Dla dzieci · 7 min czytania
Prezent szamana
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na imię mam Kasia. Kiedy wydarzyła się ta dziwna historia miałam osiem latek. Choć minęło już pięć długich dla mnie jak wieczność lat i pięć barwnych Wigilii, na zawsze zostały mi w pamięci gwiazdy i ich prezent w tę niepowtarzalną srebrną noc. Wszystko zaczęło się tak niewinnie, nad Grand Kanionem w Ameryce. Przebywałam wtedy w dużym pustynnym mieście, jakim jest Las Vegas. To z tamtąd udaliśmy się nad ten legendarny rów w ziemi, który tak naprawdę wcale mnie nie interesował. Było mi smutno. Myślałam o swojej kochanej mamie, która zginęła rok temu w wypadku samochodowym. Tęskniłam za nią bardzo. Spędzaliśmy święta u wuja Jana, brata mojej mamy, który na dobre zadomowił się w USA i zaprosił nas do siebie. Byłam tam z tatą, który robił wszystko, aby jakoś osłodzić mój smutek. Zachodzące słońce złociło piramidy skał i piskowców na dole Wielkiego Kanionu, kładąc tajemnicze cienie, budząc tym okrzyki zachwytu tłumu turystów odgrodzonego od przepaści prostymi żerdziami. - U nas na wsi tak grodzi się pastwiska - pomyślałam z pogardą. Ta Ameryka musi być biedna, kiedy nie stać ich na porządny płot. - Kasiu wracamy, czeka nas długa podróż - usłyszałam głos taty. Ostatnim spojrzeniem pożegnałam łaciate, nierówno pokryte śniegiem góry na przeciwległym brzegu kanionu i nitkę rzeki Kolorado na samym dnie, która cierpliwie żłobiła przez tysiąclecia te cudo natury. Ale to zrozumiałam wiele lat później. W tym czasie wywody taty i wuja Jana na temat kolorowej dziury w ziemi nie były dla mnie przekonywujące - nie bardzo wiedziałam o czym mówią. Wsiedliśmy do dużego terenowego samochodu wuja i pomalutku zaczęliśmy oddalać się od Wielkigo Kanionu. Wujek szybko zauważył, że kręcimy się w plątaninie leśnych dróg, nie mogąc trafić na właściwą. - Janie spytaj o drogę tego starego Indianina, który siedzi na ławeczce pod latarnią i pyka fajkę - podpowiadał siedzący na przednim siedzeniu mój tata. - Tato, chce mi się siku - zaczęłam marudzić, zmęczona innością tego miejsca. Wujek zatrzymał samochód po drugiej stronie drogi, naprzeciwko starego Indianina. Wysiadłam tylnymi drzwiami i kucnęłam niewidoczna za samochodem, pod czujną obstawą taty. Mężczyźni podeszli do Indianina nie spuszczając mnie z oka, który zaczął tłumaczyć powrotną drogę do Las Vegas wujkowi. Wyglądał jak ze starej powieści. Z odkrytą głową, ozdobioną siwymi włosami spadającymi na okryte wzorzystym kocem chude ramiona, z orlim, wielkim nosem był władczy i dostojny. No i te sugestywne oczy, które dopełniały czaru wielkości tej dziwnej postaci. - Pewnie szaman, błysnęła mi myśl wyjęta z jakiejś indiańskiej bajki, które czytały mi starsze kuzynki w długie zimowe wieczory. Niespodziewanie tata i wuj, dyskutując o czymś zawzięcie zostawili mnie samą na chwilę z tym dziwnym człowiekiem, który wykorzystując chwilę nieuwagi moich stróży wsunął mi do ręki podłużny, mały przedmiot. Schowałam go dyskretnie do wielkiej, przepastnej kieszeni kurtki, odkładając obejrzenie go na później, jako mało istotna rzecz wiążąca się z indianskimi świecidełkami, jakie oglądałam w pamiątkowych sklepach nad Grand Kanionem. - Pilnuj tego jak oka w…