Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 18 min czytania

PRL Fantasy cz. III

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Potem było już tylko gorzej. Gdy wyszliśmy na klatkę schodową, najpierw gapił się na ściany i sufit, jakby były zrobione z piernika, a na półpiętrze, kiedy ujrzał za szybą osiedlowy krajobraz, przez dłuższą chwilę wpatrywał się weń z otwartymi ustami niczym Kolumb w dziewicze wybrzeże Antyli. Wchodząc na czwarte piętro, starał się trzymać z dala od ścian, jakby bał się, że go pogryzą. Kiedy zaś weszliśmy do mieszkania, wyraził lękliwy zachwyt nad ruskim dywanem z wyprzedaży w DH Centrum, a tanią meblościankę obdarzył szacunkiem godnym prawdziwej dębiny. W ogóle stwierdził, że z przepychem mam dwór urządzony. Coraz bardziej umacniałem się w przekonaniu, że ten gość to naprawdę ciężki przypadek. Absolutne przetasowanie osobowości, czy jak to tam się fachowo nazywa. No i skąd się tu wziął? Płatnerstwo historyczne nie wchodziło raczej w skład zajęć terapeutycznych; drżałem na samą myśl o tym, że taki świr do tej pory bezkarnie biegał po mieście. Póki co, postanowiłem nie włączać na razie radia ani telewizora, zabroniłem mu też wchodzić do łazienki. Szok mógłby go zabić. Pomogłem mu zdjąć zbroję, bardzo ciężką, poobijaną, naprawdę robiła wrażenie. Pod nią miał śmieszne rajtuzy, płócienną koszulę i bezrękawnik, pewnie po to żeby wygodniej było nosić żelazny garnitur. No i to właściwie było wszystko. Stał tak pośrodku pokoju, jakby mniejszy taki, potulniejszy, i w ogóle wyglądał teraz jak siedem nieszczęść, które zgubiły w lesie wszystkie uciułane dolary. I kartki na mięso. Wody wciąż nie było, więc wlałem do czajnika resztki mineralnej. Roderyka położyłem na wersalce w pokoju, a sam wróciłem do kuchni i sięgnąłem do szafki po gruzińską herbatę i krople nasenne. To było trochę nieuczciwe, ale lepiej żeby się przespał, podczas gdy ja tym czasie spokojnie pomyślę, co z nim zrobić. Po chwili zalałem wrzątkiem dwie szklanki marnej herbaty, do jednej z nich dolałem hojnie kropelek i wróciłem do dużego pokoju. - Wypij to – powiedziałem, podając Roderykowi doprawiony czaj. – Odprężysz się i odpoczniesz. A możesz mi też opowiedzieć, skąd... no, z jakich stron pochodzisz. Leżąc i popijając gorącą herbatę, Roderyk snuł opowieść o jakiejś mitycznej krainie, gdzie mieszkali czarodzieje, gnomy, leśne straszydła, smoki i ludzie różnych kolorów, pełnej bogatych miast, spokojnych wiosek, nawiedzonych cmentarzy i równie nawiedzonych sekt. Krainę regularnie dręczyły epidemie, kataklizmy, barbarzyńskie armie i nikczemni władcy wszelkiego typu, ludzie zaprzedawali dusze siłom ciemności, uwalniali piekielne istoty, zawierali pakty z demonami, wszystko oczywiście z żądzy bogactwa i władzy, i ogólnie odnieść można było wrażenie, że w każdej piwnicy czai się zło, na byle strychu leżą potężne magiczne bronie i cudowne mikstury, i że nie ma tam miejsca na tak ordynarnie zwyczajne rzeczy jak na przykład stodoła zawierająca standardowego konia, a nie model składający się jedynie z płonących kości. Strach było wyjść na ulicę; człowiek nie mógł być pewien, w jakim kształcie wróci do domu. A jednak – co za szczęśliwy traf – Roderykowi i jemu podobnym zawsze udawało się ocalić świat. Ratowali dziewice, których krew miała spłynąć na mroczne ołtarze; wykradali ostatni z kilku klejnotów, które miały nadać moc jakiemuś posępnemu czerepowi, w ostatniej chwili lali święcona wodę w zatrute fontanny, pojawiali się na czas w zrujnowanych wieżach na odludziu, gdzie ktoś usiłował uwolnić potężnego demona. Tropili siewców zarazy, rozbijali niecne spiski, sprowadzali dziatki do ich matek... Roboty mieli więcej niż straż pożarna w piekle. W świecie, gdzie po zmroku człowiek bał się nawet zajrzeć do własnego wiadra, każdy z nich był niczym Hans Kloss i kapitan Sowa w jednym. Tylko bardziej. Gadał i gadał już dobrą godzinę, przeprosiłem więc na chwilę i wróciłem do kuchni. Odnalazłem kartonik z kroplami nasennymi i spojrzałem... tak, dwa lata po terminie ważności. Nic dziwnego, nie uśpiłyby nawet susła na zimę. Plan B, gdyby istniał, zakładałby pewnie jakieś sprytne posunięcia, pomocne w przełamaniu patowej sytuacji. Musiałem jednak improwizować; i gdy chwilę później okazało się, że nie działają również telefony, czyli nie dodzwonię się na pogotowie, zrozumiałem, że to nie będzie zwykła improwizacja. Zapowiadał się free jazz na jedną strunę i wariata na wersalce. Byłem jednak obywatelem szczęśliwej socjalistycznej republiki, a tacy ludzie nie poddają się łatwo przeciwnościom losu. Tacy ludzie zawsze znajdą sprytnie wyjście z każdej sytuacji. Inaczej większość z nich nie przeżyłaby długo w robotniczym raju. Znalazłem takie wyjście i ja. Skoro góra nie chciała przyjść do Mahometa, Mahomet musiał pofatygować się do góry. Konkretnie, do szpitala przy ulicy Sobieskiego, odległego stąd o najwyżej dwadzieścia minut marszu. Nie byłem pewien, jaki jest tam oddział, ale przecież będą mieli lekarzy, karetki, i powinni wiedzieć co zrobić z moim błędnym rycerzem. Mahomet, to znaczy Roderyk musiał w tym celu ubrać mój stary dres, jakieś zapomniane buty i płaszcz przeciwdeszczowy – tylko to na niego pasowało, był ode mnie nieco wyższy i mocniejszej budowy. Pewnie od machania mieczem... Była jeszcze sprawa jego reakcji na świat zewnętrzny – bo przecież do celu trzeba było dojść piechotą. Może będzie chciał zaatakować tramwaj? Postanowiłem ubezpieczyć się i na taką ewentualność. - Roderyku – powiedziałem, gdy byliśmy już gotowi do wyjścia. Obejrzałem go od stóp do głów; wyglądał trochę jak cinkciarz ze wschodu, któremu się nie poszczęściło, a trochę jak złodziej, który obrobił sklep odzieżowy nocą bez latarki. Był bardzo zawiedziony, że nie pozwoliłem mu wyjść na miasto w zbroi, i napawało go to widocznym niepokojem. Do tego te pierścienie na palcach i bujny wąs – areszt prewencyjny aż się prosił o zastosowanie. - Sir Roderyku – podjąłem – wyjdziemy teraz na ulice miasta, jakże innego od tych, które pamiętasz z domu. Nie dziw się niczemu, co zobaczysz. Ehm... udamy się do osób, które powinny coś poradzić na twoje kłopoty. I, jeszcze... staraj się nie krzyczeć na nikogo, nawet jeśli ktoś komentowałby twój ubiór. I nie obawiaj się niczego, pamiętaj, jesteś ze mną. Pora, niestety, była taka, że rozpoczynał się popołudniowy ruch powrotny z pracy. Czyli Roderyk gapił się na licznych przechodniów tak, jak my gapilibyśmy się na kogoś biegającego po starówce zupełnie bez ubrań, za to z pawim piórem w dupie. Na szare bloki też patrzył jakby się octu napił. - Cóż za ohydne domy – gadał do siebie. – Bez fantazji zupełnie, bez ducha, a gnieżdżą się w nich ludziska jak robactwo na trupiej wątrobie. A i sami ludzie cisi tacy, ponurzy. Szaro odziani, markotni... - Patrzysz na socjalistyczne niebo na ziemi – burknąłem ponuro. - Doprawdyż! – zakrzyknął mój towarzysz. - Gdybyś waść takim minorowym tonem nie przemawiał, pomyślałbym, że krotochwilę wystawiasz. Zmilczałem, bo i cóż było powiedzieć. - Widziałem ja już takie oblicza – gderał dalej pan rycerz. – U ludzi biednych, z roli żyjących, co to ich spasłe panisko batogiem i głodem trzymało, godność zdeptawszy. Ale i u zamożnych, kiedy to jaki zmarły familiant ich zza grobu nachodził i ubytki czynił, czy okupant jaki okolicę żelazną pięścią trzymał za ja... - Ha! – parsknąłem. – Tu żeś trafił, mości rycerzu. Okupant, a jakże. Ciemny jak wnętrze buta, ale liczny i... – opamiętałem się, ugryzłem w język i zakląłem w duchu. Cholera, jeszcze kto usłyszy! - Waść się mówić obawiasz? – Roderyk nachylił się i przeszedł do konspiracyjnego szeptu. – Ktoś taki jak ty? Zaiste, nielichy diabeł wasz kraj w garści trzyma, skoro... - Ofiarowują nam dozgonną przyjaźń i bratnią pomoc – powiedziałem tonem trochę zbyt jasno sugerującym, gdzie mogą sobie nasi bracia swoją pomoc wsadzić. - Znam ja ten typ! – zaperzył się rycerz. – W rzyć pies jebał takich braci! Skąd oni przyszli? Mówże, waść, mnie możesz powiedzieć! Zatrzymałem się i obróciłem, spojrzawszy ze złością w twarz wojaka. Patrzyłem w niebieskie oczy, w szczere oblicze, szukając kpiny, szyderstwa, okrutnego żartu, a może umyślnego podżegania, które za chwilę skończyłoby się wesołą przebieżką przez ścieżkę zdrowia. Już otworzyłem usta, by zapytać, czy to jakaś kabaretowa prowokacja, czy może prowokacyjny kabaret; czy ktoś to wszystko nagrywa, opłaca i czerpie z tego przyjemność, czy też rozmówca mój jest prawdziwie i nieodwracalnie tak mocno od świata oderwany, że... Otworzyłem więc usta, lecz po chwili je zamknąłem. W tym szczerym obliczu, w oczach niebieskich dostrzegłem bowiem jedynie niekłamaną troskę i prawdziwe zainteresowanie. Zupełnie jakby ich właściciel rzeczywiście przybył tu z innego świata. - Ech – westchnąłem. – I co, rzucisz się wtedy z opresji nas ratować? Przecież nawet miecza swego tutaj nie masz! Zresztą, sam jeden nigdy nie dałbyś im rady. Ruszyliśmy dalej. Tuż za rogiem, przesłonięta jeszcze jakimiś krzakami, biegła już szosa. Ciekawe, jak na nią zareaguje, pomyślałem. - Kto

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
PRL Fantasy cz. III — czytnik · opowiadania