzała z nim na spacery, a on, niczym przewodnik, dumnie prowadził ją przez miasto, co chwile oglądając się czy za nim podąża. I tak, idąc za futrzanym kolegą doszła do portu. Weszła na długie, betonowe nabrzeże i wolnym krokiem zmierzała do końca cypla, kiedy spostrzegła, że znajdująca się na krawędzi kotwica zachwiała się, po czym z pluskiem runęła do wody, ciągnąc za sobą długi sznur. Niewiele myśląc chwyciła za linę, jednak grube, konopne więzy spadały zbyt szybko, i nim zdążyła zwolnić uścisk jej smukłe dłonie żarzyły się piekącą czerwienią. - Aj głupia! – usłyszała za plecami – jak widzisz w porcie, że coś leci to sama leć w drugą stronę, nigdy na odwrót Miał na sobie długi, marynarski płaszcz i biały golf, które sprawiały, że wyglądał jak postać z hemingwayowskiego opowiadania. Poplamione jeansy podwinięte do połowy łydek odsłaniały bose stopy, których przepalony słońcem kolor ostro kontrastował z szarym betonem kei. Choć nie miał na sobie kolorowej koszuli to z miejsca go poznała, i nie po włosach, twarzy czy posturze, ale po przenikliwym spojrzeniu sączącym się zza ciemnych okularów. - Chciałam pomóc – wydukała jeszcze w szoku, po czym dodała ostrzej – powinieneś uważać co robisz, a nie stać z papierosem i gapić się w chmury - O proszę, jaka zadziora! A skąd wiesz, że nie chciałem wrzucić tam tej kotwicy? Mogłaś najpierw zapytać, sznur jest długi, a nie, ty się rwiesz od razu do pomocy! Wiesz czym wybrukowane jest piekło? Spójrz na ten dom, tam po lewej. Mieszkał tam kiedyś stary listonosz wraz z żoną, człowiek trunkowy jak się to mówi. Poszedł kiedyś w cug z niejakim Kowalewskim, tęgi chłop, syn masarza. Pili trzy, może cztery dni, oczywiście listy w tym czasie nie przychodziły, ale, małe miasteczko, ludzie wiedzieli co i jak, zresztą, jakie tu można dostawać listy? No i listonosz się budzi po tej całej kolędzie, rozgląda się po mieszkaniu, leży Kowalewski, stoją butelki, ale nigdzie nie ma jego torby, torby wypełnionej listami, ale co ważniejsze pieniędzmi, sporą ilością gotówki dla emerytów i rencistów. Chłop się przeraził, małe miasteczko jak to już mówiłem, wszystko się rozniesie i co miał zrobić? Wziął sznur, poszedł za dom i się powiesił - A gdzie tu dobre chęci? – spytała zdumiona - Ano, że tą torbę to ukryła żona, żeby jej nie przepił czy zgubił… - spojrzał się na nią przechylając głowę, po czym wyciągnął dłoń – jestem Korba Stała przed nim z piekącymi dłońmi i wyrazem kompletnego zdziwienia na twarzy, jednak ręka machinalnie wysunęła się w geście powitania - Lula Odwzajemniła się przezwiskiem, czego zwykle nie czyniła, jednak kuriozalność sytuacji sama rzuciła jej słowo na usta. Wziął jej dłoń, po czym obrócił spodem do siebie i spojrzeniem ocenił pulsujące na jej jasnej dłoni obtarcia - Cóż, zawsze mogło być gorzej… ostatecznie nie widać kości Zaśmiał się z własnego dowcipu, po czym niespodziewanie zeskoczył na przycumowany poniżej nich niewielki jacht i zniknął w kajucie. Wyłonił się po chwili, żując coś intensywnie w ustach i trzymając ledwie widoczną szarą mgiełkę w dłoni. Podszedł do niej i wypluł zawartość na swoją dłoń, po czym drugą ręką przygniótł wszystko, tak jak robi się śnieżną kulę - Chleb z pajęczyną, najlepszy sposób na rany – oznajmił radośnie – proszę, przyłóż sobie i zobaczysz, że z miejsca przestanie piec Spoglądała to na roześmianą twarz ukrytą za okularami to na mokry, przeżuty chleb leżący w jego dłoni i choć wiedziała, że zupełny absurd tej sytuacji powinien trzymać ją dalej w oparach szoku, maskującego uczucia i myślenie, to jednak poczuła, jak zimne sople wściekłości zaczynają rozchodzić się po jej ciele przywracając trzeźwy ogląd sprawy - Zabierz tą obrzydliwą papkę, niedobrze na jej widok – skrzywiła twarz, a jej brwi zwęziły się w groźnym grymasie – co ty sobie wyobrażasz? Stoisz tu, sprawy lecą ci z rąk, opowiadasz niestworzone historie, kim ty w ogóle jesteś? - Już mówiłem, Korba – nadal się uśmiechał, jakby jej wybuch zupełnie nie zmienił atmosfery – jestem bosmanem Rzucił mokrą kule w kierunku mew, które z wrzaskiem zaczęły wyrywać jej kawałki - Cóż, przynajmniej one skorzystają – wzruszył ramionami, po czym dodał przymilnie – chciałem tylko pomóc - Pomóc? Chyba wiesz czym wybrukowane jest piekło… Odwróciła się i ruszyła w kierunku miasta. Stawiała długie i ciężkie kroki, nadal marszcząc brwi. Kiedy się denerwowała jej ciało momentalnie zmieniało swój obraz ze zwiewnej, falistej strużki dymu a przyjmowało formę przysadzistej, grubej chmury, która sunąc blisko ziemi odstraszała postronnych skłębionymi we wnętrzu piorunami. Wróciła do domu i z trzaskiem zamknęła drzwi. Chodziła w kółko po ciemnym wnętrzu nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca, a złość pulsowała jej w policzkach, czerwonych jak poparzone dłonie. Czuła coś jeszcze, coś czego jeszcze nigdy nie czuła w swoim ciele, a rozlewało się przyjemnie, budząc zamieszanie w jej chłodnej głowie. Dziwne mrowienie w karku, przypominające odrętwienie, jednak bardziej łaskoczące, jakby niecierpliwie proszące ją o uwolnienie. Nie wiedzieć czemu chwyciła za zeszyt leżący na stole i wyrwała z niego kartkę. Usiadła na podłodze, i długopisem zaczęła wytyczać ostre, szybkie linie z których powoli zaczął wyłaniać się kształt portowego nabrzeża. Obok wyrósł wysoki, trójmasztowy żaglowiec, z którego rej zwisał długi, gruby sznur na którego końcu, za nogi powieszona była postać w długim, marynarskim płaszczu, którego poły rozlewały się na pokład niczym woda chluśnięta z wiadra. Kompozycja była ostra, dynamiczna, a cienkie linie czarnego tuszu nadawały jej dramatycznego charakteru. Spojrzała na obraz i dreszcz strachu przebiegł jej po twarzy. Wrzuciła kartkę do kominka i podpaliła. Pomarańczowe płomienie powoli zjadały suchy papier, a ona wpatrując się w ich ucztę czuła, jak zdenerwowanie powoli ustępuje miejsca ciepłej satysfakcji bijącej z rozluźnionego karku. Wiedziała, że złość jeszcze nie ustąpiła, że czai się w jej wnętrzu by znów zapłonąć, ale to nie było teraz ważne. Wizja bosmana pokutującego za swoje zachowanie przełożona z głowy na papier była dobra i Laura doskonale zdawała sobie z tego sprawę. * Powoli otworzyła oczy i mrużąc je walczyła ze słoną, ciemnozieloną kurtyną, która szczypiąc w gałki zacierała jej obraz. Po chwili jednak przywykła i zanurkowała głębiej. Ukazało jej się pofałdowane, lekko rozmyte piaszczyste dno. Zbliżyła się do niego, i wykonując delfinowe ruchy biodrami i nogami płynęła dalej, czując w uszach jak zagłębia się coraz niżej, niżej, aż w końcu gniotące ciśnienie i brak powietrza zmusiły ją do wypłynięcia na powierzchnię. Piekące słońce stało wysoko na niebie, jednak chłodna morska osłona skutecznie blokowała jego natarczywe popędy rozpraszając je bezsilnie po ledwie pofalowanej powierzchni. Leżała bezwiednie na niewidzialnym materacu i uśmiechała się szeroko, nie wiadomo czy do wody, nieba czy samej siebie, po czym wzięła głęboki oddech i z hockney’owskim pluskiem zanurzyła się w otchłań. Było cicho. W głuchej przestrzeni czuła jedynie bicie własnego serca pulsujące rytmicznie w środku głowy. Spłynęła niżej i znów, niczym syrena, poczęła przyglądać się równym piaszczystym wzorom, gdy wtem dno na wysokości jej oczu poruszyło się gwałtownie, a z kłębów piasku wyłoniła się niewielka flądra, która z przerażeniem uciekła kilka metrów dalej. Z identycznym przerażeniem Laura wyskoczyła do góry i łapiąc powietrze otrząsnęła się z niesmakiem. Przeklęte ryby. Nawet tu, tak blisko brzegu nie można było uwolnić się od ich obecności. Zmieniła styl na nieco szybszy kraul i z gracją zawodowego pływaka powróciła na brzeg. Sezon rozkwitł w pełni i na jasnej, niegdyś pustej plaży wyrosły czerwone, opalone torsy i kolorowe kapelusze. Laura szła powoli spoglądając na pasiaste parawany, którymi nieliczni wczasowicze odgradzali się od wiatru, zawłaszczając dla siebie kawałek ziemi. Małe osiedle mieszkaniowe, pomyślała mijając otoczoną tekstylnym murem rodzinę z dwójką dzieci i rozszczekanym dalmatyńczykiem, który starał się oczyścić pysk z piasku, trąc go niemiłosiernie brudnymi łapami. Doszła na szczyt plaży, po czym lekko przeskakując palisadę oddzielającą wybrzeże od wydm umiejscowiła się w swoim legowisku. Ostre promienie momentalnie rozłożyły się na jej ciele zlizując resztki słonej wody, jednak ciemna, opalona skóra pozostawała niewzruszona na kłujące zaczepki i Laura mogła teraz godzinami leżeć na plaży rozkoszując się szumem fal i czystym uczuciem wolności. Położyła się na piersiach i rozpinając stanik uwolniła plecy, pozwalając słońcu wyrównać cienkie niedostatki opalenizny. Kiedyś nie potrafiła usiedzieć na ręczniku nawet minuty, gnana coraz to nowymi pomysłami i bodźcami miotającymi nią po całej plaży. Raz nawet, w pogoni za motylem, przeszła sześć wejść wzdłuż wybrzeża, i kiedy w końcu zmęczona postanowiła opuścić małego towarzysza, z trwogą zorientowała się, że nigdzie nie widać wujka, ani jej ulubionego, kraciastego koca. Wracała brzegiem, a spięta twarz z trudem hamowała płacz cisnący się przez wąskie, przymrużone oczy, kiedy spostrzegła wujka wypatrującego jej z groźnie założonymi rękami. Jego gęste brwi marszczyły się w srogim wyrazie, jednak zelżał, gdy tylko przytuliła się do jego nogi a ciepłe łzy popłynęły po jej pyzatych, dziecięcych policzkach. Nie potrafił się na nią gniewać, nawet wtedy, gdy stłukła jego pamiątkowy statek w butelce, schowawszy resztki w starej puszcze po kawie, bardziej przejęty był niewielkim skaleczeniem na jej drobnym kciuku niż utratą bezcennej pamiątki swoich morskich wojaży. Teraz jednak, wtulona w piasek mogła leżeć bez ruchu cały dzień, robiąc jedynie orzeźwiające przerwy na wodne spacery po morskim dnie. Zacisnęła oczy i z ciemności przywołała migocące kształty, rozlewające się przed jej oczami jak szachownica Vasarely’ego po czym wtuliła się mocniej w puchaty ręcznik. Skwar palił ją w głowę i przypomniała sobie radę wujka, który powtarzał zawsze - Załóż jakiś kapelusz, bo przyjdzie południca i cie zabierze Podniosła głowę i spostrzegła nad sobą ciemną, uśmiechniętą postać w pasiastej koszuli i nieodłącznych okularach - Co ty… - wyjąkała machinalnie, nie kończąc - A tak, tak, południca. Przychodzi zawsze po nierozważne dziewczęta, które zapominają o bożym świecie i godzinami leżą na słońcu. Ma jasną suknie i długie, cienkie palce, wredna babka – poruszył brwiami, po czym dodał – dziś mówią na nią udar, ale to jakoś mało romantyczne - Ehh to znowu ty… daj mi spokój – powiedziała nie podnosząc się z ręcznika - Oj jakie znowu? Widzieliśmy się raptem raz, choć fakt, może w nie do końca sprzyjających okolicznościach, ale czy jest sens nadal się gniewać? Przyznaję, kiedy ktoś chce wypluć na twoją rękę przeżute jedzenie robi to nienajlepsze wrażenie, ale akurat nie miałem gazy pod ręką, poza tym ostatecznie nie zrobiłem nic złego, pamiętasz? Chcieliśmy sobie jedynie pomóc, a to, że nam nie wyszło to już zupełnie inna sprawa Usiadł na piasku naprzeciwko jej twarzy, a uśmiech, jakby przyklejony na stałe rozciągał się pod ciemnymi okularami. Poprawiła kostium i podnosząc się uciekła w dalszy narożnik ręcznika - Myślisz, że możesz tak nachodzić ludzi i męczyć ich tymi swoimi potokami słów? – zrobiła pauzę i poczuła, jak gorzki jad zaczyna spływać jej na język – i skąd wiedziałeś gdzie jestem? Chodzisz za mną? - Oh taaak – powiedział przeciągle – nie mam nic lepszego do roboty tylko skradać się za tobą po krzakach… Kuźnica jest mała. Szansa, że spotkam cię na plaży w taką pogodę była dość duża, nie uważasz? Sądząc po kolorze twojej skóry nawet bardzo duża. Chciałem wyjaśnić poprzednią sytuację… poza tym od tamtej pory nie widziałem cię w porcie. Bardzo bym nie chciał stać się powodem ograniczenia twojej spacerowej wolności Faktycznie, od tamtego incydentu unikała wizyt w porcie, co przy tak ograniczonej przestrzeni było istotnym brakiem. Spojrzała na niego. W za dużej, pasiastej koszuli i z rozczochranymi, jaśniejącymi od słońca włosami wyglądał dość sympatycznie i choć z początku jego paplanina wydawała się irytująca, to było w niej coś przyjemnie świeżego. - Korba, tak? Co to za dziwne przezwisko? - Mówią, że strasznie kręcę, ale doprawdy nie wiem o co chodzi - Masz jakieś imię? - Każdy jakieś ma, ale… czy Korba i Lula nie brzmi lepiej? Uśmiechnęła się lekko przypomniawszy sobie, że i ona nie przedstawiła mu swego imienia - Robi się późno, a ja jeszcze nic nie jadłem. Czy w ramach zawarcia nowej znajomości zechcesz zjeść ze mną obiad? Ja zapraszam Był prosty i nonszalancki, ale jednocześnie ciepły i było w nim coś, co wzbudzało jej zaufanie, a nawet lekkie przebłyski sympatii. Godzina faktycznie była już obiadowa, o czym skutecznie informował ją zniecierpliwiony żołądek. Zgodziła się, po czym wstała i spakowała rzeczy do plażowej torby. Szli przez las, rozkoszując się chłodem soczystej zieleni, która dawała przyjemne wytchnienie po przepalonym słońcem piasku. Rozmowę zastępowały im szeleszczące szepty drzew i migotliwe skrawki światła tańczące na srebrzystych pajęczynach rozsianych gęsto pomiędzy gołymi sosnowymi pniami. Suche igliwie, którym usiana była ścieżka, wydzielało przy każdym kroku słodki, żywiczny zapach, który mieszając się z wilgotną wonią młodych krzaków wpadał do nozdrzy, skąd orzeźwiającą falą rozchodził się po całym ciele. Ich oczom ukazały się tory kolejowe, a za nimi fragment peronu, kiedy Korba spojrzał w lewo i skinął głową w geście przywitania - Co? Ktoś tam jest? – spytała Lula rozglądając się po pustym lesie - Ah nie… tam mieszkam – wskazał ręką na wąski przesmyk pomiędzy drzewami – taka maniera Była to dla niej zupełnie niezrozumiała maniera, jednakże wszystko co czynił ten dziwny chłopak wydawało się jej zupełnie abstrakcyjne i puściła to bez komentarza. Przeszli przez torowisko i znaleźli się na peronie. Był pusty, nie licząc starego mężczyzny siedzącego na krzesełku w cieniu pod ścianą. Miał długie, białe włosy i taką samą brodę, która porastała posępną, przeoraną zmarszczkami i osmaganą wiatrem czerwoną twarz. Mimo upału miał na sobie biały, powyciągany sweter i zielone, drelichowe spodnie. Szare, nieobecne oczy wlepione były daleko w przestrzeń i jedynie młynki kręcone kciukami nad zaplecionymi dłońmi zdradzały, że mężczyzna żyje. Laura przystanęła wpatrując się w żywy posąg, jednak oczy starca nawet nie drgnęły, przyjmując jej obecność jak fragment niezmiennego krajobrazu. - To kapitan Rybicki – zaczął Korba – a w zasadzie były kapitan, bo ostatni raz na wodzie był wieki temu… Kiedyś dobrze mu się powodziło, miał swój kuter, a z czasem dorobił się małej floty. Specjalizował się w połowie dorsza, ale w jego sieci wpadało wszystko co żywe, miał szczęśliwą rękę do połowów. Kiedyś, to chyba było zimę ’64, ubił siedem fok, niesamowity wyczyn! Miał piękną żonę, Jagienkę. Mieszkali w dużej, murowanej chacie na obrzeżach miasta i spodziewali się dziecka, kiedy niespodziewanie Jagienka zachorowała. W zasadzie słowo choroba jest tu na wyrost, ona po prostu zmarła z dnia na dzień, zostawiając go samego na tym padole. Pochodziła z Wejherowa i tam też pochowali jej ciało, a po tym wszystko potoczyło się klasyczną ścieżką… Rybicki się rozpił, utracił flotę, kuter, dom a z czasem doprowadził się do szaleństwa. Zaczął przychodzić na dworzec i wypytywać się o żonę. Uroił sobie, że wyjechała razem z dzieckiem i niedługo wrócą… później przestał się odzywać i w milczeniu siedzi tu wypatrując jej powrotu, ale biedaczek nie wie, że aby ją zobaczyć będzie musiał na zawsze opuścić swoją ukochaną Kuźnicę Wpatrywała się w niego drgającymi, błękitnymi oczami, które jak zahipnotyzowane nie mogły oderwać się od tego kłębka smutku zwiniętego na niewielkim krzesełku. Jej wzrok przeszywał go na wylot, zaglądał w najciemniejsze zakamarki jego duszy i z impetem powracał do jej głowy, uderzając emocjonalnym zgiełkiem zebranym za siwą kurtyną. Nie czuła żalu, ani nawet smutku. Nie był to jedyny pijak z tragiczną historią, który pałętał się po tym świecie, jednak intensywne spotkanie przelewało się w niej, to w górę to w dół, budząc niepokój. Przymknęła oczy i odetchnęła głęboko, gdy nagle to poczuła. Wszystkie uczucia, myśli i otaczające ją bodźce zbiegły się jak na zawołanie w karku, tuż pod linią spiętych włosów, by przemienić się w wibrującą falę, która niczym mrówki zaczęła rozchodzić się łaskotliwym uczuciem po jej ciele, aż cała spłynęła do smukłej dłoni, która drżąc nieznacznie poczęła ją strasznie swędzieć. Korba stał cicho, zupełnie jakby zdawał sobie sprawę, z ogromu zdarzeń przeżywanych w tej chwili we wnętrzu Laury, i dopiero gdy spoglądając ukradkiem na dłoń wyrwała się ze swojego wnętrza, skinął głową by poszli dalej. Przeszli ulicę i wąskim chodnikiem otoczonym poszarpanymi cieniami akcji dotarli do zielonego szyldu na którym żółty napis obwieszczał, że znaleźli się „U Emila”. Korba przestąpił próg, odwracając się w stronę Luli, która stała dalej na ulicy wpatrując się w niego z grymasem. - Nie – powiedziała krótko - Co, nie? - Nie wejdę tam, nie będę jadła ryby, zapomnij - Chyba nie chcesz powiedzieć mi, że przyjeżdżasz nad morze i nie jadasz ryb… - Właśnie to chcę ci powiedzieć - Dobrze, Emil podaje również inne dania, znamy się od dawna, na pewno wybierzemy coś, co będzie ci odpowiadać Uśmiechnął się błogo, po czym weszli do środka. Lokal był nieduży, zastawiony ciężkimi, drewnianymi stołami i ławkami. Białe ściany z chlapanego tynku ozdobione były starymi zdjęciami rybaków, łodzi, mapami oraz przeróżnymi przyrządami rybackimi z dawnych lat, które zwisając z sufitu przywodziły na myśl wnętrze starego kutra. - Czy możemy zjeść na zewnątrz? – zapytała – tu nie dam rady nic przełknąć - Jasne, zajmij stolik, a ja zajmę się jedzeniem Wyszła do ogródka i wtopiła się w lakierowaną, drewnianą ławkę otoczoną begoniami. Pszczoły latały leniwie kręcą się miedzy kwiatami, a solniczką, której błyszcząca nakrętka wabiła je swoim blaskiem. Korba przyszedł po kilku minutach, niosąc dwie butelki piwa i talerz, na który leżał nieduży omlet okraszony cebulą. - Mała przystawka – skinął głową stawiając talerz przed Laurą Dopiero przy pierwszym kęsie poczuła, jak bardzo była głodna. Ciepłe danie rozpływało się po podniebieniu, zostawiając przyjemny, nieznany posmak na języku. - Ten omlet jest świetny! Ale to chyba nie są kurze jaja, co? - To wcale nie jest omlet – uśmiechnął się – to smażona ikro turbota Jego słowa zadziałały jak łyżka gorzkiej, oleistej rycyny i Laura momentalnie wypluła zawartość ust do serwetki - Mówiłam przecież, że nie jadam ryb! Fu! – krzywiła się, groźnie marszcząc brwi - Dziwne… przecież mówiłaś, że jest świetne W jej wnętrzu toczyła się zacięta walka, pomiędzy utartymi przez lata zasadami, a komitywą układu pokarmowego, który szeptał „jeszcze, jeszcze”. Nałożyła trochę na widelec i z pełną świadomością włożyła ikro do ust. Była delikatna. W formie jak luźny omlet, w smaku podobna, choć z delikatną morską nutą na końcu. - Nie lubisz ryb, czy po prostu nigdy ich nie jadłaś – zapytał Korba Spuściła wzrok na talerz, a spod lekko rumieniących się policzków wyłonił się nieśmiały uśmiech. - Tak właśnie czułem… zajmij się ikro, a ja opowiem ci co nieco o przybytku Emila – rozparł się wygodnie w ławce, rozkładając nonszalancko ręce – Emil jest młodszym bratem Dawida, tego Dawida, który prowadzi świetnie prosperująca restaurację przy porcie, pewnie ją znasz? Emil tam zaczynał. Był kuchcikiem, a później kucharzem u swojego brata, który jak to u starszego rodzeństwa bywa zawsze przeświadczony był o swojej racji. Miał własne przepisy i pomysł na prowadzenie restauracji, które nie zawsze odpowiadały Emilowi, ale cóż mógł zrobić? Był jedynie pracownikiem. Dawid słynie ze swojej flądry na parze, ale tak między nami, to rozgotowane ścierwo wcale nie przypomina ryby, ja to wiem i Emil też doskonale to wiedział. Po cichu eksperymentował z nowymi przepisami, inspirując się tradycją kaszubską, kuchnią swojej mamy i swym świetnym kulinarnym wyczuciem, które niczym ukryty zmysł zawsze radziło mu co i jak z czym połączyć, aby nadać daniu niepowtarzalny wyraz. Pewnego razu, Dawid dostał zlecenie na organizację dużego, wystawnego przyjęcia, wiesz, masa gości, dużo pieniędzy, Dawid jest łasy na takie sprawy. Przyjęcie trwało w najlepsze, goście się bawią, Dawid cały w pąsach, kiedy na stoły wjeżdża główne danie.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%